Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/514

Ta strona została przepisana.

kiście cali! — zawołał a oczy dzikim rozgorzały mu blaskiem.
— Uciekajmy! — wrzasnął Chochelka, odzywając się z wielkim sensem po raz pierwszy w ciągu całej sceny.
— Chodźmy bo to warjat! — mruknął mandatarjusz, cofając się coprędzej.
Girgilewicz i chłopi nie tyle zlękli się warjacji, co tajemnych sił czarodziejskich olbrzyma.
Toż hurmem posunęli za panem sędzią, a w jednej chwili jakby wymiótł wypróżniła się spustoszona zagroda.
Kośt’ Bulij pozostał sam, a drżał ciągle jak listek i snąć trapiony jakimś wewnętrznym niepokojem czy jakąś niecierpliwością niepowściągnioną, rzucał i miotał sobą na wszystkie strony i biegał jak szalony po całem obejściu,
— Zniknęli! zniknęli! — powtarzał raz po raz i oddychał ciężko, a ręką tarł po czole.
I nagle przystanął i nachylił ucho, czy daleko już odbiegły głosy wypłoszonej gawiedzi.
— Jeszcze ich słychać... — mruknął.
I znowu zaczął kręcić się i biegać w koło.
— Młody dziedzic chciał skakać... ten Katilina niedopuścił go ale sam skoczył... i wszystko nic... — szeptał bez ładu jakby rozpamiętywał tylko świeżo posłyszane słowa.
— A potem... potem...