Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/9

Ta strona została uwierzytelniona.

— Ależ do czegóż to wszystko mierzy? — zapytasz może, czytelniku. — Maż to być reklama dla własnej powieści, czy pokorne przyznanie się do własnego braku oryginalności?
O, bądź spokojnym, ani jedno, ani drugie! Jeśli już mamy mówić z sobą po otwartej szczerości a raczej otwartości, to wierzaj mi, że do wszystkich tych stosownych czy niestosownych uwag i expektoracyj naprowadził mię tylko zły humor, iż chcąc niechcąc muszę niniejszą moją powieść zaczynać w karczmie, tem najpowszechniejszem miejscu powieściowych schadzek i wszelkich w ogóle spotkań umyślnych i przypadkowych.
Lecz niestety Bóg świadkiem, że nie mogłem postąpić sobie inaczej. A to przynajmniej zostaje mi pocieszenie, że karczma moja jak pospolite miejsce zająć musi w powieści, tak wcale niepospolitą rolę odgrywała w rzeczywistości.
Położona przy bitym gościńcu o ćwierć mili za małą wioską Ryczychową, cała murowana i pobita gontem, jakby umyślnie dlatego tylko wysunęła się tuż na samo rozdroże, między obwód samborski a przemyski, aby zarówno po obudwu rozsławić się stronach.
I w samej rzeczy, w całym samborskiem i przemyskiem nie wiele szczególnych naliczyłbyś zakątków, gdzieby bogdaj z imienia nie znali ryczychowskiej karczmy, bogdaj ze słychu nieumieli coś powiedzieć o jej czcigodnym arędarzu. Karczma i arędarz tworzyli tu zresztą jak nigdzie jedną nierozdzielną całość, że niepodobnaby sobie ani pomyśleć jedno bez drugiego: ktokolwiek zapamiętał karczmę, musiał zaraz przypo-