Strona:Walter Scott - Rob-Roy.djvu/235

Ta strona została skorygowana.
— 229 —

słów, usunął się na bok nieznacznie; nie uszedł jednak bystrego wzroku dygnitarza.
— Pięknie! bardzo pięknie, panie kapitanie Stanchells, rzekł burmistrz do głównego dozorcy, — pół godziny stać musiałem na dworze, nim mię wpuszczono! powiedziałby kto, że równie trudno wejść do więzienia, jak wyjść z niego! — Cóż to jest?... a to co takiego?... Nieznajomi... tu... po północy? Panie Stanchells, — to nie ujdzie bezkarnie. — Zamknąć drzwi natychmiast! mam pomówić z tymi panami; ale wprzód słowo tylko do starego przyjaciela. — Jakże się macie panie Owen?
— Nieźle na ciele, — dziękuję panie Jarvie; ale na duszy!...
— Wiem, wiem; nic dziwnego — smutna to rzecz, a zwłaszcza dla kogoś co nos do góry zadziérał. — Ale fortuna kołem się toczy; co tobie dziś, mnie jutro. Pan Osbaldyston jest to zacny człowiek — uczciwy człowiek; lecz ja zawsze mówiłem, że za wysoko chciał latać. — Kto powoli postępuje, ten daléj zajedzie, powtarzał świętéj pamięci ojciec mój wielki Dyjakon. Nieraz do mnie przemawiał temi słowy: Nicku! (trzeba wiedziéć, że ojciec mój miał na imię Nikol, tak jak i ja: dla różnicy więc, nazywano go stary Nick, a mnie młody Nick) — Nicku! mawiał tedy mój ojciec, — nie wścibiaj palców tam, zkąd je trudno wydobyć. — Powtarzałem ja to nieraz panu Osbaldyston, ale nie chciał słuchać, choć był człowiek rozumny.
Słowa te wyrzeczone niepospolicie szybko, a pełne wyrażeń miłości własnéj, słabą zapowiadały nam pomoc ze strony pana Jarvie; — wkrótce jednak przekonaliśmy się, że lubo usta jego omijały przyzwoitą dobremu wychowaniu delikatność, serce pełne było szlachetnéj i niezmyślonéj dobroci, bo gdy Owen okazał niechęć swoją téj niewczesnéj i dotkliwéj przemowie, bankier glasgowski ujął go za rękę i rzekł: