Strona:Walter Scott - Rob-Roy.djvu/247

Ta strona została skorygowana.
— 241 —

która nigdy nie zawiodła méj ręki. — Ale czas opuścić te mury. — Powietrze więzienia niezdrowe dla górala.
— Wierzę ci, wierzę; gdybym postąpił jak powinienem, nie prędkobyś oddychał inném powietrzem. Miły Boże! gdyby o tém wiedziano, że ja sam podaję rękę złoczyńcy, wieczna hańba okryłaby pamięć moją i czcigodnego mego ojca!
— Tere tere, tere fere! — dość tych wyrzekań. — Jak błoto oschnie, łatwo się z niego oczyścić. Ojciec twój umiał także patrzeć przez szpary na grzeszki przyjacielskie.
— Może masz słuszność Robie. — Był to mądry człowiek, świéć Panie nad jego duszą! — Wiedział, że nikt bez ale, i że ręka rękę myje, — to więc nie zapomniałeś go jeszcze?
— Jakżebym miał o nim zapomniéć? — Nie było równego mu tkacza; — on to mi zrobił piérwszą parę pończoch. — Ale dość już tego kuzynie; wiesz o piosence:

Jeszcze raz wina, i daléj w drogę,
Bo już tu dłużéj bawić nie mogę.

— Dajże pokój! — zawołał urzędnik poważnie, — zapominasz o tém, żeśmy zaledwo sabbath ukończyli; zapominasz, że nim wyjdziemy, możesz jeszcze zaśpiéwać innym tonem. — Panie Stanchells proszę otworzyć.
Otworzyły się drzwi, a pan Jarvie uprzedzając wszelkie pytania ze strony Stanchellsa, rzekł:
— To są moi przyjaciele, panie kapitanie, moi przyjaciele.
Zeszliśmy do sieni, wołano kilkakrotnie na Dugala, ale żadna odpowiedź nie dała się słyszyć; a Campbell przybliżywszy się do burmistrza, rzekł po cichu z ironicznym uśmiechem:
— Nie spodziewam się, aby Dugal oczekiwał tu spokojnie na podziękowanie za przysługi dzisiejszéj nocy; je-