Strona:Walter Scott - Rob-Roy.djvu/80

Ta strona została skorygowana.
— 74 —

— Wierzaj mi panie Osbaldyston, że sprawa twoja nieskończenie mię obchodzi; i że oddalam się w téj chwili jedynie dlatego, żeby ci tém skuteczniéj usłużyć; lecz prośmy wspólnie kuzynkę naszą, żeby nie zatrzymywała się dłużéj na tém miejscu; przytomność jéj nie przyniesie ci żadnéj pomocy, a dla niéj szkodliwą być może.
— Zapewniam pana, — odpowiedziałem, — że nikt tego mocniéj nie czuje nade mnie: prosiłem o to miss Vernon usilnie, i po kilka razy, ale napróżno.
— W téj chwili właśnie zastanawiałam się nad tém, — rzekła Djana po chwili milczenia, — i postanowiłam nie oddalać się, póki nie wyrwę pana z rąk Filistynów; Rashleigh jest przeciwnego zdania i ma w tém zapewne swoje widoki, ale z łaski Boga znamy się dobrze, i dawno. Nie pojadę ztąd — to go zmusi do czynniejszego zajęcia się sprawą.
— A więc zostań sobie, uparta kobiéto, — zawołał Rashleigh; — znasz dobrze twoją władzę nademną.
To mówiąc oddalił się nagle, i wkrótce tentent konia, zwiastował nam jego śpieszny odjazd.
— Chwała Bogu, już go niéma! — rzekła Djana, — teraz chodźmy do sędziego.
— Czy nie lepiéj uwiadomić wprzódy o naszém przybyciu?
— O! nie trzeba! znagła go napadniemy, — idź za mną.
Przebiegłszy kilka schodów przez ciemny kurytarz, weszliśmy do przedpokoju, na którego ścianach wisiały stare mappy, rysunki budownicze i genealogiczne drzewa. Podwójne drzwi oddzielały nas od jadalnéj sali; słychać było, że ktoś w niéj śpiewał starożytną piosnkę głosem, co to niegdyś rozweselał uczty przyjacielskie.

Kto wzajemności pięknéj odmówił dziewczynie,
Niechaj pije truciznę nawet w słodkiém winie?