Strona:Wiktor Hugo - Han z Islandyi T.2.djvu/110

Ta strona została przepisana.

— Oświadczę więc wodzom górników, że straszliwy Han z Islandyi zgadza się przyjąć dowództwo...
— Nie przyjmuję go.
Słowa te, wypowiedziane stanowczo, wywarły na mniemanym pośle górników fatalne wrażenie.
— Jakto? — zapytał.
— Nie przyjmuję dowództwa! — powtórzył Han z Islandyi.
— Nie chcesz przyjąć udziału w wyprawie, która tyle przedstawia korzyści?
— Bo mogę sam jeden rabować wioski, pustoszyć folwarki, mordować chłopów i żołnierzy.
— Ależ pomyśl, że przyjmując propozycyę górników, zapewniasz sobie zupełną bezkarność...
— Czy także w imieniu górników przyrzekasz mi bezkarność? — zapytał Han ze śmiechem.
— Nie będę ukrywał — odpowiedział nieznajomy tajemniczo — że to w imieniu pewnej potężnej osoby, która zajmuje się powstaniem.
— A ta potężna osoba czy jest pewna, że jej samej nie powieszą?
— Gdybyś ją znał, nie wahałbyś się ani przez chwilę.
— Więc któż to jest taki?
— Tego powiedzieć nie mogę.
Mały człowiek postąpił naprzód, a uderzywszy po ramieniu nieznajomego, rzekł z tym samym szyderczym śmiechem:
— Czy chcesz, żebym ja ci to powiedział?
Nieznajomy mimowoli wzdrygnął się, poniekąd z przestrachu, poniekąd też z podrażnionej dumy; nie