Strona:Wiktor Hugo - Katedra Notre-Dame w Paryżu T.II.djvu/130

Ta strona została skorygowana.
534

miał się ku schyłkowi; długie ostrołukowe okna zaledwo przepuszczały z zewnątrz blade promienie, ginące pierwej nim się dostały pod sklepienie, pokryte mnóstwem rzeźb i malowideł, które się jakby poruszały i majaczyły w cieniu. Rozstawione na stołach świeczniki tu i ówdzie były już zapalone, rzucając światło na głowy pisarzy zasuniętych za stosy papierów. Tylną część komnaty zajmował tłum, na prawo i lewo stały ławy, na których i za któremi widziałeś szereg surowych postaci w sutannach; w głębi, na podwyższeniu, ogromny zastęp sędziów, których ostatnie szeregi ginęły w ciemnościach; oblicza nieruchome i złowrogie. Ściany usiane były herbowemi liljami bez miary i końca. Po nad sędziami rysował się niewyraźnie wielki krucyfiks. Dzidy i halabardy sterczały dokoła, a ostrza ich pobłyskiwały od świateł.
— Panie, — odezwał się Gringoire do sąsiada, — co to są za osobistości porozmieszczane tam, jak prałaci na soborze?
— Są to, — odpowiedział zapytany — sędziowie wielkiej izby, na prawo, zaś tam na lewo to sędziowie śledczy; mistrze w togach czarnych i dygnitarze w togach czerwonych.
— A ponad nimi, — pytał dalej Gringoire, — ten jegomość opasły, spocony jak wieprz, któż to taki?