Strona:Wiktor Hugo - Kościół Panny Maryi w Paryżu T.III.djvu/42

Ta strona została skorygowana.
8
WIKTOR HUGO.

twarzom sędziów dowoli. Lud, pomiędzy który się wmieszał, popychał się i szedł w milczeniu. Po przebyciu ciemnego korytarza, który szedł przez pałac; jak kanał nieczystości przez miasto, doszedł do niskich drzwi, przez które zajrzał do sali ponad mnóstwem głów ludzkich.
Sala była obszerną i ciemną, i z tego powodu wydawała się jeszcze większą, niż była. Dzień zapadał; podłużne gotyckie okna zaledwie przepuszczały światło, tak, że ten niezliczony tłum ludzi rzucał cień na ściany. W sali wiele świec, palących się tu i owdzie na stołach, oświetlały głowy pisarzy, zatopionych w papierach. Przednią część sali zajmował lud; po prawej i po lewej stronie stali mężczyźni; w głębi, na wzniesieniu mnóstwo sędziów, których ostatnie szeregi niknęły w ciemnościach. Nad sędziami widać było ogromny krzyż, na wszystkie strony sterczały włócznie i halabardy, w których odbijały się płomienie świec.
— Panie, — zapytał Grintoire jednego z sąsiadów — co to za ludzie zgromadzeni jak prałaci na radę?
— To radcy wielkiej izby — naprawo, radcy skarbowi — nalewo, mieszczanie w sukniach czarnych, a panowie w czerwonych.
— A nad nimi, co to za jeden czerwono ubrany, co się tak poci?
— To prezydujący.
— A za nimi ci, ztyłu? — mówił dalej Grintoire, który nie lubił stanu sądowniczego.
— To są inkwizytorowie królewscy.
— A ten przed nimi?