Strona:Wiktor Hugo - Kościół Panny Maryi w Paryżu T.IV.djvu/100

Ta strona została skorygowana.
100
WIKTOR HUGO.

otaczają nie widziadła, ale ludzie. Przestrach jej nie zwiększył się, ale inną przybrał naturę. Myślała sobie, że lud wyrwać ją chce ze schronienia i że przez to znów zagrożone jej życie, a także nadzieja ujrzenia Febusa. Czuła się znów opuszczoną, samotną, udręczoną. Upadła na kolana, założyła ręce nad głową i, chociaż cyganka, bałwochwalczej religii, zaczęła się modlić do chrześciańskiego Boga i do Panny Maryi, która jej dała schronienie w swojej świątyni. Są chwile w życiu ludzkiem, że to jest wiarą, co się napotyka na drodze życia.
Długo pozostała klęczącą, mniej modląc się, bardziej drżąc przed wściekłym tłumem, nie wiedząc dokładnie, co się dzieje, lecz przeczuwając okropność.
Naraz, wśród tych mąk ciężkich, posłyszała stąpanie. Odwróciła się. Dwóch mężczyzn, z których jeden niósł latarnię, weszło do izdebki. Krzyknęła.
— Nie lękaj się, — rzekł głos jej znany — to ja.
— Kto jesteś? — zapytała.
— Piotr Grintoire.
To nazwisko uspokoiło ją. Wzniosła oczy i poznała poetę; ale obok niego była druga osoba, cała szczelnie okryta czarnym płaszczem, milcząca.
— Ach! — mówił Grintoire tonem wyrzutu. — Dżali mię pierwiej poznała.
W rzeczy samej koza nie czekała, aby Grintoire wymienił swoje nazwisko. Zaledwie wszedł, rzuciła się do jego kolan. Grintoire obsypał ją pieszczotami.
— Kto jest z tobą? — cicho zapytała cyganka.
— Bądź spokojną, — odpowiedział Grintoire — to mój przyjaciel.