Strona:Wiktor Hugo - Kościół Panny Maryi w Paryżu T.IV.djvu/102

Ta strona została skorygowana.
102
WIKTOR HUGO.

czerwone podwoje. Klasztor był pusty, bo kanonicy uciekli do biskupstwa, aby się razem modlić; po dziedzińcu kręcili się służący, szukający kącików, gdzieby się ukryć. Za murami kościoła, na wybrzeżu, znaleźli się sami i hałasu mniej tam już było słychać. Świeży wiaterek, wiejący od wody, poruszał liście jedynego w tem miejscu drzewa, ich zaś szelest głuszył dochodzące wrzaski; przecież blisko jeszcze byli niebezpieczeństwa. Kościół i biskupstwo były tuż pod bokiem. W biskupstwie widoczny panował zamęt i trwoga. Jego ciemne mury kiedy-niekiedy oświetlał ogień, zapalony pomiędzy wieżami, które zdaleka czerniły się pomiędzy płomieniami.
Mężczyzna, niosący światło, szedł prosto nad brzeg wody, gdzie stała łódź ukryta. Dał znak Grintoirowi i jego towarzyszce, aby w nią weszli. Koza poszła za nimi; sam usiadł ostatni, łódź odepchnął od brzegu i, pochwyciwszy wiosło, płynąć zaczął. Sekwana jest bystrą w tem miejscu i odpłynąć było mu trudno.
Grintoire, wsiadłszy do łodzi, wziął kozę na kolana. Dziewczyna, lękając się nieznajomego, cisnęła się też do niego.
Kiedy nasz filozof uczuł ruch łodzi, klasnął w ręce i kozę pocałował.
— Otóż jesteśmy bezpieczni! — rzekł, i następnie zrobił uwagę: — Niekiedy szczęściem, a niekiedy podstępem człowiek wielkich dokonywa rzeczy.
Łódź płynęła wolno ku prawemu brzgowi. Dziewczyna bacznie przyglądała się nieznajomemu, który się od światła zasłaniał. Z pod kaptura, naciśniętego