Strona:Wiktor Hugo - Kościół Panny Maryi w Paryżu T.IV.djvu/106

Ta strona została skorygowana.
106
WIKTOR HUGO.

skołataną, że sama nie wiedziała ani gdzie jest, ani co robi. Stanęła chwilę osłupiała, patrząc bezmyślnie na płynącą wodę. Kiedy nieco przyszła do siebie, ujrzała się samą z nieznajomym. Zdaje się, że Grintoire skorzystał ze sposobności, i umknął z kozą.
Biedna cyganka zadrżała. Chciała krzyczeć, wołać na Grintoira; lecz język jej zdrętwiał i usta nie wydały głosu. Nagle uczuła rękę nieznajomego na swojej, a byłato ręka silna i zimna. Szczęknęła zębami i bledszą się stała niż promień księżyca, padający na nią. Mężczyzna począł iść szybko w stronę placu de Grève, ciągnąc ją za sobą. Nie mając siły opierania się, pozwalała się ciągnąć, biegiem podążała za nim, czując, że z siłą przeznaczenia walczyć nie może.
Spojrzała na wszystkie strony. Niema nikogo — ulica zupełnie pusta. Żadnego ruchu, ciemno wokoło i tylko z Cité dolatują głosy, w których słychać jej imię przy okrzykach potępienia i zgrozy.
Nieznajomy tymczasem wciąż ją ciągnął z tem samem milczeniem, tąż samą siłą i szybkością. Nie przypominała sobie zupełnie miejsc, któremi ją prowadził. Przechodząc około okna, w którem się świeciło, targnęła się i krzyknęła:
— Ratunku!...
Mieszczanin, do którego należało okno, otworzył je, ukazał się ze świecą, spojrzał na wybrzeże, mruknął coś i zamknął je napowrót. Ostatnia iskierka nadziei zgasła.
Czarny mężczyzna i teraz nie przemówił ani słowa; trzymał ją mocno za rękę i szedł coraz prędzej. Nie opierała się już wcale i szła za nim powolna.