Strona:Wiktor Hugo - Kościół Panny Maryi w Paryżu T.IV.djvu/123

Ta strona została skorygowana.
123
KOŚCIÓŁ PANNY MARYI W PARYŻU.

— Biedna mała cyganka! rzekł stary sierżant.
Henryk Cousin zbliżył się do okienka i rzekł z bojaźnią:
— Pani...
Przerwała mu głosem groźnym:
— Czego chcesz?
— Nie po ciebie, ale po tamtę przychodzę — odpowiedział.
— Po jaką tamtą?
— Po młodą.
Zaczęła trząść głową, krzycząc:
— Tu niema nikogo! niema nikogo! ani żywego ducha.
— Pozwól mi, pani, wziąć młodą. Wszak tobie samej nic złego nie zrobię.
— Nic mi złego nie zrobisz! — wykrzyknęła z wściekłością.
— Pozwól, pani, wziąć tamtą. Pan prewot tak każe.
— Tu niema nikogo!
— A ja mówię, że jest, bośmy wszyscy widzieli was dwie.
— Więc patrz! patrz!... — krzyknęła prawie obłąkana — wsadź tu głowę.
Kat spojrzał na paznogcie pustelnicy i nie śmiał się zbliżyć.
— Śpiesz się! — zawołał Tristan, który, wokoło Szczurzej-Jamy rozstawiwszy wojsko, sam się umieścił konno u stóp szubienicy.
Kat przystąpił zmieszany do prewota i, mnąc kapelusz w ręku, rzekł: