Strona:Wiktor Hugo - Kościół Panny Maryi w Paryżu T.IV.djvu/68

Ta strona została skorygowana.
68
WIKTOR HUGO.

swej radości, pomimo, że się ciągle pilnował i na surowość zbierał. Nikt tego ani pojąć, ani wytłómaczyć sobie nie umiał; Olivier nawet gubił się w przypuszczeniach. Król milczał chwilkę, zadumany, ale rad najwidoczniej.
— Czy są przy siłach? — spytał raptem.
— O tak, niewątpliwie, Najjaśniejszy Panie — odpowiedział mu Jakób.
— Wielużby ich było?
— Najmniej sześć tysięcy.
Król nie mógł się wstrzymać od powiedzenia:
— Wybornie!
Lecz zaraz dodał:
— A jak uzbrojeni?
— W kosy, piki, rusznice, łopaty, we wszelkie zgoła oręże wielce gwałtowne i niebezpieczne.
Król nie zdawał się być wcale zaniepokojony tem wyliczeniem. Kum Jakób uważał za stosowne dodać:
— Jeżeli Wasza Królewska Mość rychłej Panu Staroście nie da odsieczy, zginie Pan Starosta niechybnie.
— Damy, damy! — powiedział król z fałszywie poważną miną. — A jakże! Ma się rozumieć, że damy. Pan Starosta przyjacielem jest naszym. Sześć tysięcy! Ależ to łotry zrezygnowane. Cudowna zaiste śmiałość, i do żywego jesteśmy tem dotknięci. Ale mało mamy ludzi przy sobie tej nocy... Będzie na to czas jutro zrana.
Kum Jakób zawołał:
— Ależ, Najjaśniejszy Panie, trzeba natychmiast!