Strona:William Shakespeare - Dramata Tom II tłum. Komierowski.djvu/113

Ta strona została przepisana.
111
ODSŁONA V. SPRAWA I.
SZATNA.

Proście Boga, niech to na dobre zmieni.

LEKARZ.

To cierpienie przechodzi moja znajomość; chociażem widał wielu lunatyków, którzy dla tego bogobojnie na swoich łożach pomarli.

LADY MACBETH.

Opłócz ręce, zarzuć nocne giezło; nie bledniéj tak. — Jeszcze cię raz upewniam, Banquo pochowany, nie powstanie już z grobu.

LEKARZ.

Istotnie?

LADY MACBETH.

Do łoża, do łoża; pukają, do bramy, spiesz, spiesz, spiesz, spiesz, podaj mi rękę. Co się raz stało, nie może się odstać; do łoża, do łoża, do łoża.

LEKARZ.

I wraca na łożnik?

SZATNA.

Prosto.

LEKARZ.

Obmierzłe sprawy stają tu na jaśni;
Bezecne czyny rodzą niecny postrach;
Przegniły umysł, swoje tajemnice
Spowiada głuchym wezgłowiom. Jéj więcéj
Potrzebna pomoc księdza, niż lekarza.
Przepuść o Boże, o Boże nam wszystkim!
Patrz za nią pilnie; usuń z przed niéj wszystko,
Co by ją mogło obrazić i oczu
Na chwilę od niéj nie zwracaj. — Dobra noc;,