Strona:Wspomnienia z mego życia (Siemens, 1904).pdf/20

Ta strona została uwierzytelniona.


znali z opowiadań ojca o jego studenckich czasach. Odmierzyliśmy 10 kroków i na moją komendę „już” wypuściliśmy jednocześnie strzały własnej roboty, zakończone ostrym drutem. Hans dobrze celował. Jego strzała trafiła w sam koniec mego nosa i głęboko utkwiła aż przy samej nasadzie. Obaj krzyknęliśmy przeraźliwie. Wpada ojciec i wyciągnąwszy mi przedewszystkiem strzałę z nosa, zabierał się już do ukarania winowajcy, podnosząc do góry potężny swój cybuch. To się sprzeciwiało memu poczuciu sprawiedliwości. Stanąłem między ojcem a bratem i rzekłem: „Ojcze, Hans nie jest winien, myśmy się pojedynkowali.” Jeszcze dziś widzę zmieszaną twarz ojca, który przecież po sprawiedliwości nie mógł karać naszego postępku, bo sam nieraz go się dopuścił i uważał go za honorowy. To też spokojnie wstawił cybuch do fajczarni i powiedział tylko: „Na przyszłość nie róbcie takich głupstw.”
Gdy siostra moja i ja przestaliśmy już brać lekcye od babki Deichmann (z domu von Scheiter, czego nigdy podpisując się nie omieszkała dodać), przez pół roku uczył nas ojciec sam. Zarys historyi powszechnej i etnografii, który nam dyktował, był mądry i oryginalny i stał się podstawą moich późniejszych zapatrywań. Skończyłem nareszcie lat 11. Wtedy siostrę moją oddano na pensyę, a ja zacząłem uczęszczać do szkoły miejskiej w najbliższem miasteczku Schönberg, a mieszkałem dalej w domu. Jeżeli była pogoda, to musiałem długą, bo całą godzinę trwającą drogę iść pieszo. W słotę droga była niemożliwa, jeździłem więc do szkoły na kucyku. Ta okoliczność, zarówno jak przyzwyczajenie moje odpierania odrazu czynnie wszelkich sprzeciwiań i drwin, doprowadziła do pewnego rodzaju stanu wojennego pomiędzy mną a uczniami z miasta: cała ich gromada przecinała mi powrót do domu, tak, że ja z podniesioną lancą — inaczej tyką gro-