Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.X.djvu/188

Ta strona została skorygowana.

180
WYBÓR PISM J. I. KRASZEWSKIEGO.

nych złotych na słowo: nazajutrz smutna pani G.... aż póki nie wyprosi u króla, żeby przegraną zapłacił. Oj! bywało i gorzéj.
Za nim tysiące postaci, coraz dziwaczniejszych, coraz poczwarniéj w oku Jana malujących się; za niemi w ostatku — powolnie idący bokiem jakiś poważny mężczyzna, pięknéj postawy, godności pełnego oblicza. Łzą mu niebieskie zachodzi oko, wąs smutno opadł na wargi, ręce się skrzyżowały na piersiach, patrzy i płacze w duszy. To Rejtan, co wkrótce oszaleje z rozpaczy, próżno podnosząc głos Kassandry, do umyślnie głuchych niedochodzący uszu... Daléj młody, wrzący wzgardą chłopiec z orlém spojrzeniem... Bohaterowie nieznani w tłumie jeszcze!
Zapalono nieliczne latarnie, Żydzi snuli się ze światłem, wszyscy zdawali się śpieszyć, pędzić, uganiać, szturchać, wyprzedzać; wszystkim rzekłbyś pilno, nie wiem dokąd i po co. Na zamku, który się przemknął przed oczyma Jana, błyszczało we wszystkich oknach; miasto całe jak tysiące oczu tysiące szyb otwarło jasnych i patrzało niemi w ciemność. A wrzawa! któż ją opisze tę wrzawę stolicy pod wieczór, gdy wszystkie namiętności wychodzą ze skorupy i lecą się napaść?
Żyd poganiał do znanéj gospody, kędyś w pośrodku miasta, do zażyłego czy do krewniaka. Nawykły do fałszu, chciwy na zysk, nielitościwy dla reszty ludzi a zasklepiony w sobie — częściéj jednak niżby myśleć można, Żyd uczuje coś przecię i uczucie zapłaci z serca. Ów pogardzony Izraelita ma człowieczą fibrę w skostniałém sercu, co zadrga poruszona, zadźwięczy, aż zimny rozum nakaże jéj milczenie.
W ciągu dość długiéj podróży Jan potrafił łagodnością swoją, cierpliwém wysłuchaniem powieści i przy-