Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.X.djvu/203

Ta strona została skorygowana.

195
SFINKS.

raz, trochę więcéj o miły, harmonijny koloryt, a nadewszystko o podobanie się królowi, i tym, przed którymi dworuje. Najwięcéj robi portretów i nagich bogiń. Jeśli kogo wyszle do Włoch, to chyba w przekonaniu o niewielkiéj jego zdatności i zmuszony. Ciebie zaś nigdy.
— Pochlebiasz mi, rzekł Jan; ale ja czuję jak mało umiem.
— Pełen jesteś prostoty lub wielki z ciebie figlarz, dodał Chmura.
— Bierzcie mnie jak widzicie. Wolę być oszukanym niżeli oszukiwać. Radźcie mi, co mam począć?
— Stało się, wpadłeś w kleszcze Bacciarellego i nie łatwo z nich wynijdziesz. Wprawdzie nie miałeś może nic do wyboru, chybabyś...
— Chyba co?
— Chyba cię król postrzeże i wyróżni. W takim razie Bacciarelli, pod jakimkolwiek pretekstem, usunie cię z przed jego oczu. Wolno ci naówczas będzie osiąść samemu, żyć z pracy i zająć się malarstwem swobodnie.
Tak rozmawiając, chodzili długo, a dwa poczciwe serca wylały swój smutek w duszę Jana, który postrzegł, że wielkie szczęście jakiego dostąpił, na oko tylko było wielkiém szczęściem, a w istocie wielkiém na drodze postępu opóźnieniem. U Bacciarellego bowiem prawie nic nie mógł się nauczyć, a bardzo wiele zapomnieć.
Gdy się trzéj towarzysze rozstawać mieli, Chmura niektóre jeszcze dobre rady dał na pożegnanie temu, którego już uważał za pokrewnego w nieszczęściu i przyszłego przyjaciela.
— Zdaje mi się i chcę na to rachować, żeś nie-