Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.X.djvu/226

Ta strona została skorygowana.

218
WYBÓR PISM J. I. KRASZEWSKIEGO.

kobiety Rzymu za wzór Wenery godzinami służą, wytrwać niepokalanym, wynijść czystym? Jak w tęsknych wieczorach, gdy tysiąc myśli wiedzie za rękę tysiące żądz, młodemu, z całą ciekawością młodości ku rozkoszy ciągnionemu nie dać się uwieść szepczącéj do ucha Włoszce: „Ja cię kocham — ja kocham ciebie!?”
Rzadki pewnie, ktoby w młodości kochał jedną nie wszystkie, kobiety, coby kochał kobiety, nie zaś miłość samą. A miłość cielesna i duszna tak są z sobą związane, tak często poczyna druga, a kończy podstawując się pierwsza! Dwie te miłości, dwie siostry rodzone: jedna powietrzna, idealna, smętna ze łzawém wejrzeniem i westchnieniem, z piersią wzniesioną; druga gorąca, wesoła, uśmiechająca się, drażniąca, niedbała o jutro i na jutro niepamiętna; a zawsze podobne do siebie (choć odmienne) jak dwie siostry rodzone. Annibal, który cały żył kobietą i rozkoszą, bo wiara żadna nie dawała mu przyszłości, a myśl występku nie była hamulcem, szydził z prostoty dziewiczéj Jana. On już kilka łatwych kochanek przekołysał na kolanach i porzucił bez żalu; Jan jeszcze żył myślą dawnéj czystéj miłości dzieciństwa.
Czarnowłose i czarnookie Włoszki spoglądały na Jana ciekawie; obojętność jego, układ dziwny, zdumiewały je i drażniły. Nieraz czarne oko Angioliny, ostatniéj z kochanek Annibala, którą porzucał co miesiąc i co miesiąc się z nią godził, spoczęło w źrenicy Jana z pytaniem: „Nie jestżem dość piękna?” Nieraz w wesołéj igraszce, gorące usta spoczęły długo, zajadle, lejąc truciznę żądzy w krew Jana i mówić się zdając: „Któż ci da więcéj rozkoszy nademnie?” Nieraz objęła go, drażniąc Annibala, i przytuliła się do niego