Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/101

Ta strona została skorygowana.

93
SFINKS.

że. Ale pan wie (mrugnął z uśmiechem na Jana), że i sławny Rabrant źle ręce malował, a co do rysunku to był zupełnie lichy.
— Jednakże — rzekł Jan, nie mogąc wytrzymać — widziałem portrety jego we Florencyi, których ręce są arcydziełami.
— Ale czy to tylko z pewnością Rabranta? spytał uśmiechając się Perli: bo on, o ile wiem, same ognie i nocne światła jako też cienistości malował!
Jan nic nie odpowiedział. Perli mógł nawet myśleć, że go pokonał, gdy ten nie widział potrzeby tłómaczenia i oświecenia zarozumialca.
Wyszli i długo powolnie przechodzili ulice, a Jan ze spuszczoną głową ani się odezwał do Mamonicza.
— Powiedz mi — rzekł nareszcie do niego — na co mi się przydać może znajomość z takimi ludźmi? To są bazgracze!
— Niestety! rzekłeś!
— Więc po cóż mi oni?
— Mówiłem ci już i powtórzę. Są to bardziéj jeszcze intryganci niż bazgracze, odpowiedział Mamonicz. Może ci mniéj szkodzić przynajmniéj będą, jeśli twa znajomość próżność ich połechce, jeśli ich rozbroi, o czém dotąd wątpię. W razie gdybym się mylił, zawsze to ciekawe studya. I taką hałastrę znać potrzeba... Wiesz co? mówił daléj wahając się Mamonicz: pokazałbym ci coś daleko godniejszego uwagi twojéj jako człowieka i jako artysty, rzecz osobliwą, wyjątkową, ale... ale...
— Cóż ci przeszkadza?
— Co? tysiąc rzeczy, tysiąc uwag.
— Nie rozumiem, chybaby nas tam me dopuszczono?