Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/111

Ta strona została skorygowana.

103
SFINKS.

strusiowe téjże księgi[1], które „noga podeptać może, albo zwierz polny zetrzeć?” Znajdzie się-li kto, co wyczyta wszystko, co artysta w dziele swojém zapisał? całą myśl jego aż do najdrobniejszych jéj latorośli?...
Długo rozmawiali tak jeszcze, a Jan, żegnając Jonasza, prawdziwie był poruszony, tyle szczerego zapału znalazł w wyrazach jego, tyle ognia i natchnienia. Mimowolnie on i Tytus nastroili się do téj jednostajnéj pieśni Izraelity, śpiewającego zawsze jak nad rzekami Babilonu tęskną skargę wygnańców po utraconéj wielkości.
— Wierz mi, rzekł Żyd w ostatku, żegnając Jana: do śmierci tych odwiedzin nie zapomnę. Świat zwyciężonych, upadłych częstuje wzgardą. Winni są przed nim, bo upadli, a któryż upadek nie kala? Winni, gdy rozpaczliwie chcą wznieść się ze swego kału i błota; winni, jeśli się skarżą; winni, gdy milczą — zawsze winni. A gdy z tłumu tych, co wołają: „Winni!” wyrwie się głos serdeczny, głos współczucia i litości, jakaż to wdzięczność! Wy nie dożyjecie pewnie — lecz kto wie! synowie może wasi lub wnuki... nietrudno być prorokiem! — chwili, gdy i dla was, jak dziś dla mnie, słowo pociechy, dłoń wyciągnięta, współczucie serdeczne będą drogim darem. Nie daj Boże! ale narody giną i upadają jako ludzie, a przeciwko śmierci nie ma ratunku! Miecz to anioła bożego!

Następujący dzień spędzili Tytus i Jan na odwiedzinach u znaczniejszych w mieście osób, których opieka mogła się przydać Janowi: u biskupa, przełożonych

  1. Rozdz. 39, w. 13, 14, 15.