Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/119

Ta strona została skorygowana.

111
SFINKS.

— Na kilka dni to wystarczy, odpowiedziała Jagusia. No, a robota, Janie?
— Nie przychodzi.
— Drogoż bierzesz za lekcye?
— Dosyć, ale to początek, muszę być tanim jeszcze, chcąc zachęcić. Bardzo nie wypada się drożyć.
— Dla czegoż? któż tu lepszy od ciebie?
— Z czasem, moje drogie Jagnię, wszystko przyjdzie!
Z boleścią w sercu, oszukawszy wesołą na pozór miną żonę, pobiegł do Mamonicza, który w zimnéj izdebce, w któréj stał dzbanuszek mleka i parę bułek świeżych, śpiewając, modelował lwa z natchnienia.
— Przyszliśmy — rzekł — do dna worka; oddałem Jagusi ostatki. Dziwi się, że mam tak mało. Co tu począć?
— A lekcye?
— Wiesz, co one przynoszą.
— Słuchaj, ja niewiele potrzebuję, mnie bułka, mleko, trochę gliny, to tylko, co zapycha brzuch dopominający się strawy i co umysł zajmuje, wystarcza. Musiałem oszczędzić trochę, nie wiedząc co z tém zrobię. Mam kilkaset złotych: bierz je, ale staraj się na przyszłość, myśl, działaj.
Jan wahał się w początku, ale naglony od Tytusa, wziął wreszcie te kilkaset złotych i tegoż dnia oddał je Jagusi. Nazajutrz potrzebując coś kupić, a niezostawiwszy nic sobie, zapotrzebował od niéj części pieniędzy na powrot. Biedna Jagusia zarumieniła się cała, pobiegła, i przyniosła mu, ale nie tyle ile żądał.
— Cóż się stało z resztą, kochanie? Już nie masz pieniędzy? spytał Jan przerażony, bledniejąc i pierwszy raz okazując widocznie pomieszanie i niepokój.