Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/135

Ta strona została skorygowana.

127
SFINKS.

monicz, uczuwszy niezbędna potrzebę znajdowania się przy targu, pośpieszył także, wiedząc, że Jan wprzódy zbyt wysoko ceniący obrazy, teraz może je oddać za bezcen.
— Najprzód obliczmy się, rzekł stary, — i dobywszy czerwonego pugilaresu, wypisał z niego kredką summy wypożyczane, które już do trzech tysięcy dochodziły, dodał procenta niewielkie wprawdzie, ale skrzętnie tygodniowo obrachowane.
— Adonisa — rzekł — cenię sto dukatów, a dalibóg to bardzo piękna cena.
— Bierz pan, odpowiedział Jan.
— O! nie, podchwycił Mamonicz: gdybyś korzystając z położenia Jana uczynił to, wiesz stary, zabiłbym cię. Co nadto, to nadto. Dasz półtora sta. W reszcie długu policzymy twój portret, a za pozostałe obrazy zapłacisz gotówką.
— A! daj mi pokój! ja niemam gotówki! krzyknął Żarski. Trzy tysiące to mój dwuletni dochód.
— Stój stary przyjacielu, nie oszukuj się. Musiałeś dyable stracić pamięć. Masz u księdza biskupa kapitału...
Żarski zgrzytnął zębami.
— No! co mam to mam! to moje, to zapracowane ciężko! liczyć nie ma potrzeby.
— Żarsiu! kochanku! szepnął z cicha, odprowadzając go na stronę Mamonicz: jeśli będziesz nad miarę lichwiarzył, dalipan opowiem całą historyę brygadyerowéj.
Żarski spojrzał na Jana i ścisnął za rękę Tytusa, prosząc go o milczenie.
Stary bowiem, mimo podeszłego wieku, kochał się! Wstydził się swéj słabości, włosów resztę z głowy wyrywał z desperacyi, a nie umiał się zwyciężyć. Piękna