Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/185

Ta strona została skorygowana.

177
SFINKS.

Straszna prawda stanęła mu w oczach: Jagusia konała już, tylko powolnie.
Zwołano lekarzy, którzy z obojętnością zwykłą w razach zdesperowanych, ogólnemi jakiemiś nadziejami karmili, i rozeszli się, przepisując czyste powietrze, spokojność i kozie mleko.
Miła to rada, gdy znękanemu cierpieniem niepozbytém, nieprzewalczoném człowiekowi, powie lekarz chłodno: „Potrzeba spokoju, dobréj myśli, rozrywki, wypoczynku...” A któżby im nie rad! O Boże! ale zkądże je wziąć, gdy się w łono wpije boleść i zatopi w niém swe szpony? „Bądź spokojnym — mówią — a zdrowie powróci!” jakby rzekli: „Dostań sobie życia, a żyć będziesz.”
Lepiéj już dać opium niż taką radę.
We trzy dni późniéj biedne dziecię, co nic nie zaznało z życia tylko trochę miłości a wiele smutku — nie żyło.
Śmierć jéj była ostatnią poetycznego snu sceną. Na kilka godzin przed nią wyjaśniło się jéj czoło, zarumieniła się twarz, poczuła się żywszą, weselszą, zdrowszą, chciała się ubrać, wzięła sukienkę białą, uczesała włosy jasne i prosiła Jana o gołębia. Wyszukano jéj białą ptaszynę wspomnień, którą pieściła i bawiła się nią jak dziecko.
Była to wiosna i dzień prześliczny. Prosiła, aby jéj otworzono okno; kazała sobie przynieść zakwitłą gałąź czeremchy, i powąchała jéj z rozkoszą. Zdawała się budzić po długiém milczeniu. Jan uwierzył w polepszenie i roił dla niéj życie. Ale to były tylko gasnącego już żywota ostatki, płomyk lampy, co się dopaliła.