Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/65

Ta strona została skorygowana.

57
SFINKS.

w dłoni utrzymać bańkę mydlaną — zostałoby z niéj może trochę brudnéj wody — nic więcéj. A tęczowe kolory, a połyski owe, poszłyby zkąd przyszły, w niepojęty świat ducha i światła, w nieznany kraj niepochwyconych tajemnic.
Doktor Fantazus począł się krzątać bardzo pilnie około wesela córki, a razem wszystkie swoje sprzęty pakować i dom ogałacać. Nawet bazaltowy sfinks z ganku znikł także. Pozostały tylko rzeczy Jagusi i jéj uboga dosyć wyprawa; a w pokoju doktora półki próżne i zrzynki papierów.
Jednego wieczoru wszedł doktor do pokoju narzeczonych.
— Jest zwyczajem — rzekł porywczo wedle swego trybu — że się coś daje zwykle w dodatku do żony. Dość to głupi zwyczaj; bo to niejako dowód, że kobieta może być nieużyteczną i stać się ciężarem. Płacimy, aby ją sobie wzięto. Ludy wschodnie, ludy pierwiastkowe całkiem to inaczéj rozumiały; a choć im zarzucają barbarzyńskie poniżenie kobiety, więcéj jest uznania jéj godności w téj sprzedaży dziewczęcia, niż w naszym, co za nią dajemy, posagu. Wiem, że posag nasz wypłynął zapewne z myśli podziału niby ojcowizny i macierzyzny; ba! ale niemniéj upokarza kobietę, bo nie ona bierze co na nią przypada, nie ona tém rozporządza, ale mąż — a mąż bierze najczęściéj kobietę dla tego, co ona ma, a w dodatku ją. Wiem, że Jan o tém nie myślał, co Jagusia mieć może; ale muszę mu powiedzieć, że uboga.
— Tém lepiéj, rzekł Jan; oboje ubodzy jesteśmy.
— Po matce miała dom, alem go sprzedał i przewędrował.
— Nie pytam się o to.