Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/77

Ta strona została skorygowana.

69
SFINKS.

dzę co poczniesz z sobą. Myśl, myśl, myślmy, chociaż nie przewiduję jak radzić.
— Co począć?
— Gdybyś nie był sumiennym i szlachetnym, radyby się znalazły.
— O! takich ani ja przyjąć, ani ty podać nie możesz. Drogi Tytusie, myśl jaką mi daj, naprowadź, co robić?
— Ledwiebym nie powiedział, żeby porzucić sztukę u nas niewdzięczną, a wziąć się do czego innego; ale ty na to także zgodzić się nie zechcesz.
— Niepodobna! powiedz mi, na co się przydam? Ja nic nie umiem, pomyśleć nawet o porzuceniu pendzla nie potrafię.
Tytus spojrzał na Jana, który był blady, i skutkiem przejrzenia się w położeniu swém, prawie rozpaczający.
— Jestżeś już w tak krytyczném położeniu? spytał.
— Nie, nie; ale mogę być jutro, za miesiąc, trzeba więc zapobiedz wcześnie. Tyś jeden komu się z tém zwierzam: ratuj i mów co począć?
— Najprzód, rzekł Mamonicz po namyśle: potrzeba, jak to mówią, zrzucić zupełnie pychę z serca. Największą zaprowadzić w domu oszczędność, drobnostkową, bo drobnostkami giniemy. To pierwsza: wszystkiego co łechce tylko dumę się wyrzec, co się kupuje dla oczu i dla przyzwoitości zaniechać. Powtóre, zapomnieć, że się jest wielkim artystą, szukać jakiéj Bóg da roboty, i poddać się wymaganiom choć głupszych od nas amatorów. Potrzecie, trzeba się zaznajomić i porobić stosunki w mieście, odwiedzić kolegów malarzy, chociażby to byli tylko bazgracze i niepoczciwi szczekacze, co drą twą sławę za oczyma; trochę im