Strona:Wybór pism J. I. Kraszewskiego T.XI.djvu/99

Ta strona została skorygowana.

91
SFINKS.

Naturalnie wypadało obejrzeć obrazy, i tu Perli chciwie począł wybadywać Jana, spodziewając się czego nauczyć. Jan chodził, bo musiał, od płótna do płótna, a Perli dumniał widocznie pochwałami. Wtém drzwi otwarły się popędliwie: Rozyna nic nie wiedząc o przybyciu obcych, wpadła niemi, nie ze wszystkiém ubrana. Biegła do męża, zatrzymała się, spojrzała na Jana, który jéj zaraz wpadł w oko, poprawiła suknię roztwartą na pięknych jeszcze piersiach, i cofnęła się zarumieniona.
— Moja żona! wybąknął Perli, dławiąc się: moja żona... jako też...
Rozyna w płomieniach i zawstydzona, ukłoniła się z uśmieszkiem szatańskim Janowi, uciekając z zalotną zręcznością i ciskając ukośnemi wejrzeniami ognistych swych oczek.
— Ten wielki obraz — mówił Perli, którego bezwstydne zerkania Rozynki niecierpliwiły — maluję do świątyni jednéj krajowéj (vulgo do kościoła parafialnego): Uwolnienie Świętego Piotra.
— Światła są bardzo umiejętnie rozłożone.
— W saméj istocie, nie szukając z tego nienależnéj chluby, w światłach, powszechną opinią, celuję — rzekł malarz. Rzuty onych (jako też) mam szczęśliwe. Raczcie wejrzeć na to oświetlenie oblicza apostolskiego.
— Bardzo dobrze, mruknął Jan: obraz tak wielki... Ta głowa musi być zapewne z natury? spytał.
Perli, który głucho o tém tylko słyszał, że się głowy i ciała malują z natury, podchwycił zręcznie:
— Pragnąłem usilnie, aby mogła być wydarta naturze, lecz (dodał) u nas wzory żywe niedostępne. Przesądy, nałogi, ciemnota! (jako też) nędza, niepo-