Szukam, lecz nie najduję; a im więcéj ciecze
Łez mi z oczu, tym sroższy ogień serce piecze
I z saméj wody (któż temu uwierzy?)
Nabiera mocy i silniéj się szerzy.
Nic mi w życiu niemiło: dzień na smutkach schodzi,
Noc okropne potwory w suchym mózgu rodzi:
Żądam, stroskany człowiek, by co żywo
Śmierć życia mego stargała ogniwo.
Szalony i po stokroć szalony, mym zdaniem,
Kto lekce ważąc pokój, bawi się kochaniem!
Tak-to ja mówię, tak piszę, a przecie
Serce się gwałtem kocha w Filorecie.
Czas, co najtrwalsze obala budowy,
A k'woli zmiennéj płonnym włada światem,
Zwinął nakoniec szwadron Jezusowy,
Gdziem od lat tylu prostym był sołdatem.
Kraj mi jest świadkiem, żem poczciwie służył;
Nie padła na me serce żadna skaza,
Bądź mię za pieszka kiedy zakon użył,
Czy-m grzbiet osiodłał rączego Pegaza.
Już wiek stargany przez twardą żołnierkę
W pełnym niesłusznéj rejmencie ohydy,
Przyjdzie na błędną puścić poniewierkę,
Lub dyszéć w kącie miedzy inwalidy.
Bez chleba kęsa, bez roli zagonu
Wstyd mi, lecz muszę dolę mą otwierać.
Użal się, królu, z wysokiego tronu,
A nie daj z głodu na starość umierać.