Strona:X de Montépin Dziecię nieszczęścia.djvu/273

Ta strona została skorygowana.

ko ojca i mnie, ale oficer, to nie ulega wątpliwości, mniej się jej nie podobał niż margrabia... Wesoła i przyjacielska z nim, tamtemu okazywała ciągłą obojętnością i chłodem, że niema co spodziewać się jej ręki... Margrabia zawziął się wtedy na kapitana i wyzwał go... Nastąpił pojedynek niedorzeczny, fatalny!! P. de Flammaroche miał rękę nieszczęśliwą, kapitan padł trupem na miejscu...
Baronowa zamilkła.
— I cóż? — spytał p. de Nathon po chwili milczenia.
— Jakto cóż?..
— Czekam dalszego ciągu...
— Ciągu dalszego niema.
— A ta spowiedź, o której mi pani mówiła?..
— Już uczyniona.
— Zapowiadała mi pani, że zrozumiem wszystko, a nic mi pani nie wytłomaczyła! W krótkiem opowiadaniu pani, droga baronowo, ani jedno słówko nie usprawiedliwia skrupułów i cierpień panny de Franoy i jej względem mnie odmowy.
— Tak pan sądzisz — podchwyciła Blanka — bo dusza pańska nie może wznieść się do wyżyn, na których jej dusza przebywa!.. Oto słowa Berty: „Wielkie nieszczęście rzuciło cień na me życie... Przezemnie zginął człowiek... Ani w obec świata, ani przed Bogiem, mam nadzieję, nie jestem odpowiedzialną za tę śmierć, ale sumienie i serce wołają na mnie, że ten, który mi imię swe ofiarowuje, powinien wszystko wiedzieć o mojej przeszłości... Zanim na zawsze złoży swą rękę w mej dłoni, niech wie, że na dłoni tej jest