Strona:X de Montépin Dziecię nieszczęścia.djvu/367

Ta strona została skorygowana.

gantowany przesadnie, typ starzejącego się hulaki, znającego wszystkie damy półświatka... przesyłał im końcem palców to lekkie ukłony, to całusy... Wstrętne to było i śmieszne...
— Widać, że rzadko bywasz w teatrze Rozmaitości, inaczej nie dziwiłby cię typ taki... Ale jakie to wszystko ma znaczenie?
— Posłuchaj... — podchwycił Armand. — Obok tego jegomościa znajdował się podobny mu elegant, ale mniej śmiały i znacznie młodszy, który go słuchał, potakiwał, podziwiał i odpowiadał w potrzebie, słowem odgrywał rolę podrzędnego satelity przy tej błyszczącej gwiaździe. Ci panowie tembardziej mnie drażnili, że przyszedłem dla muzyki, a oni przeszkadzali mi słuchać...
Podczas pierwszego międzyaktu opuściłem swe miejsce i poszedłem złożyć wizytę w jednej z lóż...
— W mojej... — szepnęła do siebie pani de Nathon.
Armand mówił dalej:
Gawęda obu moich sąsiadów znów się zaczęła, z podniesieniem kurtyny drugiego aktu. Trzymam się zasady, że w teatrze należy być cierpliwym i unikać wszelkich głupich sprzeczek, z uległością więc poddałem się niemiłemu losowi... Nastąpił drugi międzyakt. Wstałem, obróciłem się tyłem do sceny i lornetowałem po sali. To samo uczynił elegant i jego towarzysz. Starałem się nie słuchać ich rozmowy idjotycznej i uwag wysoce nieprzyzwoitych, gdy nagle drgnąłem gwałtownie usłyszawszy nazwisko wymówione przez młodego fircyka...