Strona:Zacharjasiewicz - Milion na poddaszu.djvu/150

Ta strona została przepisana.

aby całą swoją uwagę téj zagadkowéj parze poświęcić. Sposób zejścia się i osiedlenia téj pary na odosobnionéj kanapie, dawał bardzo wiele do myślenia. Z wszystkiego sądząc, nie miała to być obojętna pogadanka, była to jakaś ważna, nader ważna sprawa. A sprawa ta mogła się również ważną stać dla podkomorzyca...
Zrazu przez niejakiś czas milczała para na kanapce. Zdawało się, że oboje zbierali myśli swoje i szukali słów, któremiby zacząć mogli mówić do siebie. Przynajmniéj tak wyglądała dama na kanapie. Podkomorzyc prawdopodobnie myślał o zakresie swojéj nowiny w salonie, i zdawało się, że był z tego zakresu zadowolony. Milion bowiem sprawił taki efekt, że mu kaczkę, marchew i cebulę zupełnie przebaczono. Czasami tylko mięszały mu to zadowolenie słowa szambełanowéj bez ogródki wypowiedzone, że jest biednym, i że świat podziwiać jeszcze może cały kubrak na jego grzbiecie... Podczaszyc nie spuscił z niego oka...
Dama nim mówić zaczęła, położyła najprzód drobną rączkę swoją na ręce Podkomorzyca. Po tym wstępie zaczęły się słowa. Dama wymówiła te słowa z wrodzoną sobie żywością. Podkomorzyc słuchał trochę znudzony i zdawało się, że miał wielką ochotę porzucić kanapkę i przenieść się w najodleglejszy kąt salonu, gdzieby z nikiem nie potrzebował mówić, nikogo nie słuchać...