Strona:Zbigniew Uniłowski - Wspólny pokój.djvu/222

Ta strona została uwierzytelniona.

czasem w kuchni wybuchła wielka kłótnia, między Józefem a Stukonisową.
— ...Cały dzień mnie niema w domu, to teraz musisz mi pan włazić w garnki!
— Kiedy miałem zjeść obiad, jak mnie z samego rana ściągnęli z łóżka przez pani synalka.
— Synalkiem pan sobie gęby za bardzo nie wycieraj. I tak pana jeszcze kiedy zamkną.
— Zamkną, czy nie zamkną. Ale teraz niech pani odstawi ten garnek na chwilę, tylko jajka usmażę, no, chwilkę będzie trwało.
— Cholera nadała i z lokatorami. Smaż pan, tylko prędko.
Po kilkunastu minutach student wniósł patelnię z jajecznicą. On i Bednarczyk usiedli przy stole, poczem zaczęli jeść.
— Lepiejby było rozdzielić to na talerzach, bo wyłapujesz mi pan co większe kawałki boczku.
— Ja panu... większe kawałki. Dzięki mnie jesz pan ten obiad. Ja dałem jajka.
— Samżeś mi pan to zaproponował.
— Z litości.
— A jedz pan sam, niech pana cholera ściśnie z pańskiemi jajkami. Myśli pan, że nie obejdę się bez obiadu. Udław się pan.
Dziadzia zaczął rechotać ze swego kąta. Zygmunt wstał z kanapy i powiedział, pobłażliwie kiwając głową:
— Mój Boże, co tu się dzieje w tym nieszczęsnym domu. Stare chłopy, chcecie coś zdziałać w życiu