Strona:Zbigniew Uniłowski - Wspólny pokój.djvu/262

Ta strona została uwierzytelniona.

— Już drugi raz mi to pani mówi.
— Ach, tak, wtedy, tam na plaży. A potem, wie pan... byłam taka niezdecydowana. Bądźmy przyjaciółmi.
— Dziękuję pani, obejdę się.
Tymczasem lewa ręka panny Leopard bardzo skutecznie prosperowała pod kołdrą. Nad wyprężonem ciałem Lucjana i pochyloną kobietą zapanowała charakterystyczna cisza. Wreszcie ręka wysunęła się z pod kołdry. Lucjan obrócił się twarzą do ściany, a panna Leopard wyszeptała;
— Maleńki, przyjemnie było?
Leżał wściekły i zupełnie wyczerpany. Z rozpaczą myślał, jak źle z nim jest, skoro taka drobnostka pozbawiła go sił. Przytem nie powinien był pozwolić na ten gwałt ze strony znienawizdonej kobiety. Nie, stanowczo nie miał charakteru. Czy przyjemnie mu było? Uchh! wstrętna k...a!
— Nic mi mój chłopczyk nie powie?
— Nic, prócz wstrętu.
— Jak można być takim grubjaninem?
— Trzeba nawet, skoro się ma do czynienia z tak przewrotnem stworzeniem jak pani.
— Musi pan jak najprędzej wyzdrowieć. Będziesz przychodził do mnie, postaram się przekonać cię do siebie. W gruncie rzeczy mam dla ciebie wiele tkliwości, mój mały.
— Najlepiej będzie, jeśli pani pójdzie sobie i zostawi mnie samego. Jest mi pani bardziej niż obojętna. Czuję się bardzo źle i dręczy mnie widok pani.