Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.
—   10   —

my, w której się na zimę zakopał, przed ludźmi uciekał i niespodziewanie znów na ludzi trafił, to słusznie w złość wpadł.
Chwycił parobek za oszczep, ale zamiast zwierza nim ugodzić, jako że tchórzliwego był serca, nawrócił w miejscu do sani i uciekł, a miś tymczasem stanął na tylnich łapach, przednią zaś sięgnął do drugiego robotnika. Byłby mu, jak nic, zdarł skórę z głowy, bo drasnął już pazurami czuba, kiedy cieśla, nie pytając na niebezpieczeństwo, zsunął się z sosny i siekierą zmierzył zwierza między ślepie.
Ryknął niedźwiedź, gdyż niezgorzej przejechało go żelastwo przez łeb, ale snać tem okrutniejsza porwała teraz misia złość, bo przysiadł z bólu na zadzie, rozwarł paszczękę, choć krew z kudłów płynęła strugą, skoczył całą siłą naprzód i, nim Wojciech drugi raz zamachnął siekierą, obłapił wpół cieślę, do śmiertelnego zapraszając go tańca.
Kolebali się przez chwilę zwierz z człowiekiem. Wojciech rzucił siekierę i gołemi rękoma dusił niedźwiedzia w żylastych palcach, ale, choć chłop był mocny, jak rzadko znaleźć, a zwierz ranny, nie strzymał człek biedaczysko, krew żygnęła mu ustami, żebra zaś trzeszczały, jak chróściany płot. Miś dusił i dusił tymczasem, o nic już nie pytając, aż porzucił wreszcie na śnieg nieżywego Wojciecha i, pomruczawszy chwilę nad trupem cieśli, uciekł w las skowy-