Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/26

Ta strona została uwierzytelniona.
—   22   —

— No, dobrze już, dobrze, przychlibiać się umiesz, a niech cię tylko koński pot zaleci, to na nic nie pytając, pognasz głupi do źrebców. Taka już koniuchowska w tobie natura, że ino ci całe życie na pastwisku leżeć i za końskimi ogonami spozierać, kiedy, na to mówiąc, mógłbyś po mnie zakrystyańską godność piastować i uważanie u ludzi mieć.
— Nijakich ja po was godności nie łakomy, żyjta, tatulu, sto lat albo i więcej, jeśli Pan Jezus dozwolą.
— Pewnie, że stu dożyć mogę, jak nieboszczyk ojciec, krzepkie jeszcze we mnie siły, choć już siedmdziesiąt pięć roków łońskiego lata skończyłem i idzie mi na siedmdziesiąty szósty — mruczał Piotr, patrząc z lubością na swoje nogi, które nie puchły od starości i służyły dobrze.
Zapatrzył się, to i o opowiadaniu zapomniał. Michałkowi przykrzyło się darmo na przyźbie siedzieć, trącił więc opiekuna w bok i zagadał:
— Mieliście to przecie, tatulu, o wojnie, o hetmanie i o królu naszym prawić.
— Gadam już, synku, gadam, jakom rzekł, tak dotrzymam, inom kalkulował w głowie, ile to lat od tej szwedzkiej wojny, na którą mnie pan Łukasz zabrał. Widzisz, było tak. Sługiwałem na plebanii, jako ty, Michałku, a ministranturę tom już ekspedyte umiał, ale zwyczajnie, młody byłem, głupi, też jako nie przymierzając