Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/27

Ta strona została uwierzytelniona.
—   23   —

ty, Michałku, więc mi okrutnie szkapy pachniały i wolałem źrebce na błoniu ujeżdżać, niż jakowej innej roboty się imać. Pan Łukasz przyjeżdżał do swego brata, niby do jegomości, który właśnie wtedy na plebanię po nieboszczyku księdzu się sprowadził. Widział mnie, jak co najdzikszego źrebca objadę, i z tego mu się spodobałem, świeć, Panie, nad jego duszą. Raz po raz tu do nas do Rudnika przyjeżdżał, a niech się tylko pokaże na drodze koło kościoła, to ja już pędzę konia potrzymać, bo wedle tego, co się rzekło, też byłem do szkap ciekaw, nie taki przecież urwis, jak ty, Michałku, który żadnego pomiarkowania we łbie nie masz.
Tu zakrystyan chwycił w palce szczyptę tabaki i spojrzał groźnie na swego wychowanka, kiedy ten jednak nic nie odpowiadał ku swojej obronie, owszem, pokornie spuścił oczy, udobruchany tatulo mówił dalej:
— Okrutnie mnie tedy pan Łukasz polubił i, gdy na szwedzką wojnę wołali, a on żegnać brata księdza przyjechał, powiedział niewiele myślący:
— Udałeś mi się, Pietrek, żaden z moich parobków nie jest taki do koni zmyślny, jako ty, gdyby, na to mówiąc, brat jegomość pozwolił, wziąłbym cię z sobą na wojnę, bo jadę Szwedów zdrajców tłuc, którzy się przeciw naszemu królowi Zygmuntowi opowiedzieli i na Polskę walą.