Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/35

Ta strona została uwierzytelniona.
—   31   —

Polska, ale do grobów się w chwale pokładli, a dzisiejsi panowie zamiast królowi Janowi Kazimierzowi wiernie służyć, zamiast w rycerskich postępkach sławy szukać cóż czynią? Wstyd powiedzieć, oto na ucztach i ustawicznych kłótniach czas tracą, a monarsze swemu najmiłościwszemu posłuszeństwo wypowiadają. Przyjdzie godzina kary, przyjdzie dopust Boży, kto wtedy matkę-ojczyznę własną piersią przed drapieżnymi krukami zasłoni, jako ją dawniej zasłaniali prawi synowie? Kto zasłoni, powiedzcie? Juści nie rycerze, bo pomarli co najlepsi. Rzekniecie może, że chłopi, których i tu w kościele widzę, matkę-ojczyznę na ten przykład zasłonią? Ale możeż to być, skoro im prawa do wojaczki zaprzeczają, a oni w ciemnocie i w pracy, jako w tem grzązkiem błocie do poła zagrzebali się, nie bacząc na swą godność, że z Piastów są, że, gdy Polska woła, stawać powinni porówno w jednym rzędzie ze szlachtą, jako dzieci tej samej matki. Inne narody morza albo li wielkie rzeki i góry na obronę swoich granic mają, nam zaś przyrodzenie takiej ochrony poskąpiło. Żerdzią i płotem Polski były piersi jej synów, ale gdy teraz serca wasze w obojętności pomdlały, to tak jest, jakoby żerdzia zbutwiały, a chróst z płota wiatr ma cztery strony świata rozwiał. Przyjdzie zły sąsiad albo lada rabuś, rozgrodzi ojczyznę z reszty obrońców i wlezie w nasze ziemie, jak nieme