Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/44

Ta strona została uwierzytelniona.
—   40   —

z kościoła na błonie, gdyż pilno mu było koniuchów do wojny namawiać.
Odtąd w każdą niedzielę opowiadał proboszcz z ambony o księdzu Kordeckim, jak mężnie broni Częstochowy, a po mszy śpiewał z ludem suplikacye na uproszenie zmiłowania Bożego dla Jasnej Góry.
Bo to miejsce święte okrutne znosiło prześladowanie. Łakomy był Szwed na skarbiec klasztorny, więc z całych sił na mury się darł, ogniste kule dzień i noc miotał na dach kościelny, że drżały fundamenty od huku armat. Większe zaś jeszcze, niż ze szturmującym nieprzyjacielem, miał ks. Kordecki utrapienie z kobietami, które się do klasztoru schroniły, i z niektórymi tchórzliwymi zakonnikami. Ci, małej wiary będąc, nalegali wciąż na przeora, aby obrony zaniechał, a klasztor Szwedom oddał. Straszyli, że słyszą, jak Szwedzi lochy pod Jasną Górą kopią, nie dziś, to jutro kościół razem z klasztorem w powietrze wysadzą i pogrzebią pod gruzami wszystkich obrońców Częstochowy razem z obrazem Matki Najświętszej.
Człowiek małego serca byłby się tych strachów uląkł, gdyż istotnie Szwedzi sprowadzili ze Śląska górników i kazali im skałę pod kościołem kruszyć, ale Kordecki, prawy katolik i Polak, na nic nie pytał, tylko obowiązku swego strzegł.
— Sługa ja Maryi, sługa Jana Kazimierza,