Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/62

Ta strona została uwierzytelniona.
—   58   —

też, ino nie na wozie, ale w błocie, i dotrzymam mu słowa — przechwalał się Michałek, a uśmiechał przytem chytrze, bo taka go radość rozpierała, że byłby na cały głos pokrzykiwał: hu, ha! tylko się bał Szwedów przestraszyć.
Oni wlekli się tymczasem za wozami, i też raz po raz w górę spoglądali, bo ciemniało na dworze, ostatnie zorze zgasły, a miesiączka ani gwiazdy przez gąszcz leśny nie dojrzeć. Ujechali tak jeszcze parę staj, droga była coraz cięższa, koniska z ledwością wyciągały nogi z błota.
— Koni mi żal, bo potoną w bagnie, żebym mógł, tobym im postronki poprzecinał, niechby się nieme stworzenia swoim rozumem zratowały, ale tak myślę, co nijak nie zdolę, własny łeb ciężko będzie cały wynieść, jak się głupie Szwedy zmiarkują, gotowe usiec. Niechta i to będzie na chwałę Najświętszej Panienki, ino co szkap to mi okrutna szkoda, choćby ten kasztanowaty wałach z pierwszej furmanki, albo tamta skarogniada zdałyby się do naszego stada, skoro jegomość powiadają, że je dla króla polskiego chowa. Potoną ze wszystkiem bestye, nie zradzę wam, chudzięta, nie zradzę, a czemu zaś szelmom służycie, teraz was jeden koniec czeka.
Tak rozprawiał Michałek, jadąc wciąż na kilkadziesiąt kroków przed pierwszym wozem, a tylko oglądając się za taborem, gdy mu nikły