Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/65

Ta strona została uwierzytelniona.
—   61   —

biej grzązł w błocie, darmo furmani śmigali batami, darmo konie dobywały ostatków sił. Ciemno było, że własnego nosa nie zobaczysz, za dnia poznałby każdy, na jakie bagna go wiodą, poznałby, że dalej kroku postąpić nie można, bo, gdzie okiem sięgnąć, rozlewało się olbrzymie bajoro, porośnięte szuwarem i kępkami zielonych traw albo pleśni. Michałek jeden wiedział, na jak wielkie naraża się niebezpieczeństwo, choć znał dobrze te miejsca, bo chodził tu nieraz z chłopakami po gniazda wodnych ptaków, których tysiące żyło na moczarach. Jego własny koń zapadał miejscami w błoto wyżej kolan.
— Dalej już nie potrzebujeta przewodnika, sami trafita do piekła — pomyślał chłopak. Ściągnął źrebca cuglami i uskoczył w bok między wiklinę.
Trafił szczęśliwie na twardszy grunt, obsadził w miejscu konia, utaił się wśród kęp łoziny i zaparł w sobie dech, czekając, aż przejadą wszystkie trzy furmanki i konni Szwedzi. Siedział tak już chwilę przyczajony, kiedy tuż za za krzakiem Niemiec z pierwszego wozu zaczął znów krzyczeć i pytać o drogę do Leżajska.
Dreszcz przeszedł po skórze Michałka, słyszał bicie własnego serca, i zdawało mu się, że słyszą je z wozów, przejeżdżających opodal. Bo o kilkanaście kroków od niego brnęli w błocie Szwedzi, klnąc, wrzeszcząc i zgrzytając zębami ze złości. Konie rwały postronki, zapadały co-