Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/75

Ta strona została uwierzytelniona.
—   71   —

kogo we wsi ochotnego dobrać i jutro ino świt będziewa szwedzkie majętności z wody dobywać.
Proboszcz spojrzał z podziwem na chłopca.
— Dopiero cię febra trząść przestała, już ci po drugą pilno, a i to wiedz, że ze Szwedami też nie zawsze się uda, raz im uciekłeś, nuż zaś który cało z błota wylazł i swoich po śladzie przyprowadzi, to skórę z ciebie ściągną, jak z węgorza.
— Kiej, z przeproszeniem jegomości, ja nie ryba ani żadna jensza gadzina, ino sługa Matki Boskiej, więc mi Panienka Częstochowska krzywdy zrobić nie da.
Ksiądz na tę odpowiedź chwycił głowę chłopca w obie ręce, przytulił dobrotliwie do piersi, czoło naznaczył krzyżem i powiedział rzewliwym głosem, w którym łzy czuć było:
— Idź, Michałku, i czyń, jako ci serce doradzi, ja już w niczem zaprzeczać temu, co zrobisz, nie będę.
Michałek za te słowa buchnął, jak długi, do nóg jegomości, gdyż przypomniało mu się to, co ksiądz był kiedyś mówił o pasterce Joannie, która króla swojego zratowała. Wzięła go okrutna chęć własnemu monarsze, Janowi Kazimierzowi, tyle świadczyć z miłości, on, parob, ile potrafiła marna dziewucha. Zaraz się też tatulowi opowiedział ze wszystkiem, co uczynić zamierzał, i o błogosławieństwie, jakie mu dał proboszcz. Należało działać rozważnie, bo, choć