Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/80

Ta strona została uwierzytelniona.
—   76   —

na wszystkie strony, niby prawdziwy złodziej, który cudze dobro kradnie.
— Gdzieby zaś Michałek złodziejem miał być, toż gadasz, że do stodoły wór wnosił, a nie ze stodoły księże dobro zabierał — zgromił Kubę Wojtek, sołtysów syn, i tak mu dokumentnie na oczy jego głupotę wystawiał, jakgdyby sam w tej sprawie ręce był umaczał.
Kuba też tylko ramionami ruszył na to gadanie Wojtkowe, bo pomyślał, że cały ten interes z worem nieczysty musi być i lepiej go ze wszystkiem poniechać, niż z sołtysiakiem zadrzeć. Wiadoma rzecz, sołtys pierwsza we wsi figura i ojciec najładniejszych dziewuch na całe Rudniki, to jakże takiemu się sprzeciwić?
Znowu więc o Michałku ucichło do czasu na błoniu; i jak ucichnąć nie miało, kiedy nagle zaczęli ludzie głośno pogadywać, że król Karol Gustaw z drogi do Lwowa nawrócił, dudy w miech schował, a teraz ze wszystkiem z Polski się zabiera, bo mu pan Czarniecki i inni rycerze spokojnego odetchnienia nie dają, ino tak go tropią, jak dobry myśliwy wilka po śladzie tropi. Leciały po Rudnikach nowiny, niby te dostałe gruszki z drzewa, jeszcześ jednej nie podniósł, już druga sama ci się naprasza do gęby. Ludzie szaleli z radości, aż też i ksiądz proboszcz odebrał przez konnego jakowąś pewną wiadomość, więc, że to była niedziela, na ambonę wszedł, zapowiadając dziękczynną mo-