Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/85

Ta strona została uwierzytelniona.
—   81   —

żeniem, że ta gromada wprost na probostwo pędzi.
Ksiądz właśnie pod ten czas prześpiewał już ostatnie pieśni z ludem i, ornat z siebie zdjąwszy, odmawiał pacierze w zakrystyi, kiedy wpadł pachołek z plebanii i oznajmił, że sam król szwedzki Karol Gustaw na obiad do plebanii zajechał, wojsko naprzód wysłał, gwardyi zaś swojej, czyli straży przybocznej, która go nigdy nie odstępowała, kazał odpoczywać przy zabudowaniach księżych.
Michałek złapał się za głowę i, jak stał, skoczył na plebanię, a za nim Wojtek, ale we dwa pacierze byli już napowrót w zakrystyi. Nie wierzył własnym uszom i oczom, dopiero, gdy to, co o zabudowaniach mówiono, rozważył, oprzytomniał na chwilę.
— Zabiorą gałgany moje fuzye i kule — krzyknął, nikt jednak, nawet Wojtek, go nie słuchał.
On zaś gadał dalej:
— Król szwedzki, Karol Gustaw, na plebanii rudnickiej! sam Pan Jezus do rąk mi go daje — mełł w ustach wyrazy Michałek, akurat, jak kamień młyński miele ziarno, nie wiedząc, jakie ono jest.
A wtem Wojtek palnął go nieźle w bok pięścią, że zaś był ostrożny, szepnął mu na ucho: