Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/86

Ta strona została uwierzytelniona.
—   82   —

— Niechby pan Czarniecki wiedział o tym królu, toby mu pewnie życia nie darował.
Michałkowi zrobiło się jasno przed oczami, oprzytomniał nagle, jakgdyby mu kto kubeł zimnej wody na łeb wylał.
— Gdzie jest ten jezdny, który z twoim tatulem gadał? — zapytał Wojtka.
— W naszej chałupie był, jak tu szedłem, a okrutnie miał zganianego konia, to pewno nie odjechał.
Chciał sołtysiak jeszcze coś rzec, ale, gdy się obejrzał, Michałka dawno nie było już w zakrystyi; kościół też pustemi świecił ścianami, bo, na wiadomość, że wojsko szwedzkie zajmuje plebanię, kto żył, biegł się przekonać, jaki porządek zastanie we własnej chacie.
Michałek tymczasem dopadł już był do domostwa sołtysa, i Wojtek zobaczył go tylko, że w mig z niego wyleciał, a potem gnał wprost na błonie do źrebców.
— Stado chce zganiać, żeby go Szwedzi nie ogarnęli — pomyślał sołtysiak, ale mylił się bardzo, jako mylili się i inni, którzy zdala za Michałkiem spoglądali.
On zaś biegł co tchu w piersiach, aż wpadł między konie. Tam jednej chwili dosiadł najtęższego źrebca, ścisnął go bosemi piętami, szkaplerz na piersiach poprawił i gnał bez pamięci prosto drogą do Leżajska.