Otwórz menu główne

Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/88

Ta strona została uwierzytelniona.
—   84   —

dęba i zarył kopytami ziemię. Michałek zeskoczył i, trzymając źrebaka za chmyza, skłonił się panom rycerzom.
— A co powiesz? — spytał, zbliżywszy się, Szandarowski.
— Szwedy u nas w plebanii; gadają, że sam król jest między nimi! — rzekł Michałek z iskrzącym wzrokiem.
— A siła ich? — Nie będzie nad dwieście koni.
Szandarowskiemu z kolei zaświeciły się oczy, lecz bał się zasadzki, więc spojrzał groźnie na chłopaka i rzekł:
— Kto cię przysłał?
— Co mnie kto miał przysłać! Samem na źrebaka na grudzie skoczył, ledwiem się nie zatknął i czapkę zgubił. Dobrze, że mnie ścierwa nie obaczyli.
Prawda biła z opalonej twarzy Michałka i ochotę miał widocznie wielką na Szwedów, bo mu policzki pałały i stał przed oficerami, trzymając jedną ręką za grzywę źrebca, z rozwianym włosem, rozchełstaną koszulą na piersiach, oddychając szybko.
— A gdzie reszta szwedzkiego wojska? — pytał chorąży.
— Jeszcze rano przewaliło się ich tyla, żeśmy zrachować nie mogli, ale tamci poszli dalej, a ostała jeno jazda, a jeden śpi u dobrodzieja, powiadają, że król.