<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Tajemnica grobowca
Pochodzenie
Przygody Zagadkowego Człowieka
Nr 77
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 27.6.1939
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W złodziejskiej spelunce

Napuszony i pewien siebie, dyżurny w podmiejskim posterunku policji wysłuchał nieznajomego z miną wyniosłą i rzekł:
— I ja mam w to wierzyć, panie łaskawy?... Ukradli mumię. A po co im była ta mumia?... To są fantastyczne meldunki, mój panie. Nie wolno takimi bujdami zabierać nam czasu. My mamy sprawy ważniejsze na głowie... O wiele ważniejsze...
Dickson wołał się nie zdradzać. Rzekł tedy tylko krótko:
— Obowiązkiem panów jest sprawdzić ścisłość meldunku. Nie wątpię, że pan to uczyni. Żegnam pana.
Dyżurny, zdumiony takim tonem u jakiegoś tam sobie rentiera podmiejskiego, gdyż za takiego wziął Harry Dicksona, zapomniał go nawet zapytać o adres i personalia choć to należało do jego obowiązków.

Detektyw siedział w swym gabinecie, w wygodnym fotelu i palił fajkę. Przed nim stał Tom Wills, jego uczeń i wychowanek.
— Będziesz mi musiał załatwić kilka spraw. Przede wszystkim dowiesz się, w jakim nocnym lokalu bywa Mr. Mateusz Sirrins.
— Napewno w „Złotym Jabłku“. A jeśli nie tam, to w „Belle Vue“. Hulaka dobrze urodzony i szanujący się gdzie indziej bywa? A że Sirrins jest
jacielem jest Dr. Gensbury.[1]
— Czy mógłbyś mi jeszcze coś o nim powiedzieć?
— Owszem. Wiem, że jego nieodłącznym przyjacielem jest Dr. Gensbury.
— Gensbury?... — powtórzył detektyw. — Znam to nazwisko. Nie pamiętam tylko gdzie i kiedy się z tym człowiekiem spotykałem...
— Z Gensburym mógł się pan spotkać tylko w jakiejś jaskini gry, bo Gensbury praktyką lekarska się nie zajmuje. Jest graczem i kto wie, czy nie szulerem.
Dickson zmarszczył brwi:
— Wysoki, — przypominam sobie, — brunet... Typowy Irlandczyk? Czy to nie ten?...
— Właśnie ten.
Detektyw poklepał swego ucznia po ramieniu.
— Bardzo dobrze. Połowę mych zleceń już załatwiłeś, nie ruszając się nawet z miejsca. Dowiesz się czegoś więcej o Sirrinsie, a ja poszukam jego przyjaciela, pana doktora Gensbury.

Gdy tegoż wieczoru Harry Dickson opuszczał swe mieszkanie przy Baker Street, wyglądał jak typowy turysta amerykański, który ukradkiem wybiera się na przegląd spelunek londyńskich.
Okrągły brzuszek, a na nim gruba złota dewizka, czarna broda i pierścienie na palcach, wreszcie duży kapelusz na głowie — wszystko to sprawiało wrażenie, że to jakiś plantator bawełny ze stanu Karolina wybrał się na poszukiwanie przygód w dzielnicy portowej.
Sporo srebrnych monet i dwa rewolwery: jeden dużego kalibru i drugi mniejszy dopełniały rynsztunku tego typowego turysty.
Detektyw znał doskonale adresy potajemnych domów gry — to też trafił gdzie należało.
Gdy poprzedzony przez małego Chińczyka, który kosztem szylinga stał się bardzo uprzejmy, znalazł się detektyw w zadymionej salce z ruletką — niemal pierwszą osobą, jaką od proga dojrzał — był pan dr. Gensbury.
Ten prezentujący się doskonale i młody jeszcze człowiek grał z kilku gentlemanami, również wywodzącymi się ze sfer najlepszego towarzystwa londyńskiego.
Oczy lekarza błyszczały namiętnością: detektyw czytał w nich wyraźnie, że hazard jest treścią życia tego człowieka.
Gensbury, ujrzawszy rzekomego Amerykanina — jednym gestem zatrzymał grę i zwrócił się do przybysza ostro:
— Kto pan jest! Czego pan tu chce?
Z najniewinniejszą miną, mocno nosową, typowo amerykańska wymową, Dickson zwrócił się do obecnych:
— Kto jestem?... Jestem Taylor, James Humbert Taylor ze stanu Karolina. Czy panowie wezmą mi za złe, jeśli spróbuję w ich towarzystwie wygrać lub przegrać kilka funtów?... Płacę rzetelnie, gdy przegrywam i wiem, że gdy wygram — nie dostanę kwitu na bank na księżycu? Gramy zatem?...
Gensbury zmierzył intruza od stóp do głów, ale już łaskawszym okiem.
— Dobrze, niech pan siada. Zagramy!
Dickson grał ze zmiennym szczęściem, ale że przegrane przyjmował ze stoickim spokojem, a z racji wygranych nie manifestował specjalnej radości — przypadł do gustu swym partnerom.
Nie brzydka, choć mocno uszminkowana młoda kobieta, którą nazywali tu wszyscy Gildą, jak się później okazało współwłaścicielka lokalu — chwaliła Wuja Sama głośno:
— Tak się gra, moi panowie, mówiła do młodych Anglików. Bierzcie sobie przykład z wujaszka z Ameryki. To się nazywa elegancka gra...
Gensbury kilkakrotnie ją upominał, aby im nie przeszkadzała.
— Jak przegrywa, to mu wszystko przeszkadza, — rzekła gniewnie.
— Jeżeli nie przestaniesz, to się wyniosę! — żachnął się doktór.
— I tak się zaraz wyniesiesz. Nie chcesz, żeby Sirrins na ciebie czekał. Przecież wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi.
Gensbury, jakby istotnie szukał tylko pretekstu, mruknął jakieś bardzo niewybredne słowo i wstał od gry.
Po chwili wyszedł.
— Krzyżyk na drogę, panie doktorze. Niech się pan śpieszy, bo pacjenci czekają.
Ta uwaga, poczyniona około godziny trzeciej w nocy, brzmiała, oczywista, bardzo ironicznie.
Gra się urwała.
— Czy mógłbym zaprosić panią na butelkę szampana? — zwrócił się nieco zażenowany wujaszek z Ameryki do Gildy.
— Z uczciwymi ludźmi nigdy nie odmawiam nawet dwóch butelek, — rzekła dama z czarującym uśmiechem.
Butelka zjawiła się na stole. Korek wystrzelił z hukiem.
Po kilku minutach Dickson i Gilda byli już najlepszymi przyjaciółmi.
— To ten doktór nie ma praktyki? — zagadnął ją od niechcenia rzekomy Amerykanin.
— Jak ją może mieć, kiedy nie ma nawet prawa praktyki.
— A to dlaczego?
— Wypisywał recepty na morfinę każdemu, kto mu zapłacił i za to odebrano mu prawo praktyki.
— Biedny człowiek... To przecież straszna rzecz... Pani zdrowie!
— Na zdrowie, wujaszku!...
— Żal mi tego doktora. Z czego biedak żyje, jeżeli mu praktykować nie wolno?
— A, jest też o kogo się martwić. Daje sobie radę, zapewniam pana, wujaszku...
— Jeżeli sobie daje radę — to bardzo dobrze...
— A tak, bardzo dobrze. Jak nie gra, to dalej pisze swoje recepty. Podpisuje się inaczej i tak forsę zbiera.
— To się może kiepsko skończyć. Powinien tego zaniechać.
— To też mówi, że zaniecha... Na zdrowie, w ręce pańskie, wujaszku z Ameryki...
Znów się trącili.
— Dobrzeby było, żeby zaniechał tego wypisywanie recept... Ale czy też on ma jakieś wyjście...
— A bo ja tam wiem... Powiada, że teraz robi duży interes i że od razu zarobi wielkie pieniądze. Niech mu będzie na zdrowie...
— Duży interes, powiada pani, panno Gildo... To przynajmniej rozumiem. Ja też robię duże interesy. Bawełną handluję. Handluję i uprawiam...
Gilda roześmiała się serdecznie.
— Gensbury bawełną nie handluje napewno... Już ja tam w czystość jego interesów nie wierzę. On nie sieje, nie orze i nie zbiera. Najwyżej ludzi nabiera — taki to musi być ten interes...
Mr. James H. Taylor z Karoliny wyraził z tego powodu zdziwienie, choć w duchu mr. Harry Dickson miał już nawet pewne przypuszczenia co do charakteru tego interesu.
Przypuszczenia te potwierdziła przecież sama Gilda twierdząc, że Sirrins był nieodłącznym przyjacielem doktora.
— Ci dwaj napewno maczali palce w sprawie lady Eweliny, — rzekł do siebie detektyw.
Gilda nie dosłyszała tych słów.
— Co mówi wujaszek z Ameryki?... Może mu się już spać zachciało...
Dickson wstał, rozmyślnie mocno kołysząc się na nogach:
— A tak... Trzeba będzie wracać. Bardzo serdecznie dziękuję za miłe towarzystwo. I moje uszanowanie.
Dickson rzucił kilka srebrnych monet.
Tego wieczoru nie zmarnował.

Tom Wills w dancingu „Rajskie Jabłko’“ szukał Mateusza Sirrinsa.
Właśnie zamierzał już wyjść, aby nie znalazłszy tego wesołego młodzieńca w tym lokalu zajrzeć do „Belle Vue“ — gdy w progu natknął się na drugiego detektywa.
Sam Keatson był już nieraz pomocny Dicksonowi, a z Tomem łączyła go żywa sympatia.
— Co tu robisz, mały?
— Szukam pewnego dużego, — odparł Tom.
— Kogo?
— Sirrinsa znasz?
— Mateusza Sirrinsa, wysokiego prawie na dwa metry?
— Właśnie.
— Nie ma go tutaj, bo ja już tu jestem po raz drugi, i nie będzie go.
— A jego kolega dr. Gensbury?
— Nie znasz zwyczajów tych panów, jak widzę. Razem nie bywają nigdy. Chadzają własnymi drogami. Tyle tylko, że Gensbury mieszka u Sirrinsa, pod miastem.
Detektyw Keatson był widać dobrze poinformowany.
— Więc, jeżeli Sirrinsa tu nie będzie, to może Gensbury przyjdzie? — zagadnął Keatsona Tom Wills.
— Trafiłeś w samo sedno, — uśmiechnął się wywiadowca. — Gensbury powinien tu być. Można o tym wnosić jeszcze po tej osobie.
Poczciwy Keatson wskazał na nie bardzo już młodą i nie bardzo urodziwą osobę, mocno chudą i ryżowłosą — siedzącą samotnie przy małym stoliku.
— Któż to taki? — zagadnął Tom kolegę po fachu.
— Irlandka, jak i Gensbury. A Irlandczycy popierają się w całym świecie, jak żaden inny naród.
— Czeka na doktora?
— Tak jest. To jego pomocnica, wspólniczka, czy jedno i drugie. Nazywa się Barry.
— Ma na sobie piękną suknię.
— Nepewno pożyczyła ją sobie od swej pani, pożyczyła bez jej wiedzy.
— Od swej pani, powiadasz, Keaton. Cóż to znaczy?
— Znaczy to, że ta dama jest poprostu pokojówką.
— A kto jest jej pani?
— Lady Ewelina Demelson. Słyszałeś coś o niej?...
Tom zrobił jak najniewinniejszą minę:
— Coś nie coś. Podobno jest bardzo piękna...
— A tak. Piękna i ma bardzo bogatego, drugiego już zresztą męża...
Tom ziewnął:
— Pójdę już. Bądź zdrów, Keatson.
— Dobranoc, mały. Ukłony dla mistrza Dicksona.
I Tom Wills tego wieczoru nie zmarnował.




  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak właściwej linii tekstu; zamiast niej jest powtórzona jedna z linii następnych.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.