Wielki nieznajomy/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wielki nieznajomy
Wydawca J. K. Gregorowicz
Data wyd. 1872
Druk K. Kowalewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WIELKI NIEZNAJOMY.
OBRAZY NASZYCH CZASÓW
PRZEZ
J.  I.  Kraszewskiego,
w Dwóch Tomach.

─────


W roku 1866, właśnie w chwili gdy wojna między Austrją a Prasami wybuchnąć miała, rozpoczynał się niemal sezon, u wód galicyjskich pod Tatrami, a gospodarze domów, właściciele hotelów, wszyscy co nawykli rachować na przybycie gości z różnych stron świata, trwożyli się niezmiernie przewidując że im ten nieszczęśliwy skład okoliczności szyki pomięsza — nikt czasu wojny i ofiar jakie ona za sobą prowadzi, nie ma wielkiéj ochoty ruszać się z domu, często też możności braknie. Przecięte drogi, utrudnione komunikacje przyczyniają się też do przytrzymania każdego we własnym kącie. Lecz że choroba nie folguje, a rozkazy lekarza są wyrokami śmierci lub życia — suną się i ciągną do wód ci co muszą. Tacy znowu goście dogodni dla apteki, lekarzy, a może nawet i hotelów, najmniéj z sobą przynoszą materjału do życia społecznego i zabawy. Szczęście to jeszcze wielkie, jeśli chory jest już tak chorym, że się bez opieki obejść nie może, naówczas podejmują się jéj zwykle najmłodsi najsilniejsi zarazem, służąc biednym ciociom, wujaszkom, dziaduniom lub babciom, — i o sobie nie zapominając. Wiadomo powszechnie że młodość ma swe prawa, których nawet częstokroć nadużywa.
W tym roku, może i strach wojny chorób napędził, dosyć że mimo smętnych przeczuć gospodarza domu pod Różą — które podzielał właściciel hotelu Warszawskiego i inni różnych dworków posiadacze, pod Trębaczem, trzema Sosnami, dwoma Czyżykami, czterema Grzybami itp. — w porze właściwéj, gdy już miały grzmieć działa i wojska się przesuwały około Ołomuńca — goście poczęli sunąć się zewsząd do Krynicy, domy się powoli wypełniały — i nie było wcale tak pusto jakby się lękać i spodziewać z owych groźnych konjunktur należało.
W ten cichy zakąt, do którego wojna z pewnością się docisnąć nie mogła, gdzie każdy czuł się bezpiecznym — do którego tak złe prowadzą drogi, że niemi działa ani piechota, bez szwanku by się dostać nie potrafiły — chociaż Galicianie nawykli do nich cało jakoś przejeżdżają — zsuwali się zwolna ludzie chorzy, przestraszeni, odpoczynku i ciszy potrzebujący, wreszcie ci co niewiedzieli co z sobą począć nie mając otwartego Ems, Wiesbaden, Homburga.
Przybywali tu i tacy, którzy w szczęśliwszych czasach powędrowali by byli, potrzebnego im żelaza rozpuszczonego w wodzie szukać daléj, przyprawnego po niemiecku, ale że tam właśnie kulami świstano — woleli pić domową wodę z bezpieczeństwem, że się przy niéj z innem żelazem, nie przepisanem przez lekarza — nie spotkają.
Krynica, Żegestów, Iwonicz, Szczawnica mimo tych piekielnych dróg do nich wiodących, na których łatwo karku nadkręcić — otwierały gościnne podwoje coraz nowym przybyszom, witanym z niekłamaną radością. Towarzystwo było nieco zmięszane — ale u wód wiele się nie wymaga, o tem nawet Anglicy są przekonani. Kontyngensu jak zwykle dostarczyła Galicja; sąsiednie królestwo, a z Prus co się na wprost dostać nie mogło — koniecznie postanowiwszy przywędrować, jechało na Warszawę. Nie wiem o ile chorym ówczesne wypadki przy picia wody szkodziły lub pomagały — zdrowi mieli tę pociechę że każdéj poczty oczekiwali z ciekawością niezmierną, z niecierpliwością gorączkową, a w chwilach wolnych od gazet puszczali wodze domysłom — co z tego na świecie wypaść było powinno i jak się to skończyć miało? Zdania były wielce podzielone, ale kto sobie rok ten przypomina — przypomni też że nikt nie odgadł końca.
Już spora kupka gości w dnie pogodne przechadzała się po deptaku co rana, przysłuchując się popisom muzyki któréj repertuar zmieniał się o tyle o ile speiscettel pod Różą, — nie psując uszów zbytnią rozmaitością — już grono poważne przyzwoitych osób napawało się zapachem rezedy obficie zasianéj w ogródku przy źródle, gdy jednego dnia zjawił się tu homo novus, który powszechną pań i mężczyzn zwrócił uwagę.
Był to młodzieniec słusznego wzrostu, bardzo pięknych rysów twarzy, fizjognomji szlachetnéj, postawy nader szykownéj — mogący mieć lat dwadzieścia i kilka, pod trzydzieści — ubrany z jak największym smakiem i w ogóle zdradzający powierzchownością swą, obliczem, ruchami, człowieka z téj sfery towarzyskiéj, która do high life Europejskiéj należy. Nikt ani na chwilę nie wątpił zobaczywszy go, że to jest potomek Potockich lub Zamojskich lub jednéj z tych historycznych rodzin starych, które dotąd dawnéj zamożności nie straciwszy, na stopniu rodowi właściwym utrzymać się przez nią potrafiły...
Ludzie pewnego oka, z małych oznak umiejący się domyśleć wszystkiego, naturaliści salonowi co z pierścionka odbudowują mastodonta wielkiego świata — zaręczali od razu i gotowi byli się zakładać nawet, grubo — iż przybyły musiał być co najmniéj hrabią P. — hrabią Z. — jeśli nie księciem L. księciem S. i t. p.  O nazwisko nieszło ale o rodzaj i gatunek do którego zaliczyć się miał ów zjawiający się młodzian piękny, dystyngowanytrès comme il faut. W prawdzie jak trudno dziś łyżkę srebrną rozpoznać od Christophlowéj i Ruolzowéj, — tak nie łatwo fabrykaty tego rodzaju odróżnić od prawdziwych owoców czasu i drzew genealogicznych, ale naturaliści salonowi, nawet w braku cech i oznak mają cudowny a nigdy niemylący instynkt, — poczucie rodu. Jest to u nich gratia status. Wszyscy zaręczali że to był pan najczystszéj wody. Najzuchwalsi ważyli się nawet i nie narzucać, wynikłe z kombinacji ruchów różnych znakomitości — najzręczniejszy wszakże poszedł naprzód do bióra, w którem się zwykli byli zapisywać podróżni — i tam cichaczem się coś myślał dowiedzieć.
Podróżny, mówił sobie — nie mógł dawniéj przybyć jak wczora, wczorajsi zaś już musieli być zameldowani miejscowemu zarządowi. W książce znalazł ciekawy, Chaję Ajzyk kupcowę z Brudow z Chaną Gurgich siostrzenicą, i Aaronem Pekfiszem (oczywiście Pekfiszem nieznajomy być nie mógł) następnie radzcę Fryderyka Gotlieba Müllera (niewyglądał na urzędnika wcale), — hrabinę Elizę Maulhorn z baronów Przerętskich z kuzynką Adelą Ernestyną Federzeug — w ostatku pana Gabriela Pilawskiego, obywatela z Warszawy. Oczywiście i tym Pilawskim obywatelem z Warszawy, na żaden żywy sposób nie mógł być arystokratyczny ów młodzian, chociaż z Warszawy — bo nazwa pana Gabriela Pilawskiego zdradzała bruk miejski i pochodzenie plebejuszowskie, w najlepszym razie mógł to być ledwie drobny szlachetka — ten zaś pan musiał należeć do najlepszego świata. Mówiło zanim wszystko a wszystko aż do skromności angielskiéj w ubiorze i cudownego kraju jego niezaprzeczenie londyńskiego bonjourka. Ciekawi przechodząc mimo rozpoznali, iż tkanina z któréj był zbudowany z Brün w Morawii pochodzić nie mogła. Laseczka też, którą nosił w ręku — laseczka pełna szyku nie podobna by pochodzić miała z innego jak najpierwsze magazyny w Europie, a nieużywał by jéj z takim smakiem, tylko człek urodzony, by czuć i oceniać piękno we wszystkiem — nie wyjmując ani trzewika ani czapki. Ludziom pospolitym trafi się mieć coś jednego, niczego, umiejący się szanować posiada tylko wytworne rzeczy. Pudełeczko do zapałek u niego jest artystycznie wykończone, niewidzialne sprzączki są patentowanemi wyrobami — kto się szanuje jest w tem nieubłaganie ścisłym. Takim się właśnie wydawał ów nieznajomy.
Zobaczywszy spis przybyłych, bystry ów badacz tajemnic Krynickich — który wziął na siebie dośledzić przybylca, i — przekonany że nieznajomy gość jeszcze zameldowanym nie był — poszedł, jak nazywał — dotrzeć. Dotarciem zwało się wyśledzenie wprost mieszkania jego — poczem już reszta informacji pójść miała jak z płatka.
Lecz spikają się czasami okoliczności nieprzyjazne na ludzi zbyt ciekawych. Młodzieniec właśnie wypiwszy ostatnią szklankę wody, założył ręce w tył z ową laseczką i — poszedł sobie — w góry!! Gdzieś jakby do posągu N. Panny, albo nawet jeszcze daléj. Badaczowi, drapanie się tak wysoko za nieznajomym, na czczo, poto tylko ażeby może znowu zdrapywać się nazad i to napróżno, bo mogła mu przyjść fantazja spaceru samego — wydało się zupełnie niepraktycznem. Wstrzymał zapęd, usiadł na ławce u zdroju i tu postanowił czekać powrotu. Nie doczekał się go wcale jednak tego dnia, znać wędrowiec inną sobie jakąś obrał drogę. Ciekawiec wrócił zawiedziony i kwaśny pod Trębacza. Takie niepowodzenia zwykło wszakże tylko dodawać ochoty i odwagi dla przezwyciężenia spikującego się losu.
Nazajutrz pruszył deszczyk — ale wytrwały badacz pod parasolem, po śliskich drożynach odbywał zawczasu straż pilną, oczekując na nieochybne ukazanie się nieznajomego.
Deszcz nawet był na ten raz sprzymierzeńcem dobrym, gdyż zabezpieczał od nowéj w góry wycieczki. Zdala ujrzał go już przybywającego, a z kierunku domyślił się iż nie mógł gdzieindziéj stać tylko pod Różą, w téj bowiem stronie nie było żadnego innego większego hotelu, a jużciż człowiek tak dystyngowanéj powierzchowności nie mógł stać w lada dziurze.
To nieulegało już wątpliwości i parasol skierował się do hotelu. W hotelu stosunki przyjazne, znajomość jeszcze krakowska z samym naczelnikiem instytucji — ułatwić miały dośledzenie prawdy. Gospodarz pilnując aby goście byli czasu kawy po wodzie usłużeni w porę, kręcił się już we fraku u wnijścia. Dzień dobry panu! rzekł badacz zbliżając się,.
— A! dzień dobry!!
— A cóż? a cóż? gości chwała Bogu u pana dosyć?
— No tak! są — są.. tak! goście — ale jacy goście? zżymnął ramionami gospodarz.
— A jakich że byś pan sobie życzył?
— Rok okropny — bankructwo gotowe! mówił żywo właściciel Róży ruszając ramionami — co to za goście!
— Wszakże mieszkania pustkami nie stoją?
— Ha!! co to o tem mówić! zżymnął się gospodarz i potarł rękami głowę.
— Przepraszam... ale właśnie chciałem spytać... o jednego z pańskich gości.. tego.. młodego.. przystojnego.. arystokratycznego.. z laseczką...
— W tużurku tabaczkowym? tak — z laseczką, kapelusz Panama.. a! to mi tu o niego spokoju nie dają.. odparł gospodarz — nawet hrabina... lokaja przysyłała.
— Właśnie o niegom chciał spytać?
Właściciel Róży z przyległościami ruszył ramionami, uśmiechnął się. Cóż tak wielkiego? co tak osobliwego zawołał. Uderzył się w czoło. Ah! jakże bo się nazywa? jak się nazywa?.. okręcił się. A! wiem.. pan Gabriel Pilawski.. obywatel z Warszawy..
— No — ale obywatel a obywatel — dodał badacz, pan najlepiéj wiesz że kogo to teraz obywatelem nie nazywają.. obywatel ziemski? obywatel miejski?..
— A! już co do gatunku obywatelstwa to nic nie wiem, szybko dodał gospodarz — nie wiem.
— Gabriel Pilawski! powtórzył ciekawy — to nie może być!
— Jakto nie może być, ofuknął gorąco gospodarz, jak nie może kiedy jest.. Ja panu powiadam, Gabriel Pilawski, obywatel z Warszawy.
— I przyjechał sam? ze służącym? jak?
— E! sam jeden — sam jeden.
— Gabriel Pilawski — Pilawski! powtórzył skłopotany badacz — kapelusz Panama, laseczka i tużurek tabaczkowy.. Gabriel Pilawski.
— Mówię panu, mogę książkę meldunkową pokazać.
— U zegarka żadnych dywizek tylko jeden wielki pierścień z turkusem.
— Ten sam — pierścień z turkosem, turkos ogromny, kosztowny — obserwowałem — rzekł go0spodarz.. ja się na tem znam..
— I Gabriel Pilawski czy Piławski! spytał jakby nagle oświecony myślą szczęśliwą badacz...
Gospodarz trochę zniecierpliwiony pobiegł po książkę, przyniósł ją i włożywszy na nos szkiełka wspólnie z ciekawym począł się podpisowi przypatrywać. Oba spuścili głowy nad książkę, syllabizowali, milczeli. Rzeczywiście była wątpliwość — Głoska l skutkiem zamaszystego pociągu pióra tak była zawiązana, iż mógł ją kto chciał wziąć za l lub za ł. Zależało czytanie od usposobienia. Gospodarz czytał jako simplex servus Dei, Pilawski, ciekawiec mrucząc pod nosem, bo nie chciał się wydać z pomysłem — mówił Piławski. Rzecz była na pozór mała, ale dla badacza nadzwyczajnéj doniosłości i ogromnego znaczenia.
Uśmiechnął się ironicznie w milczeniu; książkę oddał, ukłonił i z wielką powagą miał odchodzić, gdy go tknęło iż się o inne okoliczności towarzyszące, pomocniczo objaśniające nie zapytał. Mądry wszakże, domyślny a grzeczny właściciel Róży, wyczytawszy z oczów milczącego badacza ciekawość, dodał pocichu w poufny sposób.
— Jaki obywatel ziemski, proszę pana, czy też miejski... tego nie wiem, a czego niewiem tego nie mogę powiedzieć — ale coś porządnego: słowo honoru, coś bardzo porządnego! Powiadam panu bywają u mnie różne familje i ludzie, nie chwaląc się, najznakomitsi... raz nawet był hr. Gołuchowski!.. no — ale takiego tłomoka jeszczem u nikogo nie widział. Angielski czy też już nie wiem jaki, skóra jak na pugilaresie, okuta bronzem, elegancki co się zowie śliczny. Drugi mniejszy podobny tylko kalibrem różny, torba także garniturowa. A co ponadobywał różności i ponarozstawiał szczotek i mydeł, flaszek, ingredencji to się służąca wydziwić nie mogła — królewska toaleta.
— No — a z herbami? zapytał badacz.
— Przyznam się panu że oto nie pytałem i nie obserwowałem — dodał gospodarz, a tylko elegancja co się zowie. Na kołnierzu od surduta gdy Franek wytrzepywał sam czytałem London, na butach, to mi Franek mówił, London, wszędzie London i wszystko paradne.
— A książki ma? Spytał inkwizytor.
— Pół stolika zawalonego — dodał gospodarz — wszystko francuzkie, i coś tam polskich...
— Ale bez służącego? szepnął kręcąc głową badacz.
— Hm — ściśle biorąc — rzekł gospodarz, po cóż do Krynicy służący? Franek może i księciu usłużyć... Hrabiemu Gołuchowskiemu buty czyścił.
Niedosłyszał tego argumentowania nasz ciekawiec, bo się skłonił i zatopiony w myślach odchodził powtarzając — Piławski. Pilawski hm! oczewista rzecz iż to jest pseudonym dla zachowania incognito od herbu Piława — Toć jasne! to jasne! Chciałoby się uniknąć natrętów, ciekawych, znajomości... to jasne... Piławski — Piława!
Uśmiechnął się do siebie i zatarł ręce szczęśliwy iż trafił na wywód ten, który mu się wydawał nadzwyczaj trafnym. Nie jest to rzeczą przyjemną, ciągnął daléj — być napastowanym, okrążanym, wyzyskiwanym... Ci protekcji, inni pieniędzy, — drudzy szukają znajomości, aby się przechwalać. Toć rzecz zrozumiała — Piławski... Piława... jak na dłoni. Jestem w domu — ale sza!!
Uszczęśliwiony domysłem w którego trafność uwierzył najmocniéj, badacz poszedł na deptak pod parasolem postanawiając milczeć, dopóki by na poparcie idei swojéj nie znalazł silniejszych jeszcze argumentów.


Tu czas jest zapoznać się — nie z wielkim nieznajomym, ale z badaczem tyle trafności mającym i dowcipu. Badacz nasz, w pospolitem życiu zwany był panem Karolem Surwińskim. Był on mieszkańcem Krakowa i — teraz już, właścicielem kamienicy, na któréj srogie opodatkowanie zwykł się był uskarżać przy każdéj rozmowie. Zasiedziały w mieście i nieruszający się chyba do Krynicy z rozkazu Doktora Dietla — pan Karol niegdy wiele świata zwiedził, wiele przebył i przebolał. Z przeszłego czynnego życia pozostała mu potrzeba ruchu, pieniędzy, stosunków, ludzi i — wiadomości złego i dobrego. Czytywać nie mógł, bo nie nawykł do tego nudziarstwa i słabe miał oczy — czerpał więc zabawę i naukę z żywego świata. Filozofował, obserwował; nadewszystko płotki i wnikanie w strojne sprężyny cudzego żywota niezmiernie lubił. Tem też właściwie tylko żył i zajmował się. Jeśli w swych studiach nad społecznością i analizach charakterów natrafił na szkopuł; — choćby zrazu miał się on rozprysnąć, jak woda o kamienie, nie mijał go, i owszem — silił się skruszyć zawadę — i zawsze prawie z czasem; z cierpliwością dochodził do ziszczeń swych celu. Nie było dla pana Karola Surwińskiego nie tajnem na Krakowskim bruku, nie ostało się też długo tam gdzie przeniósł chwilowo działalność swoją.
— Gdybym ja chciał pisać pamiętniki — mawiał śmiejąc się po cichu, (miał w obyczaju taki śmieszek stłumiony, przygłuszony, tajemniczy z którym nie wybuchał nigdy — ale też i obejść się bez niego nie mógł) — gdybym ja moje pamiętniki pisał!!! no — no! dopierobyście się ciekawych dowiedzieli rzeczy!!
Nieprzychylni panu Karolowi dowodzili że fantazja bujna, częstokroć wybujała — dosztukowywała co brakło do uzupełnienia wiadomości. To pewna że łataniny znać nie było, a powieści pana Karola tak mile się słuchały, tak były zręcznie układane, iż je wiele prostoduchów za szczerą brało prawdę. To też pan Karol, stary kawaler, potroszę wszędobylski, mile był widywany w najróżnorodniejszych towarzystwach, w każdem z nich właściwie znaleść się umiał, a z równem upodobaniem gościł u professorów, hrabiów, ławników i mieszczan. Nawykły do miasteczka choć dziś wyludnionego znacznie, zawsze jednak dostarczającego mu poddostatkiem społecznego materjału do życia — u wód miał tem więcéj do czynienia, że szczuplejszem gronkiem ludzi wyżywić się musiał. Z tego powodu był niezmiernie czynnym, kręcił się i wyszukiwał zajęcia. Nic tu oka jego i uwagi nie uchodziło, starał się ze wszystkiego korzystać. Tajemniczy ów przybysz dostarczył szczęściem pięknego przedmiotu do studjów i bardzo był pożądaną zagadką.
W prawdzie dotąd brakło danych, na których by oprzeć mógł i osnuć dostatniejszą powieść, lecz, mądréj głowie dość na słowie — z tego co miał snuć już mógł wiele i długo. Pracowici badacze są jak pająki, przędą z siebie gdy z czego innego nie mogą. I mówił w duchu pan Karol:
— Człowiek który tak wygląda! mała rzecz tłomoki, ale i one mają znaczenie, człowiek który ubranie i obuwie każe sobie robić w Londynie, nie może być lada obywatelem Pilawskim... bo o żadnych Pilawskich tak okrutnie bogatych i zbytkujących u nas niesłychać. W tem tkwi tajemnica... ja jéj dojść muszę... Zatarł ręce... dzień był chłodnawy.
— Niech sobie demokracja co chce plecie, dodał rody, rasy i krew istnieją. Po twarzy zaraz, z rysów poznać można człowieka dobrego gniazda, którego rodzina od wieków swobodnie oddychając, zajmowała się wydzieloną sobie przez Opatrzność delikatniejszą robotą.. To nie jest twarz, postawa, chód pana tam jakiegoś obywatela Pilawskiego — to są rysy arystokratyczne, szlachetne — rasowe...
Deszczyk kropiący od rana, jakoś około godziny dziesiątéj pruszyć przestał — na deptaku chodziło, mimo pozostałéj na nim wilgoci, osób coraz więcéj, chodził i pan Karol, którego dobrzy znajomi mimo jego wieku zwali Karolkiem — za co się nie gniewał, odmłodzało go to i pochlebiło mu. Ten i ów zaczepił przechodzącego, ale wszyscy doświadczyli iż nie był usposobionym do rozmowy jak zwykle... zbywał ich krótko. Absorbowała go zagadka, uchylał się nawet od obcowania z najlepszemi znajomemi, ażeby w ciszy i skupieniu ducha, przedsięwziąć środki właściwe ku odkopaniu tajemnicy. Niewykończonéj produkcji niechciał okazywać szerszym kołom.
Wszyscy uważali iż był nie swój — przypisano to działaniu żelaza z wapnem, rozpuszczonych w wodzie Krynickiéj. Gaz też węglowy, węglany czy węglisty nie ma reputacji przyczyniającego się do rozweselenia — owszem ma przytępiać władze wszelkie.
Około — pół do jedenastéj, gdy już wszyscy pijący wodę, mieli czas dokończyć absorbcji i porozchodzili się do kąpieli — słońce łaskawsze niż zwykle bywa w Krynicy, zaczęło się z po za obłoków gnanych wiatrem pokazywać. Można było, korzystając z pięknéj pory wyjść na przechadzkę, a że barometr Dr. Zieleniewskiego znacznie się podniósł — już się nawet zaczynały tworzyć projekta dalszych wycieczek, gdy ciekawość powszechna, podrażniona przez pana Pila czy Piławskiego (którego nazwisko jeszcze nie było znanem powszechnie) na nowo rozbudzoną została powozem, pocztowemi końmi zajeżdżającym pod Różę, z paczkami, pakunkami, pudełkami... tłomokami i dwiema paniami, które wysiadły — spytały o mieszkanie, a znalazłszy na pierwszem piętrze trzy pokoje bardzo słone, po krótkiéj chwili wahania — zajęły je i rozkładać w nich poczęły. Gospodarz, ażeby wiedzieć czego się trzymać, chociaż tłomoki znowu były wielce obiecujące (nużby uchowaj Boże w tytule uchybił?) wysłał zaraz dziewczynę z książką meldunkową, piórem i atramentem. Po krótkiéj chwili panna powróciła i na karcie wyczytano: Zuzanna Domska z córką Elwirą z Berlina. Służąca syllabizując schodziła powoli z księgą, a gospodarz i cała kupka ciekawych rzuciła się wnet na pastwę. Wszyscy nosy powtykali jak najbliżéj papieru i wszyscy je popodnosili wkrótce, z wyrazem uczucia doznanego zawodu. Powtarzano — Domska! Domska z Berlina! Cóż to jest z Berlina? To chyba z Wielkiéj polski?
W rubryce oznaczającéj stan przybyłych, był tylko posuwisty sztrych pióra, jakby obrażonego natrętną indagacją, znaczący tyle co protestacja przeciwko nieprawemu dochodzeniu i wtrącaniu się w szczegóły tyczące społecznego stanowiska — chorych!! Domyślano się tedy różnie. Pani Domska z córką Elwirą i tylu pudełkami nie mogła być kim innym, tylko bogatą dziedziczką dóbr w Wielkiéj polsce... A że mąż jéj zajmował zapewne stanowisko wysokie przy dworze, że zasiadał w izbie parów, więc i owa pani Domska jechała nie z Poznania, ale z Berlina. Rzecz była dla ludzi myślących jasna jak słońce. Nawykli do wyrazistości niecierpliwili się tym lakonizmem — pani Domskiéj z Berlina!!
Nazwisko brzmiące ładnie nic samo z siebie nie mówiło. Rodzina w herbarzach była nieznana, lecz ileż podobnych zasiada teraz po izbach panów i parów, i nosi tytuły świeżo nabyte? Osoby pijące kawę na dole, a wstrzymane chwilę w pochodzie bardzo przebaczoną ciekawością — popatrzały na znoszone tłomoki... czytały nieznacznie polepione na pudełkach kartki i powoli się porozchodziły... Jedna panna więcéj przybyła młodzieży.
Doświadczenie uczy, iż u wód kto się chce o kim dowiedzieć, zawsze w końcu celu doścignie, byle miał trochę cierpliwości. Wysiadające panie widział gospodarz, widział Franek lokaj, widziała panna służąca, spotkał w korytarzu pan Paweł Bann Hotkiewicz, odstawny Major od Huzarów. Wszyscy się zgadzali na to, iż obie wyglądały bardzo, bardzo przyzwoicie. Panna Elwira mimo zaniedbanego stroju i choć po męczącéj podróży — wydała się wszystkim bardzo piękną. Matka zdawała się chorą, zmęczoną i mniéj dystynkcją odznaczała. Była, mówił znający się na ludziach gospodarz — at sobie stara jejmość! — panna zaś — co się zowie. I dodawał z pewnym ręki ruchem wielkiego znaczenia: Grandioso, grandioso!
Baron Hotkiewicz który uchodził za znawcę, bywał na balach dworskich i widywał arcyksiężne.. potwierdzał iż panna Elwira wyglądała trés comme ile faut. Uderzało i to w charakterystyce pań, iż pani i panna Domska z wielkim wykwintem i wedle najświeższéj mody były ubrane. Ilość pudełek zwiastowała elegantki wielkie... Burnus panny Elwiry kaszmirowy, nawet jak na drogę, był za nadto wytworny, boć go oprócz postyljonów nikt nie widział.
Korzystając z ciepła i słońca parę osób poszły po śniadaniu przechadzać się do lasku. Pan Karol Surwiński zobaczywszy na oddalonych ścieżkach z cygarem snującego się swojego Pilawskiego, począł manewrować z niezmierną zręcznością tak, ażeby się z nim gdzieś z bliska spotkać, nie będąc znowu posądzonym o natręctwo i nawijanie się, bo tego niecierpiał. Jakoż w istocie dzięki umiejętnym pochodom skrzyżował się, zawsze najniespodziwaniéj niby z p. Pilawskim, ale przechodzący odwracał za każdym razem głowę, udawał że nie widzi i napawał się po wodzie — naturą, a do zawiązywania stosunków najmniejszéj skłonności nie okazał. Pan Karol o tyle tylko skorzystał w strategicznych ruchach swoich, iż mógł się zbliska przypatrzeć krojowi sukien, lasce, kapeluszowi, dewizce z turkusem — i z obserwacji swych wyciągnął znowu to najmocniejsze przekonanie, iż nieznajomy był incognito ściśle zachowującym członkiem jakiejś znakomitéj rodziny krajowéj.
Z tem najmocniejszem przekonaniem powracał, nie chcąc już po raz trzeci się z nim zetknąć, gdy na skraju lasku ujrzał idącą przeciw sobie panią Ormowskę, sławną panią Ormowskę, w towarzystwie nieodstępnych dwóch swych wychowanic i kuzynek, panien Lusi i Musi. Kto nie miał szczęścia znać osobiście pani Ormowskiéj, którą znali od lat trzydziestu wszyscy około Lwowa, w obu królestwach Galicji i Lodomerji i Wielkiem księztwie Krakowskiem, temu nadzwyczaj trudno będzie skreślić wizerunek wierny téj zacnéj damy, która niegdyś była najpiękniejszą między pięknemi, a dziś jeszcze należała do najprzyjemniejszych niewiast dwóch królestw i wielkiego księztwa. Pani Ormowska de domo, ale to już tam przypomnieć trudno, bo nazwisko rodowe było nie zbyt wdzięczne, poślubioną została bardzo młodo hrabiemu P... z którym żyła lat z dziesiątek, owdowiawszy poświęciła się wychowaniu syna jedynaka, a dla ułatwienia tego zadania i znalezienia mu opiekuna a sobie pomocnika, wyszła powtórnie za mąż za niejakiego pana Ormowskiego, człowieka bardzo majętnego lecz posądzanego iż handlem sobie zdobył fortunę. Po Ormowskim owdowiawszy raz jeszcze i wziąwszy spadek bardzo znaczny, bo jéj większą część majątku swego zapisał, nie probowała już wchodzić w nowe związki małżeńskie, synowi oddała dobra hrabiowskie, sama zaś w dostatkach i swobodzie trawiła resztki żywota, wychowując i wydając za mąż dla rozerwania się różne z kolei dalekie kuzynki i powinowate. Jedynym warunkiem, niezbędnym prawie, przyjęcia w opiekę ubogich panienek było iż musiały być ładne, miłe, roztropne i łagodne. Brzydkich znosić przy sobie nie mogła równie kobiet jak mężczyzn, a złośliwych mniéj jeszcze. Dobrego serca, wesołego umysłu, wielce wyrozumiała i pobłażająca dla drugich, pani Ormowska, którą przez grzeczność nazywano baronową, nie miała już innego celu w życiu nad wesołe spędzanie lat pozostałych. Otaczała się więc tem co jéj robiło przyjemność, a że dobroczynność daje spokój i szczęście, czyniła jak mogła najlepiéj ludziom, aby oni jéj nie nudzili, nie przeciwili się i nieprzeszkadzali być szczęśliwą. Musi i Lusi, a w ogóle wszystkim z kolei po sobie następującym kuzynkom ani smutnemi, ani nudnemi, ani złośliwemi niedozwalała być pani Ormowska. Dziewczęta umiały z tego doskonale korzystać, bo gdy która czego zażądała, robiła kwaśną minkę tylko i najdaléj w dwadzieścia cztery godzin, pocieszoną została tem czego pragnęła. Umiano to usposobienie wyzyskiwać. Kobiecina wyglądała ze swą pomarszczoną, rysów jeszcze wdzięcznych, mimo marszczek i starości twarzyczką, z oczkami uśmiechniętemi i ustami uśmiechać się usiłującemi — wcale przyjemnie. Zawadzała jéj tylko zbyteczna otyłość. Chodziła też podpierając się zawsze parasolikiem, który w istocie był zamaskowaną laską, a nawet wcale grubym kijem, ale w jedwabnéj sukience, poznać go było trudno co za jeden. Dbała o powierzchowność swoją i kuzynek niezmiernie pani Ormowska, choć samą się z tego śmiała że ją jeszcze o spóźnioną zalotność gotów kto był posądzić. W istocie zaś o tyle zalotną była że chciała się podobać z charakteru, wykształcenia a — mówiąc prawdę i ze śladów wdzięcznéj, dawnéj niezapomnianéj, tryumfatorskiéj piękności. Lubiła bardzo nie być samą, a właśnie się trafiło że dwór jéj jakoś się rozpierzchnął i szła tylko z Lusią i Musią, co się równało dla niéj, jakby nie miała nikogo, obie bowiem panienki, jako domowe były chlebem powszednim. Zobaczywszy zdaleka przez lornetkę p. Karola, który szedł jakoś w przekątnym kierunku — staruszka poczęła nań wołać, machać chustką, a że Musia i Lusia także, śmiejąc się do rozpuku, rozkrzyczały hukając nań i dając znaki, jak okręt przy rozbiciu — aby p. Surwiński na ratunek przybywał — rad nie rad przybiegł stary kawaler, sądząc że w istocie wezwano go przeciw żmji lub wężowi na wojnę. Pani Ormowska umiała ocenić przymioty pana Karola, chociaż wiele do zarzucenia mu też znajdowała, naprzód że miewał nie zbyt swieże chustki od nosa i czasem przypylone kołnierzyki od koszuli, powtóre iż bywał złośliwy i siał niepotrzebne plotki. Ale bawił ją też anegdotkami i opowiadaniami. Surwiński nie zbliżał się zbytecznie do pani Ormowskiéj, gdyż jako stary kawaler miał w podejrzeniu wszystkich że go chcieli żenić, a znając upodobanie w kojarzeniu sakramentalnych węzłów staruszki, bał się Musi i Lusi. Bo to, mawiał sam do siebie — człek się nie wiedząc sam jak, zaplątać jeszcze może, a potem kłopot i gniewy i niepotrzebna gadanina.
— Ale chodźże, chodź, wołała tupiąc nóżkami i stukając o ziemię parasolikiem pani Ormowska... chodź...
A obie dziewczęta śmiejąc się wtórowały.
— Prędzéj, prędzéj! Chodźże pan.
Surwiński był przekonany, iż być musi jakaś bardzo nagła potrzeba, przybiegł aż się zadychał.. stanął ocierając pot czoła. Czemże służyć mam?
— Ot masz! czem służyć? rozśmiała się staruszka — nic innego tylko sama jestem, nudzę się, a wasz obowiązek panowie moi, bawić mnie teraz... Niegdyś to ja was bawiłam.. teraz wy musicie starą...
— Ale to pan niegrzeczny, dodała Lusia białe pokazując ząbki, widzi pan same jedne, zbłąkane na bezdrożach niewiasty, bez opieki, bez męzkiego ramienia i nie domyśla się iż należy stanąć na straży.. spełnić najświętszy obowiązek. Lusia była wielce żartobliwą.
— Niechże pan babuni (wszystkie kuzynki zwały panią Ormowską Babunią) — poda rękę, dodała Marja.
— A tak, daj mi asińdziéj rękę.. mówiła stara ruszając się z ciężkością z miejsca, chodźmy — doktór Zieleniewski każe chodzić.. a pan?
— Tak, tak i ja muszę chodzić — rzekł pan Karol...
— Przepraszam pana, przerwała Lusia — pan nie chodzisz, pan biegasz, a tego przy wodach zakazują.
— I zkądże pan tak leciał na skrzydłach zefira? spytała Musia.
Pani Ormowska z zefira śmiać się zaczęła...
— Jakto? zkąd? podchwycił Karol — ja przechadzałem się... szukałem tylko suchych ścieżek.
— Co tam! co tam! gdzieś był toś był, rzekła Ormowska, ale mów co słychać? bo ty — to wszystko wiesz.
Surwiński się uśmiechnął, pochlebiał mu ten wymiar sprawiedliwości, czuł się téj pochwały godnym.
— Żebym miał wszystko wiedzieć — ozwał się skromnie, tego nie powiem, lecz że czasem uda mi się więcéj niż drudzy spenetrować — to mi wszyscy przyznają.
— I cóż spenetrowałeś? zapytała baronowa.
— W Krynicy bo domy przezroczyste, i tak dalece nie ma nie do penetrowania, westchnął pan Karol... Czy pani baronowa już widziała — naszego wielkiego nieznajomego?
— Kto? co? kogo? spytały razem trzy głosy.
— Przecież tego pana z pod Róży, w eleganckim londyńskim bonżurku, w kapeluszu panama..
— Któż to taki? przerwała Ormowska, dziewczęta mi mówiły już coś o nim, ja z daleka źle widzę, a koło nas nie przechodził.
— Przystojny mężczyzna, bardzo przystojny, odezwała się Musia — bardzo przyzwoity.. ładnie ubrany...
— Nikt nie wie kto to taki — dodała Lusia.
Karol się uśmiechnął.
— Chociaż nie zupełnie, rzekł, mogę w tym względzie zaspokoić ciekawość pań. Stoi pod Różą ale... ale z książki meldunkowéj w któréj się wszyscy zapisują, niewiele się dowiedzieć można o nim. Pan Gabriel Piławski obywatel z Warszawy... i po wszystkiem... więcéj nie napisał.. Wszakże trzeba nie mieć oczów, pani baronowo dobrodziejko, ażeby nie dostrzedz, iż to jest ktoś inny!.. To — przysięgam państwu, członek jakiejś bardzo znakomitéj familji, rysy arystokratyczne... krew znać w nich, przytem postawa, ruch... mina.
— A po cóżby się taił z nazwiskiem? spytała Ormowska..
— Po co? naprzód, że takiemu panu zawsze wygodniéj być incognito, powtóre: iż — kto wie? ma osobiste zapewne jakieś pobudki do tego.
— Ale zkądże wnosisz znowu? spytała zaciekawiona staruszka, bo jeśli z nosa i brody, to ci powiem, że się grubo omylić możesz. Jam stara, ją ci co innego powiem. Śmieją się z tego demokraci i drwinkują, a to rzetelna prawda iż tylko po rękach można poznać człowieka dobrze urodzonego. Widzisz asindziéj, gdy trzy, cztery, pięć pokoleń nie rękami nie robiło, zdrobniały one i wydelikaciły się, to naturalna. W drugiem pokoleniu u dorobkowiczów jeszcze łapy. Twarz będzie czasem piękna, arystokratyczna, rysy już się wygładzą, a ręce — ręce zostają długo na pamiątkę tym rodom, które niemi na życie pracowały. Widział żeś asindziéj ręce?
— Ręce? nie, odparł Karol, widziałem tylko bardzo eleganckie i pozapinane szczelnie rękawiczki.
Panny się zaczęły śmiać..
— Przekonacie się panie, dodał pewien siebie pan Karol, iż ten człowiek okaże się wcale kim innym, nie jakimś panem Piławskim.. Naprzód żadnéj familji szlacheckiéj Piławskich nie ma..
— A dla czegoż ma być koniecznie szlachcicem? rozśmiała się Lusia, mów pan.
— Dla tego, że ma fizys szlachecką! odparł Karol tryumfująco — to są rysy nie plebejuszowskie.
— I pan wszystkie domysły opierasz na tem? podchwyciła śmiejąc się staruszka.
— Nie zupełnie.. tajemniczo dodał Surwiński. Gospodarz hotelu opowiadał mi dziwy, o nader kosztownych przyborach podróżnych tego gościa.. Mają być jakieś niewidziane, niepraktykowane tłomoki. Służba wydziwić się nie może, iż odzienie wszystkie z firmami londyńskiemi.
Lusia zaczęła się śmiać, a Musia, która zawsze szła za nią w ślad, jeszcze głośniéj — rozśmiała się i staruszka. Pan Karol nieco był tą płochością obrażony.
— Śmiejcie się panie, ja przy swojem stoję... dodał — familji Piławskich nie ma a herb Piława wiadomo do kogo należy. Mądréj głowie dość na słowie.
Zresztą zobaczymy — okaże się to, okaże..
Panny spojrzały po sobie — Piławita!.. incognito! a toż by to była dopiero gratka.. Pani Ormowska ruszyła ramionami.
— Cóż daléj — rzekła. Spowiadaj się co wiesz jeszcze?
— Nie wiele więcéj, odparł Surwiński, lecz mogę dodać dla zajęcia pań, iż pod Różę zajechała też dzisiaj osoba jakaś majętna z Wielkopolski.. Matka z córką. Przybyły pocztą, zajęły lokal drogi... pudełek z sobą nawiozły mnóstwo..
— Nazwisko? spytała Ormowska — przecież to my tam majętniejsze domy znamy prawie wszystkie?
— Ja też, choć osobiście nie znam wielu, odezwał się Karol, z reputacji wiem o każdéj znaczniejszéj rodzinie — jednak o téj, przyznaję się, żem nie słyszał...
— A już pan wiesz, kto i co? spytała Lusia.
— A jakże — ja jestem tak szczęśliwy — dorzucił Surwiński, iż wiadomości same mi nie szukane płyną.
— I jakże się zowie ta pani? mów? nagliła staruszka.
— Pani Domska... z córką, Elwirą...
— Domska! Domska! powtarzały wszystkie panie razem — Domska! Ni vu, ni connu... Dąbska — to jeszczeż — szepnęła baronowa, ale o Domskich nie słyszałam.
— Musi być z Wielkiéj Polski, bo zapisała się z Berlina...
— A córka — ładna? spytała Lusia.
— Major Hotkiewicz.
— Tylko wyraźnie Hotkiewicz, Hotkiewicz.. rzekła Ormowska, bo go drudzy mięciuchno wymawiając, gotowi Chodkiewiczem zrobić — a cóż mówi Hotkiewicz?
— Że bardzo ładna...
Panny westchnęły.
— Słuchaj asindziéj, zatrzymując się poczęła staruszka. Słońce przypieka jakby w Neapolu — czasby już i do domu, prowadź nas tak abyśmy przeszły około Róży. Może też zobaczymy tych co cię tak intrygują.
Wprawdzie chcące powracać około Róży, trzeba było zawrócić ku niéj i zejść z gór... lecz nie było to tak dalece z drogi, panny ciekawość miały wielką zobaczenia rywalki... poszli.
Pani Ormowska mimo, że dla niéj przechadzka dłuższa była bardzo uciążliwą, dogadzając kuzynkom a po troszę i sobie, dała się sprowadzić z góry i powlokła się opierając na parasoliku. Po drodze mało już osób spotykano, minął ich tylko wracający z wycieczki wielki nieznajomy i Lusia z Musią mogła się jego strojowi przypatrzeć. Staruszka znajdowała, że w istocie postawę i chód miał pański. Karol się tem ucieszył.
— Widzi pani baronowa dobrodziejka, ja się na tem znam, odezwał się — ja nieraz w Krakowie z tyłu idącego... to jest z tyłu widzące przechodnia... o kilkadziesiąt kroków nawet profesję odgadnę. Inaczéj chodzi, proszę pani szewc, inaczéj krawiec, inaczéj literat, a wcale odmiennie wielki pan.
Pani Ormowska śmiała się serdecznie, panny wtórowały. Przeszli mimo Róży, zawrócili potem kawałek drogi zrobiwszy nazad... W oknie za pierwszym razem niebyło nikogo, wracając, z daleka już pan Karol dostrzegł bielejące ubranie.. Był to kaszmirowy burnus panny Elwiry, która otwarłszy okno stała w niem, rozglądając się po okolicy. Surwińskiemu serce zastukało. Byle by nam, zobaczywszy nas, nie drapnęła — szepnął, to się jéj doskonale przypatrzym... Panny zdala już oczy skierowały ciekawe i dostrzegły w istocie piękna postać brunetki, wytwornie ubranéj, która z obojętnością osoby do życia w mieście nawykłéj, bez trwożliwości wiejskiéj rozpatrywała się w miasteczku, ulicy i przechodniach. Karol zapatrzył się też z taką uwagą, że zaniedbawszy troskliwość o wybór drogi dla pani Ormowskiéj, która w tym względzie zupełnie się na niego zdała — o mało nie był przyczyną jéj upadku. Wprowadził bowiem baronowę na kamień. Lusia postrzegła w czas i podchwyciła staruszkę, która dała klapsa swojemu przewodnikowi.
— Asindziéj się zagapiłeś na okno, rozśmiała się odchodząc wprędce z przestrachu — a ja o małom nóg nie połamała — przecież wiedzieć powinieneś, żem na twéj opiece i że ja już na drogę nie patrzę, to do ciebie należy.
Ten wypadek był powodem, iż nie dobrze się przypatrzono pannie Elwirze, która właśnie w téj chwili okno powoli zamknęła i odeszła od niego. Wiedziano tylko iż oczy ma czarne... ręce bardzo białe i w pierścionkach, burnus ładny... a Musia, (która nosiła włosy przyczesane[1], dostrzegła przepyszny warkocz, który posądziła o pochodzenie ze sklepu. Na tem skończyła się przechadzka, Surwiński odprowadził panie do ich domku pod wzgórzem za zdrojami, a sam poszedł na zwiady.


W liczbie osób przybyłych w tym roku do Krynicy znajdowała się i pani Hercegowińska, osobistość równie w tamtym kraju znana jak Surwiński i Ormowska. Od lat kilku co lato przybywała z rozkazu lekarza do Krynicy, leczyć się na jakąś dolegliwość w którą łatwo uwierzyć było można, kto ją tylko zobaczył. Wychudła, była mizerna, żółta i straszna choć rysy twarzy posiadała, że nawet piękną być mogła, ale dawniéj. Hercegowińska żartami zwana Hercegowiną, wdowa z dosyć znacznym majątkiem, niezmiernie skąpa.... straszliwie pobożna, oddana cała praktykom religijnym, troskliwa równie o własne jak o cudze zbawienie, bezdzietna i obdarzona tylko siostrzeńcem, długim blondynem, który pod pozorem troskliwości o ciocię, wszędzie za nią jeździł, co jéj niepospolicie zawadzało... równie lubiła sprawami obcemi zajmować się jak Surwiński. Rywalizując z sobą w tym względzie niecierpieli się, Hercegowina dawała wszędzie do zrozumienia, iż Surwiński był gorzéj niż heretyk, bo człek na wszelką wiarę obojętny i ateusz jawny, pan Karol szydził z wdowy nazywając ją starą skwaśniałą dewotką. Przy każdem spotkaniu z sobą gryźli się i sprzeczali. Karol unikał téj zgagi, ona go szukała, aby mu dogryzać. Pani Ormowska jawnie przeciwko nikomu nie występując, nie dawała też poznać jak dalece antypatyczną dla niéj była ta Hercegowina, unikała jéj tylko będąc wszelako bardzo grzeczną. Wdowa zaś jakby się uwzięła właśnie napadać na spokojny dom Ormowskiéj, niewypuszczała go na chwilę z opieki. Bardzo jéj się tu rządzić chciało. Baronowa była pobożną, ale dawnym sposobem, bez przesady i fanatyzmu, nie nawracała nikogo, nie cierpiała rozpraw religijnych, lecz zarazem tolerowała w każdym przekonania. To właśnie nie podobało się Hercegowinie, która w zamiarze nawrócenia staruszki, dopilnowania panien, chodziła nieustannie i wciskała się co chwila. Była uciążliwą dla wszystkich, ale bojąc się języka, znosić ją musiano. Zewnętrzna postać wdowy zupełnie odpowiadała roli, jaką odegrywała. Ubierała się najniesmaczniéj, a że przy twarzy kwaśnéj i chmurnéj, nie łatwo było dobrać w czemby dobrze wyglądała, najczęściéj chodziła w śmiesznych strojach, które oczy zwracały. W ręku miała nieopuszczający ją nigdy różaniec, a z rana ogromny worek z książkami od nabożeństwa i modlitewkami drukowanemi, które rozdawała lub sprzedawała na dochód stowarzyszeń S. Wincentego à Paulo.. Obawiano się jéj w ogóle jak ognia, natrętną bowiem była, wytrwałą i nieustępującą ani krokiem ani słowem... Walczyła za wiarę do upadłego — chociaż-bodaj, czy wiara na tem wiele zyskiwała. Nie było bowiem przykładu, ażeby się kto jéj dał nawrócić. Dodać należy, iż ze znacznego majątku, o który siostrzeniec miał wielkie powody obawiania się, nigdy dla przekonań najmniejszéj nie uczyniła ofiary. Wyciągała na nie drugich, sama płacąc dług własny, gorliwą pracą tylko... Ubogiemu też siostrzeńcowi obficie wprawdzie dawała obrazki i modlitewki, ale nadto podobno nie więcéj. Nieszczęśliwy ten młodzieniec, zowiący się panem profesorem Żemłą, snuł się jak cień za ciotką... po części z nakazu rodziny, w części z własnego popędu, lecz mu to dotąd wcale się nie wypłacało. Czasem posyłała go ciotką, kazała się przeprowadzać, posługiwała nim, lecz ile razy zachodziły rachunki, liczyła się szczelnie lub — jeżeli z jéj strony co należało, zbywała podziękowaniem. Utrapiona to była służba przy Hercegowinie — a biedny młodzian znosił ją, jak skazany z cierpliwością przykładną. Blondyn, długiéj twarzy, wzrostu słusznego do zbytku, tyczkowaty, sztywny, spokojnego temperamentu. Porfiry był jednym z tych ludzi, którym nigdy bardzo źle na świecie być nie może, bo nie czują do zbytku i zdają się narodzeni na los tych, których francuzi zowią tak trafnie: souffre-douleur. W szkołach bili go i znęcali się nad nim studenci, w domu siostry, ojciec i matka robili z nim co chcieli, na świecie — jakby się do służby narodził, każdy się nim wysługiwał. Porfiry słuchał wszystkich, czy kto miał, czy nie miał mu prawa rozkazywać. Natury wielce flegmatycznéj, miał jedno tylko upodobanie — nic nie robić, gdyby można palić dobre cygaro, jeść rzeczy słodkie i długo sypiać. Nie kłócił się z nikim i nigdy, uśmiechał do każdego, schodził z drogi wszystkim... stawał w kątku... i zdawał nie mieć wielkiéj ochoty do życia. Żył bo się urodził i musiał — lecz żeby mu to tak bardzo| smakowało, nie widać było po nim.
Z powodu ciotki już pobożnym być musiał, wszakże i w pobożności nie przesadzał, spełniał ściśle co nakazywała, ziewając po trosze, nie rozgniewał się zbytnio nigdy. Zresztą najlepszy człowiek w świecie, niezawadzający, cichy, łagodny. Panny przezywały go rozmaicie, śmiały się z niego, draźniły... jedna uczeńsza w historji naturalnéj ochrzciła go przydomkiem: ryby — z powodu zimnéj krwi zapewne... rozsądniejsze widziały w nim nieocenione przymioty na męża — i gdyby ciocia zapewniła mu spadek, niezawodnieby się o niego rozbijały. Co do tego dziedzictwa po cioci bogatéj i skąpéj, wątpliwości zachodziły wielkie. Starali się oń OO. Jezuici, Kapucyni i Dominikanie, a naostatku Porfiry sam czując, iż najmniéj było prawdopodobieństwa, ażeby się ono jemu dostać mogło. Pilnować się jednak — musiał. Pani Hercegowińska mieszkała zwykle w Krakowie, on też tam często przebywał, jeździła do Krynicy, wlókł się tam za nią, nie naprzykrzał się wszakże, dawał tylko znak życia, jakby mówiąc jéj — otom jest. Ciocia wcale za to nieokazywała wdzięczności, niekiedy go nawet odprawiała do domu.. Ale bo byś się nie włóczył tak mawiała.. jak ogon ciągniesz się za mną...
— Ciocia Prezesowa nie może mieć za złe, iż troskliwość... Daj mi pokój z tą troskliwością. Ja to wiem... Gdybyś mnie chciał słuchać, wstąpiłbyś do nowicjatu.. i to by było najlepiej.
Porfiry na wszystko zrezygnowany, do klasztoru miał wstręt, z którem się tylko wydawać nie lubił. Odpowiadał więc zawsze ciotce, iż usiłuje w sobie wyrobić powołanie. To jednak nie przychodziło. Właśnie tego dnia gdy panią Ormowskę do drzwi jéj domu odprowadził pan Karol — spodziewając się znać rychłego powrotu siedziała, oczekując na nią w salonie i modląc się tymczasem Hercegowina... Surwiński przez okno, spostrzegłszy jéj kapelusz bronzowy do grzyba podobny, tem rychléj w progu pożegnał baronowę. I ona i panny skonfuzjowane były zoczywszy natrętnego gościa na przesmyku, wymknąć mu się już nie było podobna.. Ormowska weszła pierwsza poważnie się witając.. Wdowa złożyła szybko książkę, i pobiegła na spotkanie.
— Całuję rączki mojéj dobrodziejki — do nóżek upadam zawołała, ośmieliłam się tu spocząć i przyznaję się do spisku, żem koniecznie napaść panią baronowę chciała.
— Bardzom, wdzięczna! szepnęła Ormowska — panny zdaleka dygały.
— A! panieneczki kochane, aniołki moje drogie dodała — ślicznie pozdrawiam... Lusia i Musia pod pozorem przebrania się uciekły. Baronowa musiała zasiąść do rozmowy, potrzebowała też mocno spoczynku.
— Była pani dziś na mszy świętéj? ks. biskup Łętowski miał właśnie o szóstéj... wielkiéj powagi i mąż...
— A! przyznam się że — nie mogłam.
— Szkoda wielka... zawsze msza pastérza naszego... wielce ducha podnosi. Potem nastąpił zwrot nagły...
— Wie pani baronowa — znowu dziś goście nowi.
— Coś słyszałam..
— O kim? o téj pani z córką?
— Tak jest — i o tym młodym panu.
— Młody pan nazywa się Pilawski, z Warszawy... a ta pani Domska z córką Elwirą z Berlina...
— Już mi to mówił Surwiński.
— A! Surwiński! już już! proszę! Wściubski... już chodził na zwiady... bo mnie to sami przyszli powiedzieć z pod Róży, radząc się, czy nie znam.. ale nie znam..
— Słyszę to coś zamożnego i wygląda przyzwoicie — szepnęła nie wiedząc co mówić baronowa.
— Kto to tam może wiedzieć kto to jest, moja dobrodziejko, wzdychając rzekła wdowa, a teraz taki świat że się niczemu nie godzi wierzyć. Zwodnicze pozory, kłamią ustami, sukniami, twarzami, mową... udają i komedje grają...
— Przecież nie wszyscy — cicho dodała baronowa.
— A! pani moja! wyjąwszy panią... i mnie.. żwawo odparła Hercegowińska... któż nie zwodzi kto nie kłamie. Bałamuty!
Westchnąwszy nad ułomnościami ludzkiemi, zacna pani poczęła jak z woreczka sypać rozmaite dowody, iż w istocie nie darmo taki surowy na cały ogół wyrok wydała, a baronowa zmuszona słuchać, a przez grzeczność odpowiadać, starała się przynajmniéj obwinienia łagodzić i wiadomości podawać w wątpliwość. Nużące wszakże opowiadanie, które w miarę, jak jéj się sprzeciwiano, wdowa coraz jaskrawszemi naprowadzała barwami — byłoby zapewne długo potrwało, gdyby w téj chwili ścieżką, która obok domku wiodła ku kaplicy, a zapewne przez nieświadomość innéj drogi, nie przesunęły się dwie nowe postacie... Hercegowina ujrzała je, domyśliła się czy poznała u nich panią Domską — i pożegnawszy się pręciuchno pośpieszyła w nadziei, że gdzieś zbłąkane panie spotka, drogę im ukaże i znajomość zawiązać potrafi. Nie przyznała się do tego baronowéj, która uszczęśliwiona, że się jéj pozbyła — a pożegnała nie myśląc dopytywać o przyczyny tak nagłéj ucieczki.
Ścieżyną która około domku prowadziła, można się było wprawdzie dostać do kapliczki, lecz nie była to do niéj ani zwyczajna, ani najprostsza droga. Dwie panie szły śmiało nie przypuszczając, ażeby w takim kącie jak Krynica zabłąkać się można... Były to w istocie pani Domska i panna Elwira. Pierwsza z nich osoba niemłoda i widocznie cierpiąca, smutnéj twarzy, ale pełnéj wyrazu energji i powagi.. Panna Elwira słusznego wzrostu, wysmukła, zręczna była i niepospolicie piękna. Matka ubrana czarno, ale bardzo starannie i z wielkim smakiem, wyglądała również jak córka na osobę przywykłą do wytworności i wykwintu. Elwiry ubranie, które tyle w kobiecie znaczy, bo jest skazówką smaku a często i charakteru, było nie bijące w oczy ale dla znawcy wielce znaczące. Najmniejszy w nim szczegół obmyślany, harmonijnie dobrany, nic pospolitego i rażącego. Twarz miała pociągłą, nie zbyt białą, ale bardzo świeżą i rumianą, oczy czarne, pięknie osadzone.. usta nie zbyt znać skłonne do uśmiechu, czoło dosyć wyniosłe, a cały ogół uderzał wyrazem nakazującym szacunek. Są oblicza ośmielające, odpychające, to było zarazem miłe lecz i obudzające obawę... Żaden najśmielszy młodzik nie ośmielił by się lekkomyślnie pannę Elwirę zagadnąć... ani rachować na pobłażanie. Nie była surową i kwaśną, jak się to często zdarza osobom mniéj dobrze wychowanym, które za bardzo wielkie panie chcą uchodzić chwilowo, a była poważną, i prawie jak matka smutną. Młodość tylko temu wyrazowi nadawała powab zagadkowy... Dwie panie wkrótce postrzegły, że ścieżka ta nigdzie ich doprowadzić nie mogła, a ku kaplicy zbyt była stromą i niewygodną, obeszły więc do koła trawnik i zabierały się szukać innéj, gdy na ścieżynce którą szły, — i gdzie się złapać je spodziewała Hercegowina — spotkał je ów wielki nieznajomy, który może też nie bez zamiaru i myśli, wyszedł na tę przechadzkę.
Panna Elwira zobaczywszy go trąciła z lekka matkę, szepcząc jéj coś nieznacznie na ucho, rumieńcem okryła się jéj śniada twarzyczka i oczy poczęły błądzić po stronach, jakby się wejrzenia tego pana spotkać obawiały. Ten szedł prosto ku paniom, a o kilka zbliżywszy się kroków, z widocznie uradowaną twarzą zdjął kapelusz.
— To prawdziwie niespodziane szczęście, rzekł z uśmiechem — nigdym nie sądził iż panie w Krynicy widzieć będę.
Panna Elwira podniosła oczy wreszcie, skłoniła się z pewną ceremonjalnością, nie odpowiedziała z razu nic — a matka pierwsza przywitała nieznajomego.
— Więc i pan do Krynicy?
— Jakże paniom poszła reszta drogi, odezwał się mężczyzna, bo to w tym kraju, po tych górach i kamieniach a jeszcze słabowitym i delikatnym osobom nie łatwo podróż odbywać.
Panna Elwira ochłonęła jakoś, rumieniec zszedł powoli, namyśliła się i poczęła wyręczając matkę.
— Dałyśmy sobie radę cudownie, rzekła. W Krakowie jakkolwiek nie znalazłyśmy znajomych nastręczono nam powóz wygodny do najęcia... poczta dokonała reszty... dojechałyśmy bez przypadku a moja matka nawet nie zbyt czuje znużenie podróżą.
— Bo też tu, dodał spiesznie, jakby usiłując przedłużyć rozmowę i zbierając się towarzyszyć paniom w dalszéj przechadzce pan Pilawski — powietrze jest dziwnie orzeźwiające — lekkie do oddychania, przywraca stracone siły... Ja nie mogę się niem nasycić. Nawykły żyć w duszącéj miasta atmosferze...
— I my tak samo — rzekła pani Domska wzdychając..
— Tu zdaje się iż samembym powietrzem tem wykarmić się potrafił, tak mi ono smakuje — dokończył Pilawski.
— Okolice w istocie bardzo piękne — mówiła Elwira. Te łańcuchy gór w oddaleniu, wzgórki, potoki, kamienie — wszystko to malownicze, jak na obrazku... Przyznaję się, że ten kraj wydaje mi się uroczo.
— Ja już kilka razy byłem w różnych okolicach Galicji, podchwycał nieznajomy, a zawsze coraz nowe, w nich odkrywam piękności. Jeśli mi czas pozwoli, chcę korzystać w tym roku i zwiedzić Szczawnicę, Żegestów, Pieniny a może nawet Tatry.
Elwira westchnęła smutnie.
— Panowie, rzekła — jesteście we wszystkiem od nas daleko szczęśliwsi, możecie jeździć gdzie się wam podoba, oglądać wszystkie cuda świata, a my..
— Mnóstwo pań zwiedza Tatry...
— Tak — szepnęła Elwira — ale z nami i za nami tyle nudnych przyborów się wlecze, tyle warunków, tyle za nieodbite uważanych a uprzykrzonych wygódek.. my potrzebujemy towarzyszek... my...
— To prawda, rzekł Pilawski, lecz niech mi pani wierzy, wszystko się to opłaca — bo paniom smakuje inaczéj, lepiéj każdy widok, każda nowość, wrażenie każde, gdy my w prędce wyżyci i znużeni — obojętniejem.
— To się nawet nie tylko do wrażeń podróży, ale do całego życia zastosować może — przerwała matka — my świeżość uczuć i wrażliwość zachowujemy daleko dłużéj niż panowie. Stanowi to i szczęście i niedolę naszą...
— Ale my też, dorzucił Pilawski, inne mamy obowiązki, inne cele, twardsze do spożycia zadania.. nam przypada rola obrońców, rycerzy, strażników...
— Czasem ona spoczywa i na naszych słabych ramionach, dodała matka.. Westchnęła znowu. Panna Elwira szła jakby zakłopotana, milcząca, końcem parasolika rysując coś po żwirze i oczy trzymając wlepione w ziemię. Rozmowa wszedłszy na te ogólniki przerwała się wkrótce, młody towarzysz szedł ciągle za paniami i zdawał się równie zakłopotany jak one.
— Pani dobrodziejka daruje mi — odezwał się w końcu, iż ośmieliłem się nie będąc jéj znanym i prezentowanym, na mocy tylko kilku miłych godzin spędzonych w ich towarzystwie w wagonie — odnowić przypadkowy a tak dla mnie szczęśliwy stosunek. U wód pospolicie wiele się formalności światowych pomijać zwykło, to mi dodało odwagi. Jednakże, nie mając tu nikogo co by mnie mógł zaprezentować, a nie chcąc dłużéj być zagadką muszę się sam przedstawić...
Zdjął kapelusz. Nazywam się Gabriel Pilawski... mieszkam (tu się zaciął) w Warszawie.
— Obowiązaną jestem wywzajemnić się panu — rzekła ze smutnym uśmiechem matka — nazywam się Domska, mieszkamy w Berlinie... Córka moja Elwira.
— Teraz rozumiem już dla czego panie do Krynicy z Berlina, jechały na królestwo — uśmiechnął się kawaler.
— Inaczéj byśmy się tu dostać nie mogły, przemówiła śmieléj córka — matce mojéj nakazano wody koniecznie, miałyśmy jechać nad Ren, tymczasem tam wojna wybuchła... Do Galicji nawet na Drezno lub Wrocław jechać nie było podobna.. musiałyśmy transito przebywać królestwo.
— Na czem ja skorzystałem... cicho dodał Pilawski...
— My też, bośmy poznały kraj nam dotąd tylko z opowiadań znajomy...
W czasie tych preludiów poufalszéj rozmowy, która się zawiązać miała — Hercegowina szła nieco opodal z różańcem, który zdała się odmawiać, lecz zwróconą miała pilną uwagę na ruchy, dolatujące ją wyrazy, twarze i najmniejsze oznaki mogące zdradzić przedmiot téj pogadanki. Paliła ją ciekawość, zbliżać się nadto wszakże nie mogła, aby się nie wydać niedyskretną, zaznajomić już nie było sposobu.. krok w krok iść nieprzyzwoicie; po chwili więc zawróciła się i chcąc dać dowód przyjaźni baronowéj, szybszym krokiem pobiegła jéj pierwszéj zdać sprawę..
Właśnie pani Ormowska z Lusią i Musią i staruszkiem księdzem Brzozą miały siadać do stołu, gdy zdyszana jejmość wpadła..
— Nie przeszkadzam — zawołała, tylko słóweczko — wiedzą państwo? Ten pan Pilawski znajomy jest z tą panią Domską.. Byłam przytem jak się spotkali.. bardzo czule, bardzo czule.. Panna się zarumieniła.. Przysięgłabym że konkurent, że je tu gonił.. że to miłosna intryżka.
— Ale moja pani Hercegowińska, dobrodziejko! zawołała baronowa, dla czegoż intryżką to nazywasz? Przyzwoity człowiek... Stara się o pannę... w oczach całego świata... toż przecie nie intryga.
Oczy się zaiskrzyły wdowie.
— Kochana baronowo, bardzo przepraszam — odparła gorąco, nie cofam mojego słowa... przepraszam! tak, intryżka... kawaler stara się o pannę w jéj domu, a nie lata za nią po wodach, aby zniknąć w tłumie.. i skryć się od oczów ludzi! w ten coś jest!
Baronowa zniecierpliwiona trochę ruszyła ramionami. Ale moja pani..
— Przepraszam, przepraszam, przy swojem stoję, intryżka.. zażenowanie mamy, panny.. kawaler niby przypadkiem spotyka się.. bo to dosłyszałam. Była mowa o Warszawie, o Berlinie.
— Siadasz pani z nami do stołu... bo zupa stygnie! odezwała się Ormowska znudzona.
— Nie — ja dziś z suchotami! upadam do nóg... niech państwo siadają... I wybiegła..
U wód w ogólności, czy kto się chce bawić czy nie, przyjętą jest rzeczą, że baliki i tańce być muszą i że pewna część młodzieży chwyta ster ich, wiedząc że się tem pannom przypodoba — i wieczory, pikniki, tańcujące wieczerze, skaczące podwieczorki następują jedne po drugich. Panny zaś i panie, byle potańcować mogły, nawet w czasie najsroższéj wojny — wiele gotowe przebaczyć niedostatecznemu oświetleniu sali, niezbyt równéj podłodze, a nawet nie koniecznie dobranéj muzyce. Trafiło mi się czytać z dawnych lat, dziennik pewnego oficera, który z obozu niezbyt oddalonego posłany do miasta, wkrótce spodziewającego się oblężenia — całe noce wywijał mazura... Zrana oblawszy się zimną wodą wracał na plac boju, i raz tak od walca poszedł wprost prawie do kurhanu. Więc i w tym roku choć w wojsku austryjackiem i pruskiem, wielu krewnych bliskich mieli goście Kryniccy, płeć piękna nie potrafiła się oprzeć pokusie zabaw — bardzo skromnych, ale niemniéj rozrywających... umysły i niecierpliwe nóżki tancerek...
Nim jednak przyszło do wielkich stanowczych narad nad wyznaczeniem terminu pierwszego wieczora, męzkie towarzystwo do którego należała inicjatywa, naprzód musiało się skupić i obliczyć, i przyjść do pewnego porozumienia. Jądro jego stanowili naturalnie miejscowi młodzi panicze, którzy się znali między sobą. Z tych każdy niemal porobiwszy u wód już znajomości, wprowadzał kogoś, prezentował i wyjednywał mu u innych prawo obywatelstwa; w ten sposób zlepiało się owo grono, z które go łona wyjść miał komitet... urządzający zabawy i obejmujący pewien rodzaj supremacyi nad towarzystwem. Od niego późniéj zależało, które z pań miały być proszone, pominięte, która wybrana gospodynią i t. p.  Wszystko to małe napozór wydają się rzeczy, ale na deptaku u zdrojów — o! jakże wielkie przybierają rozmiary, ile obudzają współzawodnictw, gniewów, fochów, uraz — ba, nawet cichych pojedynków i nagłych wyjazdów... Zrazu zwykle idzie wszystko jak po maśle i klei się wybornie... najmniejszéj dysharmonijnéj nuty... zgoda najprzykładniejsza... nagle — jakby komar zabrzęczał tylko.. ktoś komuś coś powiedział, ktoś komuś się nie tak ukłonił, jakaś pani poczuła się obrażoną danem drugiéj pierwszeństwem.. maleńkie to ukąszenie, sprowadza bąbel.. a gdy ten zniknie, długo jeszcze skóra czerwona swędzi. Z niczego rodzi się nieporozumienie, niczem się podżega, usłużny pośrednik godząc jątrzy, i — rozjeżdżają się goście pokwaszeni na siebie na wieki wieków. Szczęściem, że prawdopodobnie drugi raz w życiu się nie spotkają.
W téj chwili Krynica była jeszcze błogim przybytkiem pokoju, nikt na nikogo koso nie patrzał. Kilku z Krakowa młodzieńców dystyngowanych tworzyło kółko owe, do którego zwolna nowe miały się wiązać ogniwa. Znalazł się bardzo przyzwoity i miły obywatel z królestwa pan Aksakowicz, u którego młodzież wieczory spędzała. Grywano wista skromnego i gawędzono poufale. Majętny człowiek, choć na złe czasy okrutnie stękał — Aksakowicz, zajmował mieszkanie obszerne „pod złotą jabłonią” i u niego najwygodniéj się zbierać było, ku wszelkim naradom. Aksakowicz miał tę jedną wadę tylko, że gościnny do zbytku, nie zważając na kurację, lubił bardzo węgrzynem częstować. Dopuszcza wprawdzie skromne jego użycie woda krynicka — ale wara od zbytków. Aksakowicz utrzymywał że to, in quo nati sumus, węgierskie, nigdy szkodzić nie może, w żadnym razie, nawet na śmiertelnéj pościeli. Z tego powodu opowiadał zawsze dykteryjkę o nieboszczyku swym dziadku, który był opuszczony od lekarzy, zdesperowany.. przyjął już sakramenta i miał konać, gdy mu przywiązany jego stary sługa, przyniósł butelkę dwudziestoletniego tokaju, zaklął go aby wypił kieliszek.. i — cóż powiecie?? kończył Aksakowicz.. wypił jeden, namówił się na drugi, zasnął, wypocił się — nazajutrz, sztukę mięsa jadł i zdrów był i dwanaście lat potem żył jeszcze. Jakby ręką odjęto chorobę!
Na mocy tych doświadczeń, szanowny obywatel wierzył w węgrzyna i nie szczędził go.. Nie można było nawet wiedzieć z pewnością, czy do Krynicy do wód przybył, czy w myśli skorzystania z sąsiedztwa Węgier, aby tam parę okseftów sobie zamówić dobrego, tłustego maślaczu.
Wieczorem do poczciwego Aksakowicza przychodził kto chciał, dom był przy głównéj ulicy, naprzeciw restauracji prawie, niedaleko Dr. Zieleniewskiego, w ognisku życia, — więc póki świeciło w oknach, bez ceremonji zaglądał każdy. W obszernéj salce niewytwornie przybranéj, ale przecież z firankami i storami — była kanapa, stół owalny duży, krzeseł podostatkiem, a u drzwi mniejszy stolik, na którym od rana do nocy zmieniały się butelki i kieliszki.. Przy nich pudełko austryjackich cygarów i papierosów La-ferma. Tu zbiegały się nowiny, naradzała młodzież, tu najpierwéj arkusze z podpisami na składki przychodziły, w tym progu zjawiali się najprzód ci przybysze wszelkiego rodzaju, ślepi koncertanci, głusi sztukmistrze, kulawi bohaterowie, o których sławie nikt nie wiedział — starający się wyzyskać turf krynicki dla ubogiéj kieszeni. Aksakowiecz nie dawał wiele, ale nie odepchnął nikogo.. Nie cierpiał samowolności, od któréj, jak mawiał, człek tetryczeje — rad był wszystkim.. przytem grał namiętnie wiseczka; — zapomniałem dodać, że były dwa stoliki równie gotowe zawsze, jak ten trzeci stojący u drzwi.
Jednego z następnych wieczorów grano właśnie, a grając gawędzono. Aksakowicz starszéj daty człowiek, fajkę palił z długiego cybucha.. Naprzeciw niego siedział wyprostowany, szerokich ramion, martwéj twarzy, nieco łysy, niezbyt młody, ale widocznie chcący się jeszcze liczyć do młodzieży, major baron Hotkiewicz.. Miał on charakterystyczną postawę austryjackiego wojskowego, jakby stworzoną do białego munduru i kapelusza z pióropuszem szmaragdowym.. Mówił on źle wszystkiemi językami tego świata, a miał ten defekt, że je wszystkie z sobą zwykł był mięszać. W jakimkolwiek z nich mówić zamierzał, zawsze mu czegoś brakowało, co w drugim znajdował na podorędziu.. posługiwał się więc po wojskowemu, czem napadł.. Co na placu to nieprzyjaciel. Stojąc dłuższy czas w Medjolanie i mając tam artystyczne stosunki w teatrze, nauczył się troszkę po włosku; niemiecki język stanowił chleb powszedni, z domu był wyniósł polski, dziś go znacznie zapomniał, rodzice jego mieszkali w rusi galicyjskiéj i tego więc coś pochwycił. — Po łacinie w szkołach go zmuszono nałykać sentencji i wyrażeń. Umiał też niezgorzéj po węgiersku, nieźle po czesku, i wcale przyzwoicie po francuzku. Myśl spętana tylu różnemi kółkami, na które się nawijać była zmuszoną, plątała się między niemi. Ale baron sobie radę dawał, i w ten lub inny sposób dał się zawsze zrozumieć.
Trzecim przy stoliku wista był milczący, grzeczny, ale nudzący się grą, siostrzan pani Hercegowińskiéj, Porfiry Zemła.. który dawał na siebie, po każdéj partji i robrze, majorowi i gospodarzowi wygadywać co chcieli; kłaniał się, uśmiechał, tarł po głowie... a wnet omyłki te same, o które go tylko co strofowano popełniał. Nie miał żadnéj do gry zdolności.
Przy drugim stoliku mieli grać, ale jeszcze nie byli siedli, koryfeusze złotéj młodzieży.. W téj chwili nawet stali kupką na cichéj naradzie; młody pan Stanisław Greifer krakowianin, doktór praw, który nie wiedział jeszcze co z życiem i patentem zrobi... Tymczasem się bawił. Rodzice byli majętni, jemu uśmiechało się życie, stosunki miał arystokratyczne, zacząwszy od baronów i Krzeszowic, aż do... najszczelniéj zamkniętych pałacyków Sławkowskiéj ulicy.. przystojny, dobrze wychowany, — czegóż się miał do roboty spieszyć. Wedle teorji jego, stosunki w życiu były wszystkiem, pracował na pozycję socjalną jak nieboszczyk Hieronim Patûrot. Obok niego stał słynny sportsmann hr. Żelazowski, który wprawdzie swojego własnego stada, ani nawet konia nie miał, ale cudzych znał pochodzenie i przymioty na palcach. Ambicją jego było, zostać wyrocznią w sprawach turfu i nikomu się w tem nie dał wyprzedzić. — Na każdych kursach z kartką na kapelusiku grał pierwszą rolę, starał się być bardzo widocznym, rządził się, chodził, wywoływał... z czego już poniekąd był znanym i sławnym.
Ten nałóg królowania w stajniach, dawał mu imponujący ton między ludźmi w salonie. Obchodził się z nimi jak z końmi, a nawet może łagodniéj z ostatnimi, bo się ich więcéj obawiał. Dwa czy trzy szczęśliwe pojedynki, tytuł, stosunki pokrewieństwa ze Lwowskim pałacem „pod kawkami“.. darzyły go niezmiernym aplombem.. Mina też hr. Żelazowskiego straszliwie butna, wzrost, łysina majestatyczna.. zdala już zapowiadały znakomitość. Jakim się tu sposobem przyplątał pan Hamermann, obywatel z Poznańskiego, skromny człowiek, który był z profesji gospodarzem, i jeśli nie mówił o owcach, rozprawiał o bydle i krzyżowaniu ras, a jeśli nie krzyżował, to traktaty całe o elektach i superelektach wykładał, nigdy prawie nie wychodząc z tych tematów ulubionych, chyba by coś dorzucić o wzorowéj administracji pruskiéj — tego nie wiem. Dosyć, że stał z cygarem w ustach i pan Hamermann.. Naostatek chodził zwolna zamyślony, ręce w tył, głowa zwieszona na piersi, pan Surwiński.
— Do składki na nasz piknik, mówił hr. Żelazowski, policzmyż się, ilu pewno rachować można.. Bo to panowie moi.. skromnie, pięknie, Krynica nie wiele wymaga, wieczorek w szopce.. salka sama nie dopuszcza wielkiego występu.. a pomimo to.. pomimo to.. wstydu sobie zrobić nie możemy.. więc kosztować będzie. Za salkę, jak ona jest to jest zapłacić coś trzeba.. bufet obmyślić.. herbata, ciastka, no — i bukiety dla dam — konieczne.. i butelczyna wina i ordery do kotyljona... i to, i owo kosztować będzie. Liczmyż się.. ilu nas.
Greifer liczył na palcach.
— Ale, ale, rzekł Żelazowski — cóż to jest za Pilawski? Kto? co? zkąd? jeszcze się z nikim nie poznał? nikomu nie prezentował?
Usłyszawszy nazwisko, przypadł jak oparzony pan Karol Surwiński.
Nie Pilawski — ale Piławski..
Pila czy Piła.. ależ któż i zkąd? co?.. dodał Żelazowski, w strachu ażeby kto inny na to pytanie odpowiadając nie zabrał głosu — p. Surmiński wcisnął się do kółka. — Za pozwoleniem, rzekł — o tem zdaje mi się, że tylko ja jeden coś powiedzieć mogę.
— A no — to gadajże, zawołał sportsmann.
Pan Karol uderzył się w piersi, uśmiechnął i rzekł poważnie, stłumionym głosem — to — to jest, któryś z hrabiów P..... incognito.
Wszyscy się rozśmieli i oczy zwrócili na p. Karola, który spoważniał.
— Znacie mnie panowie, rzekł, że ja na wiatr mówić nie zwykłem, jeśli co twierdzę, to na pewnych podstawach. — Otóż powiadam panom.. że mam poszlaki, sygnały, niemal pewność, iż ten pan Piławski.. pseudonym.. nie kim innym jest.
— Ale co znowu! co znowu! ofuknął hr. Żelazowski, przecież ja ich ile jest, do jednego znam.. osobiście znam.
— Ja także — skromniéj dodał Grejfer.
— Kochany hrabio — ironicznie dorzucił pan Karol, jak to można powiedzieć, ja ich wszystkich znam!! Familja rozrodzona; są ze złotego, są ze srebrnego, są z czerwonego źródła i innych, są gałęzie i gałązki, są samozwańcy przez inne piszący się litery.. Samych najprawdziwszych, od magnatów począwszy do chudopachołków.
— Jakich chudopachołków? wykrzyknął Żelazowski.
— A, bo są najprawdziwsi hetmanowicze.. co pary koni nie mają, dodał dosadnie pan Karol. Cóż to pan myślisz, że znasz lepiéj ich genealogiję ode mnie, com zęby zjadł..
— Na genealogji? szepnął Greifer..
— Nie — na chlebie — rzekł pan Karol — alem stary..
— Jakto? ty? przyznajesz się żeś stary? rozśmiał się od stolika Aksakowicz..
— Stosunkowo do hrabiego! poprawił się pan Karol.
— Dajmy już pokój; ale jakie masz dowody! zapytał hrabia uderzony tą pewnością, z jaką Surwiński przy swojem się upierał. —
— Z dowodów spowiadać się nie chcę, gdy mi wiary nie dajecie i zaczynacie od opozycji — rzekł urażony Surwiński, przekonacie się może zapóźno, że miałem słuszność.
— No, dobrze — dobrze — ale cóż za tem idzie? odezwał się Żelazowski. Z nikim się nie poznał, trzyma się na uboczu. Juścić my pierwsi ku niemu wystąpić nie możemy, nie mamy powodu... niewypada..
— Czyńcie panowie jak uważacie właściwem, odparł, ciągle obrażonym się czując pan Karol.
— Bez kwestji — wtrącił Grejfer; gdy ktoś z imieniem i pozycją w świecie przybywa w miejsce nowe, jeśli ród i zasługi dają mu pewne prawa... towarzystwo winno pewne też względy, — lecz z drugiéj strony, jeśli chce zachować incognito, jeśli pewności nie ma, jeśli widocznie stroni.. jeśli nawet lekceważenia rodzaj okazuje...
— Ale dla czegóż lekceważenia? mruknął Karol.
— A juściż — rzekł żywo Żelazowski — boć to obowiązek człowieka należącego do pewnych sfer, ażeby przybywszy zameldował się — swoim.
Pan Surwiński począł coś nucić pod nosem i wysunął się z kółka.
— Rzeczywiście, szepnął Grejfer — nie można przeczyć, iż wygląda arystokratycznie — znać iż człowiek majętny... lecz znowu Surwińskiemu, często się nie wiedzieć co śni...
— Śni się! śni się! dokończył Żelazowski... Niechce on nas, chodzi sobie pojedynkiem.. niech chodzi, nie potrzebuje towarzystwa, towarzystwo się też myślę — bez niego obejść potrafi. Zatem.. liczmy się.
— Za pozwoleniem, wyrwał się Hamermann.. jest jakaś pani z Berlina słyszę.. nie wie kto z panów jéj nazwiska? ciekawym?
Surwiński poskoczył.
— Ja wiem, ja wiem... Pani Domska z córką Elwirą.
— Domska, Domska.. chyba Dąbska, Dębska, Dębińska, Dębowska... ale Domska!! Nie — u nas żadnéj takiéj rodziny nie ma.. rzekł Hamermann. Dębskich znam, starszy ma niezłą owczarnię, ale za syna podupadła.. baranów nie odmienia... Jam mu to prorokował.. lepsze czy choćby równe, ale muszą być z innéj owczarni... inaczéj karłowacieją i zwodzą się — to rzecz naturalna...
Wszyscy się uśmiechali, Hamermann wszedłszy z Dębskich na owce, już o pierwszych zupełnie był zapomniał.
— Osoba bardzo znać majętna — począł Surwiński wkraczając w rozmowę — córka piękna niepospolicie. Osobliwsza rzecz — my ich nie znamy, tego mniemanego Piławskiego i téj pani Domskiéj — a oni między sobą... znajomość mają!... Uśmiechnął się. I to ma swe znaczenie! Czasem chcąc bliższe z kim zawrzeć stosuneczki, zjeżdża się umyślnie incognito w kątek zapadły, między obcych ludzi. Hm... Sapienti sat. Więcéj nie mówię.
Wszyscy po sobie spojrzeli.
— Moi drodzy, ozwał się w téj chwili robra skończywszy Aksakowicz — co nas tam cudze sprawy obchodzą? kieliszek dobrego, wytrawnego węgrzyna nie byłby od rzeczy? hę?
— A no! rzekł hrabia — zgoda..
Gospodarz poszedł nalewać co prędzéj... i tak towarzystwo jakoś rozweselone, o trosce chwilowo zapomniało.. Piławski i Domska przestali ich zajmować.. z wyjątkiem Surwińskiego, który smokcząc z kieliszka, w milczeniu domysły i kombinacje układał.


Następnych dni, o co w Krynicy nie trudno, deszcz regularnie przekrapiał zrana, około południa, wieczorami i nocą, mgły wilgotne, goście od Tatrów, snuły się po nad uzdołami, obłoki okrywały wzgórza, a gdy się na małą chwilkę rozpogodziło, i panie lub panowie już, już, zabierali się do wycieczek.. wiatr napędzał chmury i kapuśniak mniéj więcéj gęsty, rozpoczynał na nowo — taka pora, gdy trwa dni kilka, zdolną jest ludzi najwytrzymalszych doprowadzić do podrażnienia, odjąć im cierpliwość, skłócić z gospodarzem domu, poróżnić z ordynującym lekarzem, zwaśnić w łazienkach z posługującymi i z całym rozbratać światem. Skazani na samotność przyjezdni, wyczerpawszy łatwo się wyczerpującą bibliotekę i własne zapasy, nie mogąc spać we dnie, bo to rzecz zakazana, chodzą, sporzą i nudzą się okrutnie. Wprawdzie w tym roku niepospolitą rozrywkę sprawiały nadchodzące z dyliżansem dzienniki, które w progu rozchwytywano z gorączkową ciekawością, lecz te, nawet z ogłoszeniami zjedzone do kości, mało nasycały. Dowiedziawszy się o zwycięzkich pochodach wojsk pruskich, trzeba było karmić się miejscowemi plotkami... aby jako tako wyżyć.
Przybycie pani Domskiéj z córką i pana Gabriela Pilawskiego z owemi tłumokami, stanowiło wśród tego głodu i nudów powszechnych, przedmiot niewyczerpanych domysłów. Intrygowało to najmocniéj, że pan Piławski nie szukał wcale niczyjéj znajomości, że chodził sobie po pokoju z cygarem świszcząc, czytał książki, a czasem rysował nie okazując najmniejszéj ochoty zawiązania żadnych z miejscowem towarzystwem stosunków. Franek, który był i sam ciekawy i przez drugich do szpiegowstwa pobudzany, zaglądał pod różnemi pozorami do pokoju anglika (jak go nazywano) i donosił co robi... Gospodarz nawet był zaintrygowany... cóż dopiero inni.
— Siadł sobie na sofie, mówił Franek, i w książce coś rysuje. Potem opowiadał, że siadł i czyta, lub że chodzi i cygaro pali. Parę listów odebrał z Warszawy pan Pilawski, które nim się do niego dostały, uległy miejscowéj kontroli koperty... Zastanawiano się bacznie nad pieczątką — nad lakiem, charakterem adresu i znakami, po których by można korespondenta odkryć. Listy były męzkim charakterem pisane, na sposób kancelaryjno-handlowo — bankowy adresowane — a — co dziwna — na kopercie stał stępel: G. Pilawski. Varsovie. Ten stępel intrygował. Można się z niego było domyślać bowiem, że pan Pilawski stał na czele jakiegoś domu noszącego firmę jego. Jeden z tych listów wpadł w ręce pand Karola Surwńskiego i mocno go zafrasował z razu, wywracał bowiem całą jego domysłów budowę. Lecz pan Karol, gdy przy czem stanął, nie ustępował łatwo, — obrachował więc iż stępel był umyślnie dla otrzymania incognito zrobiony. Stara sztuka, rzekł, stara sztuka!! ale wróbli na plewę nie biorą u nas. Znamy się na tem... Stępel nie kosztuje wiele, a może niewytrawnych pobałamucić!!
Rozśmiał się i poszedł...
Z drugiéj strony, pani Domska i jéj córka, które widocznie też unikały bliższych znajomości, były przedmiotem domysłów i dociekań ze strony mężczyzn i kobiet.
Obradowano nad tem: czy je miano prosić na ów piknik, czy też nie. Pan Karol Surwiński, który znał zwyczaje, dowodził, iż przyzwoite osoby, nie wchodząc bliżéj w ich biografje, u wód zawsze zapraszać należało, choćby nikomu nie były znajome... Pan Stanisław Grejfer, który uczył się etykiety i formalności po najpierwszych domach, aksiomat ten podawał w wątpliwość, — hr. Żelazowski trzymał się neutralnie.. Hamermann ruszał ramionami, znajdując, że jak tylko kwestja nie tyczyła owiec i bydła, rozstrzygnięcie jéj dość było obojętnem.
Około tych pozamykanych drzwi pani Domskiéj i pana Pilawskiego, snuli się i przesnuwali ciekawi.. Nareszcie Surwiński wpadł na domysł, iż panie musiały się przecież radzić doktora któregoś, a doktór po rozmowie i bliższéj znajomości, mógł wiedzieć coś więcéj niż inni. Poszedł tedy pan Karol dotrzeć tego, kto był ordynującym i kogo się radziły te panie. Okazało się z pilnego śledztwa, iż ani Dr. Zieleniewski, ani z Krakowa przybyły młody lekarz, ich nie odwiedzał, ale niedawno tu i chwilowo osiadły Dr. Werter... który jakiś czas praktykował w Krakowie, potem na prowincji, a teraz szczęścia u wód probował. Dr. Werter znowu nie był jednym z najdostępniejszych. Przychodził czasem na wista do Aksakowicza, ale wziąwszy cygaro w usta i karty w ręce, mruczał tylko — umhn! w żadną dłuższą nie wdając się rozmowę. Surwiński rachował na to, że miał talent trybuszona, dobywania najhermetyczniéj zamkniętych butelek. Manewrował, tak że D. Wertera pochwycił, prosił go o radę, nagadał przed nim nawet na Dr. Dietla, którego on nie lubił, poczęstował cygarem dobrem — i dopiero indagację rozpoczął.
— Pan dobrodziéj zna te damy?
— Poznałem je — tu dopiero.. gdy się zgłosiły do mnie.
— Osoby majętne, zdaje się i dobrego towarzystwa?
— A! dobrego — a! majętne! majętne! rzekł Dr. Werter.
— I panna piękna.
— A! bardzo piękna. Doktór cygaro palił, stał, ale mówić widocznie nie chciał.
— Jak się panu konsyljarzowi zdaje, to muszą być damy z Poznańskiego?
— Albo z Prus zachodnich — dodał doktór.
— Obywatelki — wiejskie.
Werter palił cygaro. — Zapewne że obywatelki.
— Dobrze wychowane.
— Bardzo, bardzo! panna znać muzykalna, bo mnie się pytała czyby fortepianu nająć nie można.. Cha! cha! a tu pono jedyny w Warszawskim Hotelu na całą Krynicę.
Surwiński zdobytą wiadomością nadzwyczaj się ucieszył... ale, na tem się skończyło. Co się tyczy Pilawskiego, ten pono sam był u Dr. Zieleniewskiego, on tylko z nim pomówił i pił wody. Surwiński z rozpaczy począł intrygować, aby mu, w imieniu towarzystwa wolno było zrobić krok i zachęcić p. Pilawskiego do zbliżenia się.
— Jeśli ty sobie chcesz — rzekł hr. Żelazowski, to czyń kroki jakie ci się podoba, officieusement, prywatnie, ale oficjalnie od nas — proszę, żadnych.
— No — to prywatnie! prywatnie! — odparł pan Karol — już ja was nie skompromituję.
Drugiego dnia, w godzinie najniebezpieczniejszéj dla pijących wody, gdy się po obiedzie chce zdrzemnąć i szuka się dystrakcji — deszcz lał w najlepsze... pan Karol ubrał się starannie, i po długiéj walce z sobą wszedł na górę... Klucz był w zamku, zapukał. Proszę! ozwało się ze środka.. Uroczyście, a nie bez bicia serca, wtoczył się Surwiński do tajemniczéj komnaty, zajmowanéj przez wielkiego nieznajomego.
Ten chodził właśnie z cygarem w ręku po pokoju, stanął w pośrodku zadziwiony nieco, machinalnie na kieszeni palce położył, czekał. Mieszkanie, mimo skromnego urządzenia swego, wydawało się bardzo pańsko, dzięki przyborom jakie gość przywiózł z sobą. Owe sławne garniturowe tłumoki angielskie i torba stały w kątku, świecąc bronzami. Na stole nakrytym dywanikiem gobelinowym, wzorzystym, rozłożona była cała zbrojownia toaletowa, jak u ładnéj pani. Szczotek ze sześć, flaszek z pięć, grzebienie, mydła, butle kolońskie oplatane... jednem słowem, jak się wyrażał pan Karol — rozpusta. Na drugim stoliku, znowu osłoniętym kapą kolorową, były książki i przybory do palenia.. W kącie stały buty, które mogły iść na wystawę międzynarodową. Pan Karol miał czas zaledwie rzutem oka to objąć, i skłoniwszy się gospodarzowi wdzięcznie, począł:
— Darujesz mi pan dobrodziej, że mu się sam zaprezentuję, ale u wód.. jest to przebaczonem.. Mam kilka słów do powiedzenia, spodziewam się, że nie przeszkadzam.
— Nie — nie, bardzo proszę — niech pan siada, odezwał się Pilawski, głosem dźwięcznym, rzeźwym i wesołym.
— Jestem obywatelem miasta Krakowa, rzekł pan Karol, posiadaczem nieruchomości — dawny żołnierz, mości dobrodzieju? Karol Surwiński, do usług.
— Gabriel Pilawski.
— Tak, wiem, wiem, uśmiechając się kończył napastnik... pan dobrodziéj z Warszawy?
— Tak jest..
— Miło mi poznać..
— Bardzo mi przyjemnie, odparł kłaniając się gospodarz, którego mina zwiastować się zdawała obawę i przeczucie, że szło o jakąś składkę.. Rękę trzymał ciągle na kieszeni..
— Przychodzę tu, mówił Surwiński — istotnie w bardzo delikatnéj sprawie.
Lekki uśmieszek przebiegł usta p. Pilawskiego.
— Pan pozwoli mi się wytłomaczyć?
— Proszę, proszę!
— U wód, panie dobrodzieju, my tu mamy swoje zwyczaje.. nawyknienia.. trzeba się nieco zabawić — jest młodzież, są kobiety.. Łączymy się tedy, znajomi czy nieznajomi, bez wielkich ceremonji, i... to wieczorek, to pikniczek.. rozumie pan?
— Rozumiem, odparł gospodarz — i bardzo to pojmuję.
Pan Karol korzystając z dawniéj udzielonego mu pozwolenia, przysiadł nieco, obawiając się, aby go zbyt rychło nie odprawiono — nim się dobrze wszystkiemu przypatrzy. Uprzejmy pan Pilawski podsunął mu cygaro — wcale nie okazywał się dzikim. Jednakże nie usiadł sam — stał — co poniekąd dawało do zrozumienia, iż zbyt długo zatrzymywać gościa nie życzył. Na stoliku leżała książka otwarta po angielsku. Zapalając cygaro Surwiński rzucił na nią okiem i z wielkiem zdumieniem dostrzegł, że to była — anatomja opisowa ciała ludzkiego, gdy spodziewał się ujrzeć romans, lub co najwięcéj — broszurę polityczną.
— Ci panowie, rzekł w duchu — miewają czasem osobliwsze fantazje — z nudów.
— Do zabawy, mówił daléj, pilnie się wglądając, im więcéj osób tem przyjemniéj. — Widząc tu pana dobrodzieja jakoś odosobnionym, samotnym, a nasze towarzystwo pragnące się wesoło rozerwać, oto przyznam się, przyszedłem mu zaproponować.. żeby się tu z młodzieżą bliżéj zapoznać.
Pilawski posłyszawszy to, jakąś dziwną zrobił minę, sposępniał i mruknął, jakby zakłopotany..
— Widzi pan dobrodziéj — ja dosyć lubię samotność — osób nie znam...
— Za pozwoleniem, żywo począł pan Karol — ja znowu znam tu wszystkich i sumaryjnym rzutem oka na zgromadzoną tu trafunkowo społeczność mogę mu służyć. Nie wątpię, że pan.. (tylko co mu się nie wymknęło hrabia, ale się utrzymał) pan — dobrodziej nawykłeś do jak najświetniejszych towarzystw stolicy.
— Bynajmniéj, bynajmniéj! odparł gorąco zagadniony.
P. Karol się uśmiechnął, dając ruchem ręki do zrozumienia, że temu wierzyć nie chce.
— Przecież hrabinę Za... pan zna..?
— Tak, trochę, rzekł spuszczając oczy Pilawski.
— I pp. P... z Wilanowa i pp. hr. K...
— Bardzo mało.. z widzenia pospieszył gospodarz.
— No — nie nalegam... dodał Surwiński — ale to pewna, iż z saméj powierzchowności pańskiéj znać człowieka nawykłego do pewnych sfer.
— Panie dobrodzieju, zaprotestował Pilawski, jestem w wieku pracy i poważnego zajęcia, mało bywam w... świecie..
Gość ręką kiwnął i mówił daléj:
— Otóż i tu pan znajdziesz towarzystwo wcale nie najgorsze. — Naprzód, jeśliś pan uważał, słuszny i barczysty w popielatem ubraniu, to hrabia Żelazowski, sławny koniarz... O! już jak na koniach się zna, to powiadam panu.. pierwszy koneser u nas, jeździł dla edukacji téj do Angiji.
Zdawało się, że gospodarz chciał przerwać, Surwiński mu nie dopuścił i ciągnął mowę nie przestając.
— Mamy tu bardzo godnego obywatela z królestwa, pana Aksakowicza? pan go nie zna.
— Nie, nie mam szczęścia..
— Godny, majętny, gościnny, wylany człek.. U niego się wieczorkami na wisteczka i na dobre węgierskie wino zbieramy...
— Daléj? cóż daléj? a! Doktór obojga praw pan Stanisław Grejfer z Krakowa, obywatel godny też, majętny, wychowany ślicznie. Gość miły pod Baranami, i w Krzeszowicach, i w Łańcucie, — to dosyć powiedzieć.
Gospodarz jakby zrezygnowany, milczał.
— Mamy jeszcze wielkiego agronoma, owczarza, człeka rozumnego i praktycznego pana Hamermanna z Poznańskiego.. Mamy z młodzieży, bardzo dystyngowanego młodzieńca.. tego blondyna z włosami długiemi, pana Porfirego Zemłę; z poważniejszych osób dzielnego majora huzarów, zasłużbowego, barona Hotkiewieza... No, cóż pan chce.. gronko niczego...
Spojrzawszy na twarz gospodarza, pan Surwiński dostrzegł na niéj tylko zakłopotanie i znużenie. Rejestr ten znakomitości nie zdawał się na nim prawie żadnego czynić wrażenia. — A, to arystokrata, rzekł w duchu — nasi hrabiowie i baronowie austryjaccy znać mu nie smakują, bo to — prawda — dosyć zdyskredytowane.
— No, więc, może by się pan życzył poznać, wejść, zbliżyć, a ja — miałbym sobie za największy obowiązek mu to.. ułatwić...
Pośpiesznie teraz, ozwał się Pilawski:
— Bardzo dziękuję — prawdziwie, jestem mu z serca wdzięcznym... ale.. z równą otwartością wyznam panu...
— Co on to mnie wyzna! nastawiając uszu! i pochylając się zaciekawiony rzekł Surwiński — co on mi tu wyzna.
— Wyznam mu, że jestem z natury, trochę tetryk, odludek, samotnik.. przytem ja jestem sobie człowiek pracy, człek prosty...
— O! o! począł się śmiać pan Karol — proszę! proszę! wiemy, że pan chce zachować incognito..
Incognito! powtórzył ruszając ramionami gospodarz, ale po cóżbym miał incognito jakieś chcieć przywdziewać, kiedy mnie nikt nie zna?
— O! o! a gdyby.. domyślono się — dowiedziano — rzekł ze śmieszkiem stłumionym tryumfująco pan Karol.
Na te wyrazy, nieznajomy porwał się z krzesła dziwnie poruszony, zmięszany, i taki jakiś blady przestrach odmalował się na jego twarzy, iż pan Karol utwierdził się najmocniéj w przekonaniu, że w istocie odgadnąć go musiał..
— Czegoż by się miano domyślać! ja nic nie kryję! proszę pana! zawołał żywo — ja nie do ukrywania nie mam.. nikogo nie.. nikomu.. tak.. nikomu nie uwłacza...
Pan Karol widząc go tak strasznie zmięszanym, niedosłyszawszy ostatnich wyrazów — bojąc się, aby zamiast stosunku poufalszego, nie zasłużył na gniew, wstał szybko, i ze złożonemi na piersiach rękami, począł wyrażać się:
— Panie dobrodzieja — nie ma nic! nie wiemy nic! Ja jestem człowiek dyskretny! proszę wierzyć. U mnie jak kamień w wodę.
Pilawski się namarszczył.
— Tu niema żadéj tajemnicy! zawołał.
— No! nie ma, nie ma — milczę i wierzę... nic nie wiem, proszę mi przebaczyć.
Oba usiedli, pan Karol zmięszany, a udając tem słodszego im pewniejszy był, że trafił doskonale; gospodarz niespokojny, ocierając pot, który mu na czoło wystąpił.
— Zatem nic by nie przeszkadzało panu dobrodziejowi, dodał Surwiński, zbliżyć się, zapoznać.
Gospodarz milczał jakby się namyślał. Pan Karol w duchu sobie mówił. Zgadłem na pewno! ale nie chce się dać poznać.
— Więc, jakże?
— O co to właściwie idzie? spytał po chwili Pilawski, ja sądzę, że nie tyle o moją nieznaczącą figurę.
— O! o! proszę pana! przerwał Karol.
— Ale tak, nieznaczącą figurę, a prędzéj o udział w kosztach zabawy.. do których najchętniéj się przyczynię.. to mówiąc wstał zwracając się ku szkatułeczce..
Nic w świecie bardziéj przestraszyć nie mogło zacnego p. Karola; zbladł on teraz z kolei, przekonawszy się, iż go wzięto za kwestarza, twarz mu się przeciągnęła, oczy na wierzch wyszły, zabełkotał, słowa nie umiał wymówić. Przerażenie odmalowane w jego fizijognomji nie mogło być postrzeżonem przez p. Pilawskiego, gdyż właśnie w téj chwili zwrócony kluczyka dobierał..
Naostatek przyszedłszy do siebie Surwiński pochwycił za rękę gospodarza. Na rany Chrystusowe, zawołał, co pan sobie myślisz? że ja tu po składkę jaką przyszedłem.. a to słowo honoru..
— Nic przecie nadzwyczajnego by nie było..
— Ja! ja? za składkami chodzić.. ale..
Tu ręce załamał. Ale dajże mi pan... wytłomaczyć się, myśmy się nie zrozumieli...
Gospodarz schował kluczyki do kieszeni i siadł, ale znudzony i markotny..
— My pragniemy kółko nasze rozszerzyć.. ja.. z dobrego serca przyszedłem, chcąc ziomka.. niemającego stosunków.. zbliżyć..
— Dziękuję serdecznie, odparł Pilawski podając mu rękę, umiem być wdzięczen — ale — mam pewne powody.. z charakteru, z nawyknienia, stronię od towarzystwa.. nie nawykłem...
— No — to dobrze — poszanujemy jego gusta! odezwał się Surwiński, lecz proszę się nie gniewać..
— Owszem, wdzięczen panu tylko być mogę...
— Jestem, człek stary, wstając powoli, dodał pan Karol — dawniéj u nas ceremonji tyle nie było, ludzie niższych fortun, położeń towarzyskich, imion.. żyli z sobą.. niechby to teraz choć u wód powróciło.. Dla czego stronić — czemu się odosobniać?..
Gospodarz ruszył ramionami, mruczał coś tylko niewyraźnie.. Surwiński na pierwszy raz uznał właściwem nie przeciągać rozmowy, ukłonił się bardzo grzecznie i ze zgasłem cygarem wyniósł. Znalazłszy się dopiero w korytarzu jakoś się opamiętał. Nie zupełnie był zadowolniony ze swéj wyprawy, ale też i nie całkiem z niéj niekontent, — wprawdzie o mało go nie wzięto za kollektora składek, ale.. dużo się dowiedział i nabrał najmocniejszego przekonania, że jako Pilawski ukrywał się jakiś magnat, pragnący zachować incognito. Nic by go tak nie cieszyło nad to, że odgadł, że się domyślił, że potrafił zaraz hieroglif tu wyczytać, — zacierał ręce idąc i uśmiechał się do siebie — chce koniecznie zachowywać incognito — no! to dobrze! Ale gdym go przypiekł aż podskoczył! aż zbladł!... Doskonała historja.. a znajomość zrobiona... nie wydam go to pewno...


Na tem samem piętrze i niemal w téj saméj chwili, gdy pan Karol probował indagować Pilawskiego, w pokojach zajmowanych przez panią Domskę z córką... dwie kobiety w długiem milczeniu siedziały spoglądając na nieznośny deszcz, smagający szyby od kilku godzin.
— Przyznam się mamie, rzekła wstając Elwira, że jeśli tak cały czas słota trwać będzie.. to.. doprawdy zanudzimy się śmiertelnie. Ja wprawdzie obchodzę się bez towarzystwa.. ale na ludzi choć popatrzéć, jestem rada.. a to.. proszęż spojrzeć oknem — świerki, świerki, drzewa, łoza.. gołe wzgórki i kilka wron podróżujących.
— Jak my! szepnęła pani Domska uśmiechając się.
— Nie — wrony są daleko szczęśliwsze, bo mają instynkt i lecą, gdzie świeci słońce..
— Widzisz — odezwała się matka — a to ja ciebie pozbawiam moją chorobą, słońca, rozrywki.. towarzystwa.
— Słońca.. dobrze.. rozrywki, ja mało potrzebuję, a towarzystwa nie łaknę. Mama wie, mówiła Elwira, że dla mnie najmilsza igła i książka.. zieloność i kwiaty, — a jeśli jest jeszcze fortepian, muzyka, nic mi już na świecie nie potrzeba.
— Tu ci jednak nudno... odezwała się matka.
— Dosyć, gdyby mamy nie było.
— Ja coś też chora i sama nudna, nie zabawię.
— Byłoby wszystko dobrze, gdyby się tylko Pan Bóg zlitował i dał pogodę i słońce.. mogłybyśmy pójść trochę w okolice.
— Tak rozumiem i spotkać tego pana..
— Kogo? rumieniąc się i ruszając ramionami zapytała córka — a! że też mamie się zdaje..
— Nic mi się nie zdaje, jestem tego najzupełniéj pewną, że ci się podobał...
— Ale, moja droga matko — oparła się Elwira, przecież go ledwie przez kilka godzin widziałam w wagonie. Mówiliśmy mało, nieznamy go wcale.. a tu.. ledwie się z nami przywitał... przytem, powiem mamie, dodała ciszéj — on mi się wydaje.. pomimo tego pospolitego nazwiska, człowiekiem tego świata i towarzystwa, do którego, my.. (westchnęła) należeć już nie mamy prawa..
— Tak — rzekła smutnie matka, ażeby sobie oszczędzić przykrych zawodów, bolesnych może przejść — cierpienia.. lepiéj, lepiéj... być bardzo ostrożną..
— Niech że mnie mama nie ma za jakąś płochą istotę, u któréj się głowa łatwo zapala — odezwała się Elwira..
— Ale przyznaj, że — podobał ci się..
Spojrzała na córkę.
— Nie przeczę, że zrobił na mnie wrażenie bardzo jakiegoś miłego i sympatycznego człowieka.. radabym była jego towarzystwu — przecież, niech mama będzie spokojna, głowa mi się nie zawróci..
— Niech się ani głowa ani serce nie zawraca — odpowiedziała matka z czułością, nam, moje dziecko marzyć, nie wolno, spodziewać się wcale niepodobna.. ty wiesz..
Zamilkła — Elwira chodziła po pokoju.
— Wiem, rozumiem, nie mówmy o tem, podchwyciła córka — ja też nie roję, nie marzę, nie spodziewam się. Na życie patrzę trzeźwo.. spokojnie — wiem z góry, że szczęścia od niego wyglądać nie mogę.. to jest, tego co pospolicie szczęściem zowią. Dla tego potrafiłam sobie upodobania, zajęcia, całą przyszłość tak z góry urządzić, ażeby mi wydziedziczonéj, jeszcze bardzo źle nie było. Książki, fortepian.. praca.. zupełnie mi starczą...
Matka miała łzy w oczach, Elwira zbliżyła się by ją pocałować w rękę, ta chwyciła jéj głowę, i całus macierzyński położyła na czole.
— Nie mówmy o tem — zamknęła Elwira.
— Owszem, mówmy.. przerwała Domska — to nas rozerwie, wśród tego nieznośnego deszczu.. pozwalam ci trochę się bawić twoim nieznajomym, którego wiesz nazwisko przecie.. Nie jest on tak zachwycający, wyglądał mi na paniczyka, na hrabiątko, ale — któż to może być?
— Myślę, że — majętny obywatel, ze wsi — rzekła Elwira żywo.
— Otóż, nic — nie wiem, sądzę, mówiła matka, sądzę z tych niepostrzeżonych prawie oznak jakichś, które charakteryzują ludzi, że on — nie jest wieśniakiem. Ma fizognomję miejską i pańską.. pałacową.
— To być może — ale bardzo przyzwoicie pańską.
— Nie przeczę — dodała matka.
— Niezmiernie grzeczny a nie zimny i nie odpychający jak często ludzie grzeczni być umieją — mówiła Elwira.. nauki ma dosyć, oczytany.. umia kilka języków. Sam mówił, że kończył uniwersytet w Berlinie. Gdyby u wód w istocie było więcéj swobody i zaraz z tego nie robiono plotek, tobym go choć na naszą nieszczególną hotelową herbatę prosić kazała.
— To, niewypada — odezwała się matka — najzacniejszy z ludzi nawet, myślałby, że go ciągniemy..
— A! niechże Bóg broni.. załamując ręce zawołała Elwira... nie zaprosiemy go, kiedy tak, to pewno, powinien sam mieć odwagę przyjść przecież z wizytą..
Domawiała tych wyrazów panna Elwira, gdy do drzwi z lekka zapukano — obie panie nagle umilkły.. młodsza pobladła nieco i nierychło odezwała się cicho — prosimy.
Drzwi się otworzyły, pan Gabryel w jasnych lila rękawiczkach, ubrany jakby nie do Krynicy, z kapeluszem w ręku, powoli, wsunął się do pokoju. Dwie kobiety spojrzały, po sobie — Elwira się zarumieniła, matka zmięszałą... przywitanie z obu stron było zaambarasowane.. przed krzesłem matki stał stół, fotel gotowy.. Pani Domska wskazała gościowi miejsce, Elwira prędko usiadła z drugiéj strony.
— W taki dzień słotny, można i natrętowi przebaczyć — rzekł Pilawski — deszcz powinien być moją wymówką, panie pewnie sobie nie porobiły znajomości.
— I robić ich nie myślimy! wrzuciła Elwira.
— Ja także, nie mam zamiaru, rzekł gość — ale z miłéj téj znajomości pani, którą mi sam los nastręczył, pozwolę sobie korzystać — właściwie przyszedłem jednak z interesem także.. Mówił mi służący, że pani sobie życzyła mieć fortepian. Starałem się dowiedzieć.. w Krynicy jest pono jeden tylko, ten stoi w salonie Warszawskiego hotelu, i na godziny się tylko najmuje.
— Niestety! rozśmiała się Elwira — z fortepianu najętego na godzinę, korzystać bym nie mogła. Podobnaż na zawołanie od czwartéj do piątéj mieć usposobienie do gry. To by się stało męczarnią zamiast przyjemności.
— Czybym nie mógł służyć choć książkami? spytał gość — mam z sobą trochę francuzkich, niemieckich, a z polskich... Mickiewicza, Krasińskiego i kilka nowszych rzeczy.
— Ależ pan je przywiózł dla siebie — a pozbawić go?..
— Ja w téj chwili uczę się czegoś — rzekł uśmiechając się gość, a więc z książek tych niewiele korzystam. Przytem — dorzucił — zdaje mi się że, mimo najmocniejszego postanowienia pozostania na boku i po za towarzystwem kąpielowem, może mi się to nie uda. Już dziś miałem kogoś, który przychodził na zwiady, i usiłował mnie pociągnąć.
— A pan...? spytała Elwira.
— Heroicznie się oparłem temu, ze smutnym uśmiechem, rzekł Pilawski. Według mnie człowiek nieznany musi dla godności swéj, unikać wchodzenia w towarzystwo, w którem za nim nic nie mówi i nie świadczy.
— To prawda — odezwała się Domska — jest to zawsze przykrém być niewłaściwie ocenianym, czy za wysoko, czy za nisko.
— Zwłaszcza, rzekł Pilawski, iż w świecie do zupełnéj oceny człowieka należą niezbędnie dodatkowe różne przymioty, któreby wyposażeniem nazwać można. Jak u nas naprzykład...
— A! wszędzie — przerwała Elwira.
— A u nas także, mówił Pilawski — osobiste człowieka przymioty i wady, konpensują się, podnoszą, ciemnieją lub wyświetlają od okoliczności dodatkowych — fortuny, imienia, stanu, klasy... stosunków... Tam gdzie te akcydensa są wątpliwe i ocenienie człowieka zawsze niepewne... dwuznaczne...
Obie kobiety słuchały tego aforyzmu ze spuszczonemi oczyma, starsza zlekka westchnęła... Elwira podniosła wzrok prędzéj, śmieléj i odezwała się:
— To prawda wielka — mało jest ludzi, którzyby tych circonstences agravantes lub atténuantes nie wzięli w rachubę.
— I bardzo ich o to obwiniać nie należy, odezwała się Domska... Są to termometra, są to znaki przewodnie, prowadzące do domyślania się wnętrza człowieka, wychowanie, otoczenie i majątek, stosunki, tworzą nas jakiemi jesteśmy, nie dziw że wniknąć chcąc w kogoś szukamy oznak pewnych... dla odgadnięcia.
— Tak, rzekł Pilawski, tylko znowu znaki te dziś bardzo pewne, jutro być mogą fałszywe. Warunki wychowania, nabycia wiedzy i ogłady, wyrobienia charakteru zmieniają się z czasem, z atmosferą otaczającą i... mylimy się.
— Dziś właśnie najczęściéj — dodała Elwira, bo i mężczyźni i kobiety, wcale inaczéj niż dawniéj kształcą się i wychowują.
Rozmowa przerwaną została na chwilę... a między prawie obcemi, niezmiernie trudno rozpocząć na nowo, gdy raz wątła jéj nić pęknie. Pilawski brał już za kapelusz, gdy przypadkowe może spojrzenie panny Elwiry naprzód ku niemu, potem ku oknu po którem spływały deszczu strumienie i wstrzymało go.
— Pan więc jak my — odezwała się matka — skazujesz się dobrowolnie na samotność... i nie będziesz pan znajomości szukał?
— Mocne mam postanowienie, rzekł Pilawski. Samotność jest czasem jak pewien rodzaj diety potrzebną człowiekowi, zwłaszcza nawykłemu lub zmuszonemu do ocierania się ciągle i nadto o ludzi.
— Pan zwykle mieszkasz w mieście? spytała trochę niedyskretnie Elwira.
— Tak jest pani — krótko odparł Pilawski — mieszkam w Warszawie.
Być może iż panna spodziewała się czegoś więcéj, jakiegoś szczegółu i skazówki... zajęć — położenia nieznajomego młodzieńca, lecz została zawiedzioną.. Matka poczuła niewłaściwość zapytania i naprawiając ją, dodała — my także zmuszone jesteśmy siedzieć i w mieście i — co gorzéj, w mieście obcem i nie sympatyczném wcale,
Pan Gabrjel popatrzał i nie pytał się o nic więcéj.
Mówiono jeszcze chwilę o Warszawie, o Berlinie, o stolicach Europejskich, które i tym paniom i temu panu były bardzo dobrze znane. Pilawski wreszcie podniósł się i uznawszy, że na pierwsze odwiedziny siedział już może nawet trochę za długo — odszedł.


Drugiego dopiero dnia wieczorem chmury się rozbiegły, blade niebo, jakby burzą i słotą zmęczone, wyjrzało nareszcie... i na dzień następny zapowiadała się niezawodna pogoda, która wszystkich stęschnionych więzieniem po samotnych izdebkach, niezmiernie uradowała... Nawet pan Pilawski, który naprzemiany studiował Anatomję opisową i czytał Thackeray’a, rysował coś w albumie i palił cygara chodząc po pokoiku, rozweselił się, zobaczywszy słońce zwiastujące pogodę upragnioną. Wieczór nadchodził... było już za późno odwiedzić panią Domską, chociaż wielką miał do tego ochotę.. postanowił więc już się rozebrać i do wczesnego przygotowywać spoczynku, gdy puk, puk do drzwi dał się słyszeć i natychmiast prawie wsunął się pan Surwiński z grzecznem uśmieszkiem swoim.
— Przepraszam bardzo,.. dwa dni niewoli, panie dobrodzieju!... a! przeklęte dni, nieprzeżyte! Musiałeś się pan dobrodziéj zanudzić! zawołał od progu, przychodzę z propozycyjką...
Pilawski stał czekając jaśniejszego wytłomaczenia.
— Pan w tem więzieniu możesz umrzeć... z dobrego serca przychodzę proponować... bez ceremonij na wieczorek do Aksakowicza...
Gospodarz jeszcze się jakoś na odpowiedź nie zabrał:
— Jestem upoważniony prosić pana dobrodzieja.. całe prawie towarzystwo męzkie dziś tam będzie... Cóż to panu szkodzi... bez ceremonji na chwileczkę...
— Wielcem panu wdzięczen — odezwał się Pilawski, ale kiedy już tak mnie przynaglasz... muszę być otwartym...
Surwiński mocno uszy nastawił, miał więc zostać powiernikiem tajemniczego człowieka.
— Wchodząc choć na chwilę w towarzystwo, nie dosyć jest, rzekł pan Gabryel, przynieść nazwisko swoje — należy jawnie wykazać pozycję socjalną, stanowisko zajmowane w społeczeństwie aby nie oszukiwać nikogo — otóż — szanowny panie — ja, jakkolwiek nic do tajenia nie mam, czegobym miał powody się wstydzić — z pewnych względów jednak... w téj chwili nie radbym... nie życzyłbym sobie.
— Ale, panie dobrodzieju, żywo podchwycił Surwiński, uderzając się w piersi — my to rozumiemy, my to doskonale pojmujemy, są okoliczności, są wypadki... nie ma najmniejszéj potrzeby... nikt od pana wymagać nie może i nie będzie.
Pan Gabryel się zawahał, znać było jakiś frasunek, lecz Karol naglił, nacierał, prosił — i po chwili rozmysłu, jakby powziął postanowienie jakieś heroiczne, pan Pilawski chwycił kapelusz, rękawiczki, laseczkę, pozamykał pudełka... i odwracając się rzekł:
— Służę panu!
Surwiński od dawna nie był tak szczęśliwym, tryumfującym... on więc — jemu danem było wprowadzić tę dostojną osobę, w któréj twarzy tak widocznie napiętnowane było znakomite pochodzenie — na łono tutejszego towarzystwa...
W pokoju pana Aksakowicza byli już niemal wszyscy zebrani, a kieliszki powoli krążyły, rozdawano karty do wista, — rozmowa o deszczu i mgle nader szła ożywioną, gdy w progu ukazał się przodem Surwiński, wprost przerzynający się ku gospodarzowi, z niewidzianém zuchwalstwem, a za nim szykowna i piękna postać pana Pilawskiego, na którą oczy się wszystkich zwróciły. Nikt go jeszcze mówiącym nie słyszał — ciekawość była pobudzoną do najwyższego stopnia, bo choć domysły szanownego pana Karola zdawały się niedorzecznemi, oddawano sprawiedliwość dystyngnowanéj powierzchowności pana Gabryela... Każdy wszakże pragnął posłyszeć go, ocenić wykształcenie i z mowy a obejścia, wyciągnąć domysł jakiś o stanie i pochodzeniu przybysza... W chwili gdy został zaprezentowanym gospodarzowi i wszystkim potém przytomnym, obstąpiono go kołem, śledzono oczami... każdy zdawał się spieszyć by zrobić pretekst jakiś zawiązania z nim rozmowy. Przypadł jednak ten szczęśliwy los gospodarzowi... który jak był człek zacny, tak w pisaniu i kunsztowném prowadzeniu rozmów nie zbyt biegły.
Prosty sługa boży, więcéj czynił niż mówił — i na stylizację wysilać się nie lubił. Chrząknął więc popatrzał w jasną twarz przybyłego i odezwał się:
— Ależ się nam deszcz dał we znaki! No! co prażył to prażył.
— Prawda! uśmiechając się rzekł gość.
— Pozwoli pan kieliszeczek wina? wytrawne! nie zaszkodzi! dodał Aksakowicz.
Gabryel się skłonił. Wszyscy słuchali — ale nie było czego słuchać.
— Pan dobrodziéj z królestwa? począł gospodarz.
— Tak jest..
— I ja także, z Płockiego... Ukłonili się sobie...
— A! niechże go licho weźmie, na stronie rzekł hr. Żelazowski, żeby też nie umieć rozmowy zawiązać i nic nie dobyć z człowieka..
W tem major Hotkiewicz, który już miał karty w ręku zawołał:
— Gospodarzu! Signor Aksakowicz... dajesz mauvais exemple, so geht’s nicht.. times is a money. Do dzieła mości dobrodzieju! Qui si lavora, siadajmy...
Aksakowicz skłonił się i pobiegł do stolika, a pan Pilawski został z adjutantem swym nieodstępnym u boków, jakoś najbliżéj hr. Żelazowskiego. Ten już miał najmocniejsze postanowienie, dobyć z niego jak się wyrażał — wnętrzności. Skazany na tę operację zdawał się wcale jéj ani domyślać, ani lękać.
— No — co pan powiadasz o téj... wojnie! rozpoczął jadąc bardzo zdaleka sportsman. Słyszane to są rzeczy! ta potęga militarna Prus, to niedołęztwo nasze... te następujące po sobie wypadki. Wszyscyśmy znając naszego austryjackiego żołnierza, jednego z najpierwszych w Europie — rokowali zwycięztwo.. a tu..
— Rzeczy są bardzo dziwne w istocie, odezwał się Pilawski powoli — ale wyznaję, że nie wiele się znam na wojennych sprawach. Słyszałem tylko to zdanie, które się dziś właśnie sprawdzić może, iż nie żołnierz, ale dowódzcy i naczelnicy stanowią o wojny losie...
Żelazowski popatrzał mu bystro w oczy — i — zamilkł, czuł, że tamten miał słuszność, choć — jak powiadał skromnie, na tych sprawach się nie rozumiał....
— Pan wprost z Warszawy? począł z innéj beczki.
— Tak jest, rzekł Pilawski krótko.
— Pan zawsze mieszka tam?
— Prawie ciągle — odparł obojętnie badany — odbywam jednak dosyć często podróże.
Żelazowski, który raz w życiu tylko puścił się do Londynu na karsa — dla studjowania koni i bardzo był dumnym z téj wycieczki, mniéj pospolitéj — spytał dosyć niezgrabnie. Był pan w Londynie?
— Bywam tam parę razy do roku.
— Parę razy? powtórzył Żelazowski — to pan chyba ma tam interesa?
— Mam je w istocie.
Surwiński słuchał i notował. Nie wydało to mu się wcale dziwnem, że taki pan hrabia — miał interesa w Anglji, teraz w ogólności im kto jest większym panem, tem więcéj i rozleglejsze musi mieć interesa... Panowie idą na wyścigi z bankierami. Potwierdziło więc to jeszcze domysły pana Karola, a Żelazowskiemu też dało wysoką opinję o człowieku. Hrabia był — po za turfem bardzo pospolitym i niezręcznym — a w rozmowie nigdy nie umiał przejścia złagodzić, ozwał się więc dość nietrafnie. Lubi pan konie?
— Dosyć — rzekł uśmiechając się Gabryel.
— Bo to moja passja — odparł hrabia.
Nastąpiło milczenie.
— Jak się panu nasz kraj podoba?
— Pod względem malowniczym, bardzo! rzekł Pilawski.
— A z innych? wtrącił Grejfer.
— Poznać go nie miałem sposobności.
Znowu przerwa. Rozmawiać pragnący spoglądali po sobie. Jakoś nie szło.
Oczyma badano pilnie przybysza i nie było nikogo, ktoby mu nie oddał sprawiedliwości, iż z nich wszystkich najbardziéj chic wyglądał... Ubrany był z wielką prostotą i smakiem, wedle wszelkich prawideł mody — zazdrościli mu wszyscy. Zaproszono go do gry, wymówił się, że nie ma zwyczaju grywać, z kieliszkiem obchodził się nader obojętnie. Grejfer, który znał wiele osób w Warszawie, wrzucił parę pytań o hrabinéj z Willanowa i o hrabi... o księciu, o panu tym i owym, badając czy ich znał p. Pilawski, — wszyscy oni byli mu choć z nazwisk i stosunków znani, o wszystkich wiedział gdzie się obracali, kto wyjechał, kto był na wsi, ale nie chwalił się bliższemi stosunkami. Surwiński słuchał bacznie, a ubolewał w duchu, iż niedyskrecją popełniono. Zaczęto naostatek mówić o zabawach, o pikniku projektowanym, o urządzeniu go, Pilawski tym czasem wpadł na Dr. Werter’a... i rozpoczął z nim nudną rozmowę jakąś o historji naturalnéj.
— To jakiś literat — rzekł Żelazowski pocichu.
— Co nie przeszkadza, żeby nie miał być... wysokiego rodu, dorzucił uparty Surwiński, teraz wszyscy niemal książęta są historykami, archeologami, poetami lub artystami..
Dobra część wieczora upłynęła.. wszyscy niemal z kolei ocierali się o przybyłego, każdy uznawał że ma do czynienia z dobrze wychowanym i niepospolitym człowiekiem — po nad ten ogólnik nie wybrnął nikt.
Il est diablement boutonné! dokończył po cichu Żelazowski — djabli też go wiedzą co za jeden.
Ku jedenastéj towarzystwo się powoli wysuwać zaczęło, Surwiński który na ofiarę swoją miał oko, widząc że się Gabryel wymyka, wziął za kapelusz, aby go przeprowadzić nieco.
— No — i cóż pan mówi o naszem towarzystwie? zapytał wychodząc na ulicę..
— Bardzo miłe i dystyngowane! odparł Pilawski...
— No — ludzie i ludziska! westchnął pan Karol zwyczajnie u wód; zbierana drużyna.. ale to poczciwe z kościami...
Nie było na to odpowiedzi — szli jeszcze chwilkę razem, potem pan Karol na dobranoc zdjął kapelusz, a p. Pilawski powrócił pod Różę.
Nazajutrz na deptaku opowiadano sobie o panu Pilawskim, którego nazwano Warszawiakiem, zdanie powszechne było, iż młodzieniec jest dobrze wychowany i — jak się zdawało majętny... Co się tyczy rodziny, nikt o żadnych Pilawskich nie wiedział. Na składkę dał obficie złotem...
— A kto go tam wie! rzekł z cicha hr. Żelazowski, może to w istocie magnat jakiś incognito!


Gdy panu Surwińskiemu tak się szczęśliwie powodziło, z drugiéj strony pracowała zacna pani Hercegowińska nad zjednaniem sobie bliższéj znajomości z panią Domską, ale tu szło nie równie trudniéj. Na przechadzkach używała wszelkich środków, przysiadała się na ławkach, znajdowała na najodludniejszych uliczkach. W kaplicy starała się swą pobożnością zwrócić uwagę i zakrystyjnemi znajomościami. Opiekowała się widocznie chłopcami służącemi do mszy, bukietami na ołtarzu, krzesełkami, to wszystko jednak nie zbliżyło ją do pani Domskiéj, która nie zdawała się nawet widzieć kościelnego gospodarstwa całą zatopiona w swéj książce... Szczęściem dla wdowy poleconą jéj została składka na dokończenie posągu matki Boskiéj, do którego pomysł dał był Grottger.. Miała więc powód odwiedziéć te panie, zajrzeć w ich mieszkanie, przekonać się z otaczających drobnostek... czem, kim by one być mogły, a wreszcie, wejść w rozmowę i znajomość zużytkować późniéj dla zbliżenia się.. Na dnie powszednie wdowa, ubierała się tak niepozornie, tłomaczyła to wielka pobożność a, jak ludzie mówili wielkie skąpstwo. Na ten raz wszakże musiała wystąpić, aby jéj za lada kogo nie wzięto. Nie wypadało też iść saméj, a nikt tak dalece nie ofiarował się towarzyszyć i musiała sobie zamówić siostrzeńca który był uszczęśliwiony tem; gdyż zdala widziana panna Elwira, potężne na nim uczyniła wrażenie. O naznaczonym dniu i godzinie Porfiry długie blond włosy ułożył z największem staraniem, ubrał się w wiedeński swój surdut (był to ulubiony jedynak) poświęcił nowe rękawiczki, wdział najkrochmalniejszy kołnierzyk i poszedł ofiarować rękę ciotce, która miała na sobie suknię czarną jedwabną, szal koronkowy dawny ale wspaniały, złoty zegarek u paska i kapelusz ad hoc odnowiony. Wyglądała też wspaniale...
Siostrzeńcowi zapowiedziała wdowa pod grozą gniewu, ażeby się do rozmowy nie mięszał, siedział skromnie i nie okazywał zbytniéj, nieprzyzwoitéj ciekawości. Godzina była dobraną tak i obrachowaną, ażeby te panie znajdować się musiały w domu. Pani Hercegowińska weszła majestatycznie, sznurujące usta i miodowym głosem, którego tylko przy pierwszych znajomościach zwykła była używać — odezwała się:
— Panie mi darują, że się ośmielam.. Jestem prezesowa Hercegowińska z Krakowa.. Celem mych natrętnych odwiedzin jest pobożny uczynek.. do którego my tu fundatorki posągu N. Panny.. wszystkie pobożne panie wzywamy — panie mi darują.
Pani Domska spojrzała na córkę, która pobiegła po woreczek. Przepraszam, że siądę chwileczkę — dodała wdowa.. jestem słaba trochę, a dziś po téj słocie prawdziwy upał.
— Bardzo gorąco — odezwała się pani Domska.
— Jakże pani wody służą? zagadnęła wdowa — prawda że miejsce ciche..... spokojne, miłe...
— A tak... tak jest.. potwierdziła gospodyni.
W téj chwili nadeszła Elwira z woreczkiem, który podała matce.. Pośpiech ten nie był na rękę ciekawéj, udała więc, że nie widzi nic i spiesznie rozpoczęła rozmowę:
— Panie tu, jak widzę i obserwuję — nie mają znajomości, to dosyć.. nudno...
— Moja matka, przerwała Elwira, którą Porfiry pożerał oczyma pochyliwszy się aż na krześle i nieco nieprzyzwoicie otwarłszy usta.. — moja matka słabą jest i nie mogła by nawet mając je — korzystać ze znajomości.. ja zaś — bardzo lubię samotność.
— Znamię to pięknéj, chrześciańskiéj duszy, dodała wdowa, lecz i ludzie, zwłaszcza w młodości potrzebni.
— Zwłaszcza — wmięszał się niezręcznie Porfiry, który chciał dowieść iż gada — zwłaszcza że tu mamy towarzystwo bardzo, bardzo piękne! Pani hrabina Parczewska, pani baronowa Ormowska ze swemi kuzynkami i.....
Ciotka surowo sznurując usta spojrzała nań i — zamilkł nagle zarumieniony..
— Panie — zdaleka? spytała wdowa.
— My — z Berlina.. odpowiedziała Domska.
— To jest z Poznańskiego — wytłomaczyła prezesowa.
— Nie — pani — mieszkamy w Berlinie.
— Tego ja nie pojmuję jak można żyć w protestanckiem mieście, podchwyciła wdowa.
— Ale my tam mamy kilka kościołów.
— Zawsze to atmosfera inna — westchnęła wdowa.
Porfir się wyrwał nie zbyt szczęśliwie:
— O! atmosfera w Berlinie.. atmosfera.. węglista... pełno kominów... i dymu..
Nikt się nie rozśmiał, ale ciotka surowo spojrzała, młodzieniec chrząknął i umilkł.
— Może — gdy mam tę przyjemność zbliżenia się, dodała lekko poruszając się ale nie wstając, jestem ciekawa indygatorka, mogłabym tu czem służyć i być pomocną — zainformować? Ja od lat trzech z ordynacji naszego zacnego Doktora Dietla jeżdżę do Krynicy, i jestem tu jak w domu... wiem, znam doskonale.... Gdybym w czem paniom usłużyć mogła?
Domska skłoniła się grzecznie.
— Wdzięcznie pani za jéj uprzejmość dziękuję — rzekła, ale my tak mało potrzebujemy.
To mówiąc, i jakby dając do zrozumienia, że dłużéj zatrzymywać jéj nie chce, gospodyni podsunęła papierek... prezesowa była zmuszoną przyjąć go i nie mając już najmniejszego powodu pozostawania dłużéj, podniosła się z krzesła. Za nią powstał Porfiry, chrząkając napróżno, dla zwrócenia oczów panny Elwiry i — tryumfalnie wyszli. W korytarzu pani Hercegowińska przekonała się, iż ofiara była wcale znaczną... ale mimo to kwaśna zeszła ze wschodów... Niezadowolenie spadło na młodzieńca, który dostał burę.
— Że też ty zawsze nic do rzeczy odezwać się musisz.
— Proszę cioci prezesowéj — w czem, nic do rzeczy?... Przecież musiałem zagadać... myśleliby żem niemy, proszę cioci.
— A więc będą myśleć żeś... — niedokończyła prezesowa i spojrzawszy nań surowo, poszła przodem.
— Czy ciocia może każe sobie towarzyszyć? spytał młodzian, pragnący zmienić jedynaka na skromniejsze ubranie.
— Idź sobie do domu... Pocałowawszy w rękę, którą mu niechętnie podano, nieszczęśliwy młodzian, westchnął i poszedł pod Wielbłąda.

W tych dniach towarzystwo Krynickie niespodzianie pomnożyło się jeszcze o kilka osób. Najmilszą wszakże niespodzianką było przybycie pani hrabiny Emilji Palczewskiéj, o któréj wspomniał był już pan Porfiry. Krynica nigdy jéj się spodziewać nie mogła, była to bowiem jedna z tych pań słynnych z piękności i elegancji, które tylko wody nadreńskie zaszczycają obecnością swoją. Wdowa od lat kilku, dwudziesto kilkoletnia, bogata, piękna, dowcipna, ożywiona, nawykła do rozkazywania, rządzenia, a namiętnie potrzebująca rozrywki hałaśliwéj i coraz nowéj — pani Palczewska przynosiła to z sobą, to czego właśnie brakło dotąd — ruch, wesołość i życie. Wszyscy ją znali w Galicji, i ona też znała wszystkich... kochali się w niéj, kto ją tylko zobaczył; ona się z nich najotwarciéj śmiała. Mówiła naprzód, że za mąż iść ani chce, ani myśli, a jeźli by miała tę niedorzeczność popełnić jeszcze raz w życiu, dobierze sobie tego kto się jéj spodoba... do kogo się chyba namiętnie przywiązać potrafi. Wszystkie próby podobania się fantastycznéj pani, dotąd się zupełnie nie wiodły... żartowała sobie... pozwoliła palić ofiary, składać hołdy i nie odpychała adoratorów, ale nie ośmieliła żadnego. Dwór był zawsze wielki, kto niechciał nawet iść za wozem tryumfatorki, zmuszała go, ale wszyscy starzy wielbiciele i nowo zaciężni, służyli tylko do zabawy. Pani Emilja potrzebowała się bawić. Dom był otwarty, na wielkiéj stopie, wytwornie utrzymywany, stół doskonały, gosposia wesoła, towarzystwo zawsze nastrojone na ton pani domu.. nikt się też od służby nie wymawiał... Dla przyzwoitości miała pani Palczewska przy sobie panienkę sierotę, milczącą, skromną, cichą, nie zawadną, posłuszną, — która zwykle siedziała w oknie z robotą, nalewała herbatę, smarowała chleb i nie mięszała się do rozmowy. Pomimo wesołości panującéj w domu, nieszczęśliwą dosyć wydawała się ta sierota... twarz nawet miała pochmurną i byłaby jéj może nie ścierpiała pani Emilja, gdyby cichość a powolność panny Salomei nie nadawała jéj ceny. Równie potulnéj ofiary trudno było wyszukać. Wspaniały kamerdyner, siwy, poważny mężczyzna, który od rana chodził we fraku, dwie garderobiane, kilku lokajów, składali resztę dworu hrabiny. W Krynicy zajmowała domek osobny cały, i ten zaledwie jéj wystarczał.. Przybywszy, natychmiast posłała po listę gości, kazała pannie Salomei spisać znajomych i ich adresa, znalazła Krynicę, do któréj zawitała po raz pierwszy, bardzo parafjańską — ziewnęła parę razy, wyjrzała oknem i zawołała:
— A! przeklęci prusacy! niepodobna było jechać pod wojnę, i niepodobna było siedzieć w domu.. a tu... tu, dopiero się znudzimy!!
W pół godziny przyleciał dowiedziawszy się o hrabinie pan Stanisław Greifer, w trzy kwandranse Żelazowski. Obu im niezmiernie rada była, prosiła tegoż dnia na herbatę, kazała sobie kronikę miejscową opowiadać, zapowiedziała im, że pod karą gniewu powinni ją starać się bawić, bo inaczéj umrze... napaplała i naśmiała się... rozdysponowała jednak swym zwyczajem wszystko jak najporządniéj i wypędziła gości — postanowiwszy się ubierać jak tylko panna Salomea oznajmi, że tłomoki rozpakowane.
Greifer i hr. Żelazowski wyszli uszczęśliwieni.
— Teraz to się Krynica ożywi! rzekł pierwszy, bo nie znam kobiety na świecie, któraby lepiéj rozruszać umiała. Zdaje się, że umarłego by z grobu wyciągnęła, gdyby wiedziała, że ją zmartwychwstanie zabawi.
— Kobieta co się zowie! odparł Żelazowski — tylko to bieda, że ot tak młode lata trwoni, a pociechy z niéj nikomu nie ma... Człowiek uczciwy ożeniłby się i byłby szczęśliwy.
— No — ożenił się — to pewna, ożeniłby się każdy kogo by zażądała — rzekł Greifer — ale czy by był szczęśliwy to pytanie. — To hic mulier...
— Piękna, rozumna i bogata! Czegóż ty jeszcze chcesz? spytał hrabia.
— Nie, tylko żeby była dobrą.
— Złą nie jest przecież.
— To pewna — ale dobra... tylko dla siebie... a to jéj odejmuje cały wdzięk kobiecy... wkracza w atrybucje mężczyzny, jest — egoistką.
— Jaki ty jesteś dowcipny, dalipan! rozśmiał się hrabia — pierwszy raz gdy źrebięciu trzeba będzie dać nazwisko, będę się ciebie radził.
Greifer ruszył ramionami. — Wiem że może tego jednego nie potrafię. To wasza rzecz... Źrebię musi się nazywać po angielsku — a ja oprócz Goddam nic nie umiem...
Rozeszli się w swe strony panowie i po Krynicy gruchnęła zaraz wieść o przybyciu hrabiny Palczewskiéj. Był to ważny wypadek. Ona jedna z tych wszystkich co tu przybyli dotąd — mogła przyjmować, nie potrzebowała się oszczędzać i niosła z sobą zamiast choroby — wesele. — Następujący piknik obiecywał być bardzo świetnym, ale zarazem młodzież z przybyciem królowéj dostrzegła, iż dla niéj — wszystkiego tego co przygotowano dotąd, było za mało... Hrabina była przywykłą do czegoś lepszego, wytworniejszego, a nie rozumiała co to jest — niemożliwość. Jéj zdawało się zawsze, iż czego ona chciała, co jéj było miłe i potrzebne, to — bądź co bądź — musiało jakimkolwiek kosztem stawić się na zawołanie. Mężczyznom szczególniéj nie przebaczała, nawet tego wyrazu — niemożliwe.
— Gdybym ja była mężczyzną, mówiła — wykreśliłabym go z mojego słownika... Nierozumiem niepodobieństwa... Wola powinna wszystko zwyciężyć.
W godzinę wiedziała już nietylko o pikniku, ala o sali w któréj się miał odbywać, i o niegodziwéj w niéj posadzce. Zawyrokowała zaraz — Zła? to ją odmienić! — Tu w Krynicy? — No — to ją sprowadzić — Ale zkąd? — Zkąd? choćby i z Wiednia, z Pesztu, z Paryża, a mnie co do tego?
Taką była we wszystkiem... pani Emilja.
Przyjazd jéj poruszył, ożywił, zakłopotał panów i panie, — czuli wszyscy jakby przybycie królowéj, przed którą stanąć należało do popisu. Miała hr. Palczewska ten szczególny dar i niesłychaną pamięć, iż ją najmniejsza rzecz i najdrobniejszy człowieczek obchodził; o wszystkiem i wszystkich wiedzieć musiała, zobaczyć — zbliżyć się. Ktokolwiek z nią sam nie zrobił znajomości, tego zmusiła do zapoznania się, idąc śmiało pierwsza przeciw niemu.
Wieczorem już nietylko Grejfer i hr. Żelazowski, ale wszyscy niemal wydatniejsi panowie, znaleźli się na herbacie. Dom był jeszcze nie urządzony, sprzęty kuchenne zaledwie rozpakowane, lecz że kuchnia i furgon przybyły dniem wprzódy, herbata znalazła się podana wykwintnie i ze wszystkiemi specialikami, jakich tylko Krynica dostarczyć mogła. Wprawdzie w saloniku firanek jeszcze nie było, bo te które zastała, znalazłszy obrzydliwemi, kazała natychmiast zrzucić, woląc żadne niż brzydkie — a nowych jeszcze nie sprowadzono — lecz mimo to wesoło było, szumno, ochoczo i jak zwykle wrzawliwie. Oprócz mężczyzn, przybyła baronowa Ormowska, dawna, dobra i serdeczna znajoma, można powiedzieć przyjaciołka hrabiny. Zbliżyły je temperamenta — potrzeba rozrywki i wesołości jednakowa. Różnicę tylko stanowiło: iż hr. Palczewska była czasem złośliwą i gdy bardzo jéj brakło zajęcia, gotowa była bawić się cudzym kosztem, i choćby miała usnuć intryżkę, lecz gdyby ta, uchowaj Boże, na krzywdę czyjąś wyjść miała, wolała wówczas siebie poświęcić, niż narazić niewinnych... Lucia i Musia... baronowa, hrabina śmiały się już i trzepiotały od godziny, gdy goście schodzić się zaczęli.
Przyszedł i Surwiński, którego natychmiast pochwyciła gospodyni.
— A to dobrze, że pan tu jesteś! mianuję pana moim ministrem policji i płotek. Mów mi pan zaraz: kto jest — co robią... i jeśli co tajemniczego już złapałeś... podawaj na stół gorąco...
Pan Karol mimo uśmieszku stał się poważnym:
— Niech no się pani hrabina rozpatrzy...
— Słyszałam żeś pan tu odkrył jakąś znakomitość incognito... Proszę mi ją co najprędzéj pokazać, zaprezentować, a jak ja wezmę na konfesatę, dobędę z niego... no zobaczysz...
— Ani wątpię, że przed takim spowiednikiem, do wszystkich przyzna się grzechów... zobaczy go pani... chociaż — dziczek...
— Jakto, dziczek?
— Stroni, szczególniéj od kobiet... nie bywa nigdzie, nie zaznajamia się i oprócz pani Domskiéj...
— Jakiéj pani Domskiéj? podchwyciła hrabina — co to jest pani Domska?
— Jakaś jéjmość z córką z Berlina.. zapewne z Wielkopolski — przemówiła baronowa. Matka chora, córka choć młoda i ładna, unikają widocznie ludzi...
— Jakże to wygląda? zapytała hrabina.
— A, bardzo przyzwoicie, rzekła Ormowska — znać osoby majętne... no, i dobrze wychowane, ale nie wszyscy są do ludzi i towarzystwa stworzeni.
— O! moja baronowo — zaprotestowała gospodyni, proszęć tego nie mówić! a do czegoż ludzie stworzeni? Sami żyć niepotrafią — z aniołami nie każdemu wolno, djabły już po ziemi nie wędrują... Wszyscy powinni żyć w towarzystwie i udzielać się mu. To darmo! o! to darmo.. Ale — zwróciła się do pana Karola — cóż tedy ów tajemniczy wasz wielki człowiek? Co to może być?..
— Jestem na drodze.. to się odkryje — szepnął Karol.
— Ależ przecie się jakoś nazywa?
— Niby to ma nazwisko... ale on do niego, a ono do tego co je nosi niepodobne. Dość spojrzeć na niego a można być pewnym, iż to nie może być żaden pan Piławski.
— Piławski i powiadasz zkąd? z Warszawy? Ale bo pozwól panie Surwiński, powiedzieć sobie — jabym na waszem miejscu dawno do Warszawy napisała i miała już wiadomość o nim. Każdy ma znajomych, cóż łatwiejszego. i
— Ja to już zrobiłem... rzekł cicho Karol — mam właśnie towarzysza szkolnego i wojskowego w jednym biurze, człeka co doskonale zna towarzystwo całe, da mi wiedzieć. Proszę pani hrabiny wygląda jak Antinous.. twarz arystokratyczna — wychowany jak udzielny książę mówi wszystkiemi językami.. spędził część życia w Anglji, — rysuje, muzyk, literat... widać po nim że bogaty — możeż to być taki jakiś nieznany Piławski.
— A no, może, odparła gospodyni — ty, kochany panie Surwiński, znasz świat jakim był przed laty trzydziestu.. Dziś ludzie, okoliczności, wynalazki i rożne innowacje, do góry nogami go przewróciły. Naprzód, proszę cię, tyle bogatych żydów się ochrzciło.. a to są ludzie i majętni i wychowani jak lordowie.. no — i arystokracja przecież.. Genealogiczne ich drzewo starsze pono od wszystkich naszych. Powtóre, teraz maleńcy ludzie robią majątki jak na drożdżach.. a do majątku dzieciom dają wychowanie...
— Wszystko to prawda — odezwał się Surwiński, ja może jestem stary i uparty, ale mnie się widzi że zawsze rasa rasą. Nie mówię o żydach, bo w tych też rasa widoczna, ale i owi dorobkowicze proszę pani, dorobili się wielu rzeczy, nawet dowcipu i wychowania, a nóg i rąk muszą czekać do czwartego pokolenia..
Hrabina się rozśmiała.
— Nie masz słuszności, bo jabym ci po wsiach pokazała takie rączki i nóżki wypukłe...
— Po wsiach... potrząsł głową p. Karol — proszę pani.. ale tego jakoś mi mówić nie wypada..
— Ja się domyślę.. dokończyła pani Palczewska, daj już pokój, nie ma istoty upartszéj nad doktrynera i teoretyka..
Pan Karol zamilkł. Goście się też schodzić zaczęli. Piękna gosposia zabawiała ich, witała, śmiała się, a że Pilawski był na stole zagadywała niemal każdego o tego nieznajomego. Ruszali ramionami, nikt tak dalece nic odpowiedzieć nie umiał.
— No — a ja do trzeciego dnia! zawołała — poznam, wyspowiadam i co chcę wiedzieć będę. Wy bo nic nie umiecie, i niczego nie jesteście ciekawi, a wiedzcie panowie, że kto nie umie być ciekawym ten szczęśliwym być nie może. Ciekawość jest pierwszym stopniem do szczęścia, nie do piekła... Kto nie ciekawy, żyć nie wart...
Rozmowa ożywiona wielce ciągnęła się wieczór cały.. Gdy nareszcie goście rozchodzić się zaczęli; a hrabina poszła się rozbierać znużona, aby co prędzéj paść na łóżko; wiedziała już o Krynicy więcéj, niż ci co w niéj byli od paru tygodni..


Nazajutrz w bardzo miluchnym i świeżym stroju porannym, z nieodstępną swą milczącą towarzyszką panną Salomeą, hrabina wyszła do zdroju. Ranek był, jakby naumyślnie dla niéj piękny, ciepły, jasny, rezeda przed oknami doktora Zieleniewskiego rozlewała woń orzeźwiającą, muzyka grała drzemiąc jakąś skoczną polkę, w kaplicy dzwonek się odzywał na pierwszą mszę poranną — ze słońcem wracało na twarze jeśli nie wesele, (bo wypadki wojenne zasępiały czoła), to przynajmniéj jakaś do życia ochota. Wszyscy w wielkim komplecie stawili się wcześnie, jedni aby hrabinę zobaczyć zdaleka, drudzy aby się zbliżyć do niéj i przemówić. Otoczona ciągle trochę naprzykrzonym dworem, który się wprawdzie przemieniał, pani Palczewska nie zdawała się ani zmordowaną, ani zniecierpliwioną. Żywe jéj oczki szukały w przechodzących nieznajomych twarzy i postaci, ażeby się zaraz o nie dowiedzieć i zapamiętać. Pamięć miała tak szczęśliwą, że raz widzianą twarz wraz z nazwiskiem, wszystkiem co do niéj należało, choćby w lat kilka przypomniała jakby ją dopiero wczoraj pierwszy raz zobaczyła. Die minores nie bardzo ją obchodzili, ale co tylko z pozoru zdawało się należeć do lepszego towarzystwa, to wszystko znać i przyciągnąć do siebie musiała. Tego dnia jako Cicerone funkcionował przy niéj pan Grejfer i nieodstępnie szedł za nią. Odwracała się do niego ilekroć potrzebowała informacji. Dwa razy już niecierpliwie trochę spytała o nieznajomego, który się dotąd nie ukazywał, gdy pan Karol przystąpił i oznajmił iż korzystając z pięknego poranku, ów pan Piławski wybrał się na chłopskim wózku do Żegestowa, dla zwiedzenia okolicy słynącéj ze swéj piękności... Namarszczyła brwi tupiąc nóżką pani Palczewska zagryzła usta, nie odpowiedziała nic, ruszyła ramionami i szła dalój, Jakby chcąc wynagrodzić ten zawód p. Surwiński ukazał zdala przesuwającą się panią Domską z córką. Obie szły odosobnione, ubrane bardzo skromnie, ale z takim smakiem i świeżością, iż strój ich zaciekawił hrabinę, która manewrowała, aby się przybliżyć i lepiéj tym paniom przypatrzeć.. Egzamen ten dozwolił jéj poufnie zawyrokować, iż panie należały do dobrego towarzystwa niezawodnie. Pozazdrościła nawet Elwirze zarzutki fantastycznéj i z wielkim smakiem przybranéj. Parę razy zachodziła im drogę, aby Elwirze się przypatrzeć — i — przyznała że jest piękną. Ranek ten zresztą zszedł na rozprawach o przyszłym pikniku i na roztrząsaniu nowin z placu wojny, które się przesadzonemi i nieprawdopodobnemi wydawały. Hrabina odbywszy przechadzkę po pagórkach zmęczona, zawiedziona powróciła na śniadanie do domu z panną Salomeą. Nie taiła się przed nikim, iż Krynica wydawała się jéj straszliwie primitive.
— Wiem że mi to za złe mieć będziecie, iż swoje wody mi nie smakują, zawołała śmiejąc się do Ormowskiéj, którą spotkała prawie w progu i zabierała z sobą — ale ja wyjeżdżając się rozerwać, chcę się zabawić a nie zmęczyć, tu ani wygód, ani zabaw, dziko pusto... smutno i... ale milczę.
Zaledwie zasiadły do śniadania, hrabina która miała parę koni własnych, odezwała się — a gdybym kazała zaprządz i.. żebyśmy pojechały na obejrzenie okolicy, naprzykład — do Żegestowa.
— A, proszę pani, zaśmiała się Lucia — czy pani myśli jechać powozem! rosłemi końmi — do Żegestowa..
— Albo co? odezwała się hrabina.
— Nic, tylko, że drogi nie ma — odparła Ormowska — jedzie się drożynami, ścieżkami, po nad urwiskami, po kamieniach, przez potoki, tak że często i wozem przerznąć się trudno.. koczem ani myśleć..
— A! a! łamiąc ręce zawołała hrabina — a przecież ludzie się tam dostają.
— Tak! ludzie, co się niczego nie boją i żadnych nie potrzebują wygódek — my zaś, nieszczęśliwie popsute istoty.. musimy pilnować szosy i wielkich gościńców. Szkoda, bo mówią że Żegestów bardzo ładny.. i zwiedziłybyśmy kawałeczek Węgier... bo to nad samą granicą, a wracać można przez madziarskie kraje.
— Ja zawsze mówię, że kobietą być najnudniejsza rzecz w świecie — westchnęła hrabina — moja baronowo, dodała — co wy tu z dniem robicie? Wstajecie tak rano, dzień bez końca! a w Krynicy po deptaku się kręcić od rana do wieczora nie zabawnie.. chcieć nawet plotkami żyć, to się we dwadzieścia cztery godzin wyczerpią.. nauczcież mnie jak sobie dajecie rady?
— Zgadzamy się z położeniem, poczęła baronowa, — ja naprzód mam jeden wielki resurs, którego ty nie masz. Mam nawet, szczerze powiedziawszy, dwa... naprzód w słotę godzinami kładę pasianse....
Horreur! przerwała wtrącając się Palczewska..
— Powtóre gderzę na Lucię lub Musię naprzemiany..
— Gdybym gderać zaczęła — odezwała się hrabina, mając jedną Salomeę i tak dosyć kwaśną, entre nous soit dit, zamęczyłabym ją prędko.. ale powracam do zadania, jak dniem rozporządzacie?
— Ja jestem tego przekonania, że jak najmniéj planów robić należy — rozśmiała się stara baronowa, jest i bez tego dosyć niewoli w życiu, ażeby jéj sobie jeszcze samemu przyczyniać. Wstajemy rano, pijemy wodę, chodzim, jemy obiad, chodzimy znowu, ziewamy.. pijemy herbatę. Jeśli jest co, to mi Lucia i Musia czytają, a potem — spać, doktór się każe kłaść wcześnie.
— To jest rzecz okropna — dodała hrabina — iść razem z kurami, do snu, — parafjaństwo i nudziarstwo.. Ja zaczynam żyć wieczorem.
— Ale u wód?
— Któż inaczéj pije wody jak dla zabawy? A potem, zawołała hrabina — woda krajowa, galicyjska, cela n’est pas sérieux.. Smak wprawdzie ma atramentowy, ale pewna jestem, że doktór Zieleniewski kałamarze w niéj płucze.
Śmieli się wszyscy.. przeszło tak śniadanie, hrabina poszła się ubrać, a nad wieczór z Ormowską, umówiły się iść na przechadzkę, gdzie tylko było można... choćby w lasy i po najsroższych, najeżonych kamieniach.. baronowa choć jéj było ciężko, w wesołem towarzystwie wszystko znieść była gotową.. Dzień tak pięknie dopisał, iż do wieczora chmurki na niebie nie postrzeżono, wybrały się więc pod wieczór przez wieś na drogę ku Muszynie. Ormowska, hrabina, panna Salomea, Lucia i Musia, a w straży bezpieczeństwa Grejfer, który nie mając co robić, myślał się zakochać w hrabinie i hr. Żelazowski. Pan Karol, któremu nie dano znać, pracował w Krynicy saméj nad nowemi, jakiemiś odkryciami..
Na drodze ku Muszynie i Żegestowa przechadzka dosyć jest smutna z razu, droga niewygodna, a niedaleko od wsi strumień zagradza pieszym dalszą wycieczkę, nie zawsze wprawdzie wezbrany, na teraz jednak po deszczach groźny... Panie szły powoli — hrabina co chwila szeptała — jeżeli też to ładne — jeżeli to ładne! Już miano zawracać gdy chłopski wózek od strony Żegestowa się ukazał. Na nim z cygarem w ustach, w podróżnym stroju bardzo i nadto podobno eleganckim, siedział pan Pilawski. Jak na bohatera romansu, który po raz pierwszy zjawia się oczom ciekawéj kobiety, przedstawiał się wcale niekorzystnie, bo i ubiór i on od pyłu ucierpieli, i na wózku nie wygodnym uczepiony nie wydawał się malowniczo.. Hrabina jak tylko jéj podszepnięto, a raczéj gdy się domyśliła, że to jest ów nieznajomy, żywo zawołała do Grejferta. Rozkazuję panu, zaczep go, ściągnij i zrób tak, ażeby poszedł z nami. Każę — proszę — nie słucham wymówki!
Grejfer parę kroków naprzód pospieszył. Właśnie Pilawski się wpatrywał w idące panie, gdy pan Stanisław wyprzedziwszy je, bez namysłu do wozu przystąpił. Widział parę razy i mówił z Pilawskim, nie ryzykował więc wiele zaczepiając go. — A potem u wód!!
— Dobry wieczór panu — słyszeliśmy, żeś jeździł i wracasz z Żegestowa?
— Tak jest, odezwał się Gabriel.
— A! zmiłujże się pan, bądź tak grzecznym, zsiądź i powiedz tym paniom jak zła jest droga.. bo mnie wierzyć nie chcą.. i hrabina gotowa się wybrać koczem, gdzie wóz ledwie się przeciśnie.
Nie drożąc się z sobą pan Gabriel zeskoczył z wozu, zapłacił woźnicę i odprawił, a sam otrzepując się nieco z pyłu, gotował się iść na rozkaz Grejfera ku tym paniom..
Hrabina tym czasem jak wojak na nieprzyjaciela z którym ma walczyć, otworzyła oczy ciekawe, badając każdy ruch nieznajomego.. Od razu powiedziała sobie — Il est des nôtres. — Twarz z resztą wydała jéj się bardzo sympatyczną, i nim się zbliżył, szepnęła baronowéj Ormowskiéj do ucha — bardzo ładny chłopiec.. Stara baronowa nieznacznie lornetowała go już także z ciekawością wielką, uśmiechnięta — i odparła — Très comme il faut — i bardzo wdzięczna twarz..
Grejfer już go prowadził — szczęściem dla mnie, odezwał się — nadarza się nam właśnie pan Pilawski, którego mam honor paniom zaprezentować. — Wraca z Żegestowa i świeżą jeszcze mając pamięć podróży, poświadczy do jakiego stopnia ona jest niewygodną, powozem niemożliwą.. a dla pań męczącą...
Pilawski kłaniał się i dodał zaraz — mogę najzupełniéj potwierdzić określenie pańskie i radzić przynajmniéj kto chce Żegestów zwiedzić.. wybrać się na cały dzień, wózkami tutejszemi... Część drogi przejść piechotą.. jechać powoli — kraj jest piękny, okolica wielce malownicza, sam Żegestów ze swym parowem, z przechadzką.. ze źródłem, bardzo oryginalny... lecz dla pań...
— Dla nas, podchwyciła żywo hrabina patrząc w oczy Gabrielowi, jakby go od razu podbić chciała, dla nas powinieneś pan wiedzieć — niebezpieczeństwo jest zachętą.. trudności do przebycia pociągającemi.. a kto skazany został na Krynicę kilkudniową, i co dzień na Jaworzynę jeździć nie może, musi przecież szukać rozrywki...
— Zgadzam się na te prawdy, śmiejąc się rzekł Gabriel, ani radzę ani odradzam, jestem prostym powołanym świadkiem i przynoszę zeznanie jak do sądu przysięgłych..
Hrabina popatrzyła nań z widoczną obawą, ażeby się rozmowa nie zerwała zbyt prędko.
— To nie dosyć — poczęła zaraz — czekaj pan, sąd ma prawo badać świadków.
— Słucham zatem..
— Jadąc powoli, idąc potroszę, bałamucąc po drodze, zabawiwszy nieco w Żegestowie, możemyż powrócić tego samego dnia do Krynicy?
— W najgorszym razie, choćby się nieco opóźniło — byle pogoda, mamy księżyc.. więc.
— Czekaj pan jeszcze — dodała hrabina — niemam przyjemności znać pana, jestem zmuszona wśród drogi sama mu się zaprezentować.. i z góry zapowiedzieć, że jestem despotyczną i samowolną — potem już go nie zdziwi, że pierwszy raz widząc pana, z prawa jakie kobietom służy, szczególniéj na takiéj pustyni, zamawiam sobie żebyś — w przypadku wycieczki do Żegestowa, jako doświadczeńszy od tych panów, służył nam za przewodnika..
Pilawski popatrzał, rozśmiał się, dziwnie smutno skłonił i rzekł:
— Spełnię ten rozkaz bardzo chętnie — lecz, że przybory do drogi wymagać będą może czasu, radbym wiedzieć wcześniéj dzień.
— Przybory! przybory do pana należeć nie będą, te hr. Żelazowski i p. Greifer muszą ułatwić, zamówić — urządzić,
— Lękam się tylko, abym położonéj we mnie ufności nie zawiódł — rzekł Gabriel, pani dałaś mi przykład szczerości zowiąc się despotyczną, pójdę za nim i przyznam się, że — bywam roztargnionym.
— To nic nie szkodzi — zawołała hr. Palczewska — to bywa zabawnem, a pod te ciężkie wojenne czasy wszelka niewinna — nawet trochę winna rozrywka.. pożądaną.
Grejfer który chciał być dowcipny tanim kosztem, wrzucił — o winną rozrywkę najłatwiéj, bo jesteśmy na granicy Węgier i państwa Tokaju..
— A! kalambur! zapłacisz waćpan sztrof drugi raz.. śmiejąc się odparła hrabina, która rozmowę całą zachowała dla siebie. Żelazowski naiwnie śmiał się z dwuznacznika, dziwiąc się jak ten Grejfer był zawsze dowcipny, baronowa Ormowska przypatrywała się Pilawskiemu bardzo, i — szczerze powiedziawszy — panny, choć udawały, że nań niby nie zwracają uwagi, ciągle weń miały wlepione oczy. Cała strategja hrabiny wymierzona była na to, ażeby znaleść jakąś drogę taką.. żeby nieznacznie zasekwestrowanego Pilawskiego pociągnąć do drzwi swego domu — a tam go gwałtem wziąść — na herbatę. Tajemny ten projekt trudny był do wykonania, gdyż droga wiodła około hotelu w którym stał pan Gabriel i z góry można było przewidzieć, że te panie pożegna.. Chcąc spiskować z Grejferem o wynalezienie ścieżki po za wsią przez lasek nad Krynicą, trzeba było rozmowę rzucić.. co było niebezpiecznem. Hrabina zręcznie schyliła się do baronowéj i szepnęła — zabaw go pani chwilę rozmową aby nie uciekł, ja mam słówko do Grejfera.. Posłuszna Ormowska, słodkim swym głosem odezwała się:
— Pan dobrodziéj z Królestwa?
— Z Warszawy...
— Nie zna pani tam moich krewnych.. P....
— Znam.. zdaleka, pani dobrodziejko — rzekł Pilawski, w towarzystwach bywam bardzo mało. Jestem młody, mam zajęcia, pracuję.
Ormowska miała już na ustach zapytać o rodzaj pracy, lecz zmiarkowała, żeby to było niedyskrecją, podniosła oczy — popatrzała nań — jak się panu kraj nasz podoba? dodała zmieniając rozmowę.
— Bardzo piękny — śliczny.. żywo odpowiedział Gabriel, lecz ja — nawykłem od wielu lat zwiedzać to Anglję, to Belgję, to Niemcy i przyznam się pani, że widok tych stron zasmuca mnie! Jakiż to bogaty materjał leży tu odłogiem? Dla czego nie ma dróg, przemysłu, handlu — zamiast chatek drewnianych, murowanych wiosek.. zamiast nędzy dobrobytu i oświaty..
— Bo — razem wszystko i raptem przyjść nie może — szepnęła Ormowska, ale i to przyjdzie..
— Niestety! tak późno!
W téj chwili hrabina wydawszy rozkazy powracała już, i wcisnęła się do rozmowy, bo po naradzie z Żelazowskim i Grejferem stanęło, że poprobują jakiejś ścieżki gór, i już się nią idący przodem kierować zaczynali — Palczewska wtrąciła:
— O czem państwo mówicie? Ormowska rozpoczęła objaśnienie, gdy na krzyżującéj się drodze Pilawski stanął i ujął za kapelusz, aby pożegnać.
— Co to jest? zapytała wesoło hrabina — pan chcesz nam uciekać? Przepraszam, kładę sekwestr. U wód swoboda wielka, proszę do mnie na herbatę, ja się nudzę, rekwiruję pana i nie puszczam...
— Jestem tak po podróżnemu.
— Myśmy podróżni wszyscy, herbata będzie też podróżna. Gabriel skłonił się i nie opierał, w istocie takiéj uprzejmości obronić się było trudno i — nieprzyzwoicie nawet tak się z sobą drożyć.
Ponieważ drożyna nie zbyt była wygodną, a cel dla którego obraną została, dopięty, Grejfer zręcznie dosyć znalazł pretekst do zawrócenia ulicą. Hrabina śmiała się, bawiła, dowcipkowała i widocznie kokietowała, zimnego jak anglik młodzieńca, który uśmiechał się wprawdzie, odpowiadał zręcznie, ale ani ożywił, ani po młodzieńczemu nie okazał tego ognia, który zwykle oczy hrabiny zapalały.
W największym rozmowy gwarze.. przechodzili właśnie około hotelu pod Różą. W oknie siedziała panna Elwira Domska, Pilawski się jéj ukłonił, ona żywo cofnęła się zaraz.
— Znasz pan te panie?
— Z widzenia i z podróży tylko, któréj część odbywałem razem koleją, rzekł Pilawski.
— Panna bardzo ładna? dodała wpatrując się w niego badawczo hrabina.
— Bardzo ładna! skłaniając głowę, ale bez żadnego wzruszenia widocznego — powtórzył Pilawski.
— Kto są te panie?
— Doprawdy nie wiem więcéj nad to, co tu wiemy wszyscy — są — z Berlina.
— A! jakżeż to pan nieciekawy! zaczęła hrabina, żeby o tak ślicznéj młodéj pannie nie dowiedzieć się, nie dopytać.
— Nie mam ani do tego daru, ani ciekawości — odezwał się Pilawski — a nadewszystko znajduję, że dopytywanie, dobadywanie najczęściéj sprowadza rozczarowanie — po cóż się z tem spieszyć? Wolę sobie roić, zgadywać... i choćby się łudzić.
To wyznanie zastanowiło panią Palczewską, zamilkła chwilę — westchnęła... Rozmowa przeszła na hr. Żelazowskiego i baronową — reszta osób śmiechem i półsłówkami dopomagała... Tak dostali się do domku hrabiny. Stary kamerdyner, znający doskonale obyczaje pani, był najpewniejszym, iż gości na herbatę z sobą przywiedzie. Wszystko więc było przygotowanem, oprócz tego, co panna Salomea miała pod swoim zarządem — a wnijście na próg i rzut oka mógł przekonać Pilawskiego, iż się znajdował w domu zamożnym i wytwornym. Domyślał się tego zresztą... Grejfer, który z pod oka przypatrywał się mu pilnie, wydziwić się nie mógł chłodowi jego i panowaniu nad sobą — ani znać na nim, żeby się z téj znajomości nawet ucieszył.
Nie wiemy, czy pan Gabriel dostrzegł, iż go badać chciano, czy to mu humor popsuło, czy inne jakie wrażenie, to pewno, że zamyślonym był, nader zdala się trzymał i chłodno. Gospodyni wysilała się na rozbudzenie go, na rezkrochmalenie, jak nazywała... lecz napróżno... Może pierwszy raz w życiu spotkała się z tak grzecznym, przyzwoitym, uprzejmym nawet chłodem, zamkniętym angielszczyzną. Co gorzéj, pomimo zręcznie rzucanych pytań.. z różnych stron przez baronową, przez nią, przez Lucię i Musię, posiłkująco, podjazdowo — o panu Pilawskim, jego stanowisku, zajęciu... stronie i t. p., nic się dowiedzieć nie potrafiono. O dziesiątéj wypuszczono jeńca.
— No! rzekła hrabina w duchu, stojąc przed toaletą i rozpuszczając długie włosy — wielu ich znałam różnych, tak wystygłego, ostrożnego, zbrojnego — nie trafiło mnie się spotkać — w jego wieku to nienaturalne... Widzę z oczów, że to nie temperament, nie natura, ale — sztuka. Ten człowiek jest zagadką... musiał albo cierpieć wiele... lub... nic — nie wiem! przecież to pierwszy wieczór — nie dał się wziąść od razu... trzeba podkopy robić, i oblegać wedle form wszelkich.. a! więc poprowadzimy oblężenie.


— Moja dobrodziejko! baronowo kochana.. zawołała wpadając nazajutrz szanowna Hercegowińska do Ormowskiéj, zdyszana, zaczerwieniona, przejęta, tylko pani mogę to powiedzieć, ale pod największym w świecie sekretem.
To mówiąc padła na kanapę.. tchu jéj zabrakło... Ormowska skinęła na panienki kręcące się w drugim końcu pokoju, które zaraz znikły.
— Cóż to pani jest? co pani jest? — zapytała.
— Nic — biegłam za prędko — mówiła zniżonym głosem Hercegowina... przytem ogromne wrażenie... ogromne!
— Czy znowu bitwa jaka? zapytała baronowa.
— A! nie — nie.. zaraz powiem, to się tyczy naszego towarzystwa..
Baronowa czekała bardzo cierpliwie — przybyła wzdychała, ocierała czoło, tarła oczy, łamała ręce, słowem zdawała się chcieć ukoić, nim przyjdzie do wyznań..
— Nie — rzekła — wszystkiego w świecie, ale tegom się nigdy nie spodziewała.. Zgroza mnie przejmuje, gdy myślę...
— Cóż to jest..
— Zaraz powiem — ale, na miłość Boga — o sekret proszę..
Ormowska ramionami ruszyła — możesz nie mówić mi, jeśli nie wierzysz..
Hercegowina pochwyciła ją za obie ręce.
— Ja! pani! nie wierzę — zawołała — o jakże mnie boleśnie dotknęłaś! Lecz, pojmiesz pani i zrozumiesz, gdy jéj powiem — rzecz całą — dla czego mi się wyrazy takie mimowoli z ust wyrywają — to coś okropnego — coś okropnego..
Zniżyła głos i oglądając się do koła, poczęła westchnąwszy głęboko. Proszę pani — ale nie wydawaj mnie, zaklinam — ja tu mam znajomego z Krakowa, niemca.. Chociaż niemiec i z biura, proszę pani — ale bardzo dobry człowiek.. Był urzędnikiem w Krakowie.. potem już nie wiem, czy mu dano dymisją — czy... dosyć, że spotykam go tutaj — zowie się Mamroth... pani go musi spotykać nawet na przechadzce u wód, suchy, blady... mina urzędowa, do nikogo nie gada, chodzi po bokach, cywilne ubranie, surdut czarny zawsze zapięty pod brodą. — Ja z nim jestem bardzo dobrze... i to wiem, że choć niby do wód przyjechał, choć niby on pije... ale to nie darmo. No, proszę pani, czas wojenny, bez tego nie może być — ja znam i familją, bo żonaty — znam się dawno.. Tu przybywszy kilka go razy zagadnęłam.. odpowiedział mi, ni to ni owo. Strasznie zgryziony tą wojną. Wczoraj go spotykam.. a ten mnie zaczyna wypytywać, czy ja byłam z kwestą u téj pani Domskiéj, czy ja tam widziałam.. jak.. co mówiła i t. p.  Zdziwiło mnie, dla czego on się nią interesuje.. Wystaw sobie, baronowo dobrodziejko, jakem go przyparła.. tak mi chcąc i niechcąc wyspowiadał się, że ta jejmość z Berlina, którą my tu mieliśmy za bogatą obywatelkę..
Przysunęła się do samego ucha pani Ormowskiéj i szepnęła — ona tu jest przysłaną.. z Berlina! rozumie pani! — z Berlina..
To mówiąc załamała ręce...
— Ale już ją mają na oku..
— Moja droga prezesowo — spokojnie odrzekła baronowa — Bóg wie, co ci za androny napletli.. Naprzód wątpię, żeby kogo posyłać jak ty powiadasz, potrzebowano, powtóre — z pewnością nie chorą kobietę by posłano.. a gdyby i tak, toćby przecie tego rodzaju wysłaniec starał się właśnie jak najwięcéj zrobić znajomości, wsunąć się w towarzystwo... od którego ona unika..
— To są fikcye! to są sztuki, kochana baronowo — z zapałem poczęła Hercegowina — Mamroth jest człowiek bardzo bystry, i na lekko nic nie mówi. — Już coś być musi.
— Im się nie wiedzieć co śni! mruknęła Ormowska[2] potracili głowy!
— Pani to nigdy w nic złego wierzyć byś nie chciała[3] dodała wdowa..
— Ale moja droga — to nie ma najmniejszego sensu — spokojnie zakończyła Ormowska.
W ten sposób osądzona, Hercegowińska z zaciśniętemi ustami, gniewna porwała się naprzód z kanapy, i zaraz znowu przysiadła..
— No — to się przekonamy — rzekła — ja od tego dnia zdala od niéj zupełnie będę. Przyznaję się żem zrazu szukała znajomości, ale gdy to wiem! dziękuję! bardzo dziękuję.. Już ją mają na oku.. Mamroth mi powiedział, że wszystkie listy... rozpieczętowują.. to nie może inaczéj być — czas wojenny.. a w jéj listach są tak niezrozumiałe jakieś hieroglyfy.. iż to samo potwierdza podejrzenie.
Ormowska ruszyła ramionami,
— Moja droga, rzekła — mówię ci potracili głowy, to niema sensu, w oczach się im dwoi.. Na twojem miejscu, ponieważ u niéj byłaś i masz jakąś znajomość, poszłabym i ostrzegła, że jako przybyła z kraju w wojnie będącego z naszym.. powinna się mieć na ostrożności.
— O! za nic w świecie! mięszać się do niczego nie chcę i nie będę.. zakrzyczała wdowa, Mamroth jest ze mną w przyjaźni, ale jakby się czego domyślił.. on by mnie zgubić gotów.
Obie zamilkły.. Ormowska smutnie jakoś głowę spuściła — widziałaś ją zbliska, rzekła — ja często z córką spotykam ją u źródła, na przechadzce.. przypatrzyłam się fizognomji — twarz to piękna, szlachetna, zacna.. Ona i córka zdają się należeć do najlepszego towarzystwa.. Powiadam ci, ten twój Mamroth głowę stracił.. albo ci niewiedzieć co poplótł..
Tym razem Hercegowina wstała już doprawdy, poprawiła ubranie, i urażona nieco, poczęła się żegnać, jakby nagle ochłonąwszy.
— Ja tego pewno nikomu nie powiem.. rzekła cicho — lecz pani się przekona.. Ja znam Mamrotha, on nie darmo dał mi to do zrozumienia.
— Tyś mnie zaklinała, odezwała się wstając baronowa, ażebym milczała — ja cię o to samo proszę... Przede mną mogłaś to powiedzieć bez niebezpieczeństwa, przed innemi powtarzając stałabyś się przyczyną wielkich nieprzyjemności dla kobiety z pewnością największą — niewinnéj.
Wdowa, która rachowała na wielkie wrażenie wysunęła się widocznie niezadowolniona.. Wprawdzie z obawy, aby ją nieprześladowano za zdradzenie tajemnicy stanu powierzonéj przez domyślnego Mamrotha, milczała ściskając usta, lecz kręcąc się ciągle po domach, ilekroć mowa była o Domskiéj, tak ruszała ramionami, kiwała głową, rzucała pół słowami — zaklinała się iż mówić nie może, że się domyślano z jéj urywanych, tajemniczych zeznań więcéj i straszniejszych rzeczy, niżby otwarta potwarz przynieść z sobą mogła. Dziwnym trafem tegoż dnia, nadjechała właśnie do Krynicy, żona majętnego właściciela dóbr, który miał posiadłości w Galicji i Poznańskiem, pani Jaworkowska; osoba schorowana, przestraszona swoją słabością i chorująca też na imaginację, która co rok do jakichś wód jeździć musiała... Całe jéj życie upływało na obawie aby jéj coś nie zaszkodziło, na pielęgnowaniu zdrowia.. Zresztą najlepsza osoba w świecie, dobra żona i matka.. miła w towarzystwie, z umysłem wykształconym — powszechnie była szanowaną i obudzała politowanie w kole przyjaciół. Słabego zdrowia i składu, delikatna, wycieńczała się dietami, lekarstwy, przestrachem.. cierpiała, bo chciała cierpieć, lecz w towarzystwie ożywionem, gdy zapomnieć mogła o téj trosce na chwilę — zdawała się odzyskiwać siły, rumieniec, żywość. — Na szczęście nie trwało to nigdy długo.. pani Jaworkowska za najmniejszym przeciągiem, uczuciem chłodu lub gorąca.. wracała do obawy.. do badania w sobie różnych symptomów i wywoływała je wyobraźnią. Tego roku wojna i ją sprowadziła do Krynicy. Córeczka dwunastoletnia, dziesięcioletni syn i guwernantka, która była razem boną saméj pani, dwór jéj składali. Nie znalazłszy innego pomieszkania, musiała stanąć w dwóch pokojach pod Różą, obok pani Domskiéj. W pierwszéj chwili gdy się wnosiła, a dzieci biegały jeszcze po korytarzu, wyszła matka za niemi, równie troskliwa o ich jak o swoje zdrowie. Pani Domska wracała z przechadzki z córką.. i wchodziła na schody, gdy się z tym nowym gościem oko w oko spotkała.. Pani Jaworkowska i ona spojrzały na siebie i stanęły jak wryte.. Na obu twarzach malowało się zdziwienie i niedowierzanie. — Wreszcie Domska już chciała iść, gdy usłyszawszy głos Jaworkowskiéj, która na córkę zawołała.. — wykrzyknęła nagle — Marja! czyż to może być...
— Zuzia! Zuzia! z kolei odezwała się żywo przechodząc ku Domskiéj Jaworkowska — tyś Zuzia! I dwie kobiety płacząc rzuciły się sobie w objęcia...
— Traf osobliwszy! — Co to za szczęście..
Zbiegły się dzieci. — Patrz, Zuziu to moje..
— Marjo, to córka, ze łzami w oczach odezwała się wskazując Elwirę Domska.
— Mieszkasz tu...?
— Numer trzeci...
— Ja obok zajmuję mieszkanie..
— Chodź do mnie. Po krótkiéj téj urywanéj rozmowie w korytarzu, ująwszy się za ręce, dwie przyjaciołki weszły razem do pani Domskiéj. Nie zdziwi się nikt, iż się odrazu poznać nie mogły — nie widziały się bowiem lat dwadzieścia z okładem.. Towarzyszki na pensji, znały się jeszcze panienkami, spotkały matkami... a pani Domska wdową.. Zrazu ściskały się i płakały tylko, Jaworkowska zapomniała trochę o chorobie, krzyżowało się pytań tysiące... Niewiedziały bowiem o sobie nic prawie od czasu jak się rozstały.. rodziny ich mieszkały późniéj w różnych częściach kraju.. a tyle wypadków i osobistych wrażeń, spraw, trosk, dowiedzieć się nawet nie dozwalały.. dwóm dobrym przyjaciołkom.. Płaciły sobie teraz uściskami powtarzanemi co minuta.. za to tak długie rozstanie.
Gdy dzieci się rozgospodarowywały w mieszkaniu i robiły już znajomości w okolicy, ciekawie rozglądając się po Krynicy... a Elwira krzątała się przyjęciem pani Jaworkowskiéj zajęta, dwie panie nagadać się z sobą nie mogły. Zrazu były to pytania i wykrzykniki, bo nie znają swych losów, co chwila się coś niespodzianego dowiadywały, lecz owa dumna świeża Marynia, dziś obwiązana i stękająca, nie miału tak dalece co opowiadać o sobie. Poszła za mąż dość późno, bo przebierała długo i aż trwoga dopiero zostania starą panną wydała ją za mąż za bardzo poczciwego safandułę, pana Jaworkowskiego, dużo starszego Od niéj, gospodarza, faciendarza i obywatela całą gębą, ze wszystkiemi wadami i przymiotami tradycjonalnego obywatelstwa wiejskiego. Pan Jaworkowski dozwalał jéj pieścić się i grymasić, kochał bardzo żonę i był najprzykładniejszym z mężów. A że oboje byli bardzo majętni i majątek przyrastał, życie więc nie miało żadnych innych wypadków nad fluksje, bóle głowy, migreny i reumatyzmy. Te ostatnie były udziałem samego czcigodnego Jaworkowskiego. Wiedli życie prawidłowe i prozaiczne — regularne, nudne i szczęśliwe. Z pierwszych zapytań rzuconych pani Domskiéj, Marja przekonała się, że los jéj wcale był odmiennym. Nie chciała nawet biedna owa dawna Zuzia, a dzisiejsza pani Zuzanna, opowiadać o tém obszerniéj przy córce, łzy zakręciły się jéj w oczach — szepnęła tylko — późniéj...
Jakoż gdy wieczorem dzieci wybiegawszy się spać poszły, a Elwira z książką została w swoim pokoju, pani Domska poszła do mieszkania przyjaciołki na poufną rozmowę. Znalazła ją już w łóżku... otoczoną flaszkami i materacykami, które na wszelki wypadek, zawsze jéj towarzyszyły.
— Moja Zuziu — zawołała Jaworkowska — daję ci słowo, że i nie chcę i nie mogę spać się kłaść tak prędko, zrobisz mi więc prawdziwą łaskę, jeśli usiądziesz przy mojem łóżku i rozpowiesz mi o swojem życiu i o sobie. — Jestem tem bardziéj ciekawa, że przy córce mówić nie chciałaś, że musiałaś wycierpieć wiele... żeś owdowiała... że się domyślam z saméj smutnéj twarzy twojéj jakiejś tragedji.
— Przynajmniéj dramatu — moja droga, cicho westchnęła Domska — nie zbywało na niem w życiu mojem... dla ciebie nie chcę mieć tajemnic... Opowiem ci wszystko. Boję się tylko jadnéj rzeczy.. Każdy ból z którego się... człowiek długo wyspowiadać nie mógł — wybucha późniéj gwałtownie przy pierwszéj zręczności — gdy się rozgadam, rozpłaczę — nie będzie końca...
— Ale mów, mów, choćby całą noc, przesiedzę, przesłucham — odezwała się Marja — jutro wody nie piję... zasnę dłużéj... Bądź pewna, że mnie to nie zaszkodzi... Wyszłaś starszą odemnie z pensji... i cóż? — zaraz cię za mąż wydali?
— Posłuchaj, westchnęła Domska — w tamtych latach, gdyśmy się z sobą znały, młodość tak starczyła za wszystko, żeśmy się jedna drugiéj, ani spytały w jakiem położeniu rodzina... Nic prawie nie wiesz o mojéj, prócz że byłam jedynaczką, aż do mojego wyjścia z pensyi myślałam żeśmy bogaci... Matka moja nie żyła od lat kilku, ojciec który mnie kochał jak mógł i umiał — starał się aby mi na niczem nie zbywało... W domu było dostatnio i na wielkiéj stopie, życie wesołe i gwarne a gości pełno... Dwie piękne wioski, pałacyk z parkiem, liczna służba — liberje, konie, ekwipaże — wszystko to złudzić mogło starszą i doświadczeńszą nademnie istotę swym blaskiem i zapowiadać jéj życie w przyszłości dostatnie, bez troski, w kole ludzi do których się nawykło. Nie mogłam się naówczas ani domyślać, że majętność była ogromnie zadłużoną, i że ojciec brnął coraz bardziéj nieopatrznością swą w nowe długi, że ruina groziła co chwila... Oszukiwali go oficjaliści, przyjaciele... spikały się losy... Zdziwiłam się mocno gdy raz ostatni powróciwszy z pensji — zastałam ojca smutniejszego, osamotnionego, chorego... Nazajutrz i dni następnych, goście których u nas tak wielu bywało zawsze, nieukazali się. We dworze posępne twarze, żydków ciągle pełno, narady z prawnikami i ciche jakieś i gorączkowe rozmowy. Nieśmiałam pytać ojca... przyjechałam z pełną głową i sercem marzeń o przyszłém gospodarstwie, o ogrodzie, zabawach, przejażdżkach — a jak zwykle, zastałam w domu najniespodziańszych, bo nieznanych trosk... widmo, którego twarzy straszliwéj tylko domniemywać się wolno mi było. Probowałam pytać ojca... zobaczyłam łzy w jego oczach, pomięszanie jakieś, próbował mię złudzić i przekonywać, iż nic się nie zmieniło, że tylko on czuł się słabszym niż zwykle... Ogarnął mnie przestrach tem większy. Z otaczających a przywiązanych do domu sług starych, nic się dowiedzieć nie mogłam... niechcieli martwić panienki. Łamałam głowę, co to być mogło, gdyż o upadku majątkowym — nawet przeczucia nie miałam. Upłynęło tak parę tygodni, uderzyło mnie to, że gości teraz już prawie nie miewaliśmy, pustki zupełne. Parę osób przyjeżdżało do ojca i po naradach w jego gabinecie, wysuwały się po cichu. Nareszcie jednego dnia ojciec do mnie przyszedł, pocałował w czoło i cichym głosem odezwał się nieśmiało: — Jutro będziemy mieli gości.. nie znasz ich.. są to ludzie majętni... ojciec z synem... Ojciec... jest trochę rubaszny i śmieszny, syn wychowany starannie... Przyjm ich grzecznie, będą zapewne na obiedzie, a że mamy z sobą interesa ciężkie... przeciągnąć się może i parę dni wizyta. Nie potrzebuję cię prosić — dodał mój ojciec wzdychając — ażebyś, nawet w razie gdyby ci towarzystwo ich nie było miłem, nie bardzo to okazywała. Idzie mi o to wielce dla nieszczęśliwego interesu, ażeby ich jak najlepiéj przyjąć i ugościć.
Zapewniłam ojca, żem gotowa dla jego spokoju być jak najbardziéj nadskakującą tym panom, i że oddawna znudzoną byłam tą samotnością i goście mi byli bardzo pożądani. Około południa zatoczył się powóz wielki, wygodny, rosłemi czterema końmi zaprzężony, błyszczący od bronzów i z libetją wygalowaną.. wyglądający niesmacznie, a z niego wysiadł niemłody, słusznego wzrostu, barczysty mężczyzna, który — co mnie mocno zdziwiło — nim wszedł do domu, bez ceremonji ręce w kieszenie włożywszy, począł dwór, zabudowania i ogród lornetować. Za nim szedł syn, cieńszy i mniejszy, lecz zresztą do niego podobny... Ojciec pospieszył na spotkanie pana Radcy... Patrzałam przez okno ciekawa, na przywitanie — ze strony ojca było niezmiernie grzeczne i nadskakujące. — Radca jakoś mi się zdał względem gospodarza zbyt poufałym i lekceważącym... Nie wyszłam aż do stołu... W salonie zastałam ich na żywéj rozmowie, przy jakiejś mapie i papierach — gdym weszła przerwała się ona, zaprezentowany pan Radca dosyć kwaśno podał mi rękę — poszliśmy do stołu.
Przy obiedzie posadzono mnie między ojcem a synem. Pierwszy z nich wcale ze mną rozmawiać nie okazywał ochoty, ledwie pod nosem coś dla przyzwoitości szepnął, rozsiadł się pompatycznie w krześle i przez szkiełka przyglądał się jakoś dziwnie jadalni i widokom z okien. Wypytywał ciągle ojca... o budowle, o pola... o różne szczegóły gospodarskie... Tymczasem syn zrazu milczący zaczął po cichu rozmawiać ze mną... Od pierwszych kilku słów poznałam, że miał i pretensją i prawo do lepszego wychowania niż ojciec. Zapoznaliśmy się łatwo... mówiąc o fraszkach, o książkach, o nowościach, o muzyce.. Zdało mi się nawet, że rozmowę prowadził z pewnem zadowoleniem. Wśród niéj ojciec posępne nań kilka razy rzucił wejrzenie, jakby chciał czy przestrzedz o czemś, czy coś mu dać do zrozumienia, ale on na to nie zważał. Ojciec mój tak do tego odegrywał rolę wesołego, żem ja nawet uwierzyła w jego dobry humor, i sama też z łatwem w młodości trzpiotowstwem ożywiłam się wielce. Uważałam że pan Radca był jakby z tego niekontent i parę razy cisnął na mnie wzrokiem niemiłym — alem udała, iż nie rozumiem. Ojciec mi się całkiem nie podobał. Na ówczas nie miałam go do czego przyrównać i nie rozumiałam téj postaci, jakiéj podobnych nie widywałam na wsi, dziś mogę powiedzieć, iż to był typ bankiera... spekulanta... jednem słowem miejskiego dorobkowicza. Wiejski jak wiesz, wygląda wcale inaczéj. Miałam urazę do niego nie za siebie — ale za ojca, którego nawykłam widzieć szanowanym powszechnie. Radca postępował sobie z nim z poufałością jakąś oburzającą. Ojciec to znosił łagodnie i uśmiechał się biedny... Obiad tak przeszedł dla mnie dosyć prędko, a gdyśmy na czarną kawę powrócili do salonu — syn był już jakby dawnym dobrym znajomym. Podobał mi się — miał w sobie coś łagodnego, dobrego, coś ludzkiego, co serca zyskuje... Ponieważ mówiliśmy o kwiatkach, wyprowadziłam go na ganek, aby mu moje pokazać, widziałam jak za nami szły oczy zagniewane ojca — śmiałam się z tego w duszy. Było to bodźcem bym syna jeszcze bardziéj starała się przyciągnąć. Miałam w tym względzie instrukcję ojca wyraźną i tem śmieléj postępowałam sobie.. Po kawie ojciec mi szepnął nieznacznie, abym odeszła i nie przeszkadzała im w interesie aż do herbaty — byłam posłuszną.. Z daleka tylko słyszałam, że ciągle bardzo żywo rozmawiano, a głos samego Radcy chwilami dziwnie nieprzyzwoicie wybuchał.
Człowiek ten mi się wydał nieznośny, odrażający — musiałam i ja na nim toż samo uczynić wrażenie. Gdym przyszła na herbatę, dopiero ukazanie się moje przerwało niezmiernie głośną perorę jakąś pana Radcy, który leżąc raczéj, niż siedząc w krzesełku, dowodził coś bardzo głośno. Zobaczywszy mnie umilkł. Ja nie zważałam na niego... przyszedł do mnie syn... zaczęliśmy rozmowę przy stoliku... Mogłabym ci ją dziś powtórzyć jeszcze tak mocno utkwiła mi w pamięci.. Dzień to był, chociażem się tego nie domyślała — stanowiący o losie moim.
Pani Domska mówiąc to westchnęła. — Ale któż się kiedy domyśla spotykając po raz pierwszy w życiu obojętnych ludzi, że oni kiedyś w losach jego stanowczą mają odegrać rolę. Mówią o przeczuciach... jam ich nie doświadczyła. Byłam najpewniejszą, że tych gości widzę raz pierwszy a da Bóg i ostatni. Po herbacie do któréj mnóstwo różnych przypraw potrzebował nieznośny pan Radca, rozsiadłszy się u stołu jakby w domu, i przyrządzając sobie ten napój do smaku... wyszli oni z ojcem na cygaro do przyległego pokoju, a syn ze mną pozostał. Aż do wieczerzy rozmawialiśmy znowu z sobą i czas mi się nie wydał zbyt długim — pan August przyznał się przedemną, że interesów nie lubi, że kocha literaturę, sztukę, że radby podróżować, ale go ojciec zaprzęga do pieniężnych różnych zajęć i spraw, nieznośnych dla niego. Niech pani tylko nie sądzi, dodał, że jestem próżniak, że radbym się bawić — nie; to co dla ludzi zowie się zabawą mnie jest nie pożądliwem. Lubię małe kółko wykształconych osób, cichą rozmowę, muzykę poważną i uroczystą, naturę, kwiaty...... dom...... wieś.... a! i bardzo — podróże... Tak mi się spowiadał śmiejąc, a ja przyznałam mu, że prawie bym na te same życia warunki zgodzić się mogła... Wieczerza była podobną do obiadu, z tą różnicą żeśmy przy niéj poufalsi z nim byli i lepiéj znajomi, i że ja instynktowo unikałam jakoś, aby się bardzo panu ojcu nie narażać... Pomimo że ojciec zapowiadał pobyt dłuższy, wyjechali nazajutrz raniuteńko, bez pożegnania... Wypytywałam potem o nich i dowiedziałam się, że pan Radca mieszkał w Berlinie, że prowadził jakieś wielkie interesa i handlował dobrami, że syn skończył tam uniwersytet, że byli ludzie bardzo majętni... i nic więcéj. Nie śmiałam badać ojca jaki rodzaj interesu miał lub mógł mieć z niemi. W kilka dni potem niespodzianie zjawił się syn — bez ojca pana Radcy. Siedzieli długo na jakichś naradach, pojechali w pole, do drugiéj wioski, wrócili dopiero wieczorem... Pan August był znudzony tem i ożywił się niezmiernie przy herbacie. Swobodniejszym też był daleko teraz niż pierwszym razem, jak się domyślałam dla tego że za nim niespokojny wzrok Radcy nie biegał. Ponieważ tego dnia był u ojca prawnik z miasta przybyły, i mieli coś z sobą do mówienia ciągle, w tym samym salonie bawiąc cały wieczór zupełnieśmy byli swobodni... poznaliśmy się jeszcze bliżéj — lepiéj jeszcze. August się żywo zdawał mną zajmować i aniśmy się spostrzegli, gdy zegar wybił dwunastą. Śmiejąc się dodał mówiąc mi dobranoc, iż jutro tak rano nie wyjedzie, że choć się obawia być bardzo natrętnym, ale musi cały dzień zabawić. Zdaje mi się żem mu odpowiedziała grzecznym komplementem, iż nigdy natrętnym mi być nie może.
Późno już ojciec niespodzianie przyszedł do mojego pokoju w lepszym niż od dawna bywał humorze... Zaczął mnie badać jak mi się młody August podobał, odpowiedziałam z dziecięcą szczerością, że znajdowałam go miłym bardzo, ale równie otwarcie przyznałam się, iż radca był dla mnie opryskliwym i nieznośnym. A! temu się ja wcale dziwować nie będę — rozśmiał się ojciec — wszyscy się na to z tobą zgodzą. Co za szkoda, że taki miły i poczciwy syn.. dostał się takiemu papie. — Zabawił tedy pan August nazajutrz, a z powodu deszczu, uproszony przezemnie znaczną część dnia następnego. Dowiedziałam się, że grywa na fortepianie, zmusiłam go siąść ze mną na cztery ręce. Bawiliśmy się, śmieli jak dzieci.. Ojciec mój patrzał na to z nietajoną radością. Gdy się wreszcie żegnać przyszło, pan August gorący pocałunek kładąc na mojem ręku wedle dawnego zwyczaju, cicho bardzo spytał mnie, czy nie będę się gniewała, jeśli kiedy na chwilę do nas wpadnie?. Zdaje mi się żem zarumieniona, aż nadto poznać mu dała, iż mi jego przybycie sprawi przyjemność.
Byłam młoda, trochę wsią znudzona — a August w istocie mógł sympatyczną swą naturą podobać się łatwo — głowa mi się zawróciła — serce bić zaczęło — marzyłam.. Ale i dwa i trzy tygodnie upłynęły, a pana Augusta widać nie było.. jużem się gniewała na niego.. Dałam mu to uczuć, gdy na chwilkę dla widzenia się z ojcem niby, ale zdaje mi się, bardziej ze mną — przyjechał. Byłam smutna, nadąsana, zimna.. przebłagał mnie jednak łatwo tłumaczeniem, którem dowiódł, że będąc pod rozkazami dosyć despotycznego ojca — wprzódy przybyć nie mógł. Kilka godzin które u nas zabawił spędziliśmy na żywéj rozmowie — powiedział mi otwarcie, że mu było tęskno za mną.. Gdy wyjeżdżał spokojniejsza go żegnałam, wiedząc, że powróci.. W przeciągu następnego miesiąca, przybiegł parę razy.. Za drugiemi odwiedzinami miał dłuższą z ojcem rozmowę.. a wieczorem.. jak piorun na mnie spadło — oświadczenie się jego.. Zmięszana, odwołałam się do woli rodzicielskiej, byłam nieprzygotowaną, nie wiedziałam co począć, nie chciałam odmówić — August zamknął mi usta tem, że z ojcem moim już mówił, i że ten nie będąc przeciwnym, odwołuje się do mnie. Prosiłam go o czas do namysłu do jutra. Przerażona chciałam zerwać myśli, skupić się w sobie, pomodlić — bałam się już tego szczęścia, tak nagle przychodzącego, jak każdy lęka się stanowczéj losu odmiany. Nawet w młodości wiemy, że ona rzadko wypada na lepsze.. August trochę zdziwiony, trochę strwożony przystał na to odroczenie. — Pozwól mi pani, rzekł, ażebym się jéj przed tym namysłem, który ma o losie moim stanowić, wyspowiadał szczerze. Nie chcę byś mi późniéj zarzucić mogła, że ją w błąd wprowadziłem milczeniem — kocham panią, jutro powiem, że to uczucie przetrwa trudności, które się z niego narodzą — lękam się tylko o panią, aby one dla niéj nie były przykremi. Widziałaś pani ojca mojego, jest to najzacniejszy z ludzi, poważam go i szanuję, winienem mu wszystko, lecz muszę wyznać, iż ciężko dobijając się w życiu stanowiska, które uzyskał — nabył pojęć, zasad, wyobrażeń często dla mnie i dla wielu nie wytłumaczonych. Wszystko co ma winien jest mój ojciec sobie, a że walczył o to długo, przywiązuje zbytnią może wagę do rzeczywistości.. do majątku.. do korzyści jakie z każdego kroku wyciągnąć może lub umie. Jest też trochę dumny swem szczęściem...
Nie potrzebował mi go pan August malować, bom ja to wszystko z wejrzenia na pana radcę odgadła.. Dodał w końcu, iż ojciec zrazu przeciwnym być może z pewnych względów małżeństwu temu, ale on — zaklął się najuroczyściéj — przemoże wszystko... Z rozmowy późniéj mógł się już August przekonać, iż rozkazując mu czekać do dnia następnego czyniłam to raczéj z jakiejś skromności dziewiczéj niż z serca. Po odejściu jego pobiegłam do ojca — ojciec szedł do mnie.. spotkaliśmy się — nie mówiąc słowa, rozpłakana rzuciłam mu się na piersi.. Milcząc powiódł mnie z sobą do gabinetu, nie rychło przyszliśmy, ja do wyznania, on do słowa.. Płakał, ściskał mnie, rozpoczynał mowę, i nie mógł dokończyć, nareszcie odezwał się jakby zebrawszy na męztwo. — Dziecko moje! serce mi się ściska, że w tym dniu stanowczym, mogę powiedzieć szczęśliwym dla ciebie — mam ci szczeremi wyznaniami, o tajonem długo położenia naszem — zatruć jasną chwilę.. Ty nie nie wiesz, jam żebrak, ja bankrut jestem, ja straciłem wszystko. Gryzę się tem, taiłem przed tobą długo wyznanie, aby ci bólu oszczędzić.. Bóg mnie wysłuchał, Opatrzność ratuje mnie przez ciebie.. Jeżeli August ożeni się z tobą, ocaleje dla ciebie jeśli nie majątek to choć przyszłość, w tym kątku który nazywał się moim, w którym żyli pradziad, dziad.. ojciec. Jak przyszło to nieszczęście..? sam nie wiem, winą może moją, która mnie męczy jak wspomnienie zbrodni — winą może losów nieuniknionych, może złych ludzi w których uczciwość wierzyłem zanadto. Zamążpójście za Augusta ratuje ciebie, ratuje mnie, po części honor mój nawet.. Ale czy miłość poczciwego Augusta potrafi przełamać upór ojca? Za to ręczyć nie można. Radca sam się dorobił miljonów, nawykł despotycznie obchodzić się ze wszystkiemi i z dzieckiem — nasze poczciwe imię coś warte, to prawda, wejść by ono mogło w rachubę u kogo innego, lecz ten człowiek w nic oprócz grosza nie wierzy, o nic prócz pieniądze nie dba.. Ma tylko dwoje dzieci, syna i córkę, dla syna miljonowéj przedewszystkiem szukać będzie dziedziczki.. przecierpisz wiele.. a potem któż jeszcze wie, co cię czeka w życiu.
— Ale ja kocham Augusta! zawołałam rzucając się ojcu do nóg — dla niego, dla ciebie cierpieć potrafię.. Płakaliśmy oboje.. rozmawialiśmy długo, dowiedziałam się szczegółów o rodzinie Augusta.. bo ojciec nic nie chciał taić przedemną. W istocie przyszłość cała na sercu szanownego X. leżała, po za niem otaczały ją straszliwe groźby. Rodzina wyjąwszy jego była tak niemiłą, tak nieobiecująca rodzinnego życia — jak sam radca. Ojciec ich widział, znał, słyszał o nich wiele. Wróciwszy do mojego cichego pokoiku, który opuściłam z sercem tak swobodnem, z głową tak rozmarzoną — nie mogłam ani zasnąć, ani się nawet położyć. Wyszłam ztąd dzieckiem — wróciłam na próg niewiastą przed którą stała przyszłość pół jasna, na pół czarna i straszna. Skończyłam na łzach i modlitwie. Serce mi mówiło, że na niego rachować mogę, że kocha mnie szczerze. Nazajutrz podałam mu rękę. — Masz ją, rzekłam — w dobréj i złéj doli nie opuści cię ona nigdy — bądź mi opiekunem, bądź obrońcą, od dziś dopiero znam położenie moje. — Wczoraj jeszcze sądziłam się równą tobie, panie Auguście dziś wiem, że ci oprócz serca nic nie przynoszę. Ludzie posądzić mogą, żem o tę miłość starać się mogła — gdy — przysięgam, iż o ubóstwie naszem wiem teraz dopiero z ust ojca. — Broń mnie — oszczędzaj i rachuj, że nie znajdziesz we mnie istoty niewdzięcznéj.
Po przyrzeczeniu i po długich dnia tego rozmowach, August pojechał, obiecał pisać, ale nie obiecywał powrócić dopóki ojca nie skłoni do zgody...
Upłynęło kilka tygodni, list był tylko jeden, i smutny — ojciec chodził posępny, jam płakała. Pod jakim pozorem wyjechał na dni kilka ojciec, nic mi o tem nie mówił, nie było go z tydzień może: a wrócił smutny i chory.. Listy od Augusta przychodziły gorące, serdeczne, ale odraczające ciągle dobrą tę wieść na którą czekałam. Dowiedziałam się znacznie dopiero późniéj, jaką walkę mój August stoczyć musiał z ojcem, z matką, z siostrą i dalszemi krewnemi. Wytrwał wszakże i po kilku miesiącach złamany jego pełnem poszanowania, ale energicznem postępowaniem pan Radca — przybył sam z uroczystą prośbą o moją rękę. Nie — tych dni moja Marjo, opisywać ci nie będę. Cierpiałam dla Augusta z ochotą, lecz to com wycierpiała przeszło oczekiwania i obawy. Ludzie ci mścili się na mnie za syna... Miałam kielich żółci do wypicia przy ołtarzu.. pocieszałam się tem tylko że przecież ciągle z niemi nie będziemy, że dozwolą nam żyć samym z sobą. Wedle układów z moim ojcem majątek nasz przechodził cały na imię Radcy, syn miał go trzymać tylko dzierżawą; ja — ponieważ nie miałam nic, oprócz ruchomości i wyprawy, nie otrzymałam też żadnego zapewnienia na majątku. O to anim się starała.
Ojciec miał przy nas pozostać. Owe dni świetnego wesela i zjazdu familji dokuczliwéj, nieznośnéj, bezdusznéj, przeszły nareszcie i zostaliśmy sami.
Odetchnęłam swobodniéj całą piersią, lecz w parę dni zaledwie ojciec mój złamany tem co doświadczył, czego nie mógł nie uczuć, zgryziony zachorował niebezpiecznie. Choroba przeciągnęła się kilka tygodni, nie było na nią ratunku.. Straciłam go. Zostaliśmy sami z Augustem.. Dodać tu muszę że rodzina mojego ojca a najbliższa, usunęła się zupełnie od nas, naprzód z obawy abyśmy od niéj nie potrzebowali pomocy, potem nie rada połączeniu z dorobkowiczem, którego imię nie najlepszéj używało sławy. Lecz miałże syn odpowiadać za ojca grzechy?
Następny rok był najnieszczęśliwszy w mem życiu. Nieomyliłam się na Anguście, na jego sercu, na przywiązaniu do mnie. Starał mi się teraz oszczędzić nawet cienia przykrości. Wymógł jakoś na ojcu pozwolenie odbycia podróży, pojechaliśmy do Włoch... A! były to chwile szczęśliwe! a trwały tak krótko! tak krótko jak błyskawica. August począł kaszleć — objawiła się nagle choroba piersiowa, a w pół roku stała się groźną... Bóg mi dał córkę w chwili gdy niewysłowiona trwoga napełniała już serce o życie najdroższego męża... Nie mogłam i niechciałam uwierzyć niebezpieczeństwu, zdawało mi się, że Bóg, że los mój winien mi trochę jaśniejszych dni na téj ziemi.. Najstraszniejsza rzeczywistość.. zmuszała do szukania ratunku.. z chorym Augustem, z małą dzieciną wyjechaliśmy do Hyères.. Na chwilę powietrze i klimat polepszyły stan mego drogiego, lecz pociecha była krótką. On sam czuł się ciągle lepiéj, łudził się, uśmiechał, miał nadzieję... i z tą nadzieją, z uśmiechem na ustach.. zasnął.. Zostałam sama — gorzéj niż sierotą, bo na łasce rodziny, na któréj litość, wyrozumiałość, ludzkość bynajmniéj rachować nie mogłam.. Radca napisał do mnie list prawie grubijański, nakazując mi powracać natychmiast. Dowiedziałam się z niego że mnie — mojemu obejściu z Augustem przypisywano zgon jego...
Tuląc do piersi sierotę, znękana, pół żywa powróciłam do domu, który nie był już moim. Pierwszym ciosem bolesnym był rozkaz przeniesienia się do innego majątku, małego folwarczku z domem wilgotnym i niewygodnym, gdzie mi naznaczona mieszkanie.
Obawa o dziecię, w którego piersiach lękałam się już spadkowego zarodu choroby, sprawiła żem się oparła... wyjechałam do miasta. Radca sam pojechał za mną, aby w sposób jak najnielitościwszy, grubijański zapowiedzieć mi, iż na moje fantazje i wymysły dostarczać nie myśli. Wyrzucał mi na oczy ubóstwo, śmierć syna, naśmiewał się marnotrawstwa mojego ojca.. słowem zrobił mi — przy kołysce sieroty siedzącéj w żałobie, spłakanéj, pół żywéj taką scenę, iż w końcu oburzona, rozgniewana powiedziałam, że nic od niego i od nich nie chcę, ale też proszę by ze mną wszelkie zerwali stosunki.. Powinnam była wytrwać dla córki się poświęcając, lecz w tej chwili opuściła mnie pamięć, przytomność, rozum. Człowiek ten naigrawał się z ojca mego.. obrażał mnie najdotkliwiéj, traktował mnie jak najniegodniejszą z kobiet.. Musiałam mu drzwi pokazać. Osłupiał zrazu, zaśmiał się dziko i wyszedł. Uczułam błąd mój i wezwałam natychmiast prawnika, przyjaciela ojca mojego na radę. Położenie moje stało się nader przykrem. Niechciałam nic od nich.. pragnęłam odzyskać to tylko co mi prawnie pozostało w ruchomościach po ojcu... powiedziałam sobie, że pracować będę, muszę i że pracą tą wyżywię siebie, córkę i wychowam ją na kobietę zbrojną przeciwko losom, któraby w każdym razie, sierota sama jedna mogła drogę sobie w świecie utorować bezpieczną.. Po długich trudnościach i walkach, bo Radca obawiając się opinji, chciał mnie zmusić do jakiéjś ugody — odzyskałam część moją, w ruchomościach dosyć kosztownych pozornie, których przedaż wszakże mogła mi zaledwie dać narzędzie do pracy.. Z sumki téj żyć nie było podobna, bo by się w przeciągu dwóch lat wyczerpała: przy największéj oszczędności procent nie starczył nawet na skromne mieszkanie.. Nie wiedziałam co pocznę. Tysiączne projekta przechodziły mi przez głowę... lecz każdy z nich w wykonaniu okazywał się niemożliwym. Zdala zdaje się tak prostem i łatwem zarobić pracą na życie, gdy się ma wolę silną! lecz cóż to za zadanie, gdy przyjdzie myśl w czyn zamienić! — Pracy téj szukać potrzeba, należy mieć do niéj nietylko wolę i wytrwałość, ale jeszcze zręczność zastosowania, uzdolnienie. Wychowanie nasze świetne pospolicie, daje nam wszystko czego wymaga salon — nic z tego co potrzebuje życie surowe. Umiałam muzykę, ale wobec prawdziwych muzyków okazywało się, żem tylko trochę grać umiała.. toż samo było z innemi przedmiotami, których potrzebowałabym się była uczyć wprzódy sama, niżelibym je innym mogła wykładać. Nie mając z resztą stosunków, nie mogłam znaleść dla siebie umieszczenia. Oprócz tego karmiłam sama dziecię, które nieustannego potrzebowało dozoru, bo było wątłe i delikatne.. Służąca osobna do Elwirki nadtoby mnie kosztowała, czyż zresztą ukochane dziecię na płatne sługi ręce powierzyć można? Rozpacz mnie ogarniała.
Lecz w życiu ludzkiem, gdy komu przeznaczonym jest przez Opatrzność ratunek, przychodzi najczęściéj niespodziany, przez ręce od których go się nie wygląda, w chwili gdy wszelka nadzieja stracona. Stało się tak ze mną.. Stara sługa mojéj matki, która mnie nosiła na rękach, a teraz wyszedłszy za mąż mieszkała w Berlinie, któréj mąż był portjerem hotelu, wypadkiem spotkała się ze mną na ulicy, gdym sama szła po lepsze mleko dla dziecka, bo mi pokarmu braknąć zaczynało i ten przy zmartwieniu i łzach, widocznie szkodził Elwirce.. Ja o niéj... ona nie wiedziała o mnie, ani nawet o ostatniem nieszczęściu, przeraziła się, rozpłakała dowiadując o wszystkiem..
Poczciwa kobieta poszła ze mną i do mnie, przesiedziałyśmy cały dzień z sobą.. Chciała mi coś poradzić, w czemś dopomódz.. nie umiała.. Poszła z mężem naradzić się, wróciła nazajutrz, przyniosła projektów mnóstwo.. Niestety! wszystkie one były dla mnie niedostępne. Lecz największem dobrodziejstwem było to, żem choć serce litościwe choć przyjaciółkę znalazła. Nie byłam samą.
Jednego ranka siedziałyśmy tak u kolebki śpiącéj dzieciny.. Staréj mojéj Anusi nieustannie coś przychodziło do głowy co mnie wyratować było powinno... Tego dnia odezwała się wreszcie — widzi pani.. w takim dopuście bożym żadnéj poczciwéj pracy wstydzić się nie ma czego..
— Ja też się nie powstydzę pracować, ale z czemże, z igłą?
— Ale, gdzie tam, odparła Anna — najlepsza szwaczka to nie zarobi więcéj na żaden sposób, nad dwa złote na dzień. Roboty dla domów nie znajdzie, a kupcy tanio płacą, bo na biednym człowieku najwięcéj zarabiają — ale ja mam myśl, dodała — bardzo dobrą myśl, i taką, że byłby z niéj pożytek, tylko (nazywała mnie po staremu) Zuzia się na to nie zgodzi — bo Zuzia córka obywatelska..
Po najuroczystszych zapewnieniach, że się ani obrażę ani sprzeciwiać nie będę — wyznała mi Anna, iż z porady męża i znajomych chciała mnie namówić na założenie magazynu mód i ubiorów. Zaręczała, że nawet ryzykując kapitalik mój, mogłam być pewną iż by się to sowicie opłaciło — proszą pani, dodała — cóżby już lepiéj pani mogła i umiała nad to? Nawykłyście się stroić, ubierać, macie gust, znacie się na tych rzeczach.. toć przecie lepiéj to potraficie jak jaka madam’a francuzka.. Zresztą ja powiem Zuzi, na to niepotrzeba wiele, ja mówiłam z mężem.. niech pani da połowę, my dostarczym pół kapitału.. a jeśli się pani wstydzi, niech magazyn będzie pod firmą moją.
W chwili gdy pani Domska tych wyrazów domawiała, Jaworkowska, która słuchała z niezmiernem zajęciem, załamała ręce tragicznie. Jakto? zawołała — ona śmiała ci uczynić taką propozycję.. magazyn mód założyć, a ty!!
— Co gorzéj, moja Marjo, żem ja tę propozycję przyjęła.


Nastąpiła chwila długiego milczenia, chora zwróciła się twarzą całą do dawnéj przyjaciołki. Znać ten dramat dni powszednich, zaczynał ją coraz więcéj zajmować, ale zarazem rozwiązanie tak prozaiczne, a tak dla obywatelskiéj córki ciężkie i upokarzające, obudzało w niéj uczucie — które w rysach Marji odmalowało się jakby odcieniem chłodu i obawy.. Domska spuściła oczy, spodziewała się więc i lękała, że przyjaciołkę przyznaniem się do winy ostudzi dla siebie, a jednak raz rozpocząwszy opowiadanie, po krótkiéj chwili namysłu ciągnęła je daléj:
— Przyjęłaś — i — i co? zawołała Jaworkowska, wlepiając w nią oczy przestraszone.
— Posłuchaj już cierpliwie do końca.. potrzeba było żyć, mnie i dziecku, od tych ludzi, którzy dla mnie serca nie mieli nic przyjąć nie mogłam.. praca więc tylko mi zostawała, a z prac ta jedna.. ta smutna, jeśli chcesz, modystki. Wspomnienie ojca, rodziny, dostatków, dziecinnych marzeń, pozycji społecznéj, ustąpiło miłości dla mojéj Elwirki, uczuciu obrażonéj dumy.. Chciałam tym ludziom pokazać że jakkolwiek słaba, uboga, opuszczona.. potrafię o własnych siłach wyjść z upadku, którego byli przyczyną. Uściskałam Annę. Dobrze — odpowiedziałam, myśl złota, chwytam ją, ofiary twojego męża ani twojéj nie przyjmuję, bo by mnie ona paraliżowała rodząc obawę, żeby wasz ubogi grosz w moich rękach nie przepadł. Pomóżcie mi tylko do najęcia sklepu i mieszkania, ułatwijcie otwarcie handlu, może znacie jaką uczciwą pomocnicę, któraby mi w pierwszych chwilach dać mogła jakie skazówki, bom niedoświadczona! Co się tyczy firmy, położę moją, choćby dla tego, ażeby dokuczyć panu Radcy tem, że jego ozłocone imię będzie świecić na szyldzie modniarki.
— Moja paniunciu — całując mnie po rękach, zawołała Anna, jak tylko się zgadzacie, wszystko się znajdzie; mam niemkę, starą pannę, która prowadziła lat dwadzieścia dom podobny.. Jest właśnie bez zajęcia, a sama nic założyć nie może.. Miejsce na magazyn wie mój mąż, na rogu ulicy która pod Lipy wychodzi.. reszta się znajdzie.
Przez następne dni trwały gorączkowe przygotowania, przyszła panna Liza do mnie, poczęłyśmy rachować, rachować, i okazało się, że mi na pierwsze zakładziny starczyło.. Wprawdzie musiałam wszystko ważyć, bo wydatki były ogromne.. począwszy od szaf, od zwierciadeł, od mebli, aż do kosztownego materjału, w który magazyn opatrzonym być musiał. Trochę mebli musiałam nająć — wiele rzeczy na zaręczenie Lizy dostałam na kredyt, przyjęłam dwie robotnice... i jednego dnia ukazały się ogłoszenia w dziennikach, plakaty na murach, szyld skromny ale piękny, czarny ze złotem, między oknami pierwszego piętra. Musiałam bowiem zająć piętro, i przystroić je z jak największą wytwornością i smakiem. Chcąc pozyskać zamożną i dobrego tonu klientelę, trzeba się było stosownie do jéj wymagań urządzić.. przestrach mnie ogarniał czasem, patrząc na te przygotowania zbytkowne, na lokaja w liberji, którego wziąść było potrzeba, na salony i gabinety poprzystrajane po pańsku! Serce się ściskało, bom wszystko stawiła na jedną kartę... alem ufała jeśli nie własnéj, gwiaździe niewinnego dziecięcia dla któregom pracowała i mojéj gorliwéj pracy..
Pierwszych dni ledwie się ktoś ukazał, było pusto.. jam drżała.. zwolna jednak z rekomendacji męża Anny, który miał zręczność jako portjer polecać mnie przybywającym do hotelu, przez stosunki Lizy mojéj, zaczęli płynąć goście i zamówienia. Razem z niemi wpadł jednego dnia czerwono-siny z gniewu pan Radca i z furją żądał rozmówienia się na osobności. Próżność jego była dotkniętą niesłychanie wywieszeniem nazwiska.. drżał prosząc mnie o rozmowę. Z dosyć zimną krwią przeszłam z nim do drugiego pokoju, alem nie usiadła nawet, dając do zrozumienia, iż długiéj nie życzę sobie rozmowy.
— Wać pani, zawołał, chcesz mnie widzę zmusić do okupu.. wać pani chcesz familję moją shańbić i wydać na pośmiewisko.. Żona mojego syna.. człowieka miljonowego — modniarką!!
— Wolę być wyrobnicą, niż niewolnicą! odpowiedziałam, między nami panie radco, interesa są skończone, do nazwiska mam prawo, nikt mi go odebrać nie może, a jeśli dla siebie i dziecięcia nie wstydzę się go wywiesić, dla czegóż bym próżność państwa oszczędzać miała?
— Mościa pani — krzyknął radca — ja to rozumiem! ja wiem wszystko — mów pani warunki?
— Jakie warunki? do czego? zapytałam..
— Pani mnie zrozumiesz! ja cię wykupię z tej sromoty.. rzekł bijąc nogą w podłogę — mów pani ile wymagasz?
— Nic nie wymagam od pana i nie chcę mieć z nim nic wspólnego — to jedyny warunek mój.. Jestem kobietą, jestem sierotą, jestem biedną, lecz com raz wyrzekła tego dotrzymam. — Nie chcę nic od was — jesteśmy sobie obcy, bądź pan zdrów!
— Tak pozostać nie może, zawołał radca chodząc żywo po pokoju — ja na ten skandal dozwolić nie mogę, użyję wszelkich sprężyn, wszelkich środków, mam wpływy, stosunki, nie pożałuję pieniędzy, ale tę nienawistną tablicę na któréj wać pani wywiesiłaś moje nazwisko — zrzucę.. obalę, zniszczę.
Im bardziéj się on gniewał, tem mnie szczęściem przybywało jakiejś niepojętéj krwi zimnéj. Ukłoniłam mu się i chciałam odejść.
— Wać pani jesteś matką mego wnuka.
— Wnuczki, rzekłam, i bądź co bądź prawo ją przy matce zostawia, a ja ręczę, że ani ja, ani ona nic od was nie będziemy potrzebowały.
— Tak! ja ją sam wydziedziczę, unosząc się krzyknął Radca — ja, ja wydziedziczę.
— Ona się sama wydziedzicza ustami matki — odpowiedziałam. Żegnam pana. Radca chciał jeszcze sprobować.
— Ostatnie słowo — zawołał — daję pięć tysięcy talarów rocznie i zupełną swobodę — mieszkaj pani gdzie chcesz.. rób co chcesz, ale dziś jeszcze precz mi z tym szyldem..
— Panie radco, odpowiedziałam — żyłeś pan, urodziłeś się i znasz tylko ten świat, który wszystko czyni dla pieniędzy i za pieniądze, gdzie każdego kupić można.. ja do tego koła nie należałam.. nie rozumiem go i sprzedać się za pięć tysięcy talarów rocznie — nie myślę.
— Sześć! siedem! dziesięć! krzyknął Radca i zamilkł nagłe, ruszyłam ramionami i odeszłam. Dziwna rzecz! mówiłam z odwagą, napozór prawie bez wzruszenia — a łzy stawały mi w oczach i serce biło... sama dziwiłam się sobie, wyrzucałam prawie, że krzywdzę dziecię — a — nie mogłam, nie umiałam postąpić inaczéj. Radca przyskoczył ku mnie z zaciśniętemi pięściami. — Co pani myślisz sobie — rzekł stłumionym głosem, w którym gniew kipiał okrutny, — że ja nie potrafię innemi środkami jéj zmusić.. Jam tu wszechmogący, ja mam wpływy, ja..
— Czyń pan co chcesz, ja zrobię com powinna...
Szczęściem żem się w téj chwili mogła oprzeć o konsolę, gdyż mi się słabo zrobiło.. nie widziałam już jak wychodził Radca.. słyszałam tylko stukanie drzwiami i odgłos jego chodu na schodach.. w oczach mi się ćmiło, ale Liza nadbiegła domyślając się czegoś z wodą kolońską i posadziwszy na kanapie, otrzeźwiła. Rozpłakałam się, rozchorowałam trochę.. przeszło to przecie.. Nie miałam w istocie czasu nawet na stękanie i rozmyślania — popędliwość Radcy, plotki ludzi, rozszerzyły po mieście historję jego synowéj. Radca był znanym na giełdzie, nawet na dworze i w ogóle w różnych sferach towarzyskich.. wieść o tem jak sobie z nim postąpiłam zwróciła na mnie ciekawość i uwagę. Wszystkie panie chciały widzieć synowę pana Radcy.. tak odważną, iż została modniarką. Karety, kocze, dorożki.. płynęły po całych dniach.. klientki moje brały mnie na egzamen, wypytywały, zasiadały w salonie, unosiły się nad smakiem z jakim był urządzony.. dzięki Radcy weszłam odrazu w modę tak prędko, iż w drugim tygodniu musiałam potroić liczbę robotnic, rozszerzyć pracownię, dać Lizie która kierowała wszystkiem pomocnicę, a sama nie miałam chwili spoczynku. — Oprócz ciekawości, która zapewne przyczyniła się wiele do zjednania mi w początkach klienteli, zapracowałam na nią gustem jakim może natura, wychowanie, świat w którym żyłam, obdarzyły. Ten smak, Maryniu moja, dodała Domska — zagadką jest — mają go jedni, zbywa na nim całkiem drugim, w ogóle najpraktyczniejsze w świecie narody nie poszczycą się najwytworniejszym smakiem, płoche i lekkomyślne zachowują gust, nawet gdy go już nie mają czem zaspokoić. — Francuzi nie wiele się uczą, umieją w ogóle mało, ale wrodzony instynkt wskazuje im piękno.. Najuboższa dziewczyna paryzka ubiera się lada chusteczką tak malowniczo i wdzięcznie, jak najdroższemi przyborami niemiecka pani nie potrafi. Jednakże gust się nabywa i oceniają go wysoko ci, co go sami prawie są pozbawieni.. Mój magazyn odznaczał się wielką prostotą i wytwornym smakiem, pierwsze wyroby na których śmiało położyłam piętno méj własnéj fantazji, nawet trochę wbrew Lizie, powszechnie się podobały.. Nie potrzebowałam już polecenia... miałam robót i zamówień tak wiele, że obudzałam zazdrość, żem posługiwała się już innemi pomniejszemi domami, zostawiając sobie tylko kierownictwo. Z tego względu szło mi bardzo szczęśliwie, alem też miała wiele do przecierpienia.. Byłam młodą naówczas, przystojną i wolną.. Radca który nic mi uczynić nie mógł, bo wprędce i ja miałam stosunki mogące mi dostarczyć środków obrony, — ażeby siebie i swe postępowanie wytłomaczyć, użył najniegodziwszéj broni — potwarzy. Osławił mnie jako kobietę najpłochszych obyczajów, zalotnicę — któréj rodzina wyprzeć się musiała.. Nie miałam innéj obrony nad postępowanie moje.. ludzie widzieli życie, musiałam cierpieć, czekać i zwyciężyłam. — Ale ci nie będę opisywać ile miałam do przetrwania, i jakie spotkały mnie sceny, spotkania, prześladowania, zasadzki. Niech Bóg policzy je mnie za zasługę, a ludziom ich sprawcom, nie pamięta.
Wiedząc że jestem celem potwarzy i plotek, życie całe zastosowałam do tego, ażeby nie dać najmniejszego pozoru, cienia nawet do posądzenia o płochość. Nie kosztowało mnie to — kochałam dziecię, a świat był dla mnie zamknięty. Praca pomagała mi wielce.. na téj mi nie zbywało.. Gdy nie było nikogo musiałam z Lizą dozorować wykonania robót.. około południa zwykle gości bywało już pełno, a zmieniali się tylko do wieczora, tak, że ledwie miałam czas pobiedz do dziecka i kołyski.. Wieczorem dopiero mogłam swobodniéj odetchnąć, spocząć, zagrać, pomyślić, wrócić wspomnieniami do młodości mojéj. Nie oddalałam się nigdzie, wyrzekłam się nawet teatru, który dosyć lubiłam.. Czasem wywiozłam dziecię na przejażdżkę za miasto.. do ogrodu gdzieś, to była cała moja przyjemność.
Pani Jaworkowska przerwała w téj chwili pani Domskiéj — i długoż to trwało? zapytała — ten okropny twój czyściec?
Domska się uśmiechnęła.
— Ale on trwa do dziś dnia, moja Maryniu, rzekła... miałam czas wychować Elwirę i sama zestarzeć... mam dom własny... mam znaczny kapitał... zostałam bogatą.. jeśli człowiek się kiedy nazwać? może bogatym.. boć to wszystko chwila mu odbiera i ślepy los...
— I nie rzucasz tego nieszczęśliwego rzemiosła, odezwała się Jaworkowska.
— Dotąd jeszczem tego nie uczyniła... mówiła pani Zuzanna. Naprzód nawykłam do tego życia, nie jest mi źle... powtóre co roku coś dokładam dla Elwiry, któréj Bóg dał tyle, ile by jéj nie mógł dać pan Radca.
— A cóż się stało z Radcą?
— W kilka lat potem... umarł. Nie mógł mi nic uczynić wprawdzie, bom mu się obronić potrafiła, lecz Elwirkę wydziedziczył i córce swéj zapisał wszystko... Siostra Augusta, aby mi dokuczyć, przyjeżdżała kilka razy do magazynu.. rachując na to że się ze mną spotka i choć słowem mnie ukole... uszłam szczęśliwie zetknięcia z nią, grymasiła z Lizą.. Wreszcie zapomnieli ludzie, przytępiły się namiętne niechęci.. pamięć srogich gniewów zatarła się, dali mi pokój.
— Jednakże, proszęż cię — nieśmiało wtrąciła Jaworkowska, bawiąc się węzełkiem od chustki — musisz myśleć o losie Elwiry. Co jéj z tego choćby była bogatą, jeśli szczęścia nie zapewnisz?
— Szczęścia! uśmiechnęła się Domska — masz słuszność, trzeba choć dla dziecięcia wierzyć w szczęście i o nie się starać. Spotykasz mnie właśnie w téj stanowczéj chwili życia, w któréj rozmyślam co począć z sobą.. Jestem już stara i słaba... W tym świecie w którym żyjemy, Elwirze nikt się trafić nie może, prócz — cudzoziemca... a tych się ja boję.. Trzeba więc będzie rozstać się z magazynem, odpocząć i nowe zawiązać stosunki. Myślałam o tem.. rozmyślam.. Pomożeż to co, gdy za nami wszędzie i zawsze pójdzie piętnujące nas nazwisko — modystka i córka modystki, A! to ta, powiedzą, któréj matka miała magazyn w Berlinie... Elwira może czekać, może wybierać.. a ja drżę nad przyszłością. Widzisz że i tu całkiem się usuwam od towarzystwa, choć mnie nie znają — bo ani chcę przyznać się do mojéj profesji, ani bym umiała skłamać, ani bym Elwirze chciała zatrzeć tych kilku chwil swobody..
Zamilkły. Pani Jaworkowska była widocznie temi wyznaniami dawnéj przyjaciołki zmięszaną, zakłopotaną — lecz i zaciekawioną zarazem. Godzina była dość spóźniona, a rozstać się z nią, jeszcze się wahała, tyle rzeczy od niéj pragnęła się dowiedzieć.
— Jakżeś wychowała Elwirę? spytała...
— Jak ukochaną jedynaczkę, jak pieszczone dziecię, jak skarb mój cały — składając ręce zawołała Domska. Widziałaś ją tylko zdaleka, nie znasz jéj jeszcze... Powiem ci jak wszystkie podobno zwykły mówić matki. Nie dla tego że to moja córka, ale to dziecię niepospolite, to natura wybrana...
Wychowała się bez rówiennic, bez rodziny, zawsze ze mną, przy mnie zawsze, na wykształcenie jéj serca i umysłu wytężyłam wszystkie siły i kwiatek ten śliczny rozwijał mi się w oczach, płacąc barwami i wonią, za całe życie samotności i tęsknoty.. Powierzchowność ma piękną.
— A! śliczna! śliczna, dodała Jaworkowska, żeby mi moja tak wypiękniała!
— Czem jednak to przy jéj duszyczce.. i główce dorzuciła matką. Maluje, gra.. czyta.. a oprócz tego żadna kobieca praca nie jest jéj obcą.. Tak z niéj doskonała kucharka, choć nigdy nie gotuje.. jakiéj drugiéj nie znajdziesz.. masz w niéj krawca, masz gosposię.. a oprócz tego artystkę.. I nie sądź żebym ją sztuki uczyła dla popisu.. smutna to rzecz. Sztuka jest narzędziem do pozyskania łatwego i niewinnego szczęścia. Uposażyć nią dziecię, jest mu dać zapas wrażeń, pożywienie na życie całe. Sztuka otwiera światy nowe, rozszerza widnokrąg, uczy świata.. a gdy Bóg dał choć odrobinę tego co my zowiemy twórczą siłą.. cóż to za zachwyty, gdy myśl potrafi rzucić na płótno lub wyśpiewać tonami.
Jaworkowska spojrzała na przyjaciołkę i uśmiechnęła się, ale znać było że niewiele tego zrozumiała i niebardzo wierzyła... Chrapliwy zegar na dole wykukał godzinę drugą.
— A! na miłość Bożą! druga godzina — moja Zuziu — idź że ty spać, ja ciebie zamęczę.. idź spocznij.. Jutro, pojutrze będziemy szeroko rozprawiały o tem..
— Tylko, całując ją — rzekła cicho Domska — to co powierzyłam tobie, zostaje między nami: mnie tu nikt nie zna... ty masz pewnie znajomych, jeśli cię spytają o nas — powiedz... dawna moja towarzyszka.. mieszka w Berlinie. Nic więcéj. Idzie mi o Elwirę.. Powiem ci jutro co się nam trafiło w drodze.


Ponieważ ranek był jakoś wilgotny, a pani Marja obawiała się fuksji i posądzała o reumatyzm, nie wyszła więc rychło. Domska powróciła od źródła i ze mszy, — gdy przyjaciołka jéj dopiero się wyjrzeć na świat odważyła. Była też po wieczornych owych wyznaniach bardzo jakoś posępna i zadumana. Wprawdzie kochały się serdecznie z tą Zuzią, i ta Zuzia teraz miała kamienicę, a sama przyznawała się do tego, iż była bogatą — ale — ale — choć by na najwyższéj stopie, koniec końcem była marchande de modes! Nikt o tem w Krynicy jeszcze nie wiedział a poznać po niéj, że krajała i przymierzała suknie i kapelusze, nie było podobna tak wyglądała poważnie, tak była ustrojona dostatnio i smakownie — lecz — nużby się dowiedziano, i pan Jaworkowski szlachcie z antenatów, który wprawdzie wódkę, zboże i las sprzedawał przecież handlarzem nie był, zasłyszał, iż jego żona... w zażyłości była i stosunkach z jakąś modystką!! Jakkolwiek bardzo dla niéj powolny, miałby jéj niezawodnie za złe.. Z drugiéj strony Domska była urodzoną wysoce hoch wohl geboren po ojcu, po matce.. po całym szeregu dziadów i pradziadów.. Unikać jéj nie podobnem się zdawało — ściśléj wiązać niebezpiecznie.
Mimo najlepszego serca, mimo resztek przyjaźni dla Zuzi, biedna Marja wolałaby była nie miéć tego kłopotu... Niewiedziała jak z tego wybrnąć... Idąc do źródła, choć słyszała głosy tych pań w pokoju, około którego drzwi musiała przechodzić — minęła je nie wstępując, nie powiadając dzień dobry.. Wpadła nawet na pomysł szczególny, iż znaleść by się mógł powód jakiś dla przeniesienia się do Żegestowa lub Szczawnicy. Wody wszystkie były podobne.. a tu taka znajomość...
— Bo, gdyby już była czem by sobie chciała, mówiła w duchu przyjaciołka — ale modystką. Zawsze wyszła już z naszéj sfory.. nie należy do towarzystwa, a kto raz z niego wyjdzie, nie powraca...
Mocno zakłopotana posunęła się tak aż do altany, dzieci pobiegły przodem i ogromny ich okrzyk oznajmił, że kogoś już znajomego spotkały. Była to hr. Palczewska, któréj towarzyszył nieodstępny Grejfer, panna Salomea i pan Karol Surwiński. Dwie panie znały się bardzo zblizka, chociaż fluksja pani Jaworkowskiéj nudziła hrabinę, a wieczne trzpiotanie się jéj niecierpliwiło panią Marję.
— I ty tutaj! zawołała Palczewska ściskając ją — proszęż cię — co to może force majeuse! Gdzieżby to kiedy nas dwie się mogło spotkać u takich wód gdzie trzeba po jednéj uliczce, chodzić razem z żydami Brodzkiemi. Jak że ty się masz, moja droga.
— A! nic mi nie lepiéj! westchnęła chora!
— Gdzie stoisz?
— Pod Różą.
— Więc w sąsiedztwie z tą tajemniczą panią Domską, któréj stroje obudzają tu admiracją mężczyzn, a zazdrość nas niewiast..
Jaworkowska zaczerwieniła się niezmiernie.. myślała czy co powiedzieć, czy zmilczeć.. czy niedosłyszeć. Niedosłyszała wreszcie.
— O Domskich wiem już, rzekł pan Karol — wiem.. Rodzina bardzo majętna... Ojciec pana Augusta, którego znali tu niektórzy starsi i ja spotykałem był radcą handlowym, sprzedawał i kupował dobra, robił interesą na bursie. Tylko nie wiem, czy to ci sami Domscy czy inni. August był żonaty z córką bardzo powszechnie szanowanego człowieka, dobrego rodu.. ale nieszczęśliwego pod względem majątkowym pana Zbąskiego. Młodo umarł. Co się z wdową po nim stało, nie wiem.
Hrabina słuchała z uwagą, gdyż zwykła była korzystać ze wszystkiego, biedna pani Jaworkowska milczała, rozmyślając co pocznie. Nareście oszczędzając sobie kłopotu na przyszłość, uznała właściwem powiedzieć obojętnie, po cichu:
— Właśnie ta pani Domska jest Zbąska z domu.. byłyśmy razem na pensji.
— A! uderzając w dłonie rozśmiała się hrabina, to doskonale zaraz mnie z nią poznasz, bo spytać muszę, zkąd jéj córka ma ten burnus kaszmirowy.. To moja admiracja!
Jaworkowska spłonęła cała.. bardzo była nieszczęśliwą przez pięć minut, ale Grejfer zagadał.
— No, zawołała Palczewska, ty moja biedna bardzo się tu bawić pewnie nie będziesz.. Coś zawsze niezdrowa — ale — ja muszę. To moje powołanie. Zbieram ludzi, skupiam, rozruszać umiem.. bo po cóż kwaśnieć mają? Poznasz mnie z Domską — c’est dit.
— Moja droga hrabino, szepnęła Marja, ona mi mówiła, że radaby uniknąć towarzystwa.. chora..
— To się nie godzi! matka, ma córkę ładną! Czy ją przeznacza do klasztoru? Cóż znowu? to dziwactwo! Ja jéj to z głowy wybiję...
W téj chwili hrabina postrzegła zdala idącego Gabrjela, a że ją niepospolicie od wczora intrygował, pożegnała co najprędzéj Marję i skierowała się na ścieżkę na któréj spodziewała się spotkać tajemniczego młodzieńca. Ten jednak zdala ukłoniwszy się bardzo grzecznie... zawrócił w lasek ku górom i zniknął. Gonić za nim nie wypadało.
— Poczekaj! poczekaj! szepnęła sobie w duchu hrabina, będziesz ty sam gonił za mną.. Nie mogę na to pozwolić aby mi się kto tak emancypował... Żeby był choć dzień dobry powiedział...
Nadąsała się trochę..
— Co się tyczy rodziny Pilawskich, odezwał się Karol Surwiński dumny tem iż Domskich mu się udało odkryć i odgadnąć, a co się tyczy Pilawskich.. o tych nigdy nikt pono nie słyszał u nas.. Pilawscy są.. są i Pileccy na Litwie, o Piławskich, Pilawskich nie wiem.. To pseudonym.
— Cóż to ci się śni — oburzyła się hrabina będąca już w złym humorze, przecież pasportów pod pseudonymami nie dają.
— Przepraszam, osobom wysoko położonym..
— Marzyciel z ciebie, więc któż mą być..? hrabia Chambord czy Wiktor Emanuel?
Surwiński się uśmiechnął — że nie Pilawski to! pewna...
— Gdybym była na twojem miejscu — zawołała hrabina wesoło — wiesz co bym zrobiła? Pojechałabym do Krakowa, siadła na koléj, udała się do Warszawy i ztamtąd przywiozła — słowo zagadki..
— Toby już było zanadto, zaśmiał się p. Karol, a ja go tu spenetruję przecież i bez tych gwałtownych środków. Gdybym tylko pugilares, cygarnicę lubo jaki sprzęcik pochwycił.. znajdę herb.. koronę i — odkryje się wszystko, zresztą — pisałem, i umilkł,
— Zobaczysz, że ja cię uprzedzę i zawstydzę.. zakończyła hrabina.
W górze na scieżce, na którą padło jej oko szukając podobno Gabrjela, zobaczyła go wprawdzie ale w towarzystwie dwóch pań, poznała w nich Domską z córką. Jakoś ją to nieprzyjemnie dotknęło. Znała wprawdzie Pilawskiego dopiero od wczoraj, w ogóle dla mężczyzn była obojętną i żaden w niéj szczególnego współczucia nie obudzał, — czemuż jednak ten właśnie rodził jakieś zajęcie intrygował ją, pociągał...? Gniewała się na siebie.. Nie była nawykła wcale do téj niewoli jaką uczucie ciągnie za sobą... z dawniejszych lat znała i pamiętała je.. zlękła się więc, pierwszy symptom odkrywszy w sercu, które już miała za uleczone z téj słabości.
Przykre dosyć wrażenie uczyniło to na pani Domskiéj, gdy jéj serdeczna przyjaciołka widocznie jakoś nie bardzo do niéj spiesząc — około południa dopiero zajrzała, przywitała się chłodno, zabawiła krótko, z Elwirą nie poznała się bliżéj i spiesząc się niby do dzieci — wkrótce odeszła. Nadto wiele w życiu przecierpiawszy z powodu położenia swego, nawykłą była do podobnych wypadków pani Zuzanna, i nie zdziwiła się wielce, zasmuciła tylko. Miała tyle uczucia godności własnéj, że nawet gdzie ją jak tu, ciągnęło serce nie narzucała się nikomu. Wprawdzie pani Jaworkowska nie zrzekała się stosunków i znajomości, ale między wczorajszem przywitaniem, a dzisiejszą rozmową była różnica mocno się uczuć dająca. Domska więc postanowiła trzymać się na uboczu. Łza tylko zakręciła się jéj w oku. Po wielu a wielu latach osamotnienia, znaleść dla serca kogoś ukochanego dawniéj, było pociechą wielką, obiecywała sobie z niéj wiele, i w tem ją zawód spotykał.
Drugą przyczyną smutku, była macierzyńska o córkę troskliwość. Zaczynała się lękać, aby wzajemnie nieznany ów pan Pilawski i Elwira nie zajęli się sobą. Pan Gabrjel jako sąsiad i jedyny znajomy, bywał tu dosyć często, posługiwał chętnie paniom, a oka matki ujść nie mogło, że Elwira przyjmowała go coraz lepiéj, mówiła z nim chętnie i długo z widoczną przyjemnością, rumieniła się gdy przychodził, wyglądała niespokojna gdy się mogła spodziewać, słowem okazywała mu życzliwość wielką. Ze swéj strony Pilawski był nadskakujący, grzeczny zbliżał się do Elwiry z widoczną ku niej sympatją i zajmował nią coraz żywiéj.
Jak wszystkim tak zdawało się i pani Domskiéj, z tych cech zewnętrznych z których sądzą zwykle ludzie o ludziach gdy ich nie znają, że Pilawski należał do wyższych sfer towarzystwa.. do tego co się już arystokracją nazywa, i trzyma w ciasnem kole swojem nie chętnie łącząc z resztą śmiertelnych. Przewidywała więc, gdyby się dowiedział o położeniu Domskiéj, tylko przykre dla Elwiry odczarowanie. Nie życzyła więc sobie zbyt bliskiéj znajomości i stosunków, ale o tem nieśmiała jeszcze mówić z córką.
W Elwirze mięszały się dziwnie wszystkie wpływy i tradycye jakie z sobą przynosi dwuznaczne położenie, pochodzenie szlacheckie, życie mieszczańskie, powołanie przemysłowe — ocieranie się o świat wytworny, wychowanie staranne, wykształcenie wyższe, a stanowisko.. podrzędne. Wszystko to razem czyniło ją może aż nadto dumną i pewną siebie. Elwira nie czuła się w niczem niższą od nikogo, a duchem wyższą od wielu spotykanych codzień znakomitości. W istocie patrząc na nią można ją było wziąć za przebraną księżniczkę, tak obliczem, postawą, ruchem, mową, była mimowolnie wielką panią. Ton ten wzrastał w niéj gdy się znajdowała w towarzystwie, które sobie też tony nadawać chciało — a (co było dowodem dobrego serca) znikał prawie w poufałem kółku, z dobremi przyjaciołmi lub ludźmi skromnemi. Niepodobna jéj było, odebrawszy wychowanie gruntowne, przy talentach i nauce jaką miała, nie widzieć że w społeczeństwie naszem po większéj części polor zewnętrzny, pozór pewnego wykształcenia, maska cywilizacji pokrywa niezmierne ubóstwo.. Gdy się przyszło podzielić myślą z rówiennicami, wrażeniem, sądem o książce, natrafiała co chwila na taką płytkość pojęć i brak pierwszych wiadomości, iż się rumienić musiała.. Toż samo znajdowała w większéj części mężczyzn... Z wielu spotkanych na świecie może jednym z najsympatyczniejszych dla niéj był pan Gabrjel, gdyż od pierwszych kilku słów przekonała się, że miał nie sam polor tylko, okrywający najczęściéj ubóstwo ducha, ale gruntowną naukę i umysł pracą otwarty. Z nim zrozumieć się jéj było łatwo, posprzeczać nawet miło, gdyż stali na równi i spór prowadził do jakiegoś wyjaśnienia, gdy z innemi był on daremną szermierką, jakby dwóch osób mówiących językami różnemi. Oprócz tego węzła duchowego, łączyła ich ta sympatja niewytłomaczona, która od pierwszego wejrzenia stanowi o całych przyszłych stosunkach. Postać człowieka jest zawsze wyrazem charakteru: napróżno by temu zaprzeczać.. wyrozumować trudno co ją czyni przyciągającą lub wstrętliwą — ale wrażeniu oprzeć się niepodobna. Elwirze podobał się pan Gabrjeł, panu Gabrjelowi piękną, wspaniałą — uroczą wydała się Elwira.. Matka, która to wszystko odgadła czekała, aby córka pierwsza poczęła mówić o nim, zlękła się gdy postrzegła, iż Elwira zdawała się unikać wspomnienia i wzmianki o nim. Należało więc matce pierwszéj badać córkę i ostrożnie dotknąć pulsów serdecznych. Dnia tego właśnie, niespokojnie jakoś chodziła panna Elwira po pokoju, przysłuchując się każdym krokom dającym się słyszeć w korytarzu, ale nie doczekała spodziewanego gościa po obiedzie, który nie ośmielił się po przechadzce jeszcze narzucać z odwiedzinami. Wieczorem, gdy i pani Jaworkowska nie nadeszła także, a obie panie zostały sam na sam, matka przysunęła się do Elwiry siedzącéj w swym pokoiku na kanapie, ujęła ją za rękę i odezwała po cichu.
— Cóż ci to? zamyślona jakaś jesteś? nie boli cię głowa?
— A! nie — nie! nic mi nie jest trochę brak muzyki, moich książek i wazoników.. odrobinkę się nudzę, bo nie mam czem zająć..
— Jest to ofiara dla mnie — moja Elwirko, gdyby można fortepian dostać...
— A! nie — i nie warto nawet.. na krótki czas... zresztą czy się godzi tak pieścić..
— Dziś moje dziecko w złym humorze, rozśmiała się Domska, może i to spowodowało, że ci rozmowy poobiednéj z panem Gabrjelem zabrakło?
Popatrzyła na córkę, która spuściła oczy.
— Przyznaj mi się że ci się podobał..
— Jak każdy przyzwoity młody człowiek..
— Troszkę więéj?
— Trochę może, ale nie bardzo.
— Otóż gdy jest już trochę, Elwirko, trzeba myśleć ażeby to nie rosło, bo z téj odrobiny zwykle rodzi się nawyknienie, potrzeba serca — i cierpienie najczęściéj.
— A! niechże się mama nie lęka — uśmiechając się dodała Elwira — jestem ostrzeżoną — ostrożną i wcale téj odrobince dać rosnąć nie myślę.
— W każdym innym razie... powiedziałabym owszem, poznajmy go bliżéj — któż wie, może to ten przeznaczony, którego los wykołysał dla ciebie.. Ale tak jak my dziś tu jesteśmy... bliższe stosunki do niczego nie prowadzą.
— O! ja to rozumiem doskonale — odezwała się Elwira, pan Pilawski zdaje się ze wszystkiego, należeć do tego świata, z którego my wyszłyśmy, a który dziś dla nas jest zaparty. Bierze nas za to czem nie jesteśmy, a na złudzeniu budować przyszłości nie można.
— Jest to właśnie o czem ja cię przestrzedz chciałam, odezwała się Domska — jedno z dwojga albo mu całą opowiedzieć historję, albo się do niego nazbyt nie zbliżać.
— To najzabawniejsze — dodała Elwira, że pan Pilawski, którego ja, jak mi się zdawało, bardzo zręcznie starałam się trochę wybadać o jego położeniu w świecie, wymykał mi się za każdą razą tak zręcznie, iż ja też oprócz domysłów nic nie wiem o nim.
— On to właśnie może czyni z przeciwnych naszym pobudek — rzekła matka.
— Że nie jest dorobkowiczem i lada czem, to pewna — rzekła ożywiając się Elwira. Już to samo dowodzi że wychowanie odebrał jak najstaranniejsze.. podróżował wiele, a osoby znaczące, wybitne w kraju, zdają mu się dobrze znane.. przytem samo obejście, ton.. wszystko w nim zwiastuje że do wyższych sfer należy.
— A! tem ci gorzéj jeśli tak jest, że ma ci się podobać, westchnęła matka.
Z lżejszem sercem wszakże wstała Domska po téj chwili rozmowy. Do późna w noc sądziła jeszcze iż przyjaciołka nadejdzie, nie chciała się rozbierać oczekując na nią, pani Jaworkowska wszakże wcale się nie ukazała.


Gabrjel który nie śmiał narzucać się swoim sąsiadkom, powróciwszy wcześnie do domu, chodził długo po pokoju.. próbował czytać, nie mógł jakoś zebrać myśli, siadł rysować, nie udawało mu się, naostatek jakby z obowiązku zabrał się do anatomji opisowéj i począł ją studjować, zmuszając się do tego widocznie... Już było dosyć późno, gdy najniespodzianiéj zapukano do drzwi, sądził że służący przychodził, wszedł Grejfer.. który u niego jeszcze nie był. Zdziwiło go to mocno.
— Prawda, że z odwiedzinami wybrałem się nie w porę, rzekł śmiejąc się od progu, daruj mi pan, jestem posłuszny wyższym rozkazom.. Pięknéj kobiecie oprzeć się niepodobna. Bardziéj niż wiele innych, pani hrabina wierzy w to, że — ce que femme veut — Dieu le veut i kazała mi pana przyprowadzić.. Tak jest.. a co do mnie, dodał Grejfer, mogę panu tego tylko winszować i zazdrościć.
Gabrjel odpowiedział coś pół słowem, pospieszył podać cygaro gościowi i przeprosił go że musi się nieco ogarnąć... Pan Stanisław ze swobodą człowieka nawykłego do towarzystwa męzkiego, rzucił się na sofkę. Oko jego błądziło po pokoiku śledząc pilnie tych drobnostek, po których posiadaniu poznaje się stan, gust i zamożność. Wszystko co widział tu dało mu jak najpochlebniejsze wyobrażenie o panu Pilawskim, a potwierdzało to wyborne suche hawańskie cygaro, które zapalał właśnie.
— Winszuję panu, odezwał się od niechcenia, zazdroszczę łask pani hrabiny, ale muszę też uprzedzić, abyś sobie nazbyt z tego wygórowanych nie czynił wniosków na przyszłość. Hrabina śmiała jest, samowolna, despotyczna z mężczyznami — serca przecież nie ma, miewa tylko fantazje.
— A! rozśmiał się Garbrjel — wiem dobrze iż o serce nie jest tak łatwo.. i przeszedłem już wiek łatwych marzeń...
— Zresztą dziś — żem za panem gonił.. dorzucił Grejfer, powodem jest i — niepowinienem panu mówić tego.. pewnego rodzaju niespodzianka, która go czeka...
— Mnie?
— Tak! tak! śmiał się Grejfer — ale mówić nie mogę, chodź pan. Poszli więc. Noc była pogodna księżyc oświetlał fantastycznie lasek i domki — cicho było i ładnie.. Tylko okna domu hrabiny zapuszczone firankami, gorzały wszystkie od rzęsistych świateł, i w dwóch Aksakowicza paliło się przy skromnym wiściku. Tu od przybycia hrabinéj znacznie mniéj osób się schodziło, nad czem gospodarz ubolewał..
Wszyscy młodsi mężczyzni byli na służbie u hrabiny. W salonie znaleźli prawie ścisk. Gospodyni nie wystrojona bo u wód nikt się nie stroi — ale bardzo starannie ubrana stała w pośrodku i świeciła jak gwiazda wieczorna oczyma i twarzyczką.
— Przyprowadzam — dezertera.. rzekł Grejfer..
— Cóż pan możesz wieczorami sam jeden robić w domu? zapytała hrabina — to nie do pojęcia..
— Wydam z sekretu! począł się smiać pan Stanisław — wydam... uczy się — anatomji!
— Anatomji! o zgrozo! zawołała hrabina — jak to? czy pan jesteś doktorem!
— Niech mnie Bóg broni! rzekł Pilawski.
— A do czegóż panu anatomja — oburzyła się Palczewska.. to okropna rzecz, będzie mi się zdawało teraz, że pan oczyma mnie krajesz, i... a! fe! fe!
Niedokończywszy odwróciła się żywo, chwyciła za rękę stojącego za nią i dotąd niewidzialnego młodego mężczyznę, i zlekka go popchnęła ku Pilawskiemu.
Ten spojrzał nań, zbladł nieco z razu...i żywo podając dłoń usmiechniętemu gościowi, zawołał: Albert ty tutaj?
— Jak widzisz!
— A! to istotnie niespodzianka — nie widzieliśmy się od — uniwersytetu.
— Bo nie ma jak jeździć do wód — krajowych — rozśmiała się hrabina, zawsze się ktoś swój, stary znajomy.. zapomniany przyjaciel, krewny.. swat lub kum znajdzie. Sądzcież panowie — a my wam do wynurzeń po tylu latach niewidzenia przeszkadzać nie będziemy. Cela vous est du.
Dwaj koledzy ujęli się za ręce.
— Kiedyś ty przyjechał? zapytał Gabrjel.
— Przed godziną — rzekł Albert. Hrabina jest moją daleką krewną, otrząsłszy się z kurzu przybiegłem do niéj bom wiedział, że u pani Emilji wszystkich od razu gości krynickich znajdę.
Spojrzeli sobie w oczy. Albert, obywatel z księztwa Poznańskiego, rodzinę mający w Galicji, wśród rodowitych mieszkańców tego kraju, odznaczał się typem zupełnie różnym, można powiedzieć arystokratyczniejszym gustem, ale daleko skromniejszym.. Ubiór, postawa, obejście było pańskie, ale nie występujące nie popisujące się sobą. Małego wzrostu krępy, z głową okrytą włosami kędzierzawemi rozwichrzonemi do góry, wyglądał trochę dziwnie, ale dziarsko i krzepko. Oczki czarne, twarz okrągła, wąsik zakręcony do góry, szyja wyciągnięta czyniła go wraz z czubem nieco wyższym niż był w istocie, nie mówiąc o tem, że buty nosił na bardzo wysokich korkach. W uniwersytecie był to uczeń dobry, pilny, nieco zawadyjaka, pojętny ale nie przywiązujący do nauki innego znaczenia nad praktyczną jéj wartość. Uczył się wybornie, bawił gorączkowo ale w gorączce téj zawsze była miara i przytomność. Dla umiejętności się nie rozpalał, w zabawie nie tracił głowy, długów nie miał — żył ze wszystkiemi kolegami dobrze, lecz więcéj niż z niemi obcował z wyższem towarzystwem, do którego miał pociąg niezmierny. Z Gabrjelem znali się dosyć, spotykali często, sympatyzowali nawet, przyjaźń ta młoda jednakże nie przeszła po za rozmiary zwykłéj akademiekiéj, nie zwierzali się sobie nigdy i teraz, gdy hrabina dowiedziawszy się iż Albert zna Pilawskiego, poczęła go badać o niego. Kuzynek nie umiał jéj o nim nic nad to powiedzieć, iż razem byli w Berlinie lat kilka, że Pilawski miał zamożnych rodziców i był chłopcem bardzo statecznym. Ale kto był, kto go rodził, co to była za familja, gdzie jéj majątek, z kim krewni, o tem Albert wcale nie wiedział.
— Jakże może być żebyś żyjąc z kim nie starał się dowiedzieć dokładnie o jego towarzyskiem położeniu, o rodzinie, o domu..
— Kochana kuzynko, zaśmiał się Albert, naprzód w uniwersytecie wszyscy są równi i nikt o to niedba: powtóre nie miałem najmniejszéj ciekawości dowiadywania się o to, czego się łatwo było domysleć. Nazwisko szlacheckie, wychowanie także, a zamożność była widoczna. Znać rodziców ma bogatych, a nawet bardzo bogatych.
— Ale przecież musiał choć kiedykolwiek o nich wspomnieć?
— Ani słowa..
— Musiał mieć znajomych... i ludzi co znali rodzinę?...
— Nie spotkałem się z niemi..
— Wszystko to ci się wybacza, zawołała grożąc paluszkiem hrabina — bo młodość i uniwersytet są to circonstances attenuantes, ale w Krynicy, gdzie taki jegomość może się zakochać.. starać, bałamucić... może porobić stosunki.. potrzeba dokładnej legitymacji, ta więc panu, szanowny kuzynie powierzoną zostaje.. Daję ci trzy dni czasu...
— A! rozśmiał się Albert — na téj stopie jak my jesteśmy dosyć dwudziestu czterech godzin...
— Czekaj nie kwap się — dodała Palczewska, daję trzy dni czasu — ale po trzech dniach dasz fant.. to jest sprawisz podwieczorek w Warszawskim hotelu dla całego towarzystwa...
— Na miłość Boga! składając ręce, rzekł kuzyn, gdyby nie to że jestem pewnym swego — mógłbym się przestraszyć. Czasy wojenne, ostatki guldenów pozabierano za podatki, waluta spadła.. a ja bez grosza!
— Mogłabym ci pokredytować... ale — ale i ja stoję teraz jak finanse austryjackie — pokazując białe ząbki ozwała się gosposia — całe szczęście żem nawykła nienaruszalnych kilka tysięcy guldenów mieć na wypadek... a pono teraz przyjdzie je poruszyć. Ale rób waćpan swoje..
Albert przywitał się z dawnym towarzyszem serdecznie bardzo, lecz z myślą judaszowską wyciągnięcia od niego co najprędzéj potrzebnych informacji. Uściskali się.
— Gdzie mieszkasz? zapytał Albert.
— W Hotelu pod Różą.
— Ja zajechałem do jakiegoś wilgotnego domu pod Trzy gwiazdy, westchnął przybyły, starannie mam zatęchłe jakieś mieszkanie... ale à la guerre comme à la guerre. Tylko bym jak najkrócéj życzył sobie w domu siedzieć. Mamy tyle do mówienia, wychodząc ztąd wpraszam się do ciebie na jaką godzinę gawędy. Dobrze?
— Proszę, i owszem, szybko zawołał Pilawski — będę ci rad — bo stęskniony jestem do poufałéj pogadanki.
Wstępna rozmowa skończyła się na tem, wtrącili się w nią inni, zagadała wszechwładna gospodyni... piknik znowu był na stole.. i wrażliwe rozprawy pociągnęły niemal wszystkich gości do udziału w sejmiku.. Pilawski słuchał nie mięszając się wcale. Hrabina parę razy zmierzyła go oczyma, a widząc osamotnionym wysunęła się z koła, przystąpiła do niego, zagadała — i bardzo zręcznie wywiodła go na przechadzkę po saloniku. Reszta gości zapalała się niezmiernie roztrząsając kwestje sporne piknikowe i nie wiele zważała na postępowanie gospodyni. Jeden tylko Grejfer westchnął.
— Pan tańcujesz? — poczęła hrabina.
— Gdy muszę — rzekł Pilawski.
— Z ochoty...? nie masz więc pan nigdy ochoty.. poszaleć, zakręcić się, upoić, — rozmarzyć.
— Gabrjel spojrzał na hrabinę. Téj ochoty nie mam, dziś to nie dziw, rzekł, ale co dziwniéj, nigdy jéj nie miałem, i w mężczyznie po latach dwudziestu ledwie ją pojmuję.
— Czybyś pan miał być nudziarzem i pedantem? Omyliłabym się więc na nim?
— Nie wiem, nudziarzem jestem może, ale temu winien temperament nie wola, mówił Gabrjel. Życie teraz nas młodych chwyta zawczasu w żelazne szpony... Dawniéj dwudziesto sześcio i siedmioletni młodzian był jeszcze w opiece rodziców, dziś...
— Apropos? pan masz rodziców jeszcze? z niechcenia wrzuciła inkwizytorka.
— Straciłem ich już — wzdychając rzekł Gabrjel..
— W których stronach mieszkali? spytała hrabina żywo.
Pilawski na chwilę zamilkł, spojrzał na nią i rzekł, mieszkali w królestwie, ostatniemi czasy w Warszawie. Daléj nie było sposobu badać, pani Palczewska zamilkła. Pilawski mówił wracając do przedmiotu.
— Pedantem nie jestem — lecz w sercu gdy niema wesela... trudno je udawać, a bez wesela się bawić, to męczarnia.
— Miałżebyś pan już doznać prób losu w tak młodym wieku, żeś stracił najdroższy dar młodości!
— Oprócz straty rodziców — los dosyć mnie oszczędzał — nie mogę się nań skarzyć — odpowiedział Pilawski, alem ja smutny, bo czasy nie wesołe.. Jedna praca dziś orzeźwia.
— Nad czem pan pracujesz?
— A! pani! najwięcéj nad sobą! spuszczając głowę i uśmiechając się odparł Gabrjel.
Palczewska mocno była zniecierpliwiona tą niemożnością, dowiedzenia się czegokolwiek od tajemniczego gościa. Zagryzła usta... przybrała minkę wesołą i udała bardzo zajętą być rozmową, która się toczyła przy stoliku. Tymczasem ktoś ją oderwał od Gabrjela — wzywając do zawyrokowania o następstwie tańców i godzinie, w jakiéj piknik pijących wody i zmuszonych wstawać o szóstéj miał się zakończyć. Pilawski odszedł na stronę. Zabawiono jeszcze z godzinę w miłem towarzystwie hrabiny, któréj dom miał tę rzadką własność, iż mimo najlepszego tonu, panowała w nim swoboda przyzwoita i każdy niewiele w nim chwil spędziwszy, przestawał czuć się tu obcym. Albert wziął za kapelusz wreszcie, a Pilawski który na to czekał, wskazał mu że jest w gotowości. Wyszli razem wyśliznąwszy się à l’anglaise. Według przyrzeczenia dawny towarzysz poszedł pod Różę na cygaro. Wstąpił tylko pod trzy gwiazdy po drodze, ażeby zmienić ciasny tużurek na wygodniejsze ubranie.
— A no! rzekł wszedłszy do mieszkania Gabrjela i wyciągając się wygodnie na kanapie pan Albert... który już był dokoła okiem rzucił i obejrzał się zręcznie. Cóż ty teraz porabiasz w świecie? Gdzie mieszkasz i gospodarujesz? Czy urzędujesz?.. bawisz się? Widzę książki, zostałżeś na utrapienie całego żywota literatem?
— Nie — ale zardzewieć się lękam i dla tego jak widzisz, czytam, uczę się — odparł Gabcjel. Nauka jest doskonałą zabawą.
— Jak to! anatomja na stole! A! to doskonale!
— Nie śmiéj się — w życiu i ona przydać się może.
Albert ruszył ramionami.
— Ani gospodarzem, ani urzędnikiem, ani literatem nie jestem.. po troszę spekulantem, podróżuję wiele, mieszkam w Warszawie.. Oto wszystko co ci o sobie powiedzieć mogę.....
— A majątek? zapytał z nienacka Albert.
— Majątek mój — odparł z namysłem Pilawski, nie wymaga innych z méj strony starań, nad dozór czujny z daleka.
Gdy to mówił Gabrjel, zdawało się Albertowi że każde z tych słów było pilnie wyważone.
Śledztwo nie szło — dalsze badania na razie stawały się nie darowanem natręctwem. Albert pomyślał sobie że przecież miał trzy dni czasu.
— Ale widzę z całego twego bytu i zasobu, rozśmiał się inkwirujący — że mimo tego naglądania tylko na majątek, masz się dobrze..
— O! to co mam dla mnie jest więcéj niż potrzeba — rozśmiał się Pilawski.. ojciec mi zostawił tyle iż mogę żyć bardzo dostatnio i swobodnie..
— I w jakich okolicach? zapytał natrętniéj gość.
— W królestwie mam wszystko — obojętnie zbywając go rzekł Pilawski i podał nowe cygaro..
— Zapal to — widzę że pierwsze nie dosyć dobrze ciągnie, wtrącił — przywiozłem cygara, które ci dam z Londynu, i zaręczam za ich Hawańskie pochodzenie.. Skosztuj tylko..
— A! to które palę wyborne! rzekł Albert ponuro... Rozmowa nie szła... nie było przedmiotu do niéj. Zaczęli się wzajem rozpytywać o towarzyszów rozpierzchłych co się z niemi stało. Mało o którym wiedzieli dokładniéj, Albert ziewał:
— Jak ci się moja kuzynka podobała? spytał.
— Bardzo, osoba pełna życia, młodości, dowcipu, prawdziwa iskra, od któréj nawet tak wilgotne towarzystwo jak nasze tutejsze zapalić się musi.
Zagadano jeszcze o tem i owem, Albert piqué au jeu, rozpoczął znowu zwolna pochód ku pożądanemu celowi.
— Masz dom piękny i ogród na wsi? zapytał.
— Na wsi nie mam ani domu ani ogrodu, rzekł Pilawski, ale dosyć ładny dom w mieście, gdzie też się urządziłem. Jest to jeden z tych rzadkich starych budynków stolicy, który ma kawałek ogrodu, drzew trochę i cienia.
— Masz stadninę — konie! boć konie lubić musisz...
— Nie choruję na koniarstwo, rzekł Gabrjel, trzymam parę koni, ale byle zdrowe były i wyglądały przyzwoicie,
— Jest to przecie szlachetna pasyjka.
Ipse dixisti, pasyjka, a ja wszelkich namiętności się wystrzegam.. i pomimo to mam dwie choroby..
— Aż dwie? jakie?
— Kupuję książki i lubię obrazy..
— Toś zgubiony! zawołał Albert — najbogatsi na to dwoje zrujnować się mogą.. Obrazy wolno tylko lubić Rotschildom, a książki profesorom... i bibliotekarzom. Zresztą wiesz, że książka zawsze to skielet życia i mumja myśli.. ja wolę życie i myśl latającą po świecie..
— Wiesz o gustach przysłowie — milczę..
Albert zamilkł także, w téj chwili rekapitulował w pamięci co mu się już zdobyć udało. Pilawski był majętny, bogaty, na wsi nie mieszkał, rodziców nie miał, nie gospodarował, miał dom w mieście.. z ogrodem, biblioteką i zapewne z obrazami.
Reszty rzekł sobie, dojdę jutro.. Powiedzieli sobie dobranoc i rozeszli się.


Nie będziemy nadużywali cierpliwości czytelników naszych, powtarzając im rozmowy dwóch dni następnych, pomiędzy Albertem i Gabrjelem. Obywatel dwu krajów, Poznańskiego i Galicji razem — obu ich mający przymioty i wady, człowiek rzeczywiście zręczny i praktyczny, mimo niepospolitego talentu jaki przy téj okoliczności rozwinął, mimo zabiegów, rzucanych zręcznie pytań.. śledzenia, podchwytywania, wyciągania, nie wydobył z bardzo spokojnego Pilawskiego ani słowa więcéj, nad to co mu pierwszego wieczoru powiedział. Zdawało się nawet, iż Gabrjel mimo niezmiernéj zręczności dawnego kolegi, miał się na ostrożności w odpowiedziach i jakby nieco urażony tą natarczywością zbywał go coraz zimniéj. Przyszło nawet do tego, że w ostatku odezwał się. Ależ mój drogi, jaki z ciebie inkwizytor nieznośny, — chcesz chyba, żebym ci mój charakter tabularny, książki, metrykę i legitymację sprowadził z Warszawy... Jeśli na teraz jest to potrzebnem w Krynicy, aby być przypuszczonym do towarzystwa.. przyznam ci się że wolałbym wyrzec się go, niż uledz takiemu despotyzmowi.
Albert począł się tłomaczyć, przepraszać i w śmiech to obrócił — trzeciego dnia zdał sprawę kuzynce..
— Przy największéj pobłażliwości mojéj, dla twéj kieszeni, uśmiechając się zawołała pani Emilja, nie będę taić przed tobą, żeś w mojem przekonaniu na głowę pobity i że przegrałeś zakład.. najzupełniéj. Ja pierwszego wieczoru tyle wiedziałam co ty... Cóż wiesz? coś się dowiedział? nic. Jakże, proszę cię, chodzisz do niego, przeglądasz na stoliku.. widzisz papiery, nigdzie ani herbu, ani koperty, ani denuncjującego świstka nie znalazłeś? Pozwól sobie powiedzieć żeś się do funkcji, jaką ci powierzyć raczyłam, wcale nie zdał i — urządzisz nam podwieczorek w Warszawskim hotelu..
Wyrokowi temu przytomnym był pan Karol Surwiński, który wścibił się gdy mógł — wszędzie. Hrabina zresztą nie czyniła tajemnicy z całéj sprawy.. Stary kawaler ucieszony był niewymownie iż go nie ubieżono.
— Niech pani hrabina będzie pewna... że ja mam słuszność.. nie wiem wprawdzie nic — ale węch!! Węchu mi nikt nie zaprzeczy.. To jest incognito, wielka figura.. Z powodów familijnych no.. nie wiem jak i co, ale to potomek wielkiego rodu.. Niech pani dobrodziejka przypatrzy się jego nosowi. Co za nos! Takiego nosa nie ma nikt prócz uprzywilejowanych rodzin.. Nasze nosy to są kartofle, proszę pani, to są guzy, to są naroście.. Niech pani zobaczy jaki to nos szlachetny.. jakie nozdrzów rozdarcie.. jaki garb wspaniały, jakie linje i proporcje..
Hrabina padła na kanapę śmiejąc się do rozpuku tak ją ten nos ucieszył. Baronowa Ormowska chciała za tę mowę o nosie pocałować Surwińskiego, od czego się skromnie wymówił. Lusia i Musia wybiegły do drugiego pokoju, tak się zanosiły. Surwiński który powodu do śmiechu nie widział, był nieco dotknięty tem, że co on z największą serją wyrzekł, wzięto płocho i wyszydzono.
— Ależ, panie Surwiński — począł Albert, całe życie człowiek incognito chodzić nie może. Znałem go w uniwersytecie Pilawskim.
— No, to co? podchwycił Surwiński — to co? właśnie potomkowie wielkich rodzin zrzucają ten ciężar idąc na uniwersytet, to imię, któreby odstręczało od nich i utrudniało stosunki. Możeż być co logiczniejszego? To wiem z pewnością że książę.. jakże się nazywał.. zapomniałem ale mniejsza o to — dzieci wyprawiając do Bonn, tytułu im zakazał używać i prostemi baronami ich kreował na czas edukacji... Mógł więc i ten nasz.. nieznajomy być w uniwersytecie Pilawskim. C’est un nom de guerre.. ale to nie jest jakiś tam Pilawski.
Wszyscy się śmieli, Surwiński gniewał prawie.
— Zresztą, rzekł, trzeba raz z tem skończyć — ja idę prosto do celu. Od niego państwo się nic nie dowiecie, bo widocznie mówić nie chce... Innego postanowiłem użyć sposobu. Towarzysz mój wojskowy pułkownik Fiszer mieszka w Warszawie, piszę do niego. Zna całe miasto... Zeznał p. Pilawski ten mniemany, iż w Warszawie mieszka, zobaczymy.. przekonamy się. Że w tem tkwi tajemnica — dodał gorąco Surwiński, daję słowo i rękę..
— Czynisz go awanturnikiem — przerwała hrabina — gdzież dziś kto widział, aby ludzie po świecie pod cudzemi nazwiskami chodzili? do czego? na co?
— W wielkich familjach są sprawy, okoliczności, zawikłania, wymagania, których my ludzie pospolicie wcale nie rozumiemy, dodał uparcie Surwiński. — Piszę do Fiszera i odpowiedź jego będę miał honor zakomunikować.
Surwiński wyszedł, ale po ucieczce jego, długo jeszcze rozprawiano i cieszono się tym nosem... Tym czasem nadszedł dzień pikniku, od tak dawna oczekiwanego...
Młodzież usiłowała wystąpić tem bardziéj, iż wymagania hrabiny były wielkie — starano się więc zadziwić, nawet ją... Posłano po kucharzy, po cukry, po wina, po ciasta, gdzie tylko zasłyszano iż je dostać było można. Salę starano się wykokietować, wystroić, wykadzić, wygładzić... a dowódzcy tańców i generałowie kotyljonów z przejęciem się obowiązkami swemi, zabierali się do kierowania zabawą. W przeddzień już, zaproszenia ostateczne gospodarze rozesłali. Gdy nadeszła koléj na panią i pannę Domską, które widywano czasem z panią Jaworkowską mówiącą po słów kilka, a z Gabrjelem na przechadzkach, komitet naprzód zasięgnął zdania i wiadomości przezacnéj choréj. Pani Jaworkowska wolałaby była na ten raz mieć fluksję, reumatyzm i migrenę, niż znaleść się w położeniu tak niesłychanie drażliwem i przykrem. Nie mogła zataić i brać na siebie odpowiedzialności za nieszczęśliwy tytuł przyjaciołki.. marchande de modes. Z drugiéj strony wyrzec ten potępiający wyrok na biedną kobietę nie miała serca.. w razie przemilczenia, gdyby towarzystwo krynickie zkąd inąd późniéj, wypadkiem doszło kto była pani Domska!! A nużby w nieświadomości stanu rzeczy hr. Żelazowski zaprosił pannę Elwirę do tańca? Nużby hr. Palczewska siedziała na jednéj kanapie z modniarką, nużby ją baronowa Ormowska potem zaprosiła do siebie.. nużby, nużby...? Pani Jaworkowska truchlała zastanawiając się nad następstwami!. Utaić prawie nie było podobna! Powiedzieć otwarcie — było zabić nieszczęśliwą Domską i jéj córkę.. które chociaż unikały rozumnie towarzystwa, ale nie doznawały przynajmniéj od niego upokorzenia.. W razie gdyby wyraz ten piętnujący nieszczęśliwe kobiety rozszedł się z ust do ust — nie pozostawało im jak chyba wyjechać precz z Krynicy...
Zresztą i pani Jaworkowska, któréj stosunki z temi paniami poszlakowano, w razie spowiedzi zupełnéj sama by się znalazła w nader przykrem położeniu, bo ją widywano poufale rozmawiającą, a w hotelu pod Różą wiedziano, że te panie znały się bliżéj i bywały u siebie. Pomimo więc wielkiego strachu ażeby się prawda nie odkryła, zagadnięta pani Jaworkowska znalazła się z wielkim taktem i zręcznością.
— Panią Domską, rzekła, znałam młodą panienką na pensji, gdzieśmy z sobą kolegowały.. Wiem że jest córką bardzo szanownego obywatela, właściciela ziemskiego.. który majątek wprawdzie stracił w końcu. Za kogo potem poszła.. jaka jéj sytuacja nie wypadało mi pytać... bo...
— Ale jak tylko tak jest..
— Ja nie wiem.. może być, że z powodu ruiny ojca, jaki niewłaściwy związek zawarła.. o tem nie wiem, istotnie nie wiem.
— Ale cóż to do kogo należy?
Skończyło się tedy na tem, że na pana Pilawskiego młodzież włożyła obowiązek zaproszenia tych pań. — Gabrjel z chęcią się podjął poselstwa, do którego także nastręczał się Surwiński.. Plotka puszczona cichuteńko przez Hercegowinę, mimo, że ją sobie z ust do ust podawano, i że poparta była imieniem Mamrotha, którego urzędowe stanowisko znali wszyscy — nie czyniła wielkiego wrażenia. Niedawano jéj wiary zbadawszy źródło, znano bowiem starą dewotkę z jéj złośliwego języka.
Pilawski opatrzony w bilet i plenipotencję, korzystał z nich, aby o niezwykłéj porze, zastukać do drzwi pani Domskiéj. Pomimo, że się bronił jak mógł uczuciu rodzącemu się dla Elwiry, było ono już na tym stopniu rozwiązania, że rozumowi z sobą mówić nie dawało — Pilawski bronił się słabo, a chodził do Domskich jak mógł najczęściéj. Oczy panny Elwiry przyjmowały go bardzo dobrze, ale matka — i sama panna nader zimno, nie tylko go nie starano się zachęcić i ośmielić, ale pani Domska czasami zdawała się chcieć mu dać do zrozumienia, iż niewłaściwe czynił kroki. Domska jak wszyscy prawie w Krynicy była przekonaną o Pilawskim, iż zajmował w obywatelstwie miejsce znaczące, miał rodzinę bogatą, stosunki świetne.. Matka więc rada go była zawczasu oddalić od córki, będąc pewną iż zbliżenie do niczego nie doprowadzi, prócz zawodu i cierpienia, a upokorzenia Elwiry. Że Pilawski tę oziębłość wcale znowu inaczéj sobie tłomaczył, pojąć łatwo. Widział oznaki zamożności otaczające te panie i był pewien, że matka dla Elwiry szukać będzie człowieka z tytułem, z imieniem.. ze stosunkami jéj własnym odpowiedniemi.
Zrażony tem nieco pan Gabrjel — trzymał się na wodzy, nie posuwał ani na krok daléj.. wyraźnie okazywał iż panią Domskę zrozumiał — a mimo to Elwiry oczy przyciągały, gdy się na chwilę spotkał z niemi na przechadzce i przemówił, dawał się opanować urokowi jéj i zapomniał o najmocniejszych postanowieniach. Rad więc bardzo, że mu powierzono zaproszenie, pan Pilawski zapukał.. Zastał Elwirę samą, gdyż matka znużona położyła się była, towarzyszyła jéj tylko córeczka Jaworkowskiéj, która jak mogła najczęściéj przybiegała do Elwiry, zaprzyjaźniwszy się z nią bardzo. Grały w piłkę gdy wszedł Gabrjel. Elwira zawstydziła się dziecinnéj zabawki, gość rozśmiał się, dziecko także mające już pretensje słusznéj panny przy obcych, schowało co najprędzéj tę nieszczęśliwą piłkę..
— Nie tylko nie przeszkadzam — zawołał z progu Pilawski, ale jeśli przyjęty zostanę, pomogę...
Panienka schowała się do kątka.
Przychodzę w poselstwie, odezwał się gość, przynoszę paniom w imienia młodzieży na piknik jutrzejszy bilet zapraszający, a zlecono mi ażebym ustnie poparł go jak najusilniejszą z méj strony prośbą, by panie zabawę tę obecnością swoją zaszczycić raczyły..
Elwira spuściła oczy — zawahała się.
— Chociaż prawie pewną jestem, że mama na pikniku być nie może, bo jest cierpiącą — a ja w żaden sposób i z nikim bez niéj być bym nie mogła — jednakże ażeby się to nie wydało samowolą z méj strony, pozwoli pan...
Z biletem w ręku wybiegła do drugiego pokoju. Dzieweczka pani Jaworkowskiéj zostawszy na chwilę gospodynią, wyprostowana, poważna aby zatrzeć kompromitującéj piłki wspomnienie, jęła się przechadzać przekonywając ruchami i postawą pana Gabrjela, że wcale już dzieckiem nie była. Przechodząc około zwierciadła spoglądała w nie i dziwiła się jak była uroczyście słuszną i stateczną osobą. Na chwilę nawet, nie wiedząc jak zawiązać rozmowę wzięła książkę ze stolika i poczęła ją przerzucać z wprawą czytelniczki nałogowéj, oczy jednak po nad książką śledziły wrażenie jakie dobrze odegrana rola, czyniła na pięknym młodzieńcu.. Scena ta nie trwała jednak długo z wielkim żalem artystki i widza, wprędce bowiem weszła panna Elwira z biletem w ręku.
— Byłam pewna, że mama nie może być na wieczorze — rzekła — doktór wyraźnie jéj zakazał, ja nie pozwolę, a sama bez niéj być nie mogę.
— Przecież z mamą.. z moją mamą.. wrzuciła śmiało Jaworkowska.
— Ale z nikim w świecie, gdy matka w łóżku i cierpiąca, przerwała Elwira — za nic w świecie!! Racz pan podziękować za pamięć o nas, przeprosić bardzo... i... już nic więcéj..
Pilawski spojrzał smutny na Elwirę.
— Czy to jest nieodwołalne? spytał. Przyznam się pani, że lękam się aby wina niepomyślnego poselstwa nie spadła na mnie. Młodzieży tańcującéj mamy dosyć, panien jest nie wiele.
— Ale ja — prawie nie tańcuję — zawołała Elwira.. moja przyjaciołka — wskazała na małą Jaworkowską — wyręczy mnie z ochotą i zapałem. — Dzieweczka się zarumieniła.
— Stanowczo więc? — spytał Gabrjel.
— Nie będziemy bo być nie możemy..
— Towarzystwo jest bardzo miłe, ożywione, najlepszego tonu.. rzekł Pilawski... i — jeśli panie wstrzymuje obawa...
Elwira zarumieniła się strasznie — Nas? obawa?.. zmiłuj się pan... na myśl to nam nie przyszło...
Pomimo otrzymanéj odprawy, Gabrjel, który czuł i wiedział, że panna Elwira swobodniejszą z nim daleko była pod niebytność matki, radby był pobyt swój przedłużyć — rozmowę przeciągnąć — na nieszczęście nie znajdował powodu.
— Mam pani służyć jaką książką? zapytał.
— O! Dixona jeszcze nie skończyłam.. a Dumas’em trochę się dławię.. dziękuję panu.
— Jest rzecz dziwna, wtrącił Gabrjel — że mimo niepospolitych talentów pisarzów ostatnich lat, żadna ich książka nie obchodzi, nie przyciąga, nie zajmuje tak jak niedawne jeszcze dzieła téj epoki naszego wieku, która była jakby odrodzeniem ducha.
— Téj epoki ja niepomnę — odparła Elwira — pan także zapewne nie żyłeś w niéj, lub nie czułeś że żyjesz... ale porównywając to co około 1830 roku wyszło z tem co wychodzi 1866 — czuć że tamto byli artyści, a to są rzemieślnicy po troszę. Technika została.. natchnienie upadło... W tamtéj chwili w coś wierzono.. dziś my, w nic.. oprócz naszego smutku...
— To prawda — szepnął Pilawski.. zmęczyli się wszyscy — wyżyli.. odpoczywamy...
Gabrjel widocznie szukał pozoru tylko do dłuższéj rozmowy. — Nie chce pani zamówić sobie godziny fortepianu w Warszawskim hotelu?
— Dziękuję, mówiłam panu — muzyka w danéj godzinie jest dla mnie — niemożliwą.
— Ale tęsknota za fortepianem...
— Przeżyć ją potrzeba — jak wszystkie tęsknoty...
Pilawski musiał choć niechętnie się pożegnać, podali sobie ręce, które się ledwie zetknęły, lecz oczy Elwiry pełne wyrazu, smutne, mówiące, spotkały się z jego oczyma i powiedziały mu — do widzenia!
Zaledwie Pilawski odszedł, wbiegła niespokojna pani Jaworkowska, która pana Boga nawet samego prosiła w duchu by natchnął Domską — a dał jéj myśl nieprzyjęcia biletu — odmówienia. Nieśmiała się tego spodziewać.
— Moja Elwiro — rzekła chwytając ją za rękę, no cóż? no co? był pan Pilawski z zaproszeniem? nieprawdaż?
— Tak jest..
— No i cóż? i cóż? proszę cię, jakżeś się zdecydowała?
— Wie mama, podchwyciła córka — ja za Elwirę mam tańcować, proszę się jéj spytać saméj..
— Odmówiłyście? jakto? z nietajoną radością zawołała przyjaciołka — dla czego?
— Mama chora — a ja sama być nie chcę i w chwili gdy ona cierpiąca ani bym mogła..
Przyjaciołka aż w czoło ją pocałowała..
— Rzeczywiście — lepiéj nie mogłyście zrobić. — Choroba, niedyspozycja.. i po wszystkiem.. Ja także nie wiem czy będę na pikniku, choć mi doktór ruch zaleca.. Nie jestem zdrowa, pootwierają okna będą przeciągi.. gorąco.. Nie, — nie mogę.. nie pójdę, albo tylko na chwilę, pour faire acte de présence...
— Ale ja muszę być — odezwała się dzieweczka, aby za Elwirę tańcować..
Na to nie było odpowiedzi, Jaworkowska poszła do pokoju przyjaciółki powinszować jéj tego taktu z jakim się znaleść umiała. Łatwo się domyśleć, że choroba pani Domskiéj była umyślna w istocie. Biedna kobieta czuła fałszywe położenie.. i korzystać nie chciała z tego iż jéj nieznano..
— Jaka ty jesteś rozumna i — poczciwa! zawołała Jaworkowska, jak to dobrze, że ty tam nie idziesz.. Spojrzała — Domska w oczach miała łzy.


Piknik jakkolwiek pozbawiony kilku pań na których współudział rachowano, pod berłem hrabiny Palczewskiéj rozpoczął się bardzo wesoło i świetnie.. Na kilka godzin przed nim, zaręczały głośno chore i zdrowe tancerki że nie mają ubrań, że wcale występować nie myślą, że u wód strój powinien być jak najskromniejszy itd. itd.  pomimo to jednak gdy poczęły wchodzić na salkę oświetloną a giorno (chociaż stearyną) okazało się, że w tych ubraniach mogłyby były wystąpić w Krakowie pod Baranami i we Lwowie pod Kawkami. W pierwszéj téj chwili zapaśnice naprzód rozpatrywały się w sobie i uśmiechały z zadowolenia lub z zazdrości.. a gdy... choć nieosobliwa.. zabrzmiała muzyka.. serca młode zadrgały, młode nóżki tupnęły. Do tańca..! do tańca! Hrabina Palczewska miewała różne fantazje — bywały lata że nie tańcowała wcale udając starą i znużoną, potem skakała zapalczywie choćby dnie i nocy z rzędu. W Krynicy nie miała ochoty. Czy na to nie wpłynął objawiony głośno przez Pilawskiego wstręt do tańca. Nie jesteśmy pewni — ale — złe języki już upatrywały pomiędzy dwojgiem zawiązek czulszych stosunków. Myliły się one biorąc grzeczność Gabrjela za zajęcie hrabiną, a może — ciekawość pani.. za początki serdecznéj skłonności. Szeptano sobie, iż na panią Emilję przyszedł nareście dzień przeznaczeń.. wyroków.. stanowczy. Lucia i Musia, a nawet stara Ormowska dodawały, że nos pana Pilawskiego ją oczarował... Grejfer, który miał nadzieję nadziei podobania się, zwrócił się jakichś zasięgnąwszy tajemnych informacji — ku pannie Domskiéj. Potrafił się wcisnąć do niéj i nadzwyczaj był nadskakujący, obie panie wszakże odpowiedziały mu grzecznym a wyrazistym chłodem, który on sobie zwyciężyć postanowił. Jednym ze środków przez niego dobranych było, że od rana do wieczora, ilekroć spotykał i mówił z paniami, częstował je swemi stosunkami poufałemi z arystokracją. Wybór nie był nader trafny, lecz Grejfer ten sposób uważał za panaceum powszechne i nigdy szkodzić nie mogące. Na ten raz było ono wszakże — szkodliwem.
Nie bez przyczyny młodzież lubi bale i tańce... nie mówiąc już o przyjemności skakania i popisu zręczności, siły, postawy... w téj wrzawie balowéj pospolicie z największą łatwością rozmawiają z sobą ci co gdzieindziéj poufale, serdecznie zbliżyć się nie mogą. Zapał zabawy, upojenie dodaje odwagi i usta śmieléj wymawiają wyrazy, których by w biały dzień w chłodny czas wyrzec się nie ośmieliły. Z tych zabaw wynoszą się owe na piersiach potem piastowane pamiątki, drogie rękawiczki podarte.. zeschłe kwiatki bukietów, kawałki wstążek i wonne chusteczki niepoczciwie skradzione.. Tak bywało dawniéj, i dziś jeszcze u niejednego siwego a zgarbionego jegomości chowają się pod kluczem owe zabytki przeszłości, z których przy inwentarzu pośmiertnym śmieją się krewni i kanceliści. Czy teraźniejsze pokolenie, praktyczniejsze nierównie od tych co je poprzedziły, pójdzie za przykładem przodków.. wątpimy... Inaczéj się ono wychowywało a ta cześć kobiety — ideału, ta miłość Mickiewiczowska i Schillerowska.. osiemnastoletnim aspirantom do egzaminu maturitatis wydaje się śmieszną.. późniéj mowy być o niéj nie może. W dwudziestym roku młodzieniec jest mężem stanu i pozytywistą... marzy o reformie społecznéj, a niewieście nadawszy emancypację, traktuje ją jak dobrego kolegę, z którym nie potrzebuje robić ceremonji. Nie przesadzam wcale, jest tak, a czy na tem młodość zyskała, kobieta, człowiek.. rozwiązywać nie będę. Wpadłem nawet w rozprawę tę niezupełnie potrzebnie, bom chciał tylko wytłomaczyć w jaki sposób hrabina Palczewska, która dotąd nie miała zręczności bałamucić Gabrjela, bal właśnie i najliczniejsze zgromadzenie wybrała ku temu celowi. Wiedziała bardzo dobrze iż wszyscy czemś innem zajęci, wcale na nią uwagi zwracać nie będą. Wytłomaczyła się od tańca bólem głowy i bezsilnością jakąś. Gabrjel nie tańcował też, tylko wybierany do figur, z musu. Pokrążywszy chwilę i szukając sobie miejsca, hrabina zbliżyła się sama do niego.
— Jak to dobrze, że pan nie tańcujesz! rzekła — mam kogoś do rozmowy...
— A! najniezdolniejszego w świecie — zaśmiał się Gabrjel, wszyscy moi przyjaciele oddają mi tę sprawiedliwość, że nie umiem prowadzić rozmowy.
— Po cóż ją prowadzić? przerwała Emilja — jeśli ona nie idzie sama, niańka nic nie poradzi. Probujmy — mnie się zdaje, że przy takiéj obfitości przedmiotów..
— A! pani! czy się w to liczą i stroje dam? spytał Pilawski — w tych rzeczach nie jestem kompetentny.. a wiem że świętokradzcą się zowie, kto śmie kobietę oskarżyć że się ubrać nie umie...
— Patrz pan nie na stroje. Spójrz na twarze.. na uśmiechy.. na przyciągania i odpychania objawiające się w tłumie.. na wrażenia tańca.. na.. a! zmiłuj się pan, widoków zajmujących bez miary..
— Ale pani zamiast tak zimno się im przypatrywać, powinna byś raczéj napić się z téj czary..
— A! aż do mętów z niéj piłam, fusy na dnie..
— Jak wszędzie..
— Nie wszędzie.
— Gdzież ich nie ma?
— Gdy powiem nie uwierzysz mi pan.. bo to co powiem jest do mnie niepodobne — a jednak będzie to wyraz najrzeczywistszy méj duszy.
Pilawski spojrzał zdziwiony, hrabina przybrała minkę poważną.
— Wszystko to są dzieciństwa... preludja życia.. przegrywki do szczęścia lub niedoli.. Raz kiedyś zacząć żyć trzeba na serjo. Jam dotąd grała preludia.. chciałabym.. rozpocząć wielką Sonatę.. moich przeznaczeń.. Jestem wdową, ale mogę powiedzieć że nie byłam prawie mężatką. Wydano mnie dzieckiem za mąż.. parę lat tego związku pamiętne mi są tylko sukniami które nosiłam i brylantami w które się ubierałam. Wdową wróciłam prawie do dziecinnych lat.. ze swobodą emancypowanéj kobiety.. Wolno mi było zaglądać we wszystkie kątki życia... bawiłam się... znudziłam. Dosyć tego..
— A zatem, rzekł Pilawski, pozostaje tylko.....
— Ja panu powiem, je ne suis pas béguile, pozostaje mi zakochać się mocno i pójść za mąż, a potem być albo zawiedzioną i nieszczęśliwą, albo.. bardzo, bardzo szczęśliwą... Wszak mi się to należy?
Pilawski nic nie odpowiedział, spojrzała nań. — Co pan na to?
— Przestraszony jestem, żeby kto oprócz mnie nie posłyszał tych wyrazów i nie wziął ich na serjo.. mógłby...
Pani Palczewska ruszyła ramionami.
— Bez niebezpieczeństwa mogłabym je powiedzieć głośno. Niechby się starali wywołać moją miłość, ale powiedz mi pan, sąż to ludzie do kochania? Lalki, komedjanci, — przepraszam pana, czubate dudki, człowieka nie widzę..
To mówiąc zwróciła oczy na Gabrjela, spojrzała nań straszliwie — i zamilkła..
Pilawski jakkolwiek młody, był niezmiernie oględny i wyraziste wyznanie hrabiny wziął za fantazję... za wyskok oryginalny — nic więcéj. Była czarującą — ale razem straszną. Śmiałość jéj, szczerość, energja czyniły ją uroczą.. a mimo to przerażały. Wzrok był jakby potwierdzeniem słów, wywoływał odpowiedź..
— Pani, rzekł zwolna Pilawski, między ludźmi mało jest rzeczywistych ludzi, a najmniéj tych coby byli niemi logicznie życie całe.. Chwilami słabniemy wszyscy. Szukając ideału można go nigdy nie znaleść.
Mais je suis de bonne composition — odezwała się Palczewska, nie żądam od człowieka więcéj nad to, by choć pięć minut był idealnym. Mało kto i to potrafi. Więcéj powiem, udawać go nawet nie umieją i nie silą się. Patrz pan, dodała. Każdy z tych panów, nie wyjmuję i panie ani chcę wyjątku dla siebie, ideał swój nosi wypisany na całéj postaci... bo naturalnie każdy się sili pojęcie o nim na sobie urzeczywistnić. Gdybym się nie obawiała, abyś mnie pan poczytał za bardzo złośliwą, zrobiłabym przegląd całego koła naszego, aby panu pokazać jak nędzne są ideały tych panów.
Dajmy temu pokój. Bez pochlebstwa, pan przynajmniéj wyglądasz na szanującego siebie i każącego się szanować człowieka, na istotę myślącą, poważną a nie obawiającą się rozśmiać, żeby nie spadła z piedestału.. ci zaś!
Pilawski ręce załamał. — A! pani hrabino — na Boga, proszę sobie nie żartować ze mnie! Ja nie mam najmniejszéj pretensji uchodzić za coś innego jak za bardzo pospolitą istotę, chodzącą po ziemi i podległą wszystkim ziemskim słabościom.
— Ja także! zawołała hrabina — widzisz pan, że moją jedyną cnotą to, że nic nie udaję, że jestem taką jaką mnie Bóg stworzył... I dla tego może, ludzie nawykli do szukania czegoś skrytego w każdym, we mnie domyślają się jeszcze więcéj niż widzą.. zatem.. okropnych rzeczy. Przysięgam panu że się mylą. Mam tę wadę tylko, że nie mając co z życiem zrobić bawić się chcę, i tę dziką pretensję że radabym być szczęśliwą...
Pilawski był jak na mękach słuchając tych zwierzeń, nie pochlebiał sobie, by one więcéj jaki cel miały nad chwilową rozrywkę i zakłopotanie młokosa, ale mu było z tem jakoś dziwnie przykro — nie wiedział co odpowiadać, Ochłonął wreście mówiąc sobie — trzeba oddać szczerością za szczerość.
— O szczęściu, rzekł, tyle jest chodzących po świecie plotek, że nie wiedzieć czemu wierzyć. Z porównania ich wszystkich wyciągnąć można tylko ten pewnik, że szczęście acz rzadko zjawia się, ale kwitnie krótko i podlega łatwo zniszczeniu.
— Choćby było krótkie — byle go skosztować! odpowiedziała hrabina. Od młodu nam nabijają niem głowę.. A pan? wierzysz w nie?
— Nie myślę o niem.. rzekł Pilawski.. mam to przekonanie, że człowiek dopiero postrzega że był szczęśliwym, gdy nim być przestaje.
— Zdaje mi się, żem to gdzieś czytała? rozśmiała się hrabina.
— Nie zaręczam czym się nie zapożyczył, choćby z greckiéj antologji, rozśmiał się Gabrjel. Człowiek już teraz nic nowego wymyśleć nie może.
Wybrano hrabinę do figury, poszła znudzona widocznie dając szal do trzymania Pilawskiemu, co obudziło wiele zazdrości i szepty wywołało.. Wróciła wkrótce przeszedłszy po sali i na nowo rozpoczęła rozmowę. Była ona prowadzoną jak część pierwsza w tych ogólnikach o życiu i świecie, które nieznacznie najwięcéj powiedzieć dozwalają, pozornie nic prawie nie mówiąc, Pilawski odpowiadał tylko, trzymał się na wodzy i widocznie nie dawał upoić ani wzrokiem, ani słowem, ani nadzwyczajną publicznie mu okazywaną łaską, która by innemu głowę zawróciła. Hrabina to postrzegła — ten człowiek musi być już zakochany, rzekła w duszy do siebie — ale choć trochę trudniéj zdobyć twierdzę zajętą.. nie myślę rozpaczać, żeby mi się to udać nie miało.. mam za sobą bardzo wiele, jeśli się kocha w panience.. to jako wdowa mam więcéj swobody ruchów, słowa, i broń któréj tamta użyć nie może.. Zobaczymy..
— Kochałeś się pan kiedy w życiu? zapytała nagle kończąc rozmowę.
— Ja? rzekł drgnąwszy mimowolnie Gabrjel — o! pani to pytanie, które tylko spowiednikowi zadać wolno i na które się nawet spowiednikowi odpowiada czasem nie zupełnie szczerze. Któż się nie kochał? Ja w Wenerze z Milo, w Madonnach Rafaela, w Mignon Goethego, w Beatrysie Dantejskiéj.
— No — i w garderobianie mamy? przerwała śmiejąc się hrabina..
— Nie!
— To w kuzynce?
— Nie, bom nigdy jéj nie miał..
— A w kimże?
— Jeśli potrzeba gorączki i nadziei ażeby scharakteryzować to uczucie, nie kochałem się nigdy — marzyłem na różne temata.. i to była moja miłość.
— Artysty — a jako człowiek, miałeś pan choć namiętności? To pytanie było już tak dziwnie zuchwałe, że Gabrjel zdrętwiał i zamilkł. — Hrabina ramionami ruszyła.
— Widzę żeś się pan przeląkł. Prawda, aleś może nie zrozumiał mnie. Jesteś tak zimnym doprawdy, że go zaczynam posądzać o komedją chłodu.. Umyślniem tu żarzący węgiel rzuciła na lód.. cóż pan na to?
— Będę otwartym, rzekł Gabrjel.. od namiętności broniły mnie uczucia. Marzyłem i nie miałem czasu szaleć.
— A marzenie nigdy nie przeszło w szaleństwo, ani uczucie w namiętność?
— Dotąd — nie, odparł Pilawski. Wynikło to po części zapewne z mego — tu się zająknął — z mego trochę excentrycznego położenia towarzyskiego, iż do życia nie jestem śmiały... patrzę, uczę się go — wystąpić nie mam ochoty.
Z niezmierną ciekawością kończyk téj nici Ariadny pochwyciła pani Palczewska.
— Wspomniałeś pan o nieco ekscentrycznem położeniu swojem, czy godzi się pytać o bliższe objaśnienie téj zagadki? — podniosła oczy hrabina i zobaczyła Gabrjela bladym jak ściana, drżącym, zmięszanym, w postaci winowajcy którego na ścięcie prowadzą. Uderzył ją ten zbolały wyraz twarzy, te usta na pół otwarte z których słowo się dobyć nie mogło..
— Co panu jest? zawołała przestraszona..
— Mnie? — nic — gorąco w sali — cicho odezwał się Gabrjel, przepraszam panią hrabinę.. zupełnie nic! to już przechodzi.. ale niech mi wolno będzie na zadane pytanie nie odpowiedzieć..
Na tem skończyła się rozmowa.. Hrabina spuściła głowę, zamyśliła się — zrozumiała, iż w życiu tego człowieka było w istocie coś czego zdradzić nie chciał, wyznać nie miał siły, ale cóż to być mogło? Zbrodnia? ohydne wspomnienie..? wina rodziców? Nie mogła w mętnych przypuszczeniach wpaść na żadną myśl jaśniejszą.. Tymczasem piknik coraz się ożywiając, rozpasując, można powiedzieć szałem ogarniał tancerzy.. Pani Palczewska jakby z rozpaczy rzuciła się w wir taneczny z całą gorączką sobie właściwą.. Obejrzała się nie rychło, szukając oczyma Pilawskiego. Nie było go, usłużny kuzyn doniósł, iż mu duszne zaszkodziło powietrze i poszedł do domu. W istocie Gabrjel chodził po samotnéj uliczce około źródła zamyślony, smutny, z zarzuconemi w tył rękami.. marzenia tłumem zwijały mu się po bolącéj głowie... i wzdychał. Miał lat dwadzieścia kilka!!


Piknik sam z siebie był bardzo świetnym, ale miał i tę dobrą stronę, że nimby się na drugi zdobyto, obfitéj dostarczył treści do rozmów, opowiadań i domysłów. Pomimo zajęcia tańcami uważali wszyscy bardzo dobrze, długą i ożywioną rozmowę między hrabiną a panem Pilawskim. Postrzeżono iż Pilawski po niéj wysunął się wcześnie, a hrabina nagle jakoś rzuciła się do tańca, choć zrazu oświadczyła iż tańcować wcale nie będzie. Pilniejsi badacze humorów, meteorologowie dusz ludzkich, zauważali nazajutrz mimo wesołéj zabawy, chmurkę niezwyczajną na czole hrabiny, która uparcie powiększała się do wieczora, nie znikła nazajutrz i pozostała, zagrażając jakąś na tem niebie pogodnem dotąd nadzwyczajną zmianę. Grejfer badał jakie będzie zachowanie się Pilawskiego, ale w nim najmniejszéj nie znalazł jawnéj różnicy.

Dobrych dni kilka zeszło na przygotowaniach do drugiego wydania pikniku, które miało być powiększone i poprawne przez autorów. Wodę wypijano ze źródła jak zwykle, deszcz przekrapiał codzień, zabłacano się na nigdy prawie nie wysychającym deptaku — rzeczy szły trybem powszednim, gdy około południa jednéj niedzieli, zameldował się hrabinie z uroczystą jakąś miną pan Karol Surwiński. Pani Emilja siedziała nad książką dosyć znudzona. Gdy wszedł, złożyła ją z rezygnacją, spodziewając się że gość będzie jeszcze od książki nudniejszym i zacznie od deszczu.
P. Karol siadł. Na twarzy jego malowało się trochę niecierpliwości, hamowanéj dla przyzwoitego znalezienia się. Zagaił pytając o zdrowie, doniósł że pani Jaworkowska cierpi na okrutną fluksję, że Ormowska pogniewała się na Lusię, za niezręczne znalezienie się na pikniku, że pani Domska znowu od dwóch dni nie wychodzi, że ks. biskup Łętowski — przyjechał itp.
— Ale ja czuję, że pan mi masz coś innego do powiedzenia, i wybierasz się.. zbyt długo... czytając przedmowę. Przystąp do rzeczy! zawołała przenikliwa hrabina.
— Jakże się pani mogła tego domyśleć? zapytał zdziwiony niezmiernie stary kawaler. Chyba już pani co wie? Ale zkąd! i jak? bo słowo honoru daję, jednéj pani Ormowskiéj....
— Nic nie wiem, baronowéj nie widziałam.. czytam z twarzy waszéj panie Karolu.
— Z mojéj twarzy? proszę! proszę! rzekł ramionami ruszając p. Karol, ale pani chyba jesteś jasnowidzącą!
— Trochę, czasem.... rozśmiała się pani Palczewska — ale mów i nie cedź.
Surwiński przybrał twarz uroczystą, zwolna założył prawą rękę za surdut, dobywając coś z kieszeni i począł obejrzawszy się.
— Nie lubię rzeczy robić przez połowę, rzekł, gdy postanowię co, dotrę zawsze do gruntu. Otóż w sprawie tajemniczego p. Pilawskiego, powiedziawszy sobie że napiszę do Warszawy, napisałem.
Spojrzał na hrabinę, któréj oczy w istocie zapłonęły ciekawością, przysunęła się do niego i niecierpliwie wyciągnęła rękę.
— Daj że mi list — daj mi go.
— Za pozwoleniem hrabiny — ja go sam przeczytać będę miał honor, odparł zwolna Surwiński, szukając po kieszeniach zapomnianych okularów.
— Ależ nudzisz, nudzisz krzyknęła Palczewska.
— Przepraszam, inaczéj być nie może — trzeba systematycznie, systematycznie rzecz prowadzić, dodał z flegmą Surwiński. Fiszer, jak zdaje mi się, miałem szczęście już mówić pani hrabinie — człowiek jest — godny, zacny, szanowany powszechnie, a że od wielu lat zamieszkuje w stolicy, i ma stosunki we wszystkich kołach.. mógł więc dać mi informację najwiarogodniejszą, na któréj całkowicie polegać się godzi.
— Człowiecze, nie męcz że mnie! tupiąc i bijąc ręką o stół — wołała gospodyni — cóż pisze? co pisze?
— Przepraszam, rzekł urażony Karol chowając list napowrót do kieszeni. Nie mogę tak trzpiotowato, ni w pięć ni w dziewięć, coś rzucić.. niezrozumiałego. Nadto panią hrabinę szanuję i wiem co się jéj ode mnie należy..
— Nie szanuj a nie nudź! stary gaduło!
Surwiński wstał zupełnie obrażony.
— Ale jeśli tak..
— No — milczę, siedź, gadaj — słucham i milczę — powiem ci tylko żeś — nieznośny — słucham.
Pan Karol usiadł, rozkładał okulary zwolna.
— Rzecz się tak miała — rzekł. Wyłuszczyłem w mym liście powody, dla których pytanie tak dziwne i niewłaściwe zmuszony byłem zadać Fiszerowi. Napisałem mu jak mój pan Pilawski wygląda.. co robi, czego się domyślamy i jak mi wiele na tem zależy, ażebym wiedział kto właściwie jest, co znaczy!
Na to Fiszer, najzacniejsza w świecie dusza, odpisuje mi — czytać będę jego własne słowa — Ipsissima verba.
Hrabina westchnęła — p. Karol zwolna począł rozsunąwszy list i obracając go do światła..
„Kochany przyjacielu, towarzyszu broni.
Widzi pani hrabina, żem się tem nie darmo chwalił — służyliśmy w jednym pułku.
Pani Palczewska już nie odpowiedziała ani słowa, p. Surwiński powtórzył — „kochany przyjacielu i towarzyszu broni”.
— Niech pani na styl nie uważa, zwyczajnie żołnierski — wtrącił jeszcze i po raz trzeci czytał — kochany przyjacielu i — z przyciskiem — towarzyszu broni — wielką przyjemność po tylu latach niewidzenia i milczenia sprawił mi twój list, ale że adresu właściwego położyć na nim nie mogłeś, boś o nim nie wiedział, a nas tu tego nazwiska, starych wojskowych jest kilku, wędrowało tedy pismo twe od chaty do chaty, aż nareszcie się o mnie oparło. Wdzięczen ci jestem, że mi o swem zdrowiu dajesz wiadomość i jak ci się powodzi. — Co do mnie — reumatyzmy starego gnębią, słuch tępieje, oczy odmawiają posługi, ale duch rzeźwy jeszcze i krzepki, a że się dawniéj nie nadużywało sił — zostało ich na starość tyle, by tę zimę bez wielkiego postękiwania przebyć. — Jeśli kiedy do Toeplitz pojadę, dam ci znać, abyśmy się gdzie z sobą zjechać i pogwarzyć mogli.
— To wszystko wstęp jeszcze — rzekł nielitościwy Karol, spoglądając na hrabinę, która usta gryzła z gniewu tłumionego. Teraz Fiszer przystępuje do rzeczy, proszę pilną zwrócić uwagę.
— „Zadałeś mi niepospolite pensum.
— Pani wie co pensum, znaczy, bo to łacina — chodziliśmy do szkół pijarskich, więc to nie wywietrzało. Pani Palczewska kiwnęła głową.
— „Zadałeś mi niepospolite pensum, czytał daléj p. Karol, swojem pytaniem o jakiegoś ichmość pana obywatela Gabrjela Pilawskiego z Warszawy. Moje stosunki w miarę jak człowiek głuchnie i po troszę ślepnie musiały się ograniczyć znacznie, mało gdzie bywam, mało z kim przestaję i niewiele wiem. W Warszawie mnóstwo zawsze wyrasta nowych ludzi i imion — powiem ci naprzód, że żadnego Pilawskiego majętnego i dobrze wychowanego, należącego do wyższego towarzystwa tu — nie znam. Ale, że nie idzie zatem by go nie było.. poszedłem do głowy po rozum, jakby się oto dowiedzieć.
— Widzi pani — co to za człowiek! wykrzyknął Surwiński — i czy moje domysły — ale — idę da1éj — i czytał znowu.
„Poszedłem do głowy po rozum, jakby się oto dowiedzieć. Zdało mi się, że najlepiéj uczynię gdy przejrzę spisy członków resursy obywatelskiéj i mieszczańskiéj, bo, co jest porządniejszego to się w niéj mieścić musi. Wybrałem się więc, mimo deszczu.
— Co to za człowiek! proszę hrabiny! wtrącił Surwiński. — Hrabina trzymała się na wodzy, ale zaczynało jéj cierpliwości braknąć, jak kotka na mysz białą dłonią zasadziła się na list, by go wyrwać nieszczęsnemu czytelnikowi. Zmiarkowała jednak z zaciśniętych palców p. Karola, iż trzymał go tak, że dostałaby chyba tylko kawałki i zrezygnowana słuchała...
— Wybrałem się więc mimo deszczu — ciągnął daléj Surwiński, i kazałem sobie podać spis członków w resursie staréj. Obu jestem członkiem — nie licząc Harmonji do któréj Boże odpuść, należę także...
— Co to jest ta Harmonja? towarzystwo pewnie muzyczne, rzekł komentator, ale mniejsza o to..
— Na spisie w resursie staréj jest dwóch Pileckich, jeden Piłkowski i jeden Pilśnicki, Pilawskiego żadnego. Idę więc do obywatelskiéj, szukam. Tu Pilskich trzech, Piła jeden.. Piłowalski i Pilnicki, Pilawskiego żadnego znowu..
— Ale proszę pani, z jaką ten człowiek dokładnością chodził około powierzonego sobie interesu, rzekł z namaszczeniem Surwiński — tacy ludzie już się dziś nie rodzą.
— Grzyby! szepnęła niewyraźnie Palczewska, któréj się na płacz zbierało.
— W Harmonji, pisze daléj — same Pilner, Pilauery ijeden Pilowsky.. Słowem, zawiedziony powróciłem, a nazajutrz poszedłem na ratusz do księgi ludności. Tu Pilawskich i Piłowskich znalazłem dowoli.. ale z zasiągniętych wiadomości od osób kompetentnych zdaje się, iż mało który z nich umie czytać i pisać, a żaden do wyższego towarzystwa zaliczyć się nie może. Najbogatszy z nich, który miał piękną, jak mówią, kamienicę z ogrodem przy Długiéj ulicy, umarł.. a nie umiano mi powiedzieć czy się w potomkach odrodził. Mogę ci więc zaręczyć, że tego rodzaju Pilawski o jakim mówisz w Warszawie nie istnieje, i że..
— Przepraszam hrabinę, ale tu Fiszer błędną poszedł drogą — protestuję.
Po zaprotestowaniu wyjąknął..
— „i że, — i że twój Pilawski z Warszawy, wielkiego tonu, z tłomokami angielskiemi..
— Bom mu o tem wszystkiem pisał — dodał Surwiński.
— „z tłomokami angielskiemi — nie może być kim innym tylko jakimś samozwańcem, awanturnikiem, kawalerem di bona fortuna, który na łatwowierność waszą galicyjską, łapkę sobie zastawił i może udając wielkiego pana.. chce się bogato ożenić.
Złożył list zwolna dodając: — gdybym był miał rozum i możność posłać mu fotografję, nie byłby nigdy tego przypuszczenia uczynił.. bo dosyć spojrzeć na to szlachetne oblicze.
Hrabina nie odpowiedziała mu nic, zmierzyła go wzrokiem nadąsanym i rzuciwszy ręką wstała z krzesła.
— Panie Surwiński, rzekła w końcu — jeśli kiedy odżyje rzeczpospolita babińska, kreuję cię nauczycielem lakonizmu. Jesteś nudziarz jakiego świat nie widział.. ale wytrzymałeś mnie sur la selette jak nikt, trzy razy chciałam już list wyrwać z rąk.. i nadużyłeś cierpliwości niewieściéj na to, by mi przez usta Fiszera powiedzieć, że nic nie wiesz.. A! jesteś przedziwny.
— Jakto, nic nie wiem! ja nie nie wiem? wołał po napoleońsku zakładając ręce Surwiński, ja nie wiem nic? Ja? I pani, któréj umysłu trafność podziwiam zawsze, powiedzieć mi możesz, że ja nic nie wiem? A — to mi się podoba! Już przecie jestem na tryumfalnéj drodze prawdy, wszystkie moje domysły się urzeczywistniają.. Cóż to dowodzi, że takiego Pilawskiego nie ma tam? Oto to, że mój Pilawski, jest incognito jakimś księciem lub hrabią. Quod erat demonstrandum, jak mawiali księża pijarowie, a co się dla pani tłomaczy.. czego właśnie chciałem dowieść.
— Ale koniec końcem — cóż wiesz? co wiesz?
— Że to nie jest Pilawski! daję gardło..
— Więc któż?
— Tajemnica!! Czas okaże!
Rękę podniósł do góry — hrabina przypomniała sobie rozmowę wieczorną na pikniku, wrażenia jakie pytanie jéj zrobiło i rzekła sobie w duszy:
— Miałżeby raz w życiu Surwiński więcéj domyślności od nas wszystkich??


Piknik drugi wypadł w czasie największéj słoty, ale nadzwyczaj świetnie: powóz i konie z hotelu Warszawskiego porozwoziły dopiero nadedniem gości do domu. Hrabina tańcowała tym razem tak jak gdyby odtańcować pragnęła za połowę pierwszego. Pilawski stał w kącie z kapeluszem w ręku, w białych rękawiczkach. Wybrała go z dziesięć razy do różnych figur, ale słowa z niego żywszego dobyć nie mogła. Lodowata zagadka! rzekła ku końcowi wieczora, zaprosiwszy go do siebie na herbatę. Mój Boże! — dodała zdala się nieznacznie przypatrując: a mimo tego zimna ile życia i rozumu w tych oczach ile szlachetności w postawie, jakie znalezienie się miłe, jaka uprzejmość dla wszystkich! I możeż być abym do głębi téj duszy tak szczelnie zamkniętéj, dobyć się nie mogła? Nie zajrzała w nią i nie uleczyła jeśli ją świat i życie za młodu zraniły??

Tegoż samego dnia przed piknikiem, na którym Domskich znowu nie było, Pilawski poszedł odwiedzić sąsiadki. Matka zawsze go jeszcze przyjmowała równie zimno i ceremonjalnie, lecz wynagradzała to Elwira, okazując mu wiele grzeczności, sympatji i coraz poufalszą przyjaźń. Sama Domska nie miała już tak wielkiéj obawy, bo się przekonała iż Elwira postępuje z wielkim taktem, a młody człowiek wcale się tak natarczywie nie narzuca i nie zbliża, jak zrazu przewidywała.
— Czy pani tu dłużéj zabawisz? spytał po chwili Gabrjel.
— Dla czego pan się o to pytasz? żywo podchwyciła mierząc go oczyma Elwira.
— Bo — bo radbym panie tu jeszcze zastać, gdy powrócę — rzekł Pilawski.
— A dokądże i kiedy pan wyjeżdżasz?
— O wody niewiele mi idzie, przybyłem do Krynicy, nie tyle dla kuracji, jak dla spokojnego wypoczynku, korzystam ze zbliżenia się do Tatrów, ażeby je zwiedzić.
— I długo potrwa ta wycieczka? zapytała przerzucając książkę Elwira.
— Ja sądzę, że nie dłużéj nad dni dziesiątek — rzekł Pilawski. Elwira zwróciła się do matki, któréj oczy wzrok jéj spotkał.
— Sądzę że przynajmniéj tyle tu jeszcze zabawimy — odezwała się matka.. jakby mimowoli, ulegając nieméj prośbie Elwiry.
— I bardzo nam miło będzie, doczekać tu pańskiego powrotu — dodała córka, bo nam opowiesz o Kościelisku.. o Zakopanem, o Morskiem oku i o wszystkich cudach Tatrzańskiéj natury, któréj my, niestety! widzieć nie możemy...
— Zbiorę wszystkie moje wrażenia, uśmiechając się rzekł Pilawski, i przyniosę je na usługi pań..
— Sam pan jedziesz? spytała Elwira.
— Dotąd towarzysza nie mam.. Mój dawny kolega uniwersytecki, pan Albert ma ochotę i waha się jeszcze, ja bądź co bądź — jadę.
O projekcie tego wyjazdu wcale jeszcze nie wiedziała hrabina. Dopiero w czasie pikniku walcując z kuzynkiem Albertem, który mimo małego wzrostu, sławnym był tancerzem, odezwała się do niego.
— Na trzeci piknik, zamawiam cię do pierwszego walca.
— Tak, jeżeli powrócimy.
— A dokądże i z jakiem — my — jedziesz?
— Do Tatrów mnie ten nudziarz Pilawski ciągnie koniecznie. Już mi oddawna wstyd żem jeszcze karku tu nie nadkręcił, tak jak na Montblanc.. trzeba raz to odbyć, bo wreszcie pod Tatrami mieszkając wstyd przyznać iż się tam nie było.
— A Pilawski kiedy jedzie?
— Pozajutrze..
Hrabina się zamyśliła.. wśród kontredansa dała znak Pilawskiemu ażeby się zbliżył.
— Piękny to z pana towarzysz na tem wygnaniu, odezwała się — bez pozwolenia, bez pytania, bez opowiedzi, wyruszasz sobie cichaczem...
— Ktoż to pani hrabinie powiedział?
— Skarżył mi się Albert na pański despotyzm, jeszcze i jego chcesz ztąd wyciągnąć.
— Sam mi się ofiarował...
— A pan chcesz koniecznie jechać?
Postanowiłem sobie zwiedzić Pieniny i Tatry. Wszyscy jedziem do Szwajcarji, wszyscy dobijamy się na Montblanc, a choćby na Flegière, kto się wyżéj boi.. trzebaż poznać Karpaty także. Tyle mówią o ich piękności.
— Hrabina ruszyła ramionami.
— Pomówimy o tem jutro.. Długo to czasu zabierze?
— Sądzę że nie więcéj nad dni dziesięć.
Figura w kontredansie nie dozwoliła dalszéj rozmowy. Nazajutrz Pilawski już był upakowany do drogi, konie najęte.. Albert jeszcze się wahał. Zeszli się na herbacie u hrabiny, która przyjęła Pilawskiego jakoś nienaturalnie poważna i zamyślona.
— A cóż, jedziesz? spytała Alberta.
— Doprawdy, nie wiem — odparł praktyczny młodzieniec, z jednéj strony należałoby, z drugiéj okrutnie mi się nie chce.. Wcale co innego jest zwiedzać góry szwajcarskie, tyrolskie, Alpy i Apeniny.. Wszędzie są porządne hotele, jadło, przewodnicy.. a chociaż o Tatrach wiadomości zbyt szczegółowych nie mam, dodał, mogę zaręczyć za to, że o chlebie razowym i mleku lub serwatce podróż odbywać potrzeba..
— I to się nazywa młodym!! zawołała hrabina wstając żywo — lękać się o materac wygodny i sztukamięsa a nie chcieć widzieć nic.. nie zapalić się...,
— Za pozwoleniem — przepraszam — rzekł Albert, ja się nigdy nie zapalam, masz tego pani najlepszy dowód, gdym się od jéj pięknych oczów niepotrafił rozpłomienić.
— Komplementem mnie nie zbędziesz — ofuknęła hrabina.. i podstąpiła do Pilawskiego..
— Panie Gabrjelu weźmiesz nas pan z panną Salomeą do Tatrów?
Pilawski osłupiał. Jeżeli pani każe — przebąknął zmięszany — lecz dla pań to w istocie droga może być nie nazbyt przyjemna, a bardzo niewygodna.
— A! toż przecie raz w życiu i niewygody potrzeba sprobować — odezwała się hrabina..
— Jeśli hrabina jedzie to.... i ja, rzekł Albert.
— Kiedy ruszamy? jutro?
— Jam się wybierał jutro.
— Służę panom — dokończyła hrabina — podając rękę Pilawskiemu — jedziemy. Gdzie dojdzie mój powóz i konie, mamy je.. gdzie nie można powozem, dojedziemy na góralskich wózkach, gdzie one nie chodzą, pójdziemy piechotą..
Albert ramionami ruszył.
— Byle się to nie skończyło na zapaleniu płuc lub febrze — rzekł poważnie.
— Więc zostań i obwiń się w bawełnę — zaśmiała się hrabina — my jedziemy.
Stojący bliżéj dosłyszeli nie chcąc uszom swym wierzyć, że hrabina wybierała się od trzeciego pikniku, od towarzystwa całego otaczającego czcią i hołdami, na tatrzańskie łomy.. i to tak nagle, tak niespodzianie, tak prawie nieprzyzwoicie w towarzystwie czyjem... pana Pilawskiego.. Wszyscy otoczyli kołem panią Emilję, a szczególnie gospodarze pikniku dla których strata hrabinéj groziła że się ów trzeci, a najwięcéj dotąd obiecujący, nie uda. Pani! a czyż się to godzi!
— Pani chyba żartuje.. Ale któż się tak późno do Tatrów wybiera.. koniec Lipca, lada chwila spaść mogą śniegi. Rok słotny!!
Tak wołali otaczający, pani Palczewska ruszała ramionami, milczała, słuchała a nareszcie wysłuchawszy, odparła zimno — jedziemy!!
Wiedzieli wszyscy że się p. Gabrjel także wybrał do Tatrów — nagłe to postanowienie hrabinéj spowodowane wyraźnie jego wyjazdem wiele dało do myślenia. Już dawniéj krzywem nań spoglądano nieco okiem i wiele obudzał zazdrości we współzawodnikach: po tym wieczorze wszyscy wyszli obrażeni tem szczęściem.. Ponieważ u Aksakowicza świeciło się jeszcze, zaszli do niego.
Greifer nie krył się ze swem nieukontentowaniem i oburzeniem przeciwko intruzowi, hr. Żelazowski mu potakiwał, Hamermann także, słowem wszyscy aż do p. Porfirego i aż do Alberta, który jechać musiał, a klął fantazję kuzynki. Ta uraza do Pilawskiego wybuchnęła tu dopiero z całą siłą — żywiona wprzódy tajemnie.
Aksakowicz, D. Werner i Dormund grali w wista, gdy goście weszli tłumnie gwarząc i hałaśliwie rozprawiając.
— Co wam tam takiego? zapytał gospodarz — czego tak burczycie?
— Sam bądź sędzią — odparł Greifer. Słyszaneż to rzeczy!.. ten Pilawski ze swą miną pańską i tajemniczą, ze swą pedanterją i angielską elegancją, komediant jakiś wszystkie nam kobiety bałamuci. Nie dziwił bym się staréj Ormowskiéj, bo téj dosyć ładnéj twarzy aby mieć u niéj łaski.. nie dziwię się innym, tłomaczę panny, które się za mąż chcą wydać — ale pani hrabina! pani hrabina..
— Cóż się stało? zapytał Aksakowicz.
— Jedzie z nim przed naszym piknikiem, w Tatry! Wczoraj nie było projektu nawet, dziś dla tego że on się wybiera i ona rusza.
— No, no, — ale bo mi raz powiedziecie, ozwał się poważnie hrabia Żelazowski — cóż to za ryba? co za ryba? nikt go ostatecznie nie zna... Albert z nim chodził na uniwersytet, ale nie wie nic prócz że bogaty. Może żyd? Któż go wie. Na honor że to jest skandaliczne.
Albert się odwrócił.
Że nie żyd i że katolik to wiem z pewnością, rzekł — ale więcéj nic. Czy bogaty? tak się zdaje przynajmniéj,
— Ale któż? co i zkąd? nikt nigdy o żadnym Pilawskim nie słyszał — któż go rodzi? dodał hr. Żelazowski.
— Już o to zresztą mniejsza, podchwycił Greifer który genealogji zbyt głęboko sięgających nie lubił, ale cóż znowu w tym człowieku tak osobliwego so hervorragendes, że się tak wysłowię. Przyzwoity ale pospolity sobie — ani z powierzchowności, ani z dowcipu..
— Zachciałeś, zawołał Albert, nie znasz kobiet, im aby co nowego a tajemniczego, najprędzéj się zawsze podoba. Tak i z nim.
— Mnie on — niecierpliwi — dodał hr. Żelazowski.
— Mnie też — rzekł Greifer — jest nieznośny z tą swą grzecznością i chłodem. Nigdy z niego niedobędziesz otwartego słowa, zawsze zapięty na wszystkie guziki — tajemniczy, wyprostowany, zimny, sztywny — i gdyby człowiek chciał się do niego przyczepić — nie można.
— A nasze towarzystwo — rzekł Żelazowski — jakby mu niesmakowało. Uważacie jak się ciągle trzyma zdaleka.. każe się prosić..
— Wiecie co, wtrącił Aksakowicz stojący z kartami w ręku i nierad że mu wista przerwano — napijmy się po kieliszku i niech go tam licho nie bierze.. Czasu nie trzeba tracić.. my robra musimy skończyć.
Stało się po woli gospodarza, ponalewano kieliszki, wist ciągnął się daléj, lecz w kupce nie zajętych grą, rozmowa o Pilawskim i cenzurowane ciągnęło się daléj. Nawet Albert go nie bronił.
— Mów ty sobie co chcesz — zakończył Grejfer, to jakiś awanturnik. Tak się nie przyjeżdża do nieznajomego kąta.. zasłaniając twarz, kryjąc z tem czem się jest. Ja wam daję słowo, coś się krzywego okaże.. ale zapóźno..


Hrabina miała wolę niezłomną, gdy raz wydała wyrok musiało się spełnić co postanowiła. Pomimo uwag woźnicy i kamerdynera którzy o dwadzieścia cztery godziny folgi prosili, zapowiedziała że wyjedzie nazajutrz i wszystko musiało być gotowem. Albert przeklinając Pilawskiego zapakował się z najpotrzebniejszem do podróży, i ciągnął za kuzynką. Na chwilę Greifer także miał myśl towarzyszenia im, lecz rozmyśliwszy się nieco — pozostał.
Nie miał najmniejszéj nadziei ażeby u hrabiny odzyskał dawną, chwilową łaskę, w Krynicy zaś zostawała mu pani i panna Domska, a na którą okiem był rzucił — i u któréj był już na zwiadach, parę razy.
Spodziewał się, że go pani Jaworkowska tam poleci jak najlepiéj, a był z ich domem w jak najlepszych stosunkach... Przed wyjazdem około południa — p. Gabrjel poszedł raz jeszcze pożegnać pannę Elwirę, a nieznalazłszy jéj w domu i dowiedziawszy się że jest z matką w lasku nad źródłem, pobiegł tam chcąc zyskać chwilę rozmowy. Powiodło mu się dosyć szczęśliwie, pani Domska siedziała opodal na ławce, córka chodziła sama w uliczce... zszedłszy się z nią, mógł sam na sam pomówić bez przeszkody.
— Daruj mi pani, że aż tu gonię.. aby jeszcze pożegnać i usłyszeć pocieszające dla mnie — do widzenia i zapewnienie, że panie zastanę i zobaczę.. Podróż moja nadspodziewanie inaczéj się wcale złożyła niż sądziłem, szczerze mówiąc daleko mniéj przyjemnie, niż ja ją zawcześnie układałem. Fantastyczna hrabina i jéj kuzyn Albert naparli się jechać razem. Zamiast więc wyprawy do Tatrów, będzie to...
Spuścił głowę i nie dokończył.
— Ależ to pana cieszyć powinno — przerwała sucho jakoś Elwira — towarzystwo tak miłe, osoba tak wesoła i dowcipna.
Pilawski podniósł czoło, spojrzał i uśmiechnął się. Nie lubię, rzekł po cichu, kobiet ekscentrycznych. Boję się tak dowcipnych, nie rozumiem tak wesołych słowem, powiem pani szczerze.. to bóstwo nigdy mojem nie będzie,
Twarz Elwiry wyjaśniła się widocznie, uśmiech przeleciał po ustach. Oczy Gabrjela dopowiedziały coś więcéj — zamilkli.
— A tak mi smutno, tak straszno ztąd odjechać! dodał zniżając głos Gabrjel — muszę się przyznać, lękam się bym jakim nieszczęśliwym trafem nie został wstrzymany, a panie znowu nie pospieszyły tam, gdzieś.. w te oddalone strony, w których ja myślą nawet szukać ich nie potrafię.
— Przecież prędzéj późniéj trzeba sobie powiedzieć — do niewidzenia! rzekła Elwira nie patrząc.
— A! prawda! a jednak zdaje się to — daruj mi pani, gdy się dla kogoś — prawdziwą, gorącą powzięło sympatję — prawie niepodobnem. Nie mogę temu uwierzyć, ażebym ja pań nigdy nie widział więcéj, i żeby ta droga dla mnie znajomość była tylko darowaną, krótką jasną chwilą życia — bez dalszego ciągu..
Elwira milczała, szli zbliżając się ku pani Domskiéj, jakby oboje zgodnie przedłużyć chcieli pochód ten nadzwyczaj powolnie — Gabrjel stanął parę razy, Elwira się zatrzymała pod pozorem, że jéj się zdało iż córeczkę pani Jaworkowskiéj zobaczyła.
— Uczyń mi pani tę nadzieję raz jeszcze, że ja tu panie zastanę, odezwał się Gabrjel błagająco — a w każdym razie i tę drugą jeszcze, że jeśli szczęśliwy los dozwoli mi kiedy odszukać panie na świecie, znajdę u nich.. jak dawny znajomy.. łaskawe.. pobłażliwe.. przyjęcie.
— Bądź pan pewny — cicho szepnęła Elwira, że Krynicy najmilszem dla mnie wspomnieniem będzie towarzystwo pana.. lecz.. (zawahała się) — jako szczerze życzliwa mu, pozwól bym dodała — nie szukaj nas pan nigdy... Mam powody dla których.. nie chcę byś nas znalazł.. Pragnę w jego pamięci zostać taką nieokreśloną postacią, jaką tu byłam..
Wyrazy te niezrozumiałe zdziwiły p. Gabrjela.
— A, pani, przerwał — gdziekolwiek bym panie znalazł i cokołwiek by mi przecierpieć przyszło dla tego szczęścia — na wszystko jestem gotowy.. Tu przerwał chwilę — niestety! dodał cicho — ja to podobno... w tak dziwnem znajduję się położeniu wyjątkowem, że ono mi nikomu otwartéj nie dozwala podać dłoni...
Z kolei Elwira była zdziwioną i nie mogła sobie tych słów wytłomaczyć. — Lecz, któż wie, dorzucił Pilawski, zmienić się mogą okoliczności — będę się starał o to.. naówczas.. pani.. proszę wierzyć.. szukać ich muszę i znajdę.. Pani Domska zdala patrząc na tę rozmowę, zdawała się być niespokojną..
— Pozwól mi pani otwartszym być jeszcze.. wyciągając rękę ku dłoni Elwiry zawołał Pilawski. — Jeśli w mem położeniu zajdzie zmiana, która by mi pozwalała bez obawy z podniesionem czołem szukać pani, czy mi tego za złe nie weźmiesz, czy mogę mieć nadzieję?..
Elwira szybko wyrwała mu dłoń, krew oblała jéj twarz.
— Ani słowa więcéj, ani słowa! rzekła pospiesznie, jestem zmuszoną panu wyznać, co mnie kosztuje.. że na życzliwość moją, na przyjaźń rachować pan możesz.. ale w mojem życiu i bycie są przeszkody które usunięte być nie mogą, a skazują mnie bym.. (głos jéj zacichł — dodała po przestanku).. zawsze została.. samą..
Chciała iść ku macte, Pilawski wstrzymał ją natarczywie, twarz jego promieniała. Pani, tylko słowo jedno, zachowaj mi tę życzliwość — resztę zrzuć na barki moje.. Nie ma na świecie czego by silna wola i szczere przywiązanie przemódz nie mogło.. byle.. bylem ja.. mógł tak czysty stanąć przed panią jak.. jak pragnę..
Ostatnie wyrazy były znowu dziwnie zagadkowe dla Elwiry.. milcząc podała mu rękę.
— Zostawmy losom przyszłość.. a teraźniejszość niech się nie truje przewidywaniem daremnem. Któż pewien przyszłości.. Do widzenia czy do niewidzenia, będziemy sobie przyjaciołmi, panie Gabrjelu...
Pani Domska niecierpliwie wołała ich oczami, Pilawski który głowę i przytomność stracił, widząc że Elwirze wśród téj rozmowy rękawiczka upadła schylił się szybko, podniósł ją i nie zważając na matkę, udał że oddaje, ale bardzo zręcznie schował do kieszonki na piersiach.. Było to po studencku, lecz w téj chwili oboje się czuli tak młodemi. Elwira nie sprzeciwiała się.. Pilawski podziękował wzrokiem.. Zdawało mu się, że się tą pochwyconą rękawiczką zaręczył.. że ona była znamieniem dusznéj przysięgi.. Razem zbliżyli się ku pani Domskiéj, która z wymówką spoglądała dawno ku córce.
— Cóżeście państwo tam tak długo rozprawiali? spytała.
— Opowiadałem pannie Elwirze, pospieszył Pilawski, o mojem nieszczęściu.. Zamiast sam jechać do Tatrów, skazany jestem służyć za kurjera i przewodnika.
— Ale dla tak pięknéj pani!
Gabrjel ruszył lekko ramionami.
— Przychodzę panią dobrodziejkę pożegnać — dokończył, i prosić abym tu jeszcze mógł przywitać. W takim razie, możeby mi wolno było, ponieważ, wojna zapewne się przedłuży, służyć paniom za kurjera i przewodnika w podróży, coby mi tysiąc razy większem było szczęściem.
Pani Domska zesznurowała usta, skłoniła głową grzecznie, ale w duchu powiedziała sobie — o! nic z tego, kochany panie — postaramy ci się uciec.. abyś mi córki nie bałamucił.
— Co do naszéj podróży — odezwała się cicho — jeszcze nie stanowczego powiedzieć nie umiem.. od tylu to okoliczności jest zależnem...
Pilawski się skłonił, spojrzał na Elwirę, która stojąc za matką i nie obawiając się być spostrzeżoną dała mu głową znaki poufałego pożegnania.. a że w ulicy pod górą słychać już było wrzawę towarzyszącą hrabinie wybierającéj się w drogę, i przeprowadzanéj do Żegestowa przez całą młodzież miejscową, musiał co prędzéj pospieszyć..
W istocie hrabina na wysłanym paradnie wózku góralskim już siedząca z nieodstępną panną Salomeją, rozsyłała cały dwór po pana Gabrjela, niepojmując téj niesubordynacji i nie przybycia w terminie konie i powóz szerszemi drogami wyprawiono do Lipnik.. hrabina zaś i całe towarzystwo malowniczą ścieżyną na Muszynę, wpław przez Poprad.. ruszali do Żegestowa. Dzień był prześliczny, młodzież mimo boleści rozstania się z królową.. bardzo wesoła. Posiadano na wózki i śmiejąc się, nawołując ruszyli wszyscy kawalkatą długą ku Jędrzejowéj.. Krajobraz zaraz za Krynicą rozszerzył się, wzgórza okryte drzewami, wioski, strumienie czyniły go dosyć malowniczym.. Na wózku hrabiny na przodzie siedział Albert tylko... Pilawskiemu udało się zająć osobno miejsce z dwoma towarzyszami i nieroztargnionemu rozmową, zamyślać się o tem, co nazywał...... swem szczęściem.
W Jędrzejowéj około ubogiéj chaty wiejskiego artysty Chudzika — (predestynowane nazwisko!) stanęli wszyscy, kupić coś u niego.. Chudzik wyrabia różne drobne sprzęciki z drzewa dosyć zręcznie, samouczek ma wiele smaku.. a że w istocie nie chodzi tu o nabycie, więc kupno u Chudzika jest razem jałmużną.. Około ubogiéj jego chaty, zatrzymały się wózki i wszyscy zaopatrzyli się w drewniane noże i inne drobnostki. Ztąd już kraj staje się coraz bardziéj malowniczym około Muszyny, w któréj sterczą resztki obalonego zamczyska. Za nią zjawiają się piękne drzewa i piękne wzgórza, a bliżéj Żegestowa, gdy droga wpada w zarośla zielone i lasy.. wzrok gdzieniegdzie z wyżyny spostrzega jakby kaskady drzew spadających w głębiny, piętrzących się ku górze.. poprzecinanych parowami, pozwieszanych nad srebrną wstęgą Popradu i mimowolny okrzyk uciechy z ust się wyrywa.. W téj cieszy lasów i gąszczy jakże uśmięchnięto, wesoło... jak ślicznie! Nieuważano nawet wśród rozmów i okrzyków towarzyszących przejażdżce, że czasem koła wozów ślizgały się prawie nad krajem urwisk, ciasną przesuwając drożyną. Naostatek pokazał się schowany w parowie Żegestów ze swemi skromnemi domkami, kapliczką bokami poobrywanemi gór i gąszczami drzew otaczających.. Hrabina wysiadła by przejść pieszo, a całe towarzystwo za jéj przykładem rzuciło wózki. Oczy jéj szukały już Pilawskiego do którego miała żal, że nie dosyć pilno spełniał obowiązki cicerona... Pilawski stawił się by odebrać burę o przyrzec poprawę. U źródła pili wszyscy, potem staraniem Greifera urządzone wystąpiło skromne śniadanie z kurcząt złożone, potem spinano się po wzgórzach, poglądając ku Węgrom i ciesząc pięknemi widoki, a że tego dnia nocleg wypadł w Lubowli, musiano pospieszać.. Całe towarzystwo krynickie przeprowadziło jeszcze za Żegestowski parów panią Palczewską, która przyrzekła powrócić jak najprędzéj. Zdrowie jéj wypito jeszcze u wózków.. i konie wśród głośnego wiwatu, ruszyły daléj.
Dwór hrabinéj uszczuplony składał się z jéj towarzyszki, starego kamerdynera, kuzynka Alberta i pana Gabrjela, mieszczących się na trzech wózkach. Dwaj panowie ażeby się nie dać znudzić podróżnéj, z kolei przesiadali się do wózka. W Lipnikach czekał powóz do którego też jeden z panów był przypuszczony.. drugi pospieszał wózkiem góralskim.. Pomimo piękności drogi, widoków na odległe Tatry i poetycznego lecz coraz majestatyczniejszego krajobrazu, hrabina była zmęczona i kwaśna, Albert milczący i ponury, Pilawski przybity i smutny.. W Lubowli nocleg się okazał niewygodnym — niestety... a przy improwizowanéj herbacie, pani i panowie poziewali. Podróż się zwiastowała daleko mniéj zabawną, niżeli sobie obiecywano..
Ale nazajutrz wszyscy wstali orzeźwieni, a dalsza podróż do Czerwonego Klasztoru, widok Pienin, wzgórzów, wiosek, rozległych obrazów oświetlonych słońcem poranku, owianych mgłą muślinową, szczęśliwie podziałał na umysły. Hrabina dowcipkowała, pytała, bawiła się i roztrzepała trochę.. W Czerwonym klasztorze, zkąd po Dunajcu dostać się miano do Szczawnicy, aby nacieszyć się Pienin widokiem, konie pozostawały, Albert i Gabrjel kazali przygotować łódki.. W karczmie znalazła się kupka cyganów, których tu po nad granicą węgierską pełno.. Pilawski dobył albumu aby pochwycić te typy, hrabina dowiedziawszy się tu dopiero że był po trosze artystą.. zajęła się cała ustawianiem mu wzorów. Tak upłynęła godzina popasu nim czółna pozbijano i Josek oznajmił, że wszystko do żeglugi było gotowem, i że ma nadzieję szczęśliwego poprowadzenia gości aż do Szczawnicy.. Od Czerwonego klasztoru.. rzeka wsuwa się między Pieniny, zakręca wśród nich, płynie pod skały i górami okrytemi lasy, tworząc najpiękniejsze obrazy, którym oświetlenie nadaje czarujące wdzięki.. Dunajec rwie spieniony, gniewny, niespokojny pomiędzy rafami i skały, łódki posuwają się żywo, przewoźnicy.. po imionach wskazują ostre szczyty.. Hrabina która po raz pierwszy w życiu odbywała na czółnie taką żeglugę, bawiła się nią jak dziecko, klaskała w dłonie i zaręczała że nie żałuje wcale podjętego trudu.. Już zmierzchało, gdy przebywszy piękne gór pasmo, ujrzeli wędrowcy Szczawnicę, oznajmującą się gośćmi od wód przechadzającemi się po brzegach.. Albert wyprawiony przodem miał polecenie zamówienia noclegu, mieszkania i wieczerzy...
Pełno wszędzie znajdując znajomych, nie wytrzymał żeby nie oznajmić o hrabinie, a Szczawniccy goście dowiedziawszy się o pani Emilji, wybiegli na jéj spotkanie — z czego, niemożna powiedzieć żeby radą nie była. Nie tyle hołdy może co wrzawa i tłum ludzi jéj smakował, nudziła się tak łatwo! Teraz zaś tem więcéj potrzebowała rozrywki iż czuła ból w sercu — Gabrjel którego wyciągnęła w tę podróż aby się zbliżyć do niego bez przeszkody, widocznie roztargniony, inną jakąś myślą zaprzątnięty jéj unikał. Szczęściem Szczawnica była pełna dawnych dobrych znajomych, którzy w tym roku tak tu niespodzianie przybyli, jak pani Palczewska do Krynicy, nawykli będąc jeździć gdzieś do wód, a nie mając dokąd pojechać. Albert prowadził już z sobą cały tłum na brzeg ku spotkaniu pani Emilji, a między innemi i jedną figurę szczególną, osobliwą wyjątkową, którą ta świeżo poznał. Był to — anglik turysta, zbłąkany dla oryginalności w ten kąt dziki i zabierający się zwiedzić Tatry z pomocą sakiewki, języka angielskiego i francuzczyzny. Nie wyglądał on jak ci wszyscy pospolicie na karykaturach rysowani. John Bulle długiego wzrostu z ryżemi bokobrodami, których typ szczęśliwie pochwycony powtarza się od lat pięćdziesięciu — powierzchowność miał bardzo miłą, poważną ale razem swobodną i nieulepioną na wzór tysiąca innych. Sir William Burney Ergu.... jedyny syn bardzo znacznéj i majętnéj, jak mówiono rodziny, kończył wychowanie a raczéj lata młodości niezajęte, odbywając podróże po świecie. Członek Alpejskiego klubu, zwiedzał szczególniéj góry, Europejskie i Amerykańskie były mu wszystkie znane, wschód i zachód słońca obserwował ze wszystkich szczytów dostępnych i mianych dotąd za nieprzebyte.. Koléj przyszła w tym roku na Tatry.. jechał więc do Zakopanego nieulękniony... Wprawiony do trudów i niewczasów, do przygód i niewygód, zdrów, silny, wytrwały, zręczny, Sir William był oprócz tego bardzo miłym w towarzystwie. A że powierzchowność miał sympatyczną, twarz piękną i arystokratycznych rysów, że pieniędzy nie żałował i żył bardzo po pańsku, wszędzie gdzie się kolwiek ukazał przyjmowano go jak lwa i wyrywano sobie.
— Kuzynka, rzekł po cichu Albert wysadzając ją z czółna, jesteś prawdziwie szczęśliwą.. Proszę zwrócić uwagą na tego młodego człowieka na prawo, jest to.. anglik turysta, ekscentryczny i bardzo zajmujący.. Jedzie do Tatrów jak my.. Dla hrabiny jakby przez Opatrzność zesłana doskonała zabawka..
Palczewska pochwyciła te słowa nie dając znaku że jéj uszów doszły, rzuciła szybko okiem na anglika i przywitawszy się ze znajomemi, otoczoną orszakiem licznym, poszła zaraz na podwieczorek, który był na Miodziuszu przygotowany.. Anglika jéj zaprezentowano — podobał się z powierzchowności.. Albert który chciał być wolnym sam, a Pilawskiemu, posądzając go niesłusznie o staranie pozyskania względów hrabiny — zaszkodzić był rad, Anglika posadził koło kuzynki. Zdaje się że hrabina znowu starą metodą usiłując ostygłego Gabrjela rozbudzić, powiedziała sobie, iż będzie z turystą zalotną, czarującą.. niezwyciężoną. Niepotrzebowała się nawet wysilać na to — dość dla niéj chcieć było...
Młody anglik mówił nieźle po francuzku.. a towarzystwo polskie tym językiem dawniéj władało jak macierzystym.. rozpoczęto przez grzeczność po francuzku rozmowę. Hrabina pierwszy kwadrans poświęciła ukradkowemu badaniu fizjognoraji — ale z po za angielskiego jakiegoś ułożenia jéj.. nie wiele dobyć mogła.. Sir William jadł z apetytem poniekąd obrażającym w sąsiedztwie pani, która powinna była popsuć mu go i kazać o głodzie zapomnieć.
— Czyżby i ten miał być ostygły i wyziębły jak Pilawski? spytała się w duchu... Sprobujmy. Zwróciła się natychmiast do niego.
— Wiesz pan, że będziesz pan pierwszym anglikiem, który się odważył zawitać do tego zapadłego kąta dla zwiedzenia gór naszych, zaczęła..
— Nie sądzę — odparł William, dwóch podobno poprzedziło mnie przed laty — zresztą dla czegożby to miało być trudniejszem nad łańcuchy Alp innych odległych krajów, małoznanych i zwiedzanych?
Główną trudnością dla mnie język.. ale się zawsze znajdzie przecie tłumacza, a w ostatnim razie ludzie z ludźmi i ruchami porozumieć się mogą.
Hrabina się rozśmiała.
— A! tak, ale tylko w elementarnych potrzebach, rzekła, i rozmowy na migi prowadzić trudno. Włosi najnamiętniéj gestykulujący ze wszystkich narodów jakie znam, dodają wszakże słów po troszę.. U nas.. ruchy są prawie nieznane w rozmowie, chyba w wybuchach namiętności.. Myśmy narodem północnym.
— Jak my — rzekł anglik, ale potrzeba uczy wielu rzeczy. W podróżach człowiek nabywa instynkt turysty i radę sobie daje jak może.
— I panowie macie tę cnotę, że wam nigdy nie braknie odwagi do niezwykłych rzeczy — dodała hrabina.
— Ja sądzę że w mężczyżnie odwaga i zuchwalstwo nawet... są cnotą, gdy cel uczciwy.. rzekł Anglik.
— Przepraszam pana, zaśmiała się hrabina, która Williama brała widocznie w dzierżawę, nie dając nikomu wtrącić słowa do rozmowy, ale tu cel, zdaje mi się jest — prosta ciekawość.
Anglik się uśmiechnął. Ciekawość uczy, rzekł, a walka z nieznanem, z niebezpieczeństwy krzepi człowieka. Taka podróż to gimnastyka ciała i ducha.
P. Palczewska uczuła się pobitą i kwaśną zrobiła minkę.
— My także jedziemy trochę do Tatrów, rzekła, wprawdzie z pewnością nie będziemy mieli odwagi drapać się na najwyższe szczyty i rywalizować z dzikiemi kozami, ale zawsze coś zobaczyć musimy.. Jeśli panu w czem służyć możemy, będziemy u siebie grali nieco rolę gospodarzy..
William skłonił się grzecznie. Ale to prawdziwie szczęśliwa gwiazda poprowadziła mnie tu dla obejrzenia Pienin.. na nich się wprawdzie zawiodłem, ale za to jestem stokroć zapłacony...
— A na Pieninach zawiodłeś się pan?
— Tak — odparł Anglik — bardzo to ładne, ale takich potoków i takich spiczastych szczytów i takich ładnych lasów wiele po świecie. Wegetacja żywa lecz nie wiele urozmaicona.. zresztą..
— Tatry panu to wynagrodzą! dorzucił ktoś.
— Jestem pewny, rzekł Anglik — wielem słyszał o ich piękności..
Tak rozpoczęta popłynęła rozmowa, w którą hrabina dolała wiele dowcipu napiętnowanego tą smiałością w kobiecie rzadką, którą charakterystyczną stronę jéj temperament stanowiła. Sir William zrazu słuchał fajerwerku słów, jakby zdumiony i olśniony, potem się sam ożywił i nastroił do tego samego tonu i stał się bardzo miłym, począł opowiadać przygody swe w Ameryce, spotkania z Indjanami, wycieczki do Brazylji i Meksyku, podróże po Abruzzach, wędrówki po Alpach.. Słuchali go wszyscy z niezmiernem zajęciem, ale hrabina szczególniéj utrzymywała rozmowę. Wieczór przeszedł niepostrzeżenie szybko, a rozstając się uczyniono umowę by do Zakopanego jechać razem.. Anglik tak przyćmił Pilawskiego, iż szczęśliwy Gabrjel mógł pozostać spokojny w swem kątku i bawić się myślami, które z Dunajcem, nazad wracały ku Krynicy...


W Krynicy po wyjeździe hrabiny znacznie ucichło, młodzież nawet roztrząsała pilnie, czy warto było dawać piknik przed jéj powrotem... przewidując iż wyda się za mało ożywionym i stosunkowo nie wesołym. Hrabina umiała wszędzie gdzie była przynieść z sobą ruch, uśmiech, wesele, ochotę do życia — promień młodości. Wieczory tylko u Aksakowicza zyskały na jéj wyjeździe, bo się tam znowu liczniéj zbierać zaczęto.. I na tych schadzkach wszakże zgodnie wszyscy boleli nad odjazdem królowéj. Przyznawali jéj — nieprzyjaciele nawet, że była duszą towarzystwa.. Jeden może pan Stanisław Grejfer, choć napozór się z tem nie wydawał, rad był prawie odjazdowi p. Palczewskiéj, nie dla niéj saméj, lecz że z sobą zabrała mu Pilawskiego, który stał na zawadzie. Z tych kilku słów któreśmy o nim powiedzieli wyrozumieć łatwo, iż pan Grejfer jeździł szczególniéj do wód na celu mając — bardzo bogate ożenienie, któreby mu dało stosunki i postawiło go na pewnéj stopie. Tak dalece czuł potrzebę pozyskania téj podstawy do życia, iż gdyby pani Baronowa Ormowska cokolwiek była młodszą, gotów był nawet o nią się starać. Myślał potem o hrabinie — tu może się niepowiodło.. Tak coraz o jeden stopień zniżając wymagania swoje, doszedł do postanowienia, że gotów by się już ożenić jakkolwiek byle bogato. Wyrozumował, że bądź co bądź, fortuna daje pewniejszą rękojmię dla wyrobienia sobie pozycji niż kolligacje i imię. Dawniéj — rodziny możne czuły się zawsze solidarnie związane ze wszystkiemi członkami swemi — dziś ten węzeł jeżeli nie pękł całkowicie, mocno przynajmniéj jest nadwerężony.
Szukając po Krynicy — quem devoret, pan Stanisław rzucił okiem pełnem pożądliwości na pannę Elwirę. Na nieszczęście niewiedziano nic o pani Domskiéj i stosunkach jéj majątkowych — zdawała się bogatą, ale pozory tak zawodzą!! Szczególny traf pomyślny zrządził iż nadjechała pani Jaworkowska, a Grejfer dostrzegł zaraz (choć ona unikała z tem popisu) że się te panie znały. Jak wszyscy ludzie na dorobku, Stanisław był niesłychanie giętki i zręczny. Państwa Jaworkowskich znał doskonale, oboje oni szacowali go, bo szlachcic domator widział na tym gościu z pod Baranów, z Krzeszowic i Łańcuta, opowiadającym często o dostojnych gospodarzach — odblask państwa które nawykł szanować. Grejfer w tym domu uchodził za bardzo wpływowego człowieka. Znając panią Jaworkowską zdawna i wszystkie jéj słabostki, Grejfer obrachował że przez nią dowie się najpewniéj o Domskiéj i — jeśli zasiągnięte wiadomości będą pomyślne, przez nią tym paniom poleconym zostanie. Zacna matrona będąc wiekuiście chorą, potrzebowała naprzód mieć kogoś przed kim by się skarżyć mogła: powtóre lubiła — ot tak sobie — żeby mieć na posługach przyzwoitego człowieka... Nie mając ani odrobiny zalotności, zajęta fluksją i dziećmi, przecież hołdy odbierała z przyjemnością i była za nie wdzięczną. Grejfer czule naprzód przemówiwszy, pokochawszy bardzo dzieci — i przyznawszy się pod sekretem, że w ogóle kocha się w dziatkach.. a te są takie śliczne że ich niemożna nie zjadać — przywiązał się do pani Jaworkowskiéj niewiasty prostodusznéj, którą lada pochlebstwem wziąć było łatwo.. Wkradł się w wielkie łaski. Nosił parasole, prowadził chłopczyka na spacer, sprowadzał doktorów, godzinami siedział i słuchał opowiadania jak fluksja narywa i jakie boleści znosi nieszczęśliwa męczennica. Rozmawiając tak o tem i owem, przyszedł Grejfer do egotycznych wynurzeń — jak mu to życie kawalerskie obrzydło, jakby się pragnął już osiedlić, zagospodarować.. i t. p. Nieznacznie, wypytywany przez dobrą przyjaciołkę zeznał, jak na spowiedzi, iż mu się niesłychanie podobała panna Elwira, i że gdyby znał lepiéj położenie tych pań, ich stosunki.. i czy mógłby mieć nadzieję być przyjętym.. prosiłby może pani Jaworkowskiéj o protekcję. Jako osoba chora i sobą zajęta zacna pani Marja, nie należała do tych namiętnych swach, które lubią żenić, pośredniczyć i kleić małżeństwo, wszakże czasem ją bawiło podać rękę zakochanemu.. biednemu młodzieńcowi.
Usłyszawszy to wyznanie zamyśliła się mocno.
— Daj mi pan słowo honoru, panie Stanisławie, że mnie pan nie zdradzisz, że o tem niepowiesz nikomu ale co się zowie nikomu.. a ja — odezwała się Jaworkowska — odkryję panu bardzo ciekawe rzeczy, które... mogą pana naprowadzić na drogę.. jeżeli zechcesz.. Pan Stanisław dał nietylko słowo honoru, ale gotów był je poprzeć przysięgą, a pani Jaworkowska przysunąwszy się z krzesełkiem po cichutku, opowiedziała mu w całéj rozciągłości historję pani Domskiéj, nie wyrzucając z niéj tego, że miała domy, kapitały i magazyn, który w najgorszym razie, gdyby nawet sprzedać przyszło, jeszcze znaczną wartość przedstawiał. Greifer wysłuchał z uwagą niezmierną, chłodny, zamyślony ucałował ręce dobrodziejki i oświadczył, że dla niego najmniejszą nie byłoby przeszkodą to, że p. Domska tak zaszczytnie pracą własną dobiła się majątku i t. d. Zaczęto tedy rozrachowywać jak się do tego wziąć. P. Jaworkowska nie przeczyła że o łaski panny starać się należało pilnie, ale dodała że matki zaniedbywać nie można. P. Greifer od tego dnia codzień z panią Jaworkowską przychodzić zaczął i składało się tak, że albo ona zabawiała matkę, lub córkę, dozwalając p. Stanisławowi interes matrymonialny żywo popierać wedle okoliczności z jednéj i drugiéj strony..
W prostocie ducha a wielkiéj życzliwości swéj dla tego poczciwego Grejfera, Jaworkowska wydumała ażeby pobożnie skłamać przed Domską i powiedzieć jéj: — że on bywając w Berlinie o położeniu jéj doskonale wiedział, znał całą historję.. ale pełen taktu nikomu o tem ani wspomniał.. Następnie wychwalała protektorka stosunki Grejfera arystokratyczne, jego wziętość, nadzieje swietnéj przyszłości podnosząc.. i szepnęła iż się formalnie do szaleństwa w Elwirze zakochał!! Pierwszy krok był zrobiony.. P. Domska więc miała dla córki pretendenta, któremu żadnych przykrych wyznań czynić nie potrzebowała. W miarę jak przyjaciołka robiła interesa panu Stanisławowi, on sam natarczywie zabiegał około panny Elwiry. Tu mu nie szło zupełnie. W pierwszych dniach spodziewając się chłód i uprzedzenie zwyciężyć — następnych postrzegł iż zadanie było nadzwyczaj trudne.
Wszystko czem miał oczarować pannę Elwirę — nie sprawiło innego skutku nad zawód i upokorzenie. Grejfer w salonie bardzo świetny młodzieniec, mający wszelkie pozory wykształconego człowieka, umiejący się doskonale sprzedać drogo, mógł niechybnie wywrzeć pewne wrażenie na panience nie tak poważnie i łatwo patrzącéj na ludzi, nie tak głęboko sięgającéj po za salonową fizjognomję aktora wielkiego świata. — Najczęściéj się trafiało, że panna Elwira dawszy mu się zapędzić w rozmowę bałamutną o sztuce, literaturze.. muzyce.. ścigała go potem pytaniami i zmuszała w końcu do sromotnéj z placu ucieczki. P. Elwira umiała daleko więcéj od niego i nierównie gruntowniéj. Nic jednak nie ma zarozumialszego nad nieuka.. Grejfer porażki swe przypisując zawsze nieszczęściu, obiecywał sobie odwet na jutro. A gdy mu się w ogóle z panną nie wiodło, zwrócił się z podwojoną gorliwością ku matce, która już dla niego dobrze była usposobioną. P. Jaworkowska pomagała z całego serca. Domskiéj i to się szczególniéj uśmiechało, że Grejfer miał piękne stosunki i wstęp do najpierwszych domów, i że z nim gra była otwarta bez żadnych tajemnic.. A chłopak tak przyzwoity, grzeczny, usłużny, tak matce nadskakujący. Silnem okiem śledząc wrażenie jakie czynił na Elwirze.. czekała pani Domska czy się ona nie odezwie, czy nie wspomni co, wreście jednego wieczora, gdy córka jéj powiedziała dobranoc, pocałowawszy w czoło, ujęła i za trzymała za rękę.
— Elwirko moja — cóż ty mi nie nie masz do powiedzenia?
— Ja? mamie? jakto?
— Jam się spodziewała troszkę. Wyznaj mi... jak że ci się p. Grejfer podoba? hę? Nie chcę taić: Jaworkowska go bardzo popiera.. mnie dosyć się wydaje dobrze? a tobie..
Elwira pomilczała chwilę.
— Mama mnie w trudném stawia położeniu.. z góry zapowiadając, że go widzi tak dobrem okiem... a ja..
— Cóż możesz mieć przeciwko niemu?
— Nic w świecie, tylko — że podobać mi się nie umiał.. a na to nie ma sposobu. Na salonowego człowieka ma świetne przymioty, prezentuje się dobrze, może być nawet bardzo zacny i mieć za sobą wiele a wiele.. mimo to — cóż ja poradzę, że go nie lubię.....
— Ale dla czegoż? powierzchowność?
— A, nie! — Więc, mów mi otwarcie.
Elwira ze spuszczoną głową przeszła się po pokoju, jak gdyby myśli zbierała.
— Czyni mi wrażenie istoty sztucznéj, bardzo dobrze do swéj roli wyrobionéj — a z gruntu fałszywéj i bez serca. Odegrać potrafi co zechce — a czem jest w istocie nie wiem. W świecie zaś — tacy ludzie zagadkowi i łatwi do zastosowania się w potrzebie ku wszystkiemu i wszystkim — są.. najniebezpieczniejsi.
Ruszyła ramionami stara Domska.
— Ale bo wy dziś jesteście istoty przemądrzałe... dziwaczące, pragnące od świata i ludzi: niewiedzieć czego... Nie rozumiem cię..
— Moja mamo, rzekła Elwira całując ją w rękę, mamy z sobą umowę dawną, któréj artykuły przypomnieć muszę.. Dałam słowo, że nie wyjdę za mąż bez zezwolenia mamy, a mam słowo iż mnie mama przeciw méj woli zmuszać nie będzie.
— Któż cię zmuszać myśli?
— Ani namawiać nawet! dodała Elwira..
— Przecież jako matka radę ci dać mogę, a jeśli chcesz wiedzieć wszystko — to ci powiem co mi Jaworkowska na ucho szepnęła.. On wie kto my jesteśmy, i że ja mam magazyn. Bywał w Berlinie, całą moją historję zna doskonale.. Jeśli pomimo to, stara się, kocha — spada mi wielki ciężar z głowy. Przy jego stosunkach wszystko się naprawić może. Magazyn zbędziemy, a ty powrócisz do swéj sfery, dla któréj stworzoną jesteś i wychowaną...
Otarła łzę mimowolną pani Domska i spojrzała na córkę. Elwira stała przed nią, nieokazując aby ją ta wiadomość poruszyła.
— W istocie oszczędziło by to mamie chwilowéj przykrości, rzekła — uspokoiło by ją.. Przemawia to za nim że nie ma przesądu.. ale się lękam czy nie goni tylko za pieniędzmi. Zresztą, kochana mamo, zostawmy to czasowi.. Ja powtarzam, że nietylko nie czuję dlań najmniejszéj sympatji, ale mam pewien wstręt do niego. Zbyt jest słodki, potulny, — grzeczny i nadskakujący..
Matka westchnęła, rozmowa się skończyła.. i panie rozeszły. Grejfer — który przeczuwał i lękał się instynktowo rywala w Pilawskim, a z częstych o nim wspomnień panny i dawanych mu pochwał podejrzewał ją o skłonnostkę do niego — starał się tem pospieszniéj korzystać z jego niebytności. Z rozmów umiejętnie wyczerpnąć to potrafił od matki, iż o jego położeniu towarzyskiem nic nie wiedziały...
Począł tedy od obracania w śmiech domysłów pana Surwińskiego o arystokratycznem pochodzeniu, potem mówił o różnych wypadkach śmiałych oszukaństw i odegrywanych rolach fałszywych książąt i hrabiów przez awanturników..
Trudności jakie spotykał rozgorączkowywały Grejfera, gniewało go szczególniéj to, że panna niczem się nie dała przełamać w zimnym oporze.. Męcząc się nad wynalezieniem środków, wpadł w końcu pan Stanisław na najnieszczęśliwszy.. Nie zbywało mu na imaginacji, a sumienie grzeczne podejmowało się wiele rzeczy uniewinnić. Z niem w różne nawykł był wchodzić kompromisa. Pomyślał więc sobie, że nikomu by to nie zaszkodziło, gdyby jaką historyjkę na tego Pilawskiego wykomponować. Naprzód pozostałaby tajemnicą i służyłaby tylko do rozczarowania panny.. a że Pilawski miał sobie wrócić pewnie zkąd przybył... historja ta wcale by go nie dotknęła...
Szło o zręczne ułożenie powieści — którą jednego wieczora chodząc po pokoju osnuł sobie za wszystkiemi szczegółami Grejfer. Jeśli panna ma jaką myśl.. jaką skłonność.. to ją niezawodnie odstręczy.. trzeba tylko, mówił sobie w duchu, ażeby to miało fizjonomję rzeczy prawdziwéj, aby w tem nie było czuć zmyślenia...
Nad nadaniem tego charakteru prawdy swojemu utworowi, pracował Grejfer dłużéj niż nad pomysłem samym. Drugiego dnia wszystko było gotowem...
Z doskonale odegranem poruszeniem, wzburzeniem.. z ożywioną twarzą przyszedł autor do pani Jaworkowskiéj. Jakkolwiek prostoduszna kobiecina, poznała w gościu stan jakiś niezwyczajny.
— Co to panu jest?
— A! nic! nic.
— Ale przecież..
— Nic zajmującego doprawdy..
Nie mogłażbym wiedzieć.
Grejfer się zawahał. — Widzi pani, rzekł, nie cierpię plotek, a tem bardziéj takich które komuś szkodzić mogą.
Nic nie ma niebezpieczniejszego nad podrażnienie kobiecéj ciekawości. — Pani Jaworkowska chwyciła się go zaklinając, ażeby jéj tylko o tem powiedział. Wymógł słowo że oprócz pani Domskiéj nikt wiedzieć nie będzie.. Zaręczyła najuroczyściéj.
— Widzi pani, dodał zaraz — z takiemi rzeczami potrzeba być ostrożnie, grozi to zawsze co najmniéj pojedynkiem.. gdyby się przeze mnie rozgłosić miało. Po tym wstępie, odebrawszy przyrzeczenie najuroczystsze pan Stanisław rzekł po cichu. Mam z Warszawy list i dokładną wiadomość o tym Pilawskim, którego tu za coś wielkiego mają.
— Zmiłuj się, jakąż?
— Człowiek niewiadomego pochodzenia, a z profesji szuler, ogrywa młodzież, awanturnik.. najgorszego w świecie prowadzenia. Po jarmarkach jeździ, znany z tego dobrze.. W Warszawie nikt mu ręki nie podaje. Ale że tacy ludzie gładcy, są i umieją rolę odegrywać jaką zechcą, tu.. udaje bogacza i bałamuci uczonością. Prosty szuler.. Drudzy mówią że za lokaja gdzieś służył...
P. Jaworkowska załamała ręce i nie miała nic pilniejszego nad pospieszenie do Domskiéj. Zastała ją z córką, i słowo w słowo powtórzyła im co słyszała...
Spojrzenie na Elwirę, któréj krew trysnęła na twarz, przestraszyło przyjaciółkę, lecz dowiodło zarazem że lekarstwo przychodziło w porą. Domska zakryła oczy.. córka nie odezwała się zrazu. Przyszły jéj na myśl słowa Pilawskiego przy rozstaniu dwuznczne, dziwne, które nie potwierdzały wprawdzie plotki, ale dozwalały sądzić że coś w niéj było usprawiedliwiającego tę potwarz.. może sama do gry namiętność. Zarumieniwszy się Elwira, pobladła mocno, wysłuchała milcząc opowiadania, poszła do swojego pokoju i tam padła na sofkę, prawie bezprzytomna. Charaktery takie jak Elwiry, pełne energii w sobie zamkniętéj, odczuwają wszystko z tąż samą siłą z jaką kochać i kierować sobą umieją. Na biednéj zakochanéj marzącéj o szczęściu, wiadomość ta piorunowe uczyniła wrażenie. Wieczorem nie mówiąc nic matce ani z matką o bólu jakiego doznała — Elwira uczuła się chorą, a nazajutrz potrzeba było wezwać lekarza. Słabość naturalnie przypisano zaziębieniu, słocie, wilgoci i wszystkim przyczynom, które z nią najmniejszego nie miały związku. Pani Domska niespokojna rozchorowała się sama, a więcéj obawiając o córkę niż o siebie, zaprzysięgła, że jak tylko Elwira cokolwiek wyzdrowieje, wyjadą natychmiast z powrotem do domu. Zręczny potwarca oszukał się w swéj rachubie, gdyż dom zamknięto zupełnie gościom, i choć dwa razy na dzień przysyłał z biletami dowiadując się o zdrowie, choć i pani Jaworkowska pragnęła mu wyrobić pozwolenie służenia.. podziękowano tylko i drzwi pozostały zamknięte. Sprawa więc zamiast się polepszyć, popsuła. Pan Stanisław na wszelki wypadek obiecywał sobie, jeśliby Domska wyjechała, jak skoro pokój będzie zawarty, ruszyć za nią do Berlina...
Wśród gorączki, którą przez dwa dni cierpiała Elwira, jeden wyraz tylko wracał jéj nieustannie na usta: to potwarz, kłamstwo — to być nie może. Greifer użył tego nikczemnego środka, aby się od współzawodnika, którego przeczuwał, uwolnić. Jestem pewna.. widzę to — czuję...
Nieszczęsne tylko słowa przy pożegnaniu wymówione, nadawały jakieś prawdopodobieństwo wymysłowi.. Elwira trzeciego dnia wstała z łóżka, ale doktór parę dni jeszcze zatrzymać się kazał. Wszystko gotowem było do drogi.


W Nowo-targskiéj dolinie wędrowcy do Tatr ujrzeli je po raz pierwszy w całym majestacie. Był to piękny wieczór letni; ale słońce zachodziło jaskrawo, nad łańcuchem zębatych szczytów plątały się jakby opary szare, sine i białe.. odsłaniając je i zakrywając niekiedy czerniały i stygły góry cieniem oblane, a obok wierzby złociły się i rubinowem światłem gorzały. Była chwila gdy gdzieś ku Węgrom wszystkie obłoki pognały, panorama gór odkryła się szeroko, i szczyty gorzały, pałały, świeciły jak stosy ofiarne. Już na przeciwnéj stronie słońce znikło, cały krajobraz utonął w szarych mrokach, a Tatrzańskie czoła wciąż jeszcze jakby bengalskim ogniem kraśniały. Potem z rubinu tony przechodzić zaczęły w ametysty.. i siną powlokły się żałobą.. Gdzieniegdzie jak niedogasły węgiel płonął wyższy wierzch ostry — i w oczach nagle zagasał. Dosyć jednak mieli czasu podróżni, stanąwszy wśród doliny w milczeniu uroczystem jak modlitwa, przypatrzeć się temu jedynemu widokowi. Zdawało się że góry na ich powitanie oblokły te szaty z purpury i złota i uśmiechnęły się im zapraszając.. Anglik stał wpatrzony ciekawie, uważnie, długo nieruchomy, w myśli zapewne porównywając krajobraz ten z widzianemi gdzieindziéj alpami w blaskach wieczora. Odwrócił się potem do hrabiny, która z załamanemi rękami siedziała przejęta tym majestatem natury, i rzekł powoli:
Splendid! Dramat wieczora się skończył, sina zasłona zapadła, łańcuch gór okrył się znowu tumanami mgieł szarych, illuminacja zagasła.
— A cóż to za widok przepyszny! zawołała w uniesieniu hrabina — powiedz pan, widziałżeś co na świecie równego; tak — ja sądzę, nasze tylko Tatry świecić umieją.
— Anglik się uśmiechnął. Niestety, pani — odpowiedział — palą się podobnie i inne gór łańcuchy, gdy potem ma długi deszcz nastąpić... Nie znam warunków tutejszego klimatu, lecz prawie mógłbym zaręczyć, że jutro nas deszczyk powita i będzie naszéj cierpliwości próbował...
P. Palczewska która była pewną, że jéj natura tak dobrze jak ludzie słuchać powinna, z oburzeniem ruszyła ramionami.
— To nie może być kiedy ja jadę! odpowiedziała dumnie. Ja jak Napoleonowie wierzę w moją gwiazdę, a wiara.. może wiele.
— Wszystko nawet, prócz odwrócenia chmur i zaklęcia deszczu.. dodał anglik.
— Dla czegoż by nie miała władzy nad żywiołami? poczęła pani Emilia.
Rozmowa doszedłszy tego kresu nie poszła daléj — lecz anglik, który się zupełnie w przeciągu dwudziestu czterech godzin dał przyswoić i uległ urokowi hrabiny, pozostał z oczyma w nią wlepionemi. — Pani jesteś stworzoną na turystkę, dodał po długiéj pauzie — a przyznaję że nie wyobrażam sobie nic milszego w świecie nad podróż w jéj towarzystwie.. Miło jest patrzeć na tę świeżość wrażeń i widzieć tę nieprzełamaną wiarę i energję. Z panią pojechałbym choć do Chin.
— A pan nie byłeś w Chinach? zapytała hrabina z uśmieszkiem.
— Nie
— dotąd mi się wybrać jakoś było trudno, lecz nie rozpaczam żebym tego marzenia nie doprowadził do skutku. Ten strupieszały i skarlały światek, który cywilizację zaczynał, gdy u nas jeszcze dzikie zwierzęta po lasach mieszkały... bardzo mnie pociąga...
— Porcelany, bronzy i laki! to także gret atraction! rozśmiała się pani Emilja..
Tak żartując i dowcipkując dojechali do Nowego Targu.. który sirowi William wydał się podobny do jakiejś osady w Indjach Wschodnich. Najlepsza i jedyna gospoda.. zdziwiła go prostotą swoją; szczęściem hrabiny, powóz i furgon był niewyczerpaną spiżarnią, a anglik obchodził się łatwo suchym chlebem, jajkiem i kawałkiem czekolady. Jadł gdy było można z apetytem syna wielkiéj Brytanji, wychowanego na krwawych befsztykach, ale gdy nic dostać nie było można, nie narzekając, suchy chleb rozmaczany w wodzie lub w mleku spożywał jak najlepszą w świecie potrawę. Zresztą mieli na pociechę herbatę i rozmowę... Hrabina od spotkania z anglikiem odzyskała swobodę i humor swój dawny — nowy ten przybysz odciągnął ją zupełnie od Pilawskiego, który nie łaskę znosił z poddaniem się stoickiem woli pięknéj bogini. Hrabina szukała niekiedy na jego twarzy śladów złego humoru i znaleść ich nie mogła... co ją nieco gniewało.. Osądziła go więc jako zimny kamień, którego nic rozgrzać nie potrafi — nad czem wzdychała z początku, bo się jéj szczerze bardzo podobał.. lecz prawie równie miłym a daleko oryginalniejszym był anglik.. Złapać sobie takiego Williama, było zdobyczą znakomitą.. Myśl ta bardzo się hrabinie uśmiechała, świeżo jednak doznawszy porażki niewiele miała nadziei ażeby wyspiarza oczarowała. Smutne myśli plątały się jéj po głowie. Starzeję widocznie, mówiła w duchu... dawniéj by mi się nikt nie oparł, gdybym w istocie tego pragnęła.. teraz.. napróżno oczyma im błyszczę i dowcipem..
Rozpacz ta nie przeszkadzała pilno zabiegać około sir Williama, który nad wszelkie spodziewanie dawał się tak prostodusznie brać, że już na noclegu w Nowym Targu, na zażądanie hrabiny, przyrzekł jéj towarzyszyć do Krynicy, a nawet odwiedzić ją w jéj Castelu.. Zyskując na czasie, pani Palczewska mogła mieć wielkie na przyszłość nadzieje; była to jedna z tych kobiet o niewyczerpanie różnych fizjognomjach, które zyskują na bliższem poznaniu i przywiązują ukazując się z lepszéj strony późniéj niż z początku. Na pierwszy rzut oka wziąć ją było łatwo za płochą i lekkomyślną, głębiéj się dopiero wpatrując, pod tą powierzchnością zalotną, fantastyczną, odkryć było można charakter energiczny, prawy i serce najlepsze. Miała słabostki, ale wad nie miała, a ile razy zbłądziła, usiłowała to naprawić choćby największym kosztem — miłości własnéj i ofiarą upokorzenia. Cóż temu była winną, że się tak okrutnie nudziła..
Anglik spadł prawdziwie z nieba, i dla Alberta który był całkiem swobodny, i dla Pilawskiego który służbę pełnić przestał. Daleko doświadczeńszy w podróży sir William, zajmował się wszystkiem i tak naturalnie przyszedł do komenderowania obozem, jakby mu to dowództwo przeznaczonem było. Hrabina bawiła się nim, a słuchając go z zajęciem, podbudzała do nieskończonych opowiadań. Reszta towarzystwa albo słuchała w milczeniu, albo nawet rozchodziła się swobodnie, tak że hrabina, drzemiąca panna Salomea i anglik najczęściéj siedzieli sami. Z wypadków podróżnych przechodzono łatwo do ogólnych rozpraw o świecie, ludzkich sercach, uczuciach i t. p. a sir Wiliam i o tem umiał mówić z powagą i chłodem, choć nie bez dowcipu... P. Palczewska zgadzała się z nim na wiele zdań.. Byli więc w najlepszéj co się zowie przyjaźni..
Przesiedziano tak i w Nowym Targu dosyć długo przy ostygłéj herbacie, a gdy się rozeszli, hrabina westchnęła rozbierając się. Szkoda mi będzie tego anglika.. gdzieś to w świat poleci i.. wspomnienie tylko zostanie!

Rano wózki i powóz były gotowe.... anglik z uśmiechem przypadł oznajmić, że maleńki deszczyk kropić zaczynał, ale jest nadzieja, iż zbliżając się do Tatrów, zmieni się na dobrą ulewę. Hrabina zaręczała za pogodę — ruszono. W istocie turysta zgadł, w Szaflarach już powiększył się deszcz, a w Poroninie lało co się zowie. Tatrów wcale już widać nie było. Podtatrzański kraj ubogi, dosyć pusty, ze swemi drogami kamienistemi, strumieniami, chatami biednemi i wegetacją coraz mniéj bujną... smutno wyglądał za zasłoną gęstéj ulewy.... Hrabina uznała się zwyciężoną, utrzymując wszakże iż deszcz ten nie długo potrwa, a na jutro z Zakopanego przedsięwziąć będzie można wyprawę. Sir William głową potrząsał, barometr jego kieszonkowy spadał, wszystkie znaki były na słotę. To gorzéj — dodał, iż co deszczem spada w dolinach, na szczytach może spaść śniegiem, i góry staną się jeśli nie niedostępnemi, to przynajmniéj trudnemi do zdobycia..
Zakrzyczano go że pessymista i że około dziesiątego sierpnia śnieg się tu nigdy prawie nie okazuje, anglik zamilkł. Słota przeprowadziła do Zakopanego, gdzie dla mężczyzn zajęto jedną chatę, drugą dla hrabiny i jéj dworu. Salon urządzony był przy apartamencie pani, która wieśniaczem wnętrzem tych izb, z miskami na półkach i obrazami na ścianach, nacieszyć się nie mogła... Przybywszy bardzo zawczasu można się było, i urządzić i wypocząć, i skromny obiad obmyśleć, i nagadać do wieczora... bo deszcz ani obiecywał się zmniejszyć. W górach mgły i ulewy były okrutne, Giewont zakryty... Wezwani przewodnicy, doświadczony Wala i Sieczka... nie odbierali nadziei podróżnym o jutrzejszéj pogodzie, ale też wcale jéj przyrzekać nie śmieli.
W niedostatku przewodnika do Tatrów, anglik miał z sobą mnóstwo książek, kart i dzieł pomocniczych, wszystko; to przyniesiono dla zabawy. Pilawski dobył album i rysował. Albert nudził się i ziewał wcale z tem nie kryjąc — hrabina z Williamem studjowała gorąco książki, plany, i rozmowa szła im bez znużenia... do późnéj nocy... tak że kuzyn Albert musiał niegrzecznie dobywając zegarka ostrzedz, iż czas by się położyć.
Na dworze słychać było jednostajny szmer strumieni deszczu spadającego po dachach... Nazajutrz rano pierwsze wejrzenie przebudzonych podróżnych było w małe okienko... ulewa zwiększyła się jeszcze, w podwórku chaty stało jeziorko, gościniec stał się strumieniem, gór nie widać było ani cienia, przewodnicy powiadali że może się wyjaśnić, ale może się i — nie wyjaśnić. Hrabina śmiała się z tego prześladowania losu. Anglik znosił go cierpliwie i nie bardzo się mógł skarżyć mając tak miłe towarzystwo prawie dla siebie wyłącznie, gdyż hrabina jawnie zaniedbywała resztę towarzyszów dla cudzoziemca... W tłomoczku Williama znalazły się szachy podróżne, Albert i Gabrjel przypominając sobie czasy uniwersyteckie siedli do gry. Wspaniały obiad do którego utworzenia brakło wykwintniejszego materjału, składał się z misy kurcząt, misy grzybów, misy poziomek i kawy... — był doskonały i zszedł wesoło... ku wieczorowi deszcz zmienił się wprawdzie na bardzo drobny kapuśniaczek, ale tak gęsty, że o kilka kroków nie widać było świata... Sprowadzono Walę aby prorokował na jutro; sparty na kiju stary góral z miną tajemniczą cieszył podróżnych, iż bardzo się jeszcze wyjaśnić może, wszakże zaręczyć za fantazję tatrzańskich obłoków niepodobna. Na noc ulewa zwiększyła się znowu. Hrabina śmiała się, ale niespokojnie dopytywała na jak długo zapasy wystarczą. Musiała też myśleć na jak długo cierpliwości stanie. Anglik się uśmiechał, było mu dobrze... całemi godzinami szeptał z piękną gosposią. Przyszło już do tego, że opowiadał jéj swą młodość, życie, wychowanie i spowiadał się z najskrytszych uczuć.
Zaświtał ranek... mgły stały na górach, deszczyk rosił, zdało się wszakże, iż zajdzie jakaś zmiana, bo jednostajna opona szara na niebie i szczytach, zaczęła ściągać się w kłęby, przybierać kształty jakieś.. zwlekać rozrzucone szmaty, jak gdyby z wiatrem odleciéć miała. Giewont zamajaczał zdala, i choć go zakrywały chmury, pokazywał się ze swemi ciemnemi reglami u spodu... jako obietnica lepszych godzin...
Wala, ostrożny i polityk, nie chciał się zaręczeniem kompromitować, lecz zdawał się pewny iż po obiedzie zaświeci upragnione słońce i choć przejażdżkę do Kościeliskiéj doliny odbyć będzie można. Wielka radość i pospiech.. zamówiono wózki, zgodzono przewodników, anglik wyszedł na zwiady i wrócił z dobrą otuchą.. Jakoż co chwila zaczynało być jaśniéj w górach, Giewont odsłonięty cały, dymił tylko szczytami... na dalszych.. wedle przepowiedni Williama dostrzedz było można leżący całun śniegowy...
Na prędce podano śniadanie; pierwszy promyk słońca przebijający chmury wywołał okrzyk radośny jedziemy.. Wózki już stały.. Droga która wczoraj płynęła strumieniem, była prawie oschła, potoki pozbiegały w doliny.. Z wesołem usposobieniem siedli goście na niewygodne wózki górali i wyruszono ku Kościeliskom..
Któż nie zna choć z imienia téj ślicznéj doliny, wjazdu do niéj, gór które ją otaczają, widoków na Polany, na Pylzny.. fantastycznych głazów sterczących wśród ciemnéj zieleni jodłowych lasów i uroczéj ciszy tego kąta zasianego czerwonawemi kamieniami po deszczu rozsiewającemi woń jakby rozkwitłych fijołków.. Anglik nawet wchodząc Bramką, przyznał że dolina była bardzo piękną i miała swą radośną fizionomję. Hrabina nazbierała kamieni.. które chciała wieść na pamiątkę, towarzystwo całe, pieszo, po wodzie i błocie zachwycając się widokami, które zachodzące słońce cudnie ozłacało, posunęło się aż za Pisaną i jak najdaléj było można. Wózki zostawiono przy ruinach Łowczéj chaty i zajazdu.. Anglik wszakże oddając sprawiedliwość dolinie, łaknął szczytów, chciał się piąć wyżéj i z góry poglądać na grzbiety alp tutejszych. Przechadzka trwała prawie do mroku i wynagrodziła sowicie nudy oczekiwania. Następnego dnia, wyprawa do Morskiego oka całe towarzystwo jeszcze zajęła.. lecz już wracając z niéj hrabina znajdowała, że ma dosyć Tatrów i że bardzoby do Krynicy powrócić sobie życzyła.. William ofiarował się wprawdzie towarzyszyć chociażby jutro.. prosił jednak czyby mu parę dni nie dano urlopu, dla widzenia czegoś więcéj. Pilawski gotów był z nim pozostać.
— Zgodziłabym się na to z ochotą — odrzekła hrabina — lecz jakąż mam rękojmię, że mi pan słowa dotrzymasz? że zechcesz potem po złych drogach dobijać się do smętnéj Krynicy?
— Moje słowo — rzekł anglik... nigdym go w życiu nigdy nie złamał, słowo szlachcica angielskiego.
— A ponieważ pan Pilawski zostaje.. wkłada się nań obowiązek odprowadzenia aresztanta.... na miejsce...
Albert jechał z kuzynką i nieskończenie był rad że się tak małym kosztem obeszła podróż do Tatrów. Mógł bowiem mówić że w nich był, a zbytecznie się nie zamęczył i dosyć wygodnie powracał. Praktyczny człek był już nawet w lepszym humorze, gdyż biesiady w Zakopanem z kurcząt, jaj, grzybów i poziomek złożone, zaczynały mu ciężyć. Wzdychał, jak powiadał, do cywilizowanego życia warunków; hrabina także, choć się nie przyznawała do tego i składała odwrót przyśpieszony na obawę śniegu w górach.
Gdy powóz pani Emilji ukazał się około Warszawskiego hotelu w popołudniowéj godzinie przechadzki, wśród snujących się gości — cała Krynica poruszyła się, zadrgała i wieść o powrocie zelektryzowała dosyć znudzonych pacjentów... W tryumfalnym pochodzie przeprowadzono ją do domku, do którego już z rana poprzedziła ją bryka i kamerdyner... Tu wszystko było gotowe, aż do bukietów na stole...
— A! zawołała padając na kanapę znużona, niewymownie jestem szczęśliwa, że nareszcie do portu przybiłam...
Podróże są bardzo zajmujące gdy je Dumas dowcipnie opisuje, deszcz nawet bawi, gdy on mu się dziwuje w Monaco, mówiąc iż nigdy się spodziewał aby w tak małem księztwie tak wielki deszcz mógł padać.. ale, odbywać podróż w kraju naszym i z naszemi gospodami, po naszych drogach.. panowie.. na to trzeba heroizmu lub angielskiéj ekscentryczności.. Drugi raz, mogę zaręczyć że nie pojadę do Tatrów.
Greifer który był wszedł powitać ją z innymi, nie widząc Pilawskiego, nie słysząc o nim, odważył się zapytać — co się z przewodnikiem stało.
— Cała historja — odpowiedziała hrabina. Naprzód zawiodłam się na nim, bo był nudny i smutny, powtóre, spotkaliśmy w Szczawnicy bardzo zajmującego młodego turystę anglika.. Pilawski z nim został.. anatomizują razem Tatry i napawają się wonią fijołkowych kamieni.. poczem oba tu wrócą. A propos! zerwała się hrabina, gdzie są moje fijołki panno Salomeo? jeśli ich zapomniano, jutro jedziesz po nie.
— Zaprosiłam — dodała, anglika do Krynicy. Anglik jest znakomitym egzemplarzem! Miły, uczony, towarzyski, młody, przystojny i tylko jeszcze w Chinach nie był; zresztą wszędzie gdzie ludzie chodzą. Zdaje mi się że nawet w Australji. Miarkujecie panowie, że trzeba wystąpić by anglik ztąd nie wyniósł nazbyt złéj opinji o kraju..
— Czy szlachcic? zapytał hrabia Żelazowski.
— Ojciec baronet, familja stara.. znakomita.. bogata.
— Czy sportsman? dodał tenże.
— Ale któryż anglik nim nie jest?
— Żeby był przyjechał na nasze wyścigi, mruknął hrabia — moglibyśmy się popisać przynajmniéj końmi Dzieduszyckiego i Tarnowskich.. a tak..
— A po cóż on tu? szepnął Grejfer, który znać przybyszowi i jego przewodnikowi niezbyt był rad.
— To mój gość — odparła hrabina — przyjeżdża do mnie.. Męzkie towarzystwo niechcąc być natrętnem rozeszło się wkrótce, ale też zaraz zmęczona nadeszła pospiesznie Ormowska z Lucią, Musią i Hercegowiną, która dla prędszego usłyszenia coś o podróży, przyczepiła się do baronowéj.
— Jakże ci się podróżowało? kontenta jesteś? zapytała Ormowska..
— Deszcz o mało mnie nie zalał, siedziałam, na próg nie mogąc wyjść, w chłopskiéj chacie dwa dnie, zamoczyłam nogi, dostałem kataru i napytałam sobie adoratora w drodze..
— O to ci nie trudno! rozśmiała się Ormowska.
— Ale jaki! jaki! poczęła wesoło pani Palczewska; najprzód anglik — inny gatunek człowieka, daleko zabawniejszy od naszych i wiele więcéj umie od nich...
Młody, przystojny.. miły — zobaczycie,
— I przyjeżdża tu dla ciebie!
— Wyłącznie dla mnie — dodała hrabina. Pilawskiego zostawiłam tam na straży, on go przywiezie.
Przy wymówieniu tego imienia, Hercegowina wysunęła głowę, oczy otwarła szeroko, złośliwy uśmiech skrzywił jéj usta — cała twarz zdawała się mówić hrabinie, że o tym panu się coś wie... Odchrząknęła..
— A! ten Pilawski! szepnęła..
— A cóż? co? rzuciła hrabina — co Pilawski..
— Nic — nic.
— A! plotki, plotki — zagadała baronowa.. ludzka złość. Niewiedzieć zkąd to wyszło.. bałamuctwa!
— Przepraszam panią baronowę, bardzo przepraszam, zaczęła pobożna jejmość — wyszło to z poważnego źródła.. Wiem choć nie mogę wymienić, i wiadomość jest autentyczna.
— Jakaż? jaka? ciekawie podchwyciła p. Palczewska..
— Bo, widzi hrabina — poczęła szybko Hercegowina, ażeby się nie dać uprzedzić — ja od razu przeczuwałam że coś podobnego się odkryje. Pan Surwiński dziwaczył.. plótł trzy po trzy...
— A cóż wiecie o nim? co? mów że pani..
— Z najlepszego źródła z Warszawy wiadomo, tam go wszyscy znają... szuler z profesyi.. szuler.. nie więcéj, syn lokaja, który służył u Zamojskich...
Hrabina słuchała zrazu bardzo serjo, potem nagle zaczęła się śmiać, ale śmiać tak okrutnie, że się na kanapie położyła, trzymając za boki.
Hercegowina zaczerwieniła się obrażona.
— Cóż w tem śmiesznego? co śmiesznego.. chyba to że tu u nas wszyscy go jak gagatka psuli i pieścili, nie ujmując pani hrabinéj i mieli go za wielką figurę. A to szuler.. a to szuler..
— Ale moja prezesowo — wtrąciła Ormowska jakoś z wymówką — powtarzasz banialuki. Ja mam tę plotkę w podejrzeniu wielkiem, że ją ktoś ukuł, aby mu w pewnem miejscu zaszkodzić.. ale.. dajmy już pokój.
— Ja milczę — milczę.. a czas okaże! dodała prezesowa.
— A ja nie mogę zmilczeć i domagam się od kochanéj prezesowéj tłumaczenia.. Któż to mógł wymyśleć i dla czego? Ormowska zagadnięta, oczyma dała znać hrabinie, że teraz mówić nie będzie, a później to jéj wytłumaczy. Prezesowa dotknięta opozycją wstała zaraz.. i pożegnała hrabinę..
— Przy niéj się mówić boję, rzekła pani Ormowska, gdy odeszła, — dobra kobieta, pobożna, ale nie mając co robić... bawi się lada plotki nosząc razem z modlitewkami. W tem wszystkiem coś mi jest podejrzanego. Nachyliła się do ucha hrabiny — Pilawski pono bardzo był częstym gościem u pani Domskiéj — bodaj czy tam się z córką nie zawiązał romansik... niech mnie pan Bóg przebaczy, jeśli go niesłusznie posądzam, ale Greifer sam wprowadzony przez Jaworkowską, a podobno zimno przez pannę przyjmowany, musiał puścić tego bąka...
— To po prostu sensu nie ma — odezwała się hrabina — przypuszczam że grywać może, ale z gry żyć! ogrywać! ktokolwiek mu raz w oczy spojrzał o to by go posądzać nie śmiał. Ja, gdy powróci, powiem mu otwarcie — bo go szanuję choć nudziarza — a jeśli pan Stanisław przez płochość nowinkę tę rzucił... musi ją albo odwołać... lub.
— Hrabino — Emilko! droga moja — krzyknęła rzucając się ku niéj Ormowska przerażona — na Boga cię zaklinam, nie mięszaj się do tego. Może być straszliwa awantura... Pilawski wygląda na... drażliwego. Grejfer nie ustąpi...
— Bardzo by mi było przykro dać powód do jakiegoś zajścia — ale, baronowo kochana — ja tego człowieka szanuję, jestem mu przyjazną, mam o nim wyobrażenie najlepsze i spełnię obowiązek. Nie godzi się by potwarz taką rzucono... splamiono go niewinnie...
— A! po cóż ja ci to powiedziałam! zawołała baronowa.
— Jutro bym się była dowiedziała tego od Jaworkowskiéj, która pod sekretem, śmiertelny by grzech zwierzyła, — niewytrzyma! — rozśmiała się Emilia — zresztą, bądź dobréj myśli — o ile w méj mocy zapobiegnę, aby awantury nie było...
— Cóż się dzieje z Domską i Grejferem? cicho szepnęła po chwili.
— Grejfer się kocha!..
— A!! poczęła śmiać się pani Emilia — Grejfer się kocha ile razy mu tego potrzeba. Nie znam młodego człowieka, któryby doskonaléj umiał odegrać zakochanie, kochanie, zrozpaczenie... i wystygnięcie. W tem jest skończonym artystą. Dwa razy patrzyłam na to produkowanie się i muszę wyznać że jest mistrzowskie. Trzeba go widzieć gdy stanowczy rzut oka zapala w nim uczucie, z którem walczy, i które poskramia, które niby ukrywa tak by się stało jak najwydatniejszem... Miłość jego jest w najnowszym stylu, bez staroświeckich westchnień... cała w wejrzeniach, cała w pół słowach. Potem rośnie coraz, staje się widoczniejszą dla świadków, a niezwyciężoną w nieszczęśliwym kochanku... Walczy z nią. — Są dnie w których znika... powraca niby zimny i rozpłomienia się na nowo. W rozmowie jego cieniowań pełno, sztuka niezrównana, nie mówi nic a nie powie słowa, żeby w nie jak w bawełnę nie obwinął sentymentu... Potem następuje głęboki smutek... ale błyskami dowcipu dla niepoznaki przerzynany.. potem zależy to już od artystki z którą jest na scenie.
Lusia, Musia i pani Ormowska do łez się śmiały słuchając hrabiny, która rzuciła rękawiczkę na stół kończąc, i dodała: fałszowana czekolada, fałszowane perfumy, — fałszowane poudre de ris i w końcu miłość — jest to wiek w którym się od fałszowanych rzeczy obronić niepodobna.

Koniec tomu pierwszego.


Drugiego dnia u źródła, hrabina dała znak panu Stanisławowi kołującemu po scieżkąch w oczekiwaniu Domskiéj, która tego dnia wyjść miała, aby się do niéj zbliżył,
— Cóż tu u was słychać? Piknik? (nie chciała od razu zagadnąć o to co ją zajmowało najwięcéj).
— Piknik bez pani? wykrzyknął Grejfer, dzień bez słońca, nie udał się, ziewali wszyscy i rozeszli się o dziesiątéj.
— Któż był a kto nie był?
— Pań mało... życia żadnego, stroje zaniedbane, słowem odbył się tylko dla ceremonji.
— A Domskie?
— Pani Domska prawie ciągle chora, odezwał się trochę zmięszany Grejfer.. córka się bawić nie lubi.
— Wprędce jadą? zapytała hrabina.
— Zdaje mi się — tak — gotują się już do drogi.
— Pan tam często bywałeś?
— Czasami.. panna bardzo miła..
— I bardzo bogata! z przyciskiem dorzuciła hrabina — o tem pan pewnie dobrze wiedzieć musisz?
— Ja? tak dalece.. nie wiem.
— Przecież przez Jaworkowską.
— Tak — coś — słyszałem.. ale panna bardzo wykształcona i wychowanie świetne..
— Cóż potem kiedy tam pana pono Pilawski uprzedził, rozśmiała się hrabina złośliwie spoglądając na niego, i natychmiast nie dając mu ust otworzyć rzekła. Pilawskiego niepodobna nie ocenić.. chyba by kto smaku i instynktu był pozbawiony. Człowiek jakich mało.. wielce sympatyczny i...
— Wiem, że miał szczęście podobać się pani.. rozśmiał się Grejfer.
— Bardzo nawet, panie Grejfer — bardzo.. zawrócił mi był głowę — wprost poczęła hrabina — wcale się z tem nie kryję, ale trafiłam na serce zajęte.
Pan Stanisław zmilczał, zdawał się namyślać — zwrócił twarz ku hrabinie i wybąknął niewyraźnie.
— W mojem przekonaniu wcale pospolity człowiek, wcale pospolity.. ale szczęśliwy.
— Toś się na nim nie poznał — odparła Palczewska. Słyszałam już przybywszy tu, że puszczono tu o nim jakąś bezsensowną plotkę.. rzecz ta się wyjaśni. Wprost potwarz i dosyć niezręczna.. Albert go znał w uniwersytecie.
Grejfer był jak na mękach..
— Ja tam, odezwał się z trudnością dobywając wyrazów z siebie — ja tam — o niczem nie wiem.. ale nie sympatyzuję z nim.. to trudno..
— Myślę że to nawet niepodobna! szepnęła Palczewska złośliwie.
— Jak to pani rozumie? obrażony podchwycił Grejfer.
— Temperamenta, charaktery, wychowanie, upodobania macie panowie różne. Pan stworzony jest do świata i salonu, on do cichego życia domowego i życia pracy. Trudno żeby się on podobał lub pan jemu.
— Wcale się też o to nie starałem, z przymuszonym uśmiechem odezwał się młody człowiek, zresztą jak to zwykle u wód bywa, rozjedziemy się i więcéj nie spotkamy. Co się tycze tych, jak je pani zowie plotek.. ja o nich nic nie wiem... nic nie wiem.
— Bardzo mnie to cieszy.. tak bezsensownego nic byś też pan nie powtórzył — zakończyła pani Palczewska żegnając go skinieniem głowy. Greifer jednak choć odprawiony, niespokojny nie miał ochoty odejść. Czuł potrzebę tłomaczenia się dłuższego, język mu swierzbiał.
— Na podobne gadaniny najlepiéj nie zwracać uwagi chociaż trudno ludzi obwiniać, rzekł z przymuszoną żartobliwością. Pan Karol Surwiński koniecznie w nim chciał widzieć jakiegoś zamaskowanego magnata, nie dziw że drudzy odkryli awanturnika. Po cóż się tak z sobą ukrywać, i dla uczynienia zajmującym osłaniać tajemnicą?
Hrabina szła nie odpowiadając nic, Grejfer dodał jeszcze..
— Na każdego z nas ludzie plotą choć jesteśmy znani i tutejsi, cóż dziwnego że i na obcego również.
Nie odebrawszy i na to żadnego słówka odpowiedzi, skłonił się wreście i powoli odszedł.
W tem pozornie tak spokojnem i wesołem towarzystwie, złożonem z ludzi sobie po większéj części obcych i przypadkowo na krótki czas zgromadzonych, przymuszona wesołość okrywała nurtujące spodem prądy małych intryżek, zachodów i mrówczą krzątaninę tego gatunku ludzi, którzy nie mogą wytrzymać żeby pod pretekstem własnego interesu lub moralności publicznéj, bliźnim nie szkodzili. Przezacny Surwiński pracował nad wyjaśnieniem prawdy, pani prezesowa nad odkryciem fałszu, Grejfer nad sprawą własnéj kieszeni, naostatek hrabina musiała się rozerwać. A że los na pastwę im wszystkim wydał w tym roku pana Pilawskiego i Domską, padali nieszczęśliwi ofiarą. Szczęściem mimo podejrzeń gorliwego czarno-żółtego Mamrotha, o których wspomniał Hercogowinie, bliższe badania okazały fałsz tego domysłu i ocaliły panią Domską od możliwéj jakiéj nieprzyjemności, w czasie wojennym mogącéj mieć następstwa groźne. Mamroth który lubił się gorliwie zajmować — (dla dobra ogółu) — śledzeniem indywiduów zdających mu się podejrzanemi, gdy raz powziął myśl iż przybyła z Berlina osoba, mogła mieć jakąś misję półurzędową, systematycznie wziął się do odkrycia prawdy. Napisał dokąd należało, odebrał odpowiedź, posłał raport i.... nierychło otrzymał zawiadomienie, iż omylił się grubo. Właściwe i kompetentne organa bezpieczeństwa publicznego oznajmiły mu, kto była pani Domska i uspokoiły zupełnie.
Urzędnik ten nadto był sumiennym, ażeby powiedziawszy domysł nieusprawiedliwiony przyjaciołce prezesowéj, nie miał go po bliższem zbadaniu rzeczy odwołać. Spotkawszy więc na przechadzce Hercegowinę, zawsze gotową do zajmującéj i nauczającéj z nim rozmowy, zatrzymał ją i odwiódłszy nieco w stronę, odezwał się. Pani prezesowéj, jeśli się nie mylę, zwierzyłem się z mojego domysłu w przedmiocie damy pod nazwiskiem Domskiéj tu przebywającéj. Jestem pewien, że pani, dawszy mi słowo iż wiadomość tę zatrzymasz przy sobie, zachowałaś ją tylko dla własnéj informacji. Otóż dziś przychodzi mi, sumienie każe, oświadczyć pani, że się omyliłem — tak — omyliłem się.
— W jaki sposób? spytała prezesowa ciekawie.
— Mam z najlepszego źródła, pewną wiadomość kto jest pani Domska.. nie ma w niéj nic niebezpiecznego.
— Ale któż ona jest? kto? proszę pana?
Mamroth się uśmiechnął, dobył papierka z kieszeni i z języka niemieckiego przetłómaczył następującą, kancelaryjnym sposobem wystylizowaną karteczkę. Pani Zuzanna z... Domska, córka zamożnego obywatela z księztwa.. lat 48, otyła.. włosy siwiejące.. Właścicielka Magazynu Mód w Berlinie, na rogu ulicy.. Unter den Linden.. Majątek znaczny, osoba w żadne obce swojemu powołaniu sprawy się niemięszająca, oddana wychowaniu córki.. Elwiry.
Pani prezesowa posłyszawszy o magazynie mód, załamała ręce i parsknęła śmiechem pełnym tego szlachetnego uczucia radości, gdy się uda dobremu sercu znaleść na drodze kamień, którym cisnąć może na niespodziewającego się pociska bliźniego... Zadrgała z radości. Marchande de Modes! Marchande de Modes! poczęła powtarzać biorąc się za boki.. Otóż to nasi koneserowie salonowi! Wzięli ją też jak ten dudek Surwiński Pilawskiego za Grafa, za coś osobliwego, za wielką panią!.. a to....
— Wielką panią ona jest — przerwał Mamroth, piszą mi że bardzo bogata!
— Z igiełki i nożyczek! ze wzgardą zawołała prezesowa..
— No — i córka obywatelska.
— Ale modniarka, nic więcéj jak modniarka! zawołała Hercegowina radując się — wielka mi figura! A tak to chodzi poważnie jak jaka wojewodzina! A tak się to dmie, a tony sobie daje... Modniarka! Teraz zrozumieć łatwo dla czego pani i panna zawsze były tak postrojone... wszak ci to nic nie kosztuje, bo sobie z cudzych obrzynków poszyją fioki.
Mamroth patrzał zdziwiony i posępny.
— Nie rozgłaszaj pani tego, rzekł, nie ma potrzeby.
— Dla czego? cóż to? tajemnica stanu? Czemu ludzie nie mają wiedzieć kto jest ta jejmość?
— Ja panią o to proszę — dodał przyjaciel — i powiem pani to jedno, że jeśli się to rozgłosi — nigdy w życiu ode mnie nieposłyszysz słowa..
— Prezesowa spoważniała nagle. To co innego! co innego, jeśli pan radzca mi zakazujesz..
— Proszę.
— Ale dlaczego, dla czego? Urzędnik usta podniósł zaciśnięte w górę, popatrzał długo, brwi ścisnął i rzekł. Dla tego że ja — proszę..
Prośba była niemal rozkazem.
— No — jakto nikomu?
— Nikomu.
— E! bo pan to nudny jesteś.
Tajemniczo dźwignął ramionami radca, schował kartkę do kieszeni, uchylił czapki i odszedł. Hercegowina postała chwilę, pomyślała i miała iść, gdy oddawna zdala stojący na straży siostrzeniec p. Porfiry, zbliżył się zwolna z uśmieszkiem pełnem poszanowania przyszłego spadkobiercy.
Nie ma w świecie niewdzięczniejszéj roli nad konkurenta do szkatułki, bo nikogo gorzéj w ogóle nie przyjmują, nikt przykrzejszych nie obudza myśli; nikt na kwaśniejsze nie jest wystawiony humory, nikomu słodycz, uległość, cierpliwość nie opłacają się bolesniejszemi gderaniami, nad takiego siostrzeńca. Są może szczęśliwe charaktery starych, umiejące tę niechęć ku przyszłym spadkobiercom pokryć i osłonić, ale ciocia prezesowa była z natury kwaśną, cóż dopiero gdy jéj taki nieznośny Memento-mori, nawinął się na oczy. Nawet wesoła warzyła się natychmiast jak śmietanka w upały. Tym razem też widząc nadchodzącego, ściągnęła brwi.
— Chciałem cioci, dzień dobry powiedzieć..
— A i ja też zbieram ci się coś... powiedzieć także i myślę, że czas potemu.. bardzo czas.. Podniosła groźne wejrzenia...
— Powiedz ty mnie — po co ty tu siedzisz? co ty tu robisz? Już mi się przykrzy widzieć cię gdziekolwiek się ruszę na moich piętach? Czy to ja jestem małe dziecko, czy zgrzybiała baba, żebyście mnie tak nieodstępnie pilnowali?
— Ale uchowaj Boże, przerwał mocno się czerwieniąc Porfiry... wszakże ja.. nie przeszkadzam... ja tu jestem... tak sobie... tak sobie... dla własnych moich.. okoliczności.
— Jakież? po co? zawołała ciocia, młody człowiek powinien coś robić, czemś się zająć, cóż ty robisz? Czas tracisz nadaremnie, bąki zbijasz.
— Proszę cioci prezesowéj, odezwał się nieco zmieszany Porfiry, który długo mówić nie lubił i nie bardzo był zdolny, proszę cioci prezesowéj — ja — ja — nawet mam cel mojéj bytności w Krynicy.. mój własny...
— Jaki? i dla czegoż mi o nim nic nie mówisz? egzaminowała ciotka.
— Bo, cóż miałem mówić przedwcześnie, kiedy jeszcze nie mogłem nic rozpocząć?
— A cóż zamierzałeś rozpoczynać?
Porfiry spuścił oczy i westchnął.
— Proszę cioci przezesowéj, żeby się nie gniewała, bo ja na to mam zezwolenie od mamy, gdyby się co trafiło, ja, proszę cioci prezesowéj, zamierzyłem zakochać się i ożenić...
Usłyszawszy to wyznanie Hercegowina stanęła, wstrząsła się cała, ręce z różańcem splotła nagle, aż stawy w nich jękły i tupiąc nogą spytała.
— Co? co? matka ci tem głowę nabija? Ty! tobie żenić się?
— A dla czegóżby nie? rzekł Porfiry... w moim wieku ludzie bardzo się żenią i kochają.
— Młokos jakiś! a toś się spowiadać z tego powinien! zawołała ciotka. Nic nie masz, nie zapracowałeś w życiu grosza, kąta dla żony nie znajdziesz...
— A, proszę cioci prezesowéj, jabym sobie życzył taką wziąć, żeby ona mnie do swojego kąta zaprowadziła — odezwał się Porfiry — ja inaczéj jak z osobą majętną żenić się nie myślę. Niech ciocia nie sądzi żebym był płochym.
— A któraż cię też zechce? która? przerwała surowa Hercegowina, ni z pierza ni z mięsa...
Młodzieniec spuścił oczy. Do pierza się nie poczuwał tak dalece, ale był przekonany iż z mięsem mógł się pochwalić. Jak go Bóg stworzył to stworzył, ale pamiętał o sobie i starał się rumiano i krzepko wyglądać. Pracą się nie męczył, myśleniem nie nużył, jeść lubił, spać nie zaniedbywał. Ciocia była, za surową, widział się skrzywdzonym i zamilkł. Prezesowa popatrzyła na tę konfuzję młodzieńca, i ruszyła powtórnie ramionami..
— A cóż? może już i projekt gotowy?
Porfiry zamilczał. Mów że — cóż stoisz jak słup?
— Kiedy ciocia nie pochwala?
— Nie pytałeś się mnie w czas? a gadajże przynajmniéj — cóż robisz?.. Jesteś gotów w jaką kaszę wleźć, bo to tu ewangeliczna uczta w téj Krynicy...
Jeszcze raz westchnął pokrzywdzony.
— Cóż ja mam mówić kiedy ciocia prezesowa..... nie każe. Tak dalece się nie zaawansowałem.. a jeślim się cokolwiek i zakochał, gotów jestem odstąpić.
— Kogo? co? zakochałeś się? w kim? mów mi natychmiast..
Siostrzeniec zdawał się mocno z sobą walczyć.
— Proszę cioci prezesowéj, rzekł, nie ma jeszcze tak dalece nic. Na przechadzkach czasem mijałem po kilka razy... i popatrzyłem... to z ławki na przeciw przyglądałem się i wzdychałem, alem jeszcze i słowa do panny nie mówił.
— A gdzież ta panna? jaka? gotoweś jeszcze w żydówce się zakochać? — Ale — proszę cioci prezesowéj, już nie jestem tak głupi, żebym nie wiedząc w kim, puścił się. Ja chodziłem wprzódy do kancelarji.. i wiem kto to jest.
— A powiesz że mi nareście jak się nazywa?
Śliczna panna! proszę cioci — tak pięknéj panny jeszcze nie spotkałem, prócz raz w teatrze we Lwowie, ale tamta była.. osoba... osoba.. niebezpieczna.. ta zaś obywatelka.. i majętna..
— Nazywa się?
— Panna Elwira Domska..
Ciotka śmiać się szczerze zaczęła i nie połajała nawet.
— Jak na początkującego wybór wcale nie zły, rzekła szydersko, tylko nie na twój to rozum, mój Porfirku.
— To jest prawda, szepnął siostrzeniec, że wedle tego co uważałem, stara się tam pan Pilawski który ma odzienie z Londynu i pan Grejfer, który się ubiera w Wiedniu... a nawet Grejfer się tam wkręcił, ale kto to może wiedzieć, kto się podoba. Wszak i ja podobać się mogę.
Ciotka uderzyła się palcem w czoło za całą odpowiedź i parsknęła śmiechem. A daj temu pokój, rzekła, to nie dla ciebie... Jak ci czas przyjdzie żenić się, wyszukać ci musimy żony i pomódz, sam rady nie dasz.
— Ja.... proszę cioci prezesowéj, nie myślę się awansować zbytecznie, a jeślibym, prawdę powiedziawszy, dodał rozumny kawaler, trochę się pokochał, toć mi serce nie uschnie.. Ludzie się i po dwadzieścia razy kochają.. a ja ani razu dotąd...
— Bystro spojrzała nań prezesowa. Zmów koronkę do Przemienienia, powiadam ci, darmo się na pośmiewisko nie dawaj.. jak ludzie zobaczą wezmą cię na fundusz...
Zmilkł Porfiry, ciocia jakoś zmiękła, może naiwność dziecka tego litość w niéj obudziła, uśmieszek błądził jéj po ustach.. Powoli zaczęła daléj iść ścieżyną a siostrzeniec krok w krok za nią, w ostatku dała mu rękę do pocałowania i odprawiła go.
— Nie durz się darmo.. lepiej byś do domu jechał i żniwa pilnował...
— Bardzo jeszcze nierozgarnięty i strasznie chłopiec niewinny, mówiła w duchu ciocia prezesowa... Przypuśćmy żeby téj dziewczynie córce modniarki przyszło do głowy go zbałamucić... wzięła by go jak chciała. Otóż skutek tych mięszanych towarzystw, gdzie się nigdy nie wie kogo się spotyka. Każdy dziś ma prawo tak samo się jak my ubrać, tak samo żyć i tam bywać gdzie i my. Dopilnuj że się tutaj ażeby poczciwi nie policzkowali... z tego wszystko złe że dziś nikt na swem miejscu nie chce zostać... Pnie się każdy.. Obraza pana Boga...
I ciocia prezesowa korzystając z chwili wolnego czasu poczęła się modlić.. bo miała czasem po kilka tysięcy zdrowaś do odmówienia w krótkim terminie. Osoba była pracowita i pobożna.
Najgorzéj wiodło się panu Stanisławowi Grejferowi, chociaż miał za sobą potęgę i protekcję pani Jaworkowskiéj. Grejfer jakeśmy się dziś nauczyli mówić, przerachował się, zapędził i spostrzegł że mógł być skompromitowanym bezużytecznie. Drzwi Domskiéj były mu jeszcze zamknięte, chociaż pani Jaworkowska zapewniała, że u matki jest jak najlepiéj położonym i że wkrótce nawet znowu przypuszczonym będzie do oblicza tych pań. Z dnia na dzień wszakże czekając na to, pan Stanisław doczekać się nie mógł aby go przyjęto. Nie uszło to kołatanie baczności ludzi, którzy z niego po cichu żartować sobie zaczynali, a tego Grejfer znieść nie mógł. Lubił on sobie z drugich szydzić trafnie, ale siebie dotykać nie pozwalał. Co chwila oczekiwany i zapowiedziany powrót Pilawskiego niepokoił go wielce. Przeczucie jakieś zwiastowało mu, że będzie miał przykrą do przejścia chwilę. Byłby może nawet pod pozorem jakimś wyjechał, gdyby się nie wstydził, nie lękał gadaniny że z placu uszedł dla wstydu lub niebezpieczeństwa. Jeśli kiedy to teraz należało mu nadrabiać fantazją i nie okazywać wcale, że zwątpił o sobie.
W parę dni potem gruchnęło rano po Krynicy, iż Anglik przybył i że go już widziano. Gospodarz hotelu rozpowiadał wszystkim, iż koniecznie jaj świeżych zażądał do śniadania. Pilawski przyjechał z nim razem... Byli w jak najlepszéj komitywie i przyjaźni, wspólna podróż zbliżyła ich i uczyniła poufałemi. Sir William stanął w pokojach obok Pilawskiego, drzwi łączące dwa mieszkania kazał otworzyć i cały ranek zszedł im na żywéj gawędzie. Ciekawi którzy chcieli jéj podsłuchać pode drzwiami stracili czas i zachód, rozmawiali bowiem po angielsku i gospodarz upewniał, że brzmienie tego języka do ciągłego dławienia się było podobnem. Pierwsze odwiedziny tych panów około drugiéj godziny były do hrabinéj Palczewskiéj. Gospodarz który wiedział iż wyjść mają i chciał się typowi angielskiemu przypatrzeć, opowiadał o wyspiarzu potem, iż miał piękną twarz, długą, zęby białe trochę zająca przypominające i wspaniałe bakenbardy. Takich panów co imitują Anglików, u nas panie pełno — mówił po cichu — ale to zaraz znać że Anglik prawdziwy..
Dumnym był nieco z tego iż w jego domu stał ten unikat, jakiemu równego drugiego nierychło miała widzieć Krynica.
Od gospody pod Różą do domku pani Emilji na drodze niby przypadkowo spotkali osób kilka, które chciały widzieć anglika, aby toś o nim módz powiedzieć. Hrabina, która już była o przyjeździe uwiadomioną, przyjęła Sir Williama nader wesoło i wdzięcznie, dziękując mu za dotrzymanie słowa. Równie prawie przyjacielsko przywitała Pilawskiego, na samym wstępie oświadczając mu, iż się bez niego nudziła. William był w humorze rzadko się anglikom trafiającym, młodym, wesołym, rozpogodzonym... Rozmowa naprzód padła na Tatry.
— Alp widziałem wiele i wspanialszych, rzekł anglik, wszystkie mniéj więcéj otacza pustynia i ubóstwo, człowiekowi w sąsiedztwie tych olbrzymów osiedlić się i wyżyć trudno. Wszyscy górale są potroszę do siebie podobni... Lecz, dla nas Europejczyków, dodawał, Tatry są najoryginalniejsze, bo stoją do dziś dnia prawie takiemi jakiemi je pan Bóg stworzył. Stan natury nietknięty, nie naruszony... to je dla nas drogiemi czyni. W Szwajcarji wszystko popsuła spekulacja, w Tatrach ludzie i ścieżki nieogładzone i tem ciekawsze... Dziko, głucho, pusto, głodno, można by sądzić być po za granicami Europy i cywilizacji — a to właśnie Tatry szacownemi czyni i to że ich nikt nie zna.
Sir William wychodząc z tego punktu widzenia, wszystko co spotykał znajdował wielce zajmującem, obiecywał nawet, tak był zakochany w téj terra incognita, któréj pragnął być Kolumbem, iż na rok przyszły na dłuższy tu czas przyjedzie, aby na niedostępne drapać się szczyty i opisać swą wycieczkę w roczniki Alpejskiego klubu. Hrabina przyklasnęła temu zamiarowi. William był zgorszony iż fotografii piękniejszych widoków nie znalazł, obiecywał więc z sobą na swój koszt wziąć fotografa, wydać album itp. itp.
Pilawski milczał, więcéj potakując niż przecząc...
On także Tatry znajdował pięknemi i zamiast fotografa życzył im Calam’a.
Wśród téj rozmowy, hrabina odwróciła się do niego i zapytała po polsku: byłeś pan u sąsiadki?
— U kogo?
— U pani Domskiéj! ramionami ruszając do dała Palczewska.
Pilawski zarumieniwszy się nieco, głową potrząsł.
— A to niegrzecznie — rzekła z uśmiechem, zostaw że mi pan anglika na pastwę, a sam idź, już ja wiem że ci pilno.
Pilawski chciał się tłómaczyć, podług zwyczaju tupnęła nóżką, Idź pan, idź — nie wstydź się, a po wizycie wracaj na obiad do mnie. Anglika ja zabawię.
Zawahawszy się nieco, Pilawski wziął za kapelusz i poszedł. Dzień był, co rzadko w Krynicy, pogodny, spiesząc do hotelu, spostrzegł tego dnia po raz pierwszy wyszłe na przechadzkę obie panie, którym z boku, jakby przyczepiony towarzyszył Greifer... Jak tylko je zobaczył, skierował się natychmiast ku nim. Nim się zbliżył jeszcze, widział jak pan Stanisław, który szedł po stronie panny, niepatrzącéj na niego wcale, skłonił się żywo i ścieżką boczną, może dla uniknienia spotkania z nim odszedł.. Wzrok Elwiry zwrócił się zdala ku niemu. Gabriel prawie się przeląkł widząc jéj twarz zmienioną, bladą i wyrazem wewnętrznéj boleści okrytą. Dojrzał też iż matka, zobaczywszy go z wyraźną intencją udawała, że nie widzi i oczy w przeciwną skierowała stronę. Szły powoli ku cieniom i laskowi.
Pilawski pospieszył je przywitać, dziwnym wzrokiem zmierzyła go Elwira, pani Domska oddała mu ukłon lekkiem głowy skinieniem i znowu odwróciła się od niego. Nie spytano go nawet przez grzeczność o podróż, o zdrowie, obie panie osobliwszym sposobem były nieme i zakłopotane. Pilawski widział jawnie, iż tu coś zaszło, czego sobie wytłumaczyć nie mógł, coś jemu szkodliwego. Pobladł i zmięszał się.
Kilka kroków przeszli tak w milczeniu, w ostatku Pilawski się odezwał stłumionym głosem.
— Zapewne przeszkadzam, chciałem tylko przywitać, widząc że i pan Greifer był natrętnym, to mnie ośmieliło.. Może pani chce spocząć? zwrócił się do matki.
Odpowiedziano mu coś niewyraźnie, ale oczy Elwiry w zastępstwie ust, zdawały się zapowiadać że potrzebują rozmowy poufnéj — pociechy.
— Czy pani nie była chora? zapytał Gabriel.
— W istocie, pośpieszyła za córką odpowiedzieć matka. Elwira i była i jest chorą jeszcze — lekarz nakazał spoczynek.. Miałyśmy już wyjeżdżać, tu powietrze nie służy.
Nie chcąc na ten raz narzucać się dłużéj, i widząc że zamiast miłego przyjęcia, jakiego się spodziewał, spotykało go zimne i nienaturalnie milczące ze strony Elwiry, sądząc że może w czem przeszkodził tym paniom, Pilawski ukłonił się i odszedł, smutny, zadumany, przemyślając nad tem jak i gdzieby mógł nie zwracając oczów pomówić z Elwirą. Czuł sercem iż jakieś tłumaczenie, wyjaśnienie było potrzebnem...
Mocno zaniepokojony, chwilę się wstrzymał rozmyślając co z sobą pocznie, czy ma powrócić do hrabiny, czy pójść skupić ducha w samotności, aby wynaleść środek widzenia się z Elwirą. Spojrzał na zegarek, było już prawie dwie godziny jak wyszedł i z anglikiem, do obiadu u pani Palczewskiéj dość jeszcze czasu... Skierował się więc ku Hotelowi. Szedł ścieżką ze spuszczoną głową, gdy jakby przeczuciem podniosłszy ją nagle.. ujrzał naprzeciw siebie kroczącego mężczyznę, który jak tylko go postrzegł w górę podniósł kapelusz i uśmiechnął się z radością wielką. Natomiast Pilawski osłupiał, zbladł, załamał ręce i stanął jak wryty. Widocznem było że to zjawisko niemiłe, pomięszało mu wszystkie szyki...
A było w istocie oryginalne. Młody mężczyzna wykrygowany, wyelegantowany, wyfryzowany, przypominał powierzchownością paryskiego fryzjera z modnego magazynu na bulwarach. Człowiek ten nie szedł ale, rzekłbyś, tańcował idąc, tak stawiał kroki z pamięcią o tem, ażeby wdzięcznie się wydawały. Układ jego cały nienaturalny był, wyłamany, ręce pozaokrąglane, głowa podniesiona z pewnem przechyleniem na bok nadawać jéj mającem melancholiczną fizjognomję wierzby płaczącéj. Lśniły się na niéj włosy utrefione, wypomadowane, rozdzielone starannie i ułożone z obu stron skroni z głębokim namysłem by malowniczo wyglądały. Wąs śpiczasto zakończony dwoma sznureczkami i bródka hiszpańska długa nader starannie wypielęgnowana, przy białéj i bladéj cerze, odbijały jak na źle kolorowanym obrazku. Z pod białego jak śnieg kołnierzyka, niebieski, lazurowy krawat wyglądał, uciśnięty szpilką na któréj zręczny złotnik związał w trofeum szpicrutę, i dżokejską czapeczkę, podkowę i strzemię, godła sportu. O reszcie stroju dobranego właściwie do tych premissów, mówić byłoby zbytecznem. Lakierki były z guziczkami i szyte białym jedwabiem, dalsze ubranie z lampasami kamizelka otwarta wdzięcznie, a przy niéj zwieszał się zegarek z łańcuchem, wedle wszelkiego podobieństwa ze złota talmi, niezmiernéj grubości, dzwigającym pieczęć, medaljon ogromny emaljowany i całą kolekcją ciekawości różnych, między innemi mikroskopijną armatę...
Nim się miał czas ów elegant odezwać do pana i Pilawskiego, Gabriel zawołał głośno:
— Ale po cóżeś tu u licha mnie gonił i po co? po co?
— Przepraszam pryncypała — rzekł zmięszany nieco młodzieniec, były interesa naglące, ja nie mogłem ich brać na moją odpowiedzialność. Pilawski przyskoczył doń żywo, schylił mu się do ucha, poszeptał coś kilka minut żywo i dodał.
— Rozumiesz mnie?
— Rozumiem — cicho szepnął elegant.
— Niezapomnisz?
— Broń Boże!
— Idzie mi o to wielce — dorzucił Pilawski. Nawet jeśli można, wolałbym ażebyś rozmówiwszy się ze mną natychmiast powracał.
Twarz biednego przybylca przeciągnęła się.
— Proszę pryncypała, rzekł smutnie — kiedy już tyle się drogi zrobiło... ja ręczę, że tam wszystko pójdzie jak należy.. niechby mnie wolno było choć dzionek.. dzioneczek....
— Ale ja ci tydzień daję, byle nie tu.... nie tu. Jedź sobie do Szczawnicy, zabaw się! A tu.... gotoweś mi się wypaplać, gotów cię kto zobaczyć, ja będę w trwodze.
— Niech że mi pryncypał zawierzyć raczy.... już kiedy się słowo rzeknie, to się dotrzyma. Człowiek siedzi i pracuje..
— Dam ci wakacje.. dam! zawołał Pilawski... tylko nie tu.
— Ja ich teraz sam nie wymagam, bo interesa są pilne... lecz kiedy już tyle się drogi uczyniło.
Pilawski ręką machnął. Elegant który dotąd stał z kapeluszem w ręku, trzymając go nad głową, nakrył ją i począł iść za pryncypałem swoim z pewnem uszanowaniem, tak się obrachowując aby mu pół kroku naprzód zawsze zostawić. Nieszczęśliwemu Pilawskiemu którego twarz okryła się smutkiem, nawet sąsiedztwo tego młodzieńca, zdawało się niezmiernym ciężarem i przykrością. Szedł jak na ścięcie, wiodąc go za sobą, niespokojnie rzucając oczyma dokoła, czy ich kto nie widzi. W istocie elegant był kompromitującym. Wypiętnowana na nim była ta elegancja z talmi złota, która do prawdziwéj tak się ma jak kolorowana litografja do obrazu Rafaela. Młodzieniec zdawał się tymczasem zadowolniony nadzwyczaj z siebie, przejęty błogo gustownością i pięknością swéj postaci. Szedł wyzywając oczów by nań patrzały, serc niewieścich by je podbijał.. Kiedy niekiedy spoglądał sam, to na wielki medaljon wiszący u dewizek, to na lakierki stębnowane w figle różne, to na zielone, majowe, krzyczące rękawiczki glansowane, pozapinane tak że ogromna ręka ledwie się w nich mieściła. Pilawski wciąż idąc powtarzał jeszcze.
— Ale po co było przyjeżdżać? po co?
— Proszę pryncypała — ja nie mogłem brać tego na moją odpowiedzialność.
Tak weszli do gospody pod Różą, Pilawski pospieszył z nim do swego pokoju, oglądając się jeszcze czy ich kto na schodkach nie spotka, i zamknął się z nim na klucz na długą rozmowę.
Tymczasem postać tak wdzięczna i strojna nie mogła przejść od hotelu warszawskiego przez całą Krynicę, niezwracając ciekawych oczu. Lakierowane buty, zielone rękawiczki, lazurowy krawat, medaljon ogromny, kapelusz jak lustro swiecący... sam chód nawet i krygi powszechną obudziły uwagę. Ujrzał go pierwszy Greifer i zobaczywszy że się witał z Pilawskim, z nim poszedł do hotelu i poufale rozmawiał, jako człek baczny, który ze wszystkiego umie korzystać, natychmiast pobiegł na zwiady. Niewinny ks. Brzoza idący z brewiarzem, powiedział mu na pytanie, iż przypadkiem wie iż ten młodzian przybył wczora w nocy, zajechał do Warszawskiego hotelu, pytał zaraz o Pilawskiego i ubrawszy się do niego poszedł. Ks. Brzoza sam stojąc w tymże domu, mimowolnie się o tem dowiedział. Grejfer czując iż mu to się na coś przydać może, posunął się do dobrze znajomego gospodarza hotelu. A że ten zwykł był utyskiwać na pustki i brak gości, miał dobry assumpt do rozpoczęcia rozmowy. Utyskiwanie trwało.
— Wczoraj ci tu przecie ktoś zajechał.
— A co mi tam z niego! zapowiedział, że nie dla wód tylko za interesem do tego pana Pilawskiego. Zabawi może dwa dni i powraca. Co to za gość, kiedy jak po ogień nie jak po wodę przyjechał.
— Cóż to za jeden? zapytał p. Stanisław.
— Kto go wie? zapisał się Jerzykiewicz z Warszawy.
— No — ale stan — zajęcie? któż? co?
— Dał tylko sztrych w książce.. któż go tam będzie pytał? Co mnie do tego, byle paszport miał. Wygląda to prawda na fryzjera.. tylko że takich teraz elegantów co nie miara, którzy nie lepiéj od niego się prezentują..
— Jerzykiewicz! powtórzył parę razy Greifert. Czy będzie u was jadał?
— Nie mówił, — lecz jeśli na godzinę się nie stawi, czekać nie myślę.
— Jerzykiewicz! powtórzył jeszcze dla wbicia w pamięć nazwiska Grejfert, zagadał potem o czem innem, pożegnał się i poszedł.
Łatwo było rozrachować że przybyły za interesem do Pilawskiego, znał jego i stosunki pana Garbrjela najlepiéj, cenna więc rzecz była dobyć coś z niego. Niemniéj baczny na każde poruszenie żywotne w Krynicy, pan Karol Surwiński już go też widział, już doszedł po co i dla czego przybył, a równie — może więcéj niż pierwszy był interesowanym wywiedzieć się dokładnie od tego, jak sobie wyobrażał oficjalisty pańskiego — o panu. Oba więc czyhali na młodzieńca w lakierkach, obiecując sobie jeść z nim obiad w hotelu Warszawskim.. Jerzykiewicz ani się domyślał nawet iż nań spiski knuto.
Zamknięty na klucz z pryncypałem, zmęczył się rozmową z nim i jakiemiś rachunkami aż do godziny późnéj, tak iż w hotelu Warszawskim czas obiadowy przeszedł. Pilawski zapomniał też o stawieniu się na obiad do hrabiny i przysłano po niego, a że drzwi były zamknięte musiano stukać i dobijać się. Gabriel przestraszony uchyliwszy drzwi zapewnił kamerdynera, iż natychmiast przychodzi, papiery jakieś ze stołu zrzucił do kuferka, eleganta uwolnił a sam pobiegł co prędzéj do pani Emilji — bo zupa była rozdana i nie czekając nań zajadano.. Nie spytano go przez grzeczność gdzie był i dla czego się tak zabawił. Pilawski też nie tłumacząc się siadł. Rozmowa hrabiny z anglikiem była niezmiernie ożywioną.
Tymczasem nieszczęśliwy ów elegant, którego zamiast wdzięczności pryncypała spotkała wymówka, po co przyjechał, zmęczony drogą, utrapiony piekącemi ciasnemi lakierkami, głodny, wyszedł z hotelu pod Różą, nie myśląc o niczem tylko ażeby coś przekąsić.
W Warszawskim dawno było po obiedzie. Grejfer i Surwiński palili cygara w jadalni przechadzając się — obrus jeszcze był na stole.. i dwie solniczki osamotnione jak wyspy na oceanie poświadczały o zjedzonych przysmakach... Gdzieniegdzie walały się okruszyny chleba i czerwony Vöslauer zostawił ślady starannego farbowania jakiemu uległ w fabryce. Pan Jerzykiewicz wszedł, zmierzył okiem stół i westchnął, zanim nadbiegł uprzejmy gospodarz.....
— Czy pan jadł?
— Nic, od rana — nic w gębie nie miałem — smutnie odezwał się Jerzykiewicz.
— Zupą, sztuką mięsa i naleśnikami służyć mogę — rzekł właściciel hotelu. A wino?
— Pół butelki czerwonego, bąknął nieśmiało elegant, i — gdyby tak był kieliszek wódki?
— Żytniéj, kontuszówki czy kminkowéj? przerwał z pewną dumą wyliczając swe zapasy gospodarz.
— Co z brzegu to nieprzyjaciel! weseléj bąknął Jerzykiewicz, i usiadł na krześle. Tu rozpoczęła się operacja zdejmowania obcisłych rękawiczek, z pod których wyszły zmoczone i krwią nabiegłe ręce na światło dzienne.. A że dzień był gorący, zielona barwa glansowanych rękawic umarmuryzowała pięknie dłonie eleganta. Popatrzał na to melancholicznie i zdawał się godzić z przeznaczeniem.
W czasie tego epizodu, Surwiński i Grejfer z cygarami przechadzali się po obu stronach stołu, jeden od drzwi do komina, drugi od komina do drzwi. Surwińskiemu los pobłogosławił tak, iż z jego strony siadł Jerzykiewicz, miał więc nadzieję że prędzéj rozmowę zawiązać potrafi. Greifer rachował na swą zręczność i śmiałość, na obycie się ze światem pod Baranami, w Łańcucie i Krzeszowicach.
Chłopak en manches de chemise, przyniósł naprzód wódkę, któréj spory kielich nalał sobie gość i wypił jak należy, z widocznem zadowolnieniem... Potem solił chleb i jadł głodny. Oglądał się na chodzących kiedy niekiedy, lecz nieokazując ochoty do rozmowy. I Surwiński i Greifer myśleli od czego by począć. Tylko pan Karol czujący współzawodnika w panu Stanisławie — rachował. Jak ja pocznę, to ten się przyczepi, wmięsza i zbierać będzie owoce. Nie — zmilczę, niech on zacznie. Greifer śmielszy stanął naprzeciw Jerzykiewicza, sparł się oburącz o stół, popatrzał i rzekł:
— Pan dobrodziéj dla — kuracji?
Jerzykiewicz mimo ust pełnych chleba z solą, co prędzéj się uwinąwszy z nim — odparł grzecznie.
— O, nie, ja — tego panie dobrodzieju — dla interesów — pryncypała.
Ledwie wyrzekł tego nieszczęsnego pryncypała, pożyczonego z handlowéj nomenklatury niemieckiéj, gdy sobie przypomniał, że powinien był milczeć. O mało się za język nie ukąsił.
— No — źle, rzekł w duchu — ale licha zjedzą żeby ze mnie dobyli co więcéj.
— Pan z Warszawy? spytał Greifer.
Jerzykiewicz pod świeżem wrażeniem potrzeby milczenia, chciał zmydlić. Nie było podobna, w książce stało, że z Warszawy jechał. Pomyślał: no, toć przecie żadna tajemnica.
— A, tak! z Warszawy, z Warszawy, — i dokończył w ducha — więcéj ani słowa!
Z boku stało krzesło, Surwiński na niem przysiadł się, i popatrzywszy na Greifera z pewnym rodzajem politowania, począł:
— Prawda, iż z tych płaszczyzn mazowieckich... do naszéj pięknéj Galicji przybywszy, musi się serce radować. Śliczny kraj, panie!
— Ale drogi, panie, kościołomne! rzekł Jerzykiewicz... kamienie, korzenie, doły, dziury.. i na kości arcy niewygodnie.
— Wózki te góralskie trzęsą, dorzucił Greifer.
— O! trzęsą — ja com do dróg prywatnych nie nawykł.... mówił Jerzykiewicz.
Ale w chwili gdy już czynił to zeznanie, pomiarkował że dopuścił się nieostrożności, po co było się do tego przyznawać? Urwał i zamilkł, wniesiono bowiem zupę bladą, wśród któréj wężowe zwitki makaronu w przyjemny gzygzak się składały. Dobywanie tych misternych zwojów niełatwe, usprawiedliwiało chwilowe milczenie... Greifer tymczasem rozpatrywał się w człowieku.
— To jakiś naiwny chłopak! rzekł — pociągnąć za sznurek, dobędzie się z niego co trzeba.
Surwiński patrzał też szukając w nim a priori, czy był plenipotentem, sekretarzem, kasjerem; archiwistą lub kontrolerem wielkiego nieznajomego.
— Pan nie musisz mieszkać na wsi, jeśliś do złych dróg nie nawykł — odezwał się Greifer — boć one po wioskach wszędzie takie jak u nas?
Pytanie było pułapką — Jerzykiewicz domyślił się tego, ale jak żył nie był nigdy w położeniu takiem, by potrzebował się z czem taić i szło mu to ciężko. Jakże było nie odpowiedzieć, a odpowiadając jak było się nie zdradzić.
— To jest tego, odezwał się po namyśle.. są szosy... panie dobrodzieja — są szosy.
Szczęśliwie mu się to bardzo udało, sam przynajmniéj bardzo był zadowolniony — odpowiedział i nie powiedział nic.
— Dobra nad wielkim traktem, zapisał sobie Surwiński — oczywiście, o ile sobie przypominam.. Międzyrzecczyzna.. Zdradza się kawaler.
Greifer nie był kontent. Podano sztukamięsę, chrzan, ćwikłę i musztardę, Jerzykiewicz zatopił się w dobieraniu przyprawy.. Po zupie czas był napić się Vöslauera.. a że dla prozopopei pił szklanką, gospodarz zaś zamiast pół butelki dał całą, wychylił szklanicę dużą, niezważając na to iż wódka już zupą rozgrzana w głowie szumiała.. Napój ten dodał Jerzykiewiczowi bystrości umysłu i rzekł w duchu. Chcą gadać? to dobrze, ale póki oni mnie będą brali na pytki, trudno mi się przyjdzie wykręcić, zażyję ich z mańki, sam pocznę.
Jakoż począł wychwalać piękności Krynicy... a że znać nie był wprawny do kreślenia krajobrazów, wprędce przekonał Greifera, iż nienależał do wybranych, którzy się po salonach obracać zwykli.
— Chłopak wyelegantowany jak perukarz na niedzielę, a — osioł, rzekł Greifer — cóż on może za rolę odgrywać przy tym pryncypale?
Im więcéj mówił pan Jerzykiewicz, tem się bardziej plątał. Sam Surwiński odkrył, że musiał to być oficialista miejski, zapewne z głównéj kancellarji gdyż o wsi, lasach, polach itp. plótł androny. Greifer się niecierpliwił i powtarzał sobie — osioł!
Tak przeszła sztukamięsa i dojechano do naleśników z powidłami.
Surwiński dotrzymywał placu uparcie. Pan Stanisław zniecierpliwił się. Oba patrzyli na siebie koso. Gdyby mi ten świeżo wypieczony salonowy filar nie przeszkadzał, dawno bym był w domu — mówił Surwiński. Żeby nie ten stary nudziarz, we cztery oczy zrobiłbym z nim co chciał, wzdychał Greifer. Jerzykiewicz zaś, po drugiéj szklance wina, oddawał sobie sprawiedliwość. Jeśli się co chcieli ze mnie dowiedzieć — bardzo się oszukają — oho!
Pan Stanisław znudzony zapalił drugie cygaro, ukłonił się, trzasnął drzwiami i poszedł, Surwińskiemu oczy zajaśniały — przysunął się z krzesełkiem do Jerzykiewicza.
Miał on starą metodę jeszcze zbliżenia się do ludzi, prostą ale skuteczną. Zadzwonił — chłopiec w kamizelce wszedł. Daj ty mi tu butelczynę starego węgrzyna i parę kieliszków... rzekł do niego.
— Parę kieliszków? podumał Jerzykiewicz, cóż to on myśli?
Chwilę trwało uroczyste milczenie, obiad się kończył. Jerzykiewicz niepostrzegłszy się kwaskowatego Vöslauera dopił do dna. Było mu jakoś dobrze na świecie, zapalił cygaro.
— Państwo tam w téj Warszawie dobrych cygar nie macie! rzekł Surwiński — pozwolisz, szanowny panie, że mu będę służył suchem i co się zowie smacznem.
Elegant przestraszył się nieco i począł kłaniać, ale jakże było cygara odmówić.
— Kieliszeczek węgierskiego? zapytał stary.
— Ale panie dobrodzieju — ja tego — ja tego, ja nie tego, bąkał Jerzykiewicz. Prawdziwie żeby nie było zanadto, i cóż ja nieznajomy.. przecież niezasłużyłem.
— Daj mi pan pokój, ozwał się pan Karol, ja stary, wać pan młody — ja tu w domu, waćpan podróżny... u wód, taki zwyczaj — nie rób ceremonji. Jerzykiewicz przyjął kieliszek, skosztował — po Vöslauerze wino mu się wydało przedziwne.
— Co się zowie! zawołał napiwszy się.
— Bo to tu Węgry tuż, zapasem — odezwał się Surwiński. Zabawisz tu pan długo?
— A! nie, choćbym chciał.. muszę wracać..
— Do interesów! dodał p. Karol.
— A no tak... jest tego na głowie.
— U wielkich panów, w wielkich dobrach to tak zawsze, rzekł niby bardzo naturalnie p. Karol chcąc podchwycić oficjalistę wielkiego pana. Spojrzał, a Jerzykiewicz postawiwszy kieliszek, zaczął się śmiać i śmiał się ale śmiał się jak by najdowcipniejszy koncept usłyszał. P. Karol myślą swoją przejęty, był pewien iż śmiech pochodził z tego, że on tak doskonałe odgadł.. i sam też śmiać się z radości począł a nieznacznie kieliszek Jerzykiewiczowi dolał. Staremu aż łzy z oczów popłynęły..
— Na Pilawskiego dosyć spojrzeć, dorzucił cicho P. Karol, pozna w nim każdy łatwo wielkiego pana i pana z antenatów.
— Hę? podchwycił już nie śmiejąc się, ale okrutnie zdziwiony Jerzykiewicz..
Surwiński był pewien że go pochwycił.
— No, tak! tak! rzekł poważnie — nie ma on się tu z czem taić.. nie masz waćpan przedemną robić sekretu. Jam go wnet się domyślił.
— Ale dali pan — zawołał rozgrzany jakoś Jerzykiewicz — mnie tam nic do tego wszelako — tego.. pan dobrodziéj uprzejmym jesteś człowiekiem nie chciałbym go zostawić w błędzie — nie powiem nic, bo mi gadać niewolno tylko tyle, że tak nie jest! tak nie jest!
— Daj już pokój! wiem że ci gadać niewolno... to dosyć — a ja co wiem to wiem!
Jerzykiewicz patrzał i znowu począł się śmiać. P. Karol śmiał się także, dolał kieliszek, i tak zażyli jak to po staroświecku mówiono — w czasu sobie, uśmiawszy się do woli.
— Ja od waćpana niewymagam, ani żebyś mi jego nazwisko mówił, ani żebyś zakaz przestępował. Owszem jeśli p. Pilawski chciał zostać incognito, miał pewnie swe powody ku tomu, szanujmy je... Wielcy panowie mają wyższe konsyderacje..
Jerzykiewicz ręką machnął, kieliszek wywrócił i od stołu wstał, bo mu śmiech usiedzieć nie dozwalał. Na tem się też skończyło. Surwiński go uściskał, dopili do lagrów, pocałowali się, pożegnali i stary miał odchodzić, ale mu pewna uwaga przyszła — zawrócił. Słuchaj asindziéj, rzekł do ucha zdumionemu Jerzykiewiczowi. Uważałeś waćpan tego co tu siedział, tu z początku obiadu? To ciekawiec któryby rad z asindzieja co wyciągnąć — będzie na niego polował, proszę cię nie daj mu się.
Elegant zapewnił, że wcale się w rozmowę nie wda i tak się nareszcie rozeszli.
Korzystając z wieczora Jerzykiewicz z cygarem poszedł przechadzać się po lasku.


Po lasku właśnie chodziła bardzo piękna panna, z małą dzieweczką.. Była to Elwira z córką pani Jaworkowskiéj i synkiem, która się ofiarowała dzieci przeprowadzić i zabawić mając jakąś nadzieję, iż może — gdzie przypadkiem spotka Gabriela. Czasem są ludzie, którym takie szczęście służy że spotykają tych właśnie, których widzieć pragnęli.
Stało się i tym razem iż los poszczęścił — komu z nich dwojga, nie wiem. Minąwszy bardzo pociesznego Jerzykiewicza, który z cygarem w ustach paradował jakby na teatrze i uśmiechnąwszy się z niego, biorąc go za kuglarza przybyłego do Krynicy by pokazywać sztuki — panna Elwira postrzegła zdaleka nadchodzącego Gabriela. Serce uderzyło... niepomnąc na to, że się może skompromitować, niezważając iż elegant w zielonych rękawiczkach nie bardzo się był jeszcze oddalił, panna Domska pospieszyła wprost ku niemu. Po jéj twarzy zdala poznać mógł, iż smutne jakieś wrażenie nie znikło z niéj, zwiększyło się raczéj niepokojem.
— Na miłość Boga, zawołał przystępując żywo Gabriel — co pani jest? byłaś pani chora! tak? ale to nie choroba zmieniła jéj rysy i oblokła je tym smutkiem.. jeśli mam choć odrobinę łaski...
Elwira chciała mówić, ale mała Jaworkowska w wielkich pretensjach, stawiła się tuż przy niéj nieodstępując na krok, z wytężonym wzrokiem i słuchem: rozmowa stawała się niepodobną. Oczyma wskazała Elwira na nią: szczęściem, tak się już tego dnia wszystko składało, że despotyczny braciszek przyszedł się od niéj domagać, aby poszła z nim grać w wolanta i owa słuszna panna, wyrzekłszy tylko po cichu — te nieznośne dzieci! za panem bratem pójść musiała.
— Co pani jest? powtórzył Gabriel.
— Co mi jest! odezwała się smutnym głosem Elwira — powiem panu jednem słowem, na sercu mi ciężko! leży na nim kamień.. wieko grobowe, oddychać nie mogę.. Byłam chora, jestem znękana... chciałabym ztąd jak najrychléj wyjechać.
— Czy mogę w imię najszczerszéj przyjaźni domagać się wyjaśnienia? zapytał Gabriel.
— Winnam je panu, rzekła Domska, ale jestto dla mnie ciężkiem, przykrem i lękam się go. Choćbyś pan miał najgorsze o mnie powziąść wyobrażenie, przyznam się że to zmartwienie którego doznałam, wynikło z pańskiéj przyczyny.
— Z przyczyny mojéj, mojéj? krzyknął przestraszony Pilawski, — ale cóż ja uczyniłem, czem mogłem?
— Posłuchaj pan, mówiła Elwira — będę miała męztwo wyspowiadać mu się ze wszystkiego. Nie wiem czy może człowieka większe spotkać nieszczęście, jak gdy się zawiedzie na kimś, w kim szlachetną duszę uczuł, w kogo uwierzył.. Nie będę taić żeś mi się pan wydał takim właśnie uczciwym, zacnym, szczerym człowiekiem.. Zachwiano we mnie wiarę w niego, zabolałam..
Stanęła i spojrzała nań. Gabriel stał blady jak ściana, tylko oczy mu się iskrzyły blaskiem jakiegoś szlachetnego oburzenia i gniewu.
— Któż? co mógł pani powiedzieć o mnie? wyjąknął z trudnością Pilawski.
— Kto, tego panu nie wyznam.. nie mogę, mówiła spokojniéj Elwira — ale rzucono na was — spodziewam się potwarz.. Ja nie chcę ani wam jéj powtarzać, ani was do tłomaczenia z życia pociągać, daj mi pan rękę i słowo, że nie masz sobie nie do wyrzucenia coby jego charakter kalało... że.. a! mój Boże — powiem wszystko... zrobiono pana... szulerem z profesji.
Gabriel spojrzał i rozśmiał się ruszając ramionami..
— Przysięgam pani na Ewangelję i co jest najświętszego w świecie, żem w ręku kart nie trzymał, że nie gram nigdy.
Oczy Elwiry zabłysły radością.
— To po prostu jest jakaś niepojęta omyłka, lub ohydna zła wola... to nie ma sensu.
— Byłam o tem przekonana.. oddychając wolniéj odezwała się Domska — teraz — skończone wszystko.. nie pytam więcéj.
Gabriel pochwycił jéj rękę i przyłożył ją do ust przejęty, rozczulony. Bóg łaskaw, rzekł, spodziewałem się zmartwienia, ciosu, zesłał mi najwyższą pociechę, bo dowód współczucia od pani, któréj szacunek jest dla mnie najdroższym skarbem.. A! niechże będą dzięki losowi, który dotknąwszy niesłusznie, tak płaci za ciosy.. Zamyślił się chwilę.
— W istocie, rzekł powoli — sam winienem wiele, oblokłem się tajemnicą... nikt nie wie nic o mnie, domyślają się rzeczy najgorszych.. Pozwól jednak pani abym i dziś nawet pozostał dla niéj — nieznajomym: mam ważne powody. W mem życiu nie uczyniłem nic czego bym się miał wstydzić, a pomimo to... są rzeczy z któremi taić się muszę.. bo może by mnie od pani na wieki rozdzieliły. Nie żądaj pani wyjaśnienia tajemnicy, zniknie ona wprędce.. odsłonię się cały i niepowstydzę.
— Ale czyż ja nawet wiedzieć nie mogę? zapytała Elwira..
— Nie żądaj pani — zakończył Pilawski.. w téj chwili — nie mogę — o! nie! nie!
Zamyślił się, zakrył dłonią twarz — oczy miał łez pełne.
— Wierzę panu i uszanuję jego milczenie... zakończyła Elwira.
— Pani jesteś aniołem! zawołał Pilawski w uniesieniu — lecz my żyjemy na świecie nie w sferach róży mistycznéj Raju — w tym świecie imię, nazwisko, stan, zajęcie, przeszłość stanowią o losach człowieka.. Podnoszą go, przybijają, dają mu lub odbierają stanowisko, prawo do bytu w pewnem towarzystwie, słowem są to suknie bez których na królewskie pokoje wnijść nie można.. Nie powiem więcéj...
— Nie! nie chcę, powtórzyła Elwira, tylko powtórz mi pan, że sobie nic nie masz do wyrzucenia i że nikt panu zarzutu.. uczynić nie ma prawa.
— Żadnego, który by mnie w oczach ludzi zacnych i rozsądnych mógł potępić — rzekł Gabriel. Co się tyczy śmiesznéj plotki o mojem szulerstwie.. tą mogę wzgardzić, bo jest najniedorzeczniejszym wymysłem.. Ale pozwól pani spytać — czy matka pani słyszała to?
— Tak jest, wie o tem.
— A pani litościwie raczyłaś mnie bronić?
— Broniłam, alem nie obroniła — rzekła Elwira, sercu matki dosyć podejrzenia.. Teraz stanę odważniéj w waszéj obronie..
Mała Jaworkowska uwolniwszy się od wolanta biegła zająć stanowisko dorosłéj panny, Gabriel ledwie miał czas odezwać się pospiesznie...
— Ufaj mi pani! proszę — błagam..
— Bądź pan spokojny..
Podali sobie ręce.. Pilawski odszedł kilka kroków i padł na ławkę.... Siedział na niéj zadumany od kilku minut, gdy go przywitanie zbudziło.
— Dobry wieczór.. panu dobrodziejowi.. szanując incognito tytułu nie daję! cha! cha! Był to Surwiński, który się natychmiast przysiadł. Miałem przyjemność tylko co zabrać znajomość z oficjalistą szanownego pana.. który tu przybył znać z raportem.
Pilawski porwał się z twarzą zmienioną. — Z moim oficjalistą? i ten... zapewne?
— Nie, nie, niezdradził incognito — daję słowo — szepnął Surwiński, ten filut Greifert, nie lubię tego malimończyka.. pfe! — to istny kugiel żydowski — chciał koniecznie coś z niego wyciągnąć — a co mu się nie udało.
Gabriel słuchał. — A do czegoż się to zdało panu Greiferowi? zapytał.
— Pan nie wiesz — nie daję mu tytułu — rzekł znowu Surwiński, szanując incognito.
— Ja nie mam żadnego.
— No, to dobrze, to dobrze.. ale — pan nie wiesz iż masz we mnie przyjaciela.. więc z tego tytułu mogę być szczerym i będę. Jakże pan dobrodziéj niechcesz tego widzieć, iż takim właśnie ludziom jak Greifer, stoisz na ich drodze i chleb im odbierasz. Młody, przystojny, bogaty, (hm, może i coś więcéj!) przyjeżdżasz, zawracasz głowy, odsadzasz Greifera od hrabiny, zajmujesz mu miejsce przy Domskiéj, zaćmiewasz go swym blaskiem.. naturalna rzecz, że sobie w nim czynisz nieprzyjaciela.
— Jakto przy Domskiéj, przerwał Pilawski, którego to uderzyło — a cóż Greifer ma tam za stosunki?..
— Ma, ma, zawiązał je przez panią Jaworkowską, która go proteguje dla tego, że on jéj fluksję okłada kataplazmami pochlebstw i kondulencji. Wkręcił się do tego domu i radby się ztamtąd pana pozbył. To jeszcze dodam, że jeśli zajdzie jaka plotka.. przeszkoda.. coś niepomyślnego z téj strony, ręczę że ją ten gagatek stworzy...
Pilawski wstał z ławki i uderzył w dłonie.
— Jestem w domu?
— Co takiego? przerwał zdumiony Surwiński, czy już co spłatano?
— Tak jest — rzekł Pilawski — a mnie idzie o to, ażebym odkrył sprawcę i pomścił krzywdę.
Surwiński wielki amator mszczenia krzywd zatarł ręce. Pomściemy ją, jak Bóg Bogiem.
— Trzeba dowodu na sprawcę..
— Znajdziemy go, zawołał Surwiński, a jak tylko będzie szło — o pif, paf — szach, mach, ja panu dobrodziejowi dam na sekundanta Hotkiewicza i poprowadzimy interes...
— Dowodu! dowodu! zawołał Pilawski, dowodu, że on splótł potwarz na mnie.
— Cicho, powoli — a i ten się znajdzie.. czekaj pan, ja w tem..
Z rozognioną twarzą Gabriel ścisnął dłoń Surwińskiego, który go w ramię pocałował i z rozrzewnienia więcéj powiedzieć nie mógł nad wyrazy przerywane łkaniem. Mój mości dobrodzieju.. mój panie..
Ochłonąwszy jednak nieco przysiedli oba.
— Jakkolwiek przekonanie moralne może do tego prowadzić, że kalumnię rzucił Greifer — zamało tego, potrzeba dowodu.
— Gdybym tylko moralną miał pewność — szepnął Pilawski — powód do dania mu nauki znajdę.
— Ale beze mnie proszę nie czynić nic — zawołał Surwiński, beze mnie nic — ja tę rzecz poprowadzę... trzeba ostrożności i taktu... taktu..........
Domawiał tych słów, gdy hrabina w towarzystwie Sir Williama, który jéj rękę podawał, hr. Żelazowskiego i kilku osób ukazała się na ścieżce.. Surwiński ścisnął rękę Gabriela — szepnął raz jeszcze:
— Beze mnie nic — i ścieżyną w dół zbiegł szybko jakby miał lat dwadzieścia kilka.
Nasz nieznajomy był jednym z tych ludzi, którzy choć nawykli są i zmuszeni wiele w sobie ukrywać, nic całkowicie zataić nie umieją. W tych poczciwych naturach wzdrygających się na komedję życia, przez innych odgrywaną z taką krwią zimną i obłudą mistrzowską, odbija się wszystko na powierzchni, co w głębinę padnie. Na Pilawskim poznać było można rozmowę z Elwirą i spotkanie z Surwińskim, i niepokój o owego eleganta... niepotrzebnie przybyłego do Krynicy i po ścieżkach wszystkich popisującego się z zielonemi rękawiczkami. Hrabina przez przyjazne usposobienie, które w niéj pozostało, choć miejsce w sercu zajął teraz William.. poznała, domyśliła się zaraz iż Pilawskiemu coś się trafiło.. Napróżno wysilił się na uśmiech przy powitaniu..... rzuciła na chwilę anglika i bardzo zręcznie podstąpiła ku niemu. Pan jesteś zmięszany.. co panu?
— Nic, pani.
— Pan mnie nie zwiedziesz, bo mu dobrze życzę — co to jest? przysięgnę, że plotka..
Gabriel zmilczał. Źle pan zrobisz, że nie jesteś szczerym ze mną. Miałbyś prawo taić się gdybyś się we mnie zakochał, ale będąc tylko dobrym przyjacielem, powinieneś mi mówić wszystko.
— Nie ma nic tak ważnego, jam czasem dziecinnie drażliwy, odezwał się zmuszając do uśmiechu znowu Pilawski, a są doprawdy rzeczy, które uszu pani dotykać nie powinny.
— Myśmy się teraz i uszy nasze wyemancypowały, rozśmiała się hrabina, ruszając ramionami — możemy już słuchać wszystkiego, kiedy niektóre z nas słuchają medycyny. Kobiety anioła, wychowywanéj jak pieszczony kwiatek, aby w kielich jego kropla rosy nie padła, aby pył nie siadł na jéj listkach, aby rosła poezją, pieśnią, obłoczkiem złocistym, niewinnym barankiem, téj kobiety.. nie ma już na świecie. Na miejscu jéj macie siostrę w pracy, nauce.. w męztwie. Czy przy siostrze nie zatęsknicie za aniołami, ja nie wiem — ale anioły poleciały.. zkąd przyszły... Z nami więc nie ma co robić ceremonji mów pan.
— Doprawdy nie mam co powiedzieć! wybuchnął Pilawski, jestem zły.. ktoś tu na mnie poplótł rzeczy niestworzone, kipię, szukam i chciałbym się pomścić.
— Czekaj pan, zawołała hrabina — a strzelasz dobrze??
— Nie mogę się chwalić — rzekł Pilawski — lecz wątpię doprawdy bym mógł chybić..
— Kulą, z pistoletu..
— Czemkolwiek bądź i do czegokolwiek bądź.
— Nie zdaje mi się żebyś mógł fanfaronować — zapytała hrabina. Odwróciła się do Williama.
— Masz pan pistolety podróżne? zapytała.
— Mam i wyborne — odparł anglik.
— Możebyśmy sobie zrobili zabawkę i poszli strzelać do celu...
— Wybornie! rzekł William, i ruszył nie oglądając się, po broń i kule... Hrabina tymczasem nie mówiąc już nic z Pilawskim, spiesznym krokiem poprowadziła całe towarzystwo na łączkę za łazienkami, za którą był las, a położenie jéj wzgórzyste, zabezpieczało by zbłąkane kule nie dostały się przechodniom.. Anglik w bardzo prędkim czasie zdobył deskę.. pochwycił pudełko i nadbiegł zdyszany...... aby swą panią zabawić..... co prędzéj spełniając jéj rozkazy..
Hrabina mocno zdawało się sama przygotowaniem zajmować.. Gabriel stał z boku. Ustawiono cel... nabito broń, całe towarzystwo zajęło półkolem miejsce widzów, wyczekano jeszcze, chwilę wysławszy ludzi, aby się upewnić, że lasek i okolica jest pusta.. wreście anglik pierwszy stanął o kroków trzydzieści, strzelił razy cztery i niechybił ani razu. Pni Emilja biła brawo z całych sił.
— No — a pan? odwróciła się do Gabriela.
— Ten strzela lepiéj ode mnie — odezwał się William, probowaliśmy się w Tatrach — ja mogę powiedzieć że mam wzrok i rękę celną, ale ten — djabelską.
Pilawski się zarumienił. Dla niego tylko można wbić parę ćwieków w deskę, dodał anglik, ręczę że kule będzie na nie sadził jak paciorki na nitkę..
— To przesada — ozwała się hrabina..
— Sprobujemy, rozśmiał się William. Pobiegli do deski.. Był to kawałek tarcicy oderwany od czegoś z tkwiącym właśnie gwoździem u brzegu, który kamykiem wyprostowano.. Gabriel wzbraniał się strzelać.. ale hrabina prosiła, zachęcała, domagała się, wszyscy stali w oczekiwaniu. Wyszedł milczący z dwoma pistoletami na raz, — widać było w twarzy wytężenie wielkie wszystkich sił i zmysłów.. padł strzał jeden i natychmiast drugi.. Jeszcze obłoczek dymu wzlatywał nad trawą, gdy wszyscy się rzucili do deski, na gwoździu tkwiły dwie kule jedna na drugiéj.. dolna tylko była spłaszczona i w deskę zaryta.
P. Palczewska obróciła się do Gabriela. — Powińszować panu! rzekła, to coś cudownego! ale z pana nieprzyjaciel straszliwy...
— Gdyby do człowieka tak mierzyć można jak do deski — odparł skromnie Pilawski.
Biedna jaskółka padła jeszcze ofiarą tych popisów zręczności. Hrabia Żelazowski posępnie patrzał na nie. Niech że go licho porwie — powiedział sobie w duchu, piękna rzecz z nim mieć do czynienia.
Anglik poszedł swą drogocenną broń odnieść sam do hotelu, a pani Palczewska parę kroków odeszła z Pilawskim, pod pozorem przypatrzenia się celowi jeszcze..
— Daj mi pan słowo, że ani zabijesz, ani skaleczysz ciężko i tylko — maleńką sprawisz nauczkę, szepnęła, a dostaniesz wskazówkę o plotkarzu....
— Dowód! dowód!
— Niestety! nie mam go!
— A ja wskazówkę już mam — rzekł Pilawski.
Spojrzeli na siebie...
— Cóż myślisz? — Nie wiem, zobaczymy.
Hrabina poprowadziła cały swój dwór na daleką przechadzkę..


Tegoż wieczora ludzie, którzy woleli wista niż towarzystwo hrabiny i dowcipną jéj rozmowę, siedzieli zawcześnie przy stolikach, ale nie grali. Oprócz gospodarza, D. Wertera, Porfirego był hr. Żelazowski, Hotkiewicz i Hammermann..
— Ale bo doprawdy, prawisz nam z tysiąca nocy, kochany hrabio jakże to było, jak? rzekł Aksakowicz.
— Sam byłem przytomny, począł Żelazowski zapalając cygaro w chwili gdy właśnie Greifer nadchodził, i nieprzerywając opowiadania kapelusz składał na stoliku. Hrabina nasza ma fantazje popsutego dziecka, aby się tylko zabawić. Chciała się widać popisać z anglikiem.. zażądała deski, celu i strzelania z pistoletów o kroków trzydzieści kulą. Anglik poszedł po broń. Odmierzono dystans. Nakreślił cel, strzelał i do celu, do samego powiadam państwu.. trafiał. Widziałem strzały, celne były, ale przecież nie kula na kulę... Hrabina obraca się do tego Pilawskiego i zaprasza go, ten udaje niewiniątko... A cóż.. anglik idzie i dobywa z deski zakrzywiony gwóźdź, wyprostowali go.. Pilawski stanął na kroków trzydzieści z dwoma pistoletami, wypalił i obie kule na gwoź—dziu o—sa—dził. Hę! Jak Boga kocham! Słowo daję.. Ot jak strzela!
— Kto? zapytał Greifer, kto?
— Nie słyszysz? Pilawski — zawołał Aksakowicz...
— Nie mówiono ci o tem? toć się działo przed kilku godzinami, dziś wieczorem.. począł Żelazowski. Sam oczyma memi na to patrzałem...
— Jakto? jakto? wsadził — przezwał Greifer — kule na gwóźdź?
— Dwie, jedna po drugiéj!
— A! niechże go wszyscy djabli wezmą! krzyknął gospodarz — lecz — panowie.. Czas ucieka!! Do roboty!
— Przypadek! przypadek! cicho bąknął przybyły Greifer poprawiając kamizelki i odchrzękując jakoś dziwnie, jakby mu w gardle zaschło..
— Dwie kule jedna po drugiéj, ofuknął Żelazowski — a, jeśli to przypadek...
Sicuro! zawołał Baron Hotkiewicz, to nie jest żaden wypadek lecz ars magna, kunszt, sztuka, wprawa; ja raz w życiu spotkałem takiego gracza, c’etait un Espagnol, ma foi, który strzelał o zakłady stu dukatowe do szwalbek... i hat niemals verloren. Evero, jéj bohu, jak panów szanuję.
Greifer wciąż poprawiając kamizelki stał nad grającemi nadrabiając fantazją, ale znać było w całéj postaci i twarzy zmięszanie, którego szczęściem nikt nie dostrzegł.
— Już to trzeba przyznać — mruknął Żelazowski, że kto on tam jest to jest ten Pilawski — choć może nie tak wielka figura jak się Surwińskiemu śni, nie mniéj wychowanie odebrał pańskie. Języki, muzykę, rysunek.. no i to djabelskie strzelanie w takim stopniu nie każdy posiadać może.
Greifer ramionami ruszał ciągle.
— Surwiński po prostu monoman.. rzekł — ja powiem tylko jedno, że kto się nie ma z czem taić ten się nie tai..
— Daj no ty pokój — przerwał Żelazowski, i nie paplaj, bo z nim gra krótka, nie zdrowa, może ci wpakować kawał ołowiu pod żebro jak nic.
— Jać go nie zaczepiam.. odparł Greifer — ale co prawda to prawda.
Wszyscy zamilkli. Ot, gralibyście, dodał gospodarz, i zapić tę sprawę. Strzela — niech sobie się zdrów popisuje — nikt mu nie broni.
Chwilę panowało milczenie.. Greifer chodził zadumany, ale mu język świerzbiał.
— Czy kto z panów nie spotkał kawalera w zielonych rękawiczkach? zapytał, nowo przybyłego do Krynickich zdrojów. A! pocieszny pajac, a zabawna figura! Jeśli przysłowie prawdziwe jaki pan taki kram.. i wart pac pałaca.. z tego szczygiełka możemy wnosić o arystokratycznem pochodzeniu jego pryncypała. Jestto oficjalista pana Pilawskiego.
Pan Porfiry który miał zadawać podniósł głowę!
— A ja go proszę pana widziałem.. lakierki wyszywane i medaljon u zegarka.. bardzo wielki elegant...
Greifer się śmiał — nieoszacowana karykatura!
— Trudno oficjalistów ubierać w liberję — dorzucił Żelazowski.. Ale, przecie z tego jegomości łatwo by Surwiński dobył tajemnicy tego pana?
— I musiał tego dokazać, bo polował na niego — rzekł Greifer z uśmiechem, nic nie mówiąc o sobie. To pewna że się nie przyzna do odkrycia! Ruszył ramionami.
— Ty bo kochanie masz ząb do niego! szepnął hrabia Żelazowski.. zwyczajnie do rywala.
— Jakiego rywala? nasze drogi pewno się w życiu nie spotkają..
Wist zajął wszystkich i więcéj już mowy o tem nie było — lecz w Krynicy o cudownych strzałach rozeszły się osobliwsze wieści. Oficjalista w zielonych rękawiczkach nazajutrz na wózku góralskim wyjechał raniuteńko do Źegestowa.


Pan Porfiry po ostatnéj rozmowie z ciocią, zdając sobie sprawę z jéj rezultatu, wywnioskował że ciocia prezesowa, chociaż nie pochwalała w zupełności jego zakochania w pannie Elwirze, nie zabroniła mu wszakże oddawać się temu słodkiemu uczuciu. Mówił sobie nawet że nie byłaby temu przeciwną, gdyby rzeczy daléj posunięte zostały. Ale jak tu je było posunąć daléj, przy takim braku rutyny i doświadczenia. Nieszczęśliwy młodzieniec mógł się tylko pokierować wrodzonym instynktem i przykładem drugich. Jakkolwiek umysł to był śpiący jeszcze w pieluchach z których trudno mu się było rozwinąć — bacznie jednak postrzegał jakiemi drogami inni chodzili. I śledząc a rozmyślając doszedł do tego pewnika, iż szczęśliwszy daleko od niego Greifer wsunął się do tego domu przez panią Jaworkowską.. Nie mógł już daléj zajść we wnioskach swych nad to, że i jemu wypadało starać się o jéj łaski i wyrobić sobie wnijście do przybytku za protekcją fluksji i dzieci. Miał on szczęście już dawniéj być prezentowanym téj damie, która znała jego rodziców. Włożywszy więc wiedeński tużurek poszedł z wizytą, i — oddał się na posługi dzieciom. Najłatwiéj w ten sposób matkę za serce pochwycić. Trzeciego czy czwartego dnia, był jakby domowym. Młoda panna Jaworkowska wyobrażała sobie, że ten słuszny kawaler w niéj się zakochał, miała już bowiem pierwsze wiadomości o tem uczuciu, z ust usłużnéj garderobianéj. Dwa razy chodził do apteki po laudanum i krople laurowe dla saméj pani.. Stosunki te tak go wreście ośmieliły, iż z pieca na łeb jednego poranku przyznał się na pół żartem pół doprawdy p. Jaworkowskiéj, iż się w Elwirze zakochał. Zaczęła się z niego śmiać, poprosił ją aby go tam zaprezentowała. Ruszyła ramionami, oświadczając że chętnie to uczyni.
— Ale mój, panie Porfiry — dodała — po co tobie głowę nabijać takiemi rzeczami, które nie są dla ciebie. Tam już sto razy zręczniejszy Greifer tańcował napróżno i podobno tego Pilawskiego szulera nie wysadził.
— Jakto? to to jest szuler? spytał przerażony Porfiry — szuler — a ja myślałem, że to porządny człowiek i magnat.
— Szuler z profesji. Greifer się o tem dowiedział z Warszawy, poczęła zapomniawszy się pani Jaworkowska. Tylko ty o tym milcz.. proszę.... Greifer pierwszy się tego dowąchał. Szulery zazwyczaj grają takie role, żeby zwabić młodzież niedoświadczoną.. to ma być awanturnik. Porfiry zmilkł przestraszony.
Nazajutrz przez kwandrans miał szczęście siedzieć na krzesełku naprzeciw fotelu pani Domskiéj, oczyma bombardował pannę i wyniósł się rozmiłowany do szaleństwa.. Utkwiło mu to w głowie, jak można żeby w uczciwem towarzystwie cierpiano szulera, chodził nękany tą myślą długo, a za pierwszem spotkaniem, wielką ową wątpliwość poddał pod rozstrzygnięcie cioci prezesowéj, która dowiedziała się najdokładniéj iż mu téj wiadomości udzieliła p. Jaworkowska, a ona ją miała od Grejfera. Zbywszy siostrzeńca nauką moralną, ciocia prezesowa nie mogła z takiemi dokumentami zachować milczenia. Poszła znowu do Ormowskiéj, gdzie zastała hrabinę.. Wejście jéj przerwało rozmowę jakąś, któréj treści domyśleć się nie mogła.
— Ja, przyszłam podobno baronowę pożegnać — odezwała się — chociaż wód wedle przepisu Dietla nie skończyłam — ale już chyba wyjadę...
— A to dla czego? spytała baronowa.
— Tak... bo tego roku towarzystwo takie.. że tu wyżyć nie można..
— Dziękuję prezesowéj! rozśmiała się hrabina.
— A! to się do kobiet nie stosuje, a przynajmniéj nie do wszystkich, kończyła ciocia prezesowa... ale mężczyźni.
— Którzy? zapytała pani Palczewska.
— A chociażby ten awanturnik Pilawski — rzekła pobożna kobieta.. Ja tu mam siostrzeńca z sobą, boję się dla niego takiego towarzystwa, samego ocierania się o szulerów i oszustów.
— Na miłość Boga, co mówisz? przerwała gwałtownie hrabina, ten człowiek bywał i bywa w moim domu!
— Boś wać pani zbyt dobra!
— Któż mógł rzucić tę potwarz na niego?
— Nie ma w tem sekretu. P. Jaworkowska powiada wszystkim, iż ma to od p. Stanisława Greifera, któremu czarno na białem pisano o tem z Warszawy. To wszyscy wiedzą. Przecież by Porfiry nie kłamał, bo on ma wstręt do wszelkiego fałszu..
— Pani mi to pozwala powtórzyć komu należy? zapytała zarumieniona hrabina.
— Przynajmniéj nie bronię — nie bronię.. rzekła pobożna pani...
Rozmowa się zwróciła, hrabina zamilkła, a wkrótce potem wyszła.. Szybkim krokiem, gniewna dążyła do domu który zajmowała, gdy na drożynie pozdrowił ją — Greifer.
Spojrzała nań z surowością sędziego. Bardzo dobrze iż się spotykamy, ozwała się sucho — idę w téj chwili od Ormowskiéj. Przyszła tam prezesowa Hercegowińska i publicznie oświadczyła, jako jéj siostrzeniec słyszał z ust pani Jaworkowskiéj, że pan opowiadałeś o liście otrzymanym z Warszawy, wystawiającym pana Pilawskiego, jako awanturnika i szulera. Pilawski w domu moim bywał i bywa, niemogę ścierpieć rzuconego nań obwinienia...
Greifer zbladł straszliwie. Ale proszę hrabiny, proszę hrabiny — ja — ja sobie nie przypominam... Zmierzyła go od stóp do głów, nie odpowiedziała i odeszła. Nieszczęśliwy młodzieniec stał jak wryty. Znał on dobrze panią Palczewskę.. lecz mógłże się spodziewać, aby zacna Jaworkowska taką była paplą i puszczała w świat to, co tylko na prywatny użytek było przeznaczone?.. Widział przed sobą lufy pistoletów Pilawskiego.. stracił głowę.. Niewiedząc dokąd, pobiegł do téj, która go tak niebacznie zdradziła.
— Pani dobrodziejko — co pani uczyniłaś? krzyknął ręce łamiąc na progu... pani powiedziałaś temu z pozwoleniem.. cielęciu, Porfiremu, że ja.. że ode mnie dowiedziałaś się o.. panu Pilawskim.. ten się wypaplał.. mnie grozi..
— Dajże mi pokój, co ci grozi? pokażesz list i nic ci nie grozi — dajże pokój? Wszak list miałeś?
— Zgubiłem go — zawołał Greifer.
Jaworkowska stanęła przelękła..
— Czy pani poświadczy żeś go widziała?
— Kiedym go nie widziała. Od kogóż był?
Greifer się za głowę pochwycił.
— Nie mogę zdradzić przyjaciela..
— No — to cóż ja na to poradzę! dajże mi pokój! To trudno, mówiłeś co ci doniesiono, złożysz się tym który pisał — nie masz go co oszczędzać! Jeśli zgrzeszył niech pokutuje..
— Ale, na miłość Boga, pisano do mnie poufnie, jam poufnie powtarzał pani, przyjaciela zdradzić nie mogę więc ja sam pokutować zań muszę.
— Pozwól że sobie powiedzieć, przerwała Jaworkowska — poufnie, a chciałeś sam żebym to powtórzyła Domskiéj.. Może Domska się wygadała.. jam w tem nie winna nic.
— Nie pani Domska, ale ten ciemięga długowłosy.. Porfiry..
Jaworkowska ruszyła ramionami. Dajże mi ty pokój, bo mnie bólu głowy nabawisz.. proszę, to trudno, ja na to co się stało nie poradzę. Puszczasz wiadomość w kurs, musisz jéj bronić.
Gieifer z niecierpliwością uderzył się w czoło i bez pożegnania odszedł.. W téj chwili jeszcze miał zupełną swobodę prędkiego wyruszenia z Krynicy, nie był wyzwanym, mógł o niczóm nie wiedzieć — ściśle biorąc wolno mu było pod jakimś pozorem, choroby czyjejś, interesu.. drapnąć.. gdyby — gdyby Pilawski do celu nie strzelał a hrabina spotkawszy go w drodze, nie rzuciła mu tych słów kilku.. Okrył by się śmiesznością gdyby nagle zniknął, a tego rodzaju grzechy u nas jak małoduszność i tchórzostwo, nigdy w towarzystwie żadną skruchą zmytemi być nie mogą. Pozostawało mu więc napisać testament, pożegnać przyjaciół i jak się sam do siebie mówiąc wyraził — pójść na ciepłe piwo do Abrahama.. Przejednanie, tłumaczenie, odwołanie było niepodobnem... Z posępną twarzą, powoli powlókł się pan Stanisław do mieszkania, czyniąc sobie wyrzuty, że postąpił bez taktu, niewłaściwie i dziecinnie.. Miał i tę zgryzotę że celu chybił, że popełniony grzech na nic mu się nie przydał.. Goryczy kielich potrzeba było wypić do dna.. świetna owa karjera, na którą tak mozolnie pracował, stosunki, przyjaźnie, zyskane prawo obywatelstwa w świecie tak pięknym, tak miłym... ginęło wszystko marnie.. młodzieniec wielkich nadziei jak kwiat w pączku... paść miał podcięty kulą — i to jeszcze z takiéj ręki, która... nie nosiła może sygneta!!


Cały jeden dzień upłynął w oczekiwaniu i trwogach. Grejfer udawał że chodzi jak zwykle nie obawiając się niczego, znajomi coś szeptali, Pilawski się nie ukazywał... Wiedziano tylko iż p. Karol Surwiński dwa razy był u niego. Towarzystwo nie zbyt życzliwe nieznajomemu przybyszowi, wytłumaczyło sobie chwilowe zniknięcie pana Pilawskiego zamkniętego w mieszkaniu nie zbyt dla niego pochlebnie. Greifer choć trworzył się zrazu, ku wieczorowi nabrał lepszéj otuchy i uwierzył w to, że w istocie coś być musi gdy Pilawski wiedząc już o potwarzy, nie dopomina się o nią. Że o niéj był uwiadomiony o tem głośno mówiła hrabina..
Trzeciego dopiero dnia, gdy już pan Stanisław odzyskał straconą pewność siebie i zwykły humor, prawie pewien będąc, iż mu to ujdzie płazem, zaszły następne okoliczności. Major, baron Hotkiewicz stał pod trzema gwiazdami i właśnie cyrulik zajęty był brodą jego gdy do drzwi zapukano. Stary żołnierz huknął głośno. Herein, — Entrez — Favorisca..
W progu ukazał się p. Karol Surwiński i Gabriel Pilawski.
— A! pardon excusez.. przepraszam, zawołał major.. ale broda skończona tylko się ręcznikiem otrę i jestem na usługi, siadajcie. To mówiąc odprawiał cyrulika i przyszedł im podać rękę.
— My byśmy pana barona powinni przeprosić — odezwał Pilawski — że o tak niezwykłéj nadchodzimy go porze.. ale ośmielony przez p. Surwińskiego, ja tu przybyłem z prośbą.
— O! na usługi, jeśli w czem mogę.. bitte bitte, rzekł pospiesznie Hotkiewicz i siadł naprzeciw okraczając krzesełko. Był to jego ulubiony sposób siedzenia, podał cygara.
— Pozwolisz mi pan baron, moją sprawę opowiedzieć, mówił daléj Pilawski. Puścił tu jawnie, niby z jakiegoś listu warszawskiego wyjętą potwarz na mnie p. Stanisław Greifer, jakobym był szulerem i oszustem. Nie jest dla nikogo tajemnicą ten fakt.. są świadkowie. Obrazy takiéj honoru przyznasz pan panie majorze, ścierpić nie mogę, muszę żądać od niego satysfakcji. Do pana dobrodzieja przychodzę prosząc go o opiekę i pośrednictwo. Lecz nie będąc panu znanym, muszę się złożyć dowodem iż na to zasługuję.
To mówiąc pan Pilawski dobył z kieszeni papier.
— Znasz pan baron pewnie hrabiego Za... który powszechnie w Galicji jest znanym, chociaż naprzemiany mieszka tu i w królestwie — oto jest jego list na moje żądanie pisany, a że w téj chwili bawi w Iwoniczu łatwo sprawdzić... Baron ledwie okiem chciał na list rzucić.
— Ale dosyć na pana spojrzeć pour étre persuadé, que vous êtez un galanthomme, odezwał się — bez żadnego listu i świadectwa służę.
Podali sobie ręce.
— Prosiłbym majora zażądać od p. Greifera albo wskazania winowajcy lub odwołania kłamstwa, albo dania mi satysfakcji.
Ist richtig! najsłuszniejsza rzecz.. spuść się pan na mnie. Masz kogo drugiego? zapytał baron.
— Ja służę, stary wojskowy także.. rzekł Surwiński.
— Ubieram się w chwili jednéj — dodał major, bin fertig.. i andiamo z p. Karolem.
Hotkiewicz począł się ubierać spiesznie. Idź pan do domu, my panu damy wiedzieć.
Pilawski powierzywszy sprawę w tak dobre i chętne ręce spokojny ruszył do hotelu. W chwilę potem baron z Surwińskim byli u drzwi Greifera i nim do nich zapukali, usłyszeli go chodzącego po pustym pokoju i świstającego arję z Normy z jakąś furją opętaną. Zapukano.. Proszę.
Na widok majora z Surwińskim, których miny surowe i zafrasowane coś niedobrego zwiastowały, Greiferowi głos zamarł w ustach.. stanął jak wryty.. Powitali się ukłonem. Z powitania tego znać było już deputowanych przychodzących w jakiéjś ważnéj sprawie. Pan Stanisław widocznie tracił animusz, milcząco posunął krzesła.
— Dziękuję, rzekł major, przychodzimy w dosyć przykrym interesie.. ale trudno uczciwemu człowiekowi odmówić.. Surwiński się skłonił, z oczów mu błyskało szyderstwo.
— Co panowie każą? odchrząkując rzekł Greifer.
— Sprawa niemiła.. accidente.. eine malicieuse Geschichte jakaś to plotka poszła po Krynicy o panu Gabrielu Pilawskim, jakby on był awanturnikiem i szulerem. Tę wieść, si fabula vera, miałeś pan dobrodziéj, das ist ein öfentliches Geheimniss, puścić z jakiegoś listu. Przychodzimy więc w imieniu pana Pilawskiego żądać albo imienia potwarcy, albo odwołania publicznego potwarzy.. lub honorowéj satysfakcji.
— Tak, satysfakcji honorowéj — powtórzył Surwiński.
Grejfer stał ręce powkładawszy w kieszenie, dumał.
— Pozwoli pan Baron... wycedził wreście, że ja imienia osoby która w liście tę płochą i może fałszywą wieść puściła, wymienić nie mogę. Przyznaję żem powtarzając nieuzasadnioną pogłoskę — zawinił.. ale przepraszać i odszczekiwać nie myślę. Wiem, że pan Pilawski strzela do gwoździ, zatem..
Zakrztusił się..
— A ja panu poufnie — dodam — uśmiechając się szepnął Surwiński, że na pałasze i szpady bije się jeszcze lepiéj: to gracz.
Grejfer, który już nie miał nic do stracenia ruszył ramionami. — Co mi tam!
— Plotkę trzebaby publicznie odwołać.. dodał Baron.
— A jakiż dowód że to plotka? któż go zna? kto za nim świadczy? przerwał Greifer. Wszak to może być prawda?
— Nie — bo ja bym tu do asindzieja nieprzyszedł w téj sprawie, zawołał baron głos podnosząc erlauben sie mahl das ist beleidigend für mich — pardon.. Scusa signore. I dobył z kieszeni list hr. Za... który Grejferowi ukazał.
Pan Stanisław rzucił naprzód okiem na podpis i pobladł.. potem ramionami ruszył..
— Odwoływanie zawsze jest rzeczą — trudną, rzekł.. winien jestem...
— To nie dosyć — odwołanie swoją drogą, dorzucił pan Karol, a p. Pilawski od wymienienia imienia winowajcy, który list pisał nie ustąpi.
’S richtig i nie może ustąpić — potwierdził baron... Co pan na to?
— Ja imienia osoby zdradzić — nie mogę.. wycedził Greifer.
— A zatem bić się musimy — rzekł baron.
— Zrób duszko testament, dodał p. Karol..
— Ha no! odezwał się chmurno p. Stanisław — w pojedynku nie zawsze ten wygrywa, kto najlepiéj strzela i fechtuje się..
— A za tem, times is a money, przerwał baron, pojedynek nieunikniony — mówmy tylko o warunkach.. kiedy sobie pan życzy?
Greifer stał niemy, ręką potarł czoło, powiódł oczyma po suficie... mimo wrażenia jakiego doznawał i zimnych potów jakie nań biły, musiał fantazją nadrabiać. Kiedy się — panom podoba...
Baron i Surwiński spojrzeli po sobie.
— Co prędzéj to lepiéj, rzekł Surwiński.
— I ja tak sądzę — powtórzył Greifer.
— Jutro — jeśli deszczu nie będzie — zaproponował baron..
— Jutro..
— Gdzie?
— Gdzie się podoba..
— Na drodze do Żegestowa za Muszyną..
— Bardzo dobrze..
— Godzina?
— Dziewiąta rano.
— Zgoda.
— Do pana należy wybór broni — rzekł baron....
Nastąpiło długie milczenie... p. Stanisław bił się na pałasze jako tako, strzelał mizernie... lecz.... przez rozpaczliwą brawurę, chcąc okazać że się nie boi, sam nie wiedząc jak i dla czego, zawołał — pistolety....
Va bene — pistolety, ruszając głową mruknął major... staniecie na piędziesiąt kroków i iść będziecie do barier.. strzał do woli... Pojedynek do pierwszéj krwi i rany. Zgoda?
Greifer ruszył ramionami. — Wszystko mi jedno.
— Ze względu na okoliczności, warunki stawię jak najpomyślniejsze dla pana, mówił Hotkiewicz — nie kryję tego iż mimo nich.. mocno się lękam..
— Ja także — ja także — począł Surwiński, niewidzianie celnie strzela...
— Zatem, bien vu, bien entendu, na palcach zbierając punkta główne kończył baron. Czas, jutro, godzina dziewiąta rano, miejsce, drożyna pod laskiem za Muszyną, broń, pistolety.. piędziesiąt kroków, strzał do woli.. do pierwszéj krwi.
Greifer głową tylko skinął i skłonił się, sekundanci wyszli pożegnawszy go, w téj chwili dopiero obejrzał się obłąkanym wzrokiem do koła i padł na sofę, głowę chwyciwszy w obie dłonie.
— Stało się! zawołał — wszystko skończone!


W roku 1846, kto pamięta Warszawę, przypomni też sobie może dosyć oryginalnego człowieka, który miał piękną kamienicę przy ulicy Długiéj i dom w rynku Starego miasta. Nosił się on ze staroświecka w kapocie, ale z pewną elegancją zawsze uszytéj, w stroju reszta acz niemodna, z pewnym smakiem była dobraną. Człek był dobrze nie młody, posiwiały ale rumiany, czerstwy i pięknéj twarzy, rysów szlachetnych. Mówiono że miał lat przeszło sześćdziesiąt, przecież gdyby nie siwizna, niktby mu nad czterdzieści nie dał. Ponieważ nosił zawsze kapotę szaraczkową i wszystko w tym skromnym kolorze dobrane, znano go pod poufałem imieniem, Szaraczka. Wszakże przezwisko to w ustach tych co je wymawiali nie miało nic szyderskiego, nic uwłaczającego. Szaraczek był wielce lubionym i wyglądało na rodzaj pieszczoty. Pochodził z rodziny prastaréj mieszczańskiéj i życie miejskie, jego instytucje, stowarzyszenia, bractwa, obchodziły go serdecznie. Należał do konfraterji literackiéj, był opiekunem różnych zakładów, dla biednych świadczył wiele.. Pomimo téj znanéj dobroci i uczynności, Szaraczek wyglądał surowo, chodził zamyślony, posępny, z dwoma wiekuistemi fałdami na czole, namarszczony, a mówił jakby chciał łajać. A gderząc często się sam rozpłakał. Starsi ludzie pamiętali że był za młodu żonatym, bardzo do żony przywiązanym, żył z nią jednak tylko parę lat, bo mu wkrótce zmarła niezostawiwszy potomstwa. Na Powązkach biedny wdowiec wystawił jéj pomnik piękny, i często doń jeszcze teraz nawet pielgrzymki odbywał. Pomimo, że go prawie gwałtem swatano i żeniono, że na różne pokusy był wystawiony żenić się już więcéj nie myślał...
— Takiéj drugiéj mieć nie będę — mawiał — a przysięgałem ci jéj nie do jéj śmierci ale do mojéj, i zostanę wiernym. Jakoż późniéj już go nawet nie napastowano. Nie miał bliższéj rodziny, nie bardzo to kogo obchodziło — mawiano tylko czasami po cichu: Ciekawa też rzecz co Szaraczek zrobi z majątkiem? Boć dom i kamienica, a bodaj i gruby kapitał przy nich.. pewnie się to albo dobroczynności albo szpitalom dostanie bo komużby? Tym czasem Szaraczek i pieniądze bardzo szczęśliwie robił, i szczodrze szafował niemi na ubogich i nikomu się nie spowiadał co myśli na potem.
Wiedzieli ci co go znali, że człowiek był opatrzny, stateczny i bez rozporządzenia nie umrze pewnie, a przekonani byli iż rozporządzić majątkiem potrafi. Szacowano go grubo i bajeczne rzeczy prawiono o dostatkach, chociaż człek był skromnych obyczajów a wcale ich dla siebie nie używał... Szaraczka ojciec jeszcze miał wielki skład sukna przy Długiéj ulicy, i wielki warsztat krawiecki, z którego robota się rozchodziła po całym kraju. Znano ją szczególniéj z sumienności bo tam pewnie ani zgniłego i zleżałego towaru, ani tandetnego szwu nikt nie znalazł. Już za syna obok warsztatów w których się przysposabiała robota gotowa w wielkiéj ilości, wywożona na jarmarki, powstał zakład wytworniejszéj krawiecczyzny, który z zagranicznemi mógł iść o lepszą. Zaprowadzono tu wszelkie ulepszenia jakie gdzie się ukazały, czeladź była dobrana, Szaraczek co roku sam jeździł za granicę i najprzedniejsze sukna, kazimirki, korty, baje zakupywał w Anglji, w Bernie, w Sedanie, tak że często odstępował z nich hurtownie mniejszym rzemieślnikom. Człek był porządny, stateczny i co się zowie — z głową. Znano go z niéj równie jak z najpoczciwszego serca. Choć niepozornie się odziewał i nikt by go nie posądził o jakieś wyższe wykształcenie, ale praktycznie go nabył, czuł jego potrzebę i pracował nad sobą, wcale z tego nie szukając chluby. Bywało gdy z nafałdowanem czołem i rękami w kieszeniach kapoty, stanie przy jakich naradach i rozmowie poważnéj, a poczną eleganci i blagery pleść androny niby mądre bardzo, Szaraczek słucha słucha..[4] usta mu się krzywią, głową trzęsie, cierpi[5] cierpi.. a jak się odezwie, zmusi do milczenia.. Nie gniewał się nigdy, gderał prawie zawsze.. W końcu młodzież co chciała rozumną udawać już się przy nim strzegła, bo ją w komysz zapędzał. Czasem metody sokratycznéj, z miną niewinną począł pytać, a jak jął ścigać owemi zapytaniami z jednego w drugie wpadając, tak w ciasny kąt zagnał pyszałka że musiał zamilknąć.
Szanowano go powszechnie, lecz się też i lękano, a paniczkowie słabo kuci, unikali jak mogli, bo był dla nich nielitościwym.. W r. 1846 chociaż sklep, magazyny, warsztaty miał w kamienicy przy ulicy Długiéj, sam Szaraczek mieszkał jeszcze zawsze na Starem mieście w domu do którego był nawykł, i wynosić się z niego nie chciał, bo w nim parę lat z żoną przeżył szczęśliwych. Tu na pierwszem piętrze zajmował kilka pokoi jeszcze dawnemi sprzętami zastawionych, a niektóre z nich nie widzieć jak były stare.. i choć nie wytworne, nosiły na sobie cechę epoki, gdy najmniejszą rzecz wykonywała ręka nie machina, myśl nie jakaś forma wyciskająca tysiączne wyroby. Dość jest przypatrzeć się lepiéj zachowanym domom mieszczan Gdańska, Torunia, Elblągu, ażeby się przekonać, że bogatsi mieli zamiłowanie kunsztu i smakowali w rzeczach pięknych, a w owych wiekach rzeczy te robiły się na trwanie długie, gruntownie, mocno i z miłością jakąś a pieszczotą. Więc szafa taka rzeźbiona a wysadzana, do pisania stół, szkatułka kiedy się kupowała to ją dobrano jak pieścidełko i szanowały ją pokolenia, a nie łatwo się zbywano nawet kufrów po babce i zamczystych szafarni.
Szaraczek miał takich sprzętów dosyć, różnemi czasy przez ojca i dziada pozbieranych, a jakoś to mimo wojen ocalało. Na dole w tym samym domu mieścił się sklepik korzenny też odwieczny, na drugiem piętrze lokator, stary urzędnik, na trzeciem na dwoje podzielonem, dwie bardzo ubogie rodziny, którym Szaraczek dał przytułek, ojciec z dwoma córeczkami wdowiec, rzemieślnik, i wdowa z małym chłopaczkiem. Ta zajmowała jedną izdebinę z komórką, brała jakieś roboty do domu, ale się jéj strasznie źle wiodło, wymizerowane było kobiecisko i gdy przyszło komorne płacić, chodziła zawsze z niecałem do właściciela domu o folgę prosząc. Oddawała potem jak mogła kapaniną po troszę, lecz zawsze coś zalegało. Szaraczek bardzo był dla niéj wyrozumiały, mówiono nawet że jéj czasem pożyczał jeszcze grosza ale gdy się komu nie wiedzie — trudno biedę zwyciężyć. Im się człek uparciéj z nią łamie, tem ona zajadléj dokucza. Pomimo pomocy Szaraczka wdowie szło źle bardzo, głównie z tego powodu, że zdrowia nie miała. Całemi dniami robić nic nie mogła, gdy do sił trochę przyszła rwała się dniem i nocą pracując, aby przechorowany czas nagrodzić i znowu się nabawiała choroby. A że miała chłopaka jeszcze lat ze siedem lub osiem dochodzącego, którego bardzo kochała, często z nim razem zmuszona mrzeć głodem, płakała z rozpaczy — łzy też i oczy psuły i zdrowie. Słowem sąsiad szewc który też miał dziewcząt dwie na głowie a był wdowcem, ale któremu się daleko lepiéj powodziło, chociaż poniedziałki obchodził i napiłym też bywał czasem, już dawno prorokował że z tą Dudzikową będzie źle. Zwała się bowiem Dudzikowa, nikt tak dalece nie wiedział co była za jedna, pewnie też po rzemieślniku wdowa. Nie żyła ona z nikim, nikt u niéj nie bywał, a kto zajrzał powiadał, że w izbie sprzętu prawie nie widziano.. nawet łóżka brakło, siennik tylko leżał na podłodze.. I chłopiec i ona spokojni byli, a choć u szewca nieraz i w nocy czyste piekło powstawało tak się kłócili, wrzeszczeli, śpiewali, śmieli i swawoliły dziewczęta, nigdy się Dudzikowa nie poskarżyła, nigdy jéj słowo z ust nie wyszło..
Sama sobie służyła.. rzadko po robotę chodziła, chłopca biorąc z sobą, a dzieciak już był tak nauczony zawczasu, że się do innych dzieci nie garnął i siedział w tem zamknięciu a nie słychać go było. Chłopak jak matka był mizerny strasznie, ale tak uderzająco piękny iż mu się wszyscy dziwowali. Matka też znać była za młodszych i szczęśliwszych czasów piękną bardzo, dziś z tego ledwie ślad pozostał.
Jak to zwykle bywa po sąsiedztwach, szewcówny, służąca czeladź nie mając co robić, poglądały, ciekawili się, szpiegowali co się u Dudzikowéj działo...
Poświdrowano dziurki żeby ich podpatrywać, ale co tam było zobaczyć, kobieta grubem jakiemś szyciem od rana do nocy, czasem i przez noc była zajętą, dzieciak siedział naprzeciw niéj patrzał jéj w oczy, posługiwał, pomagał, drzémał lub bawił się rysując kawałkiem kredy po podłodze. Czem żyli tego dojść było trudno, coś czasem miewali ciepłego, zresztą chleb i kartofle. Dziecko dostawało uschłą bułkę i trochę mleka, matka jak utrzymywały szewcówny razowym chlebem rozmaczanym w wodzie się żywiła. Stróż kamieniczny słyszał parę razy, że Szaraczek na Dudzikową krzyczał za to iż jéj tak źle było, przypisując winę jéj saméj — z jakiego powodu niewiadomo. Nawykli byli wszyscy do tego że chorowała często, więc późniéj nie bardzo się tem troszczono, gdy na sienniku leżała, a chłopak skulony u jéj nóg popłakiwał cicho. Dziecko jakoś dzikie z natury ani do zabawy, ani na łakocie zwabić się nie dawało.
Jednego dnia późnéj i chłodnéj jesieni, stróż kamienicy wpadł do Szaraczka bardzo rano, gdy ten jeszcze chodząc po izbie pacierze mówił, z miną wielce wystraszoną i z pośpiechem niezwykłym, a że go stary nie zaraz postrzegł począł chrząkać niecierpliwie. Nic to nie pomogło, bo dopiero dokończywszy pacierza i przeżegnawszy się Szaraczek się obrócił i gderliwie, po swojemu zapytał:
— Czegóż ty tam chcesz? Stróż zamiast odpowiedzi mocno darł włosy i ramionami dźwigał, podstąpił krok i po cichu odezwał się. Proszę jegomości.. trzeci dzień dziś jak Dudzikowa z domu nie wychodziła i ani jéj ani dziecka nie słychać.. Szewc się boi czy nie zaczadzieli albo się im co nie stało.. bo cichusieńko w izbie.. a drzwi probowałem — zaparte na zasuwkę wewnątrz. — Trzeci dzień! zawołał stary i nie daliście mnie jeszcze wczoraj znać? trzeci dzień!
— Ale bo oni tam licho wie czem i po jakiemu żyją, a i to trzeba wiedzieć że przed trzema dniami kobiecisko się już ledwie włóczyło. Widziałem ją wchodzącą na wschody, co kilka kroków stawała, głowę opierała na poręczy, dyszała i dopiero wytchnąwszy szła daléj. Pół godziny się tak ciągnęła na górę.
— A czemużeś mi wczoraj nie dał znać, trutniu jakiś? powtórzył Szaraczek — skaranie Boże. I porwał się jak stał ze stróżem iść na górę. Gdy do drzwi zastukali, szewc i cała jego rodzina wyszła do sieni, potwierdzając co stróż doniósł, iż u sąsiadki życia znaku już drugi dzień nie było, że przed trzema dniami słyszeli stękanie i jęki, potem płacz cichy dziecka.. potem już nic.
Szaraczek na dobre począł się do drzwi dobijać, ale z wnętrza głos się żaden i nie odezwał. Posłano zatem po ślusarza i drzwi po części wyłapawszy otworzono. Boleśny widok przedstawił się oczom ciekawych.. W izbie pustéj na sienniku, leżała kobieta znać już oddawna skostniała, sina, umarła.. Przy jéj boku spało gorączkowym snem dziecko, przytulone.. ledwie już żywe od głodu. Znać posłuszne woli matki i nawyknieniu, o nic się do ludzi odezwać nie chciało i czekało przebudzenia ze snu tego, z którego się już nie budzi.. Szaraczek schylił się i naprzód dziecko omdlałe wziął na ręce. Chłopak już nie przytomny, oczów nie otworzywszy zarzucił mu wychudłe rączyny na szyję.. stary się rozpłakał. Natychmiast zniósł sierotkę do mieszkania i posłał po doktora, a sam nie dając nic ruszyć w izbie wrócił ażeby być przytomny obejrzeniu pozostałości. Po Dudzikowéj nie zostało w istocie nic — kilka wystygłych wyszczerbionych garnuszków, trochę łachmanów biednych, ani papieru, ani świstka, ani żadnego dowodu kim była. Znano ją jako wdowę od lat kilku pracującą na życie, domyślano się że musiała być z miasta, zapisała się jako Dudzikowa i nikt ją o więcéj nie pytał. Na palcu miała złotą ślubną obrączkę, którą jako pamiątkę zdjął stary dla dziecka, pogrzebem sam się zaraz zajął, i zmęczona życiem istota poszła do grobu.... odpocząć.
Od pierwszéj chwili gdy sierotę wniósł do swego mieszkania Szaraczek, i poczuł ręce te na swéj szyi konwulsyjnie splecione, powiedział sobie w duszy: Sam pan Bóg mi dał to dziecko... innym je daje ze szczęściem mnie zesłał ze śmiercią. Nie ma ono nikogo na świecie i ja nikogo nie mam — mojem będzie. Odżywiono chłopaka powoli ostrożnie, a gdy odzyskał przytomność i począł gwałtownie domagać się matki, któréj już na świecie nie było, musiano go uspokoić tem że matka sama go tu oddała i kazała mu pozostać dopóki nie powróci. Nie rychło bardzo chłopiec się dał ukoić, zabawić i skłonić, żeby coś innego robił, on zawsze w oknie siedział matki wyglądając. Szaraczek zostawszy w ten sposób ojcem, pierwszy raz w życiu zakłopotał się jak to dziecko wychowa.
Zaniedbał nawet nieco swoje interesa, których pilnować był zwykł nie spuszczając się na nikogo, rozmyślając co z chłopcem robić. Uczuł wszakże, iż mu cel w życiu przybył, że mu się przyszłość jakoś otwarła jaśniejsza, że mógł odżyć w tem dziecięciu. Lecz jak w innych sprawach tak w téj nie radząc się nikogo prócz własnego instynktu i rozumu, postanowił rzeczy nie robić przez połowę, lecz wziąwszy raz i sierotę wziąść ją istotnie jako syna i przyszłego spadkobiercę. Chłopak mu się też podobał, żywy był, roztropny, pojętny i przywiązujący się..
Po dwóch czy trzech miesiącach gdy długo samotny stary wracając do domu, słyszał srebrny głos dziecięcy widział go biegnącego przeciw sobie z otwartemi rękami i czuł tulącego się do piersi.. był jak nigdy szczęśliwym, i płakał z radości. Niech tam sobie familja robi co chce i psy na mnie wiesza.. jeśli się jéj podoba, ja tego chłopca adoptuję i koniec. Posłał po adwokata przyjaciela swojego i zamknął się z nim na radę.
— Słuchaj panie Józefie, rzekł mu — zwołałem cię tu na radę to prawda, ale com postanowił temu się już nie sprzeciwiaj, bo ci otwarcie mówię nie posłucham — to darmo. Naucz mnie tylko jak to mam wykonać co postanowiłem..
— Znasz historję Gabrysia.. adoptuję go za syna.
Adwokat czmuchnął. A co powiedzą krewni? — A im co do tego? gdybym się był drugi raz ożenił? hę? miałbym syna.. mam go z łaski Bożéj i nie porzucę.. Chcę go formalnie adoptować. Adwokat radził się z tem wstrzymać ażeby chłopak wyrósł i wychował się i okazał czy tego wart. Szaraczek się sprzeciwił. Natura poczciwa, rzekł, resztę od wychowania zawisło — to moja rzecz... Gdyby się popsuł, ja będę winien nie on..
Z upartym niepodobna było się sprzeczać. Poraz pierwszy nawet przed dobrym przyjacielem, z powodu tego interesu stary wyspowiadał się ze swojego stanu majątkowego, stawiając jako zasadę iż powinien synowi wychowanie dać stosowne do majątku. Majątek najniżéj ceniąc obie nieruchomości, sklep, kapitały, itp. wynosił niepospolitą summę miljona dwóchkroć stotysięcy złotych. Była ona owocem pracy ojca jeszcze, potem syna, a razem oszczędności obu. Chłopiec mój interes będzie prowadził daléj — nie chcę aby go rzucał, nabywał dobra i przedzierzgał się na szlachcica, uchowaj Boże, ale chcę żeby był tak wychowany, tak mościpanie wykształcony, tak rozumny, utalentowany, aby i książętom nie ustąpił. Ot co mi się w głowie roi. Chcę z niego zrobić człowieka i do tańca i do różańca.. Będzie kupcem i rzemieślnikiem, ale takim.. mospanie, jakiegoście jeszcze nie widzieli! Bo to mosanie, zawołał Szaraczek, u nas taka moda, że komu Bóg da rozum i naukę i polor, wnet dezerteruje z obozu naszego i wciska się tam gdzie go nie potrzebują, a jak ma trzos dobrze nabity... toć go przyjmą. Ja tego nie chcę... ja — tu stuknął pięścią o stół — ja im pokażę iż można być światłem i wykształceniem im równym, a łokcia się i nożyc nie wstydzić...
Adwokat się śmiał, dowodząc na różne sposoby, że wykonać było niepodobna co Szaraczek zamierzył — ale ten stał przy swojem. Aktem tedy urzędownym i formalnym, owa sierota bez pewnego nazwiska nawet niewiadomego pochodzenia, uznaną została synem poczciwego starego, spadkobiercą mienia i imienia.. krewni lament podnieśli ogromny, a że bardzo ich to dolegało, pomścili się potwarzą utrzymując, że ów sierotka.. wcale z kąd inąd nie z poddasza pochodził.. Obliczywszy się z fortuną rozpoczął ojciec przybrany wychowanie, zarówno praktyczne i rzemieślnicze jak naukowe. Wziął najlepszych nauczycieli, nie żałował na nic co tylko ułatwić mogło dziecku wychowanie, a że Gabryś był niesłychanie pojętny, miał Szaraczek godziny szczęśliwe prawdziwie, widząc jego postępy i rozwijanie się przechodzące nadzieje..
Nastąpiły szkoły, uniwersytet, podróż razem dla nauki i handlowych wiadomości. Szaraczek czując jak wiele forma znaczy i oswojenie się z towarzystwem, sam żądał by Gabryś z pochodzeniem swem się nie wydawał, aby w czasie studiów uniwersyteckich, mógł porobić znajomości, zawiązać stosunki i nabrać téj ogłady któréj nic nie daje prócz — życia. A że chłopak miał szczęśliwy instynkt i do tego wychowanie powiodło się tak dobrze, iż w istocie Gabryś wyglądał na panicza i oszukiwał nawet tych, którzy najlepszy węch mają na kontrabandy tego rodzaju. Zarazem jednak Szaraczek zobowiązał i wymógł na synu słowo, iż stanu jaki raz przyjął nie rzuci i nie ulegnie powszechnemu zwyczajowi przechodzenia ze sfery pracy do świata fantazji i próżniactwa. Dopóki żył stary pilnował tego, aby Gabryś interesów nie zaniedbywał, a znalazł w nim pewien rodzaj dumy, która by tego niedopuściła.. Młody kupiec a rzemieślnik myślał tylko o podniesieniu swojego powołania, wcale zaś nie o wyparciu się jego.
Zdarzało się, że z samego interesu stykać się musiał ze światem do którego zewnętrznie był podobnym i którego zamożność tego posiadał.. wynikały z tego sceny częstokroć zabawne bardzo..
Jeden z najświetniejszych złotéj młodzieży egzemplarzy, hrabia X. — który między innemi fantazjami miał i upodobanie w dziwnych a wyszukanych strojach myśliwskich, do konia, i t. p. zobaczywszy raz przywieziony z Angłji wzór jakiegoś ubrania bardzo wykwintnego i smakownego, zażądał koniecznie kupić ów oryginalny londyński. Nie mogli mu go bez zezwolenia głowy domu odstąpić pomocnicy w sklepie, a że hrabia się spieszył, niecierpliwił i chciał go mieć natychmiast, wskazano mu tylko mieszkanie Gabriela, aby — jeśli sobie tego życzy, sam z nim pomówił o tem. Nie długo się namyślając hrabia udał się tam natychmiast. Młody kupiec urządzony miał apartament kawalerski na sposób angielski z niezmiernym komfortem i smakiem. Nie było to mieszkanie dorobkowicza wyzłacane całe dla okazania dostatku, ale raczéj artysty i człowieka rozmiłowanego w pięknie i sztuce, który rozumie iż jednem z narzędzi łatwego szczęścia jest wdzięcznie usłane gniazdo, któremu Bóg je mieć dozwolił. Było tam więc wszystko co znamionuje bogactwo, ale użyte rozumnie i smakownie, obrazy, statuetki, albumy, książki, pamiątki z podróży. Każdy sprzęt odznaczał się myślą jakąś, kształtem, wdziękiem i wyrobieniem artystycznem. Gdy hrabia X. zadzwoniwszy, wpuszczony został do salonu, w pierwszéj chwili tak się niesłychanie zdziwił, iż pewny że popełnił omyłkę i zaszedł do kogo innego, chciał się już wycofać. Późniéj, zdumienie jego przybrało tak niezwyczajną formę, iż kogo innego, nie cierpliwego i chłodnego Gabriela byłoby obraziło może. Hrabia X. patrzał, zbliżał się, oglądał, wykiwał, oczy otwierał, ręce łamał.. przyglądał się posądzając że w tem być musi jakieś oszukaństwo..
— Przepraszam pana, rzekł po kilku chwilach wstępu w którym interes opowiedział... darujesz mi pan... czyj to obraz.
— To Ary Scheffer.
— Jak to Ary Scheffer? oryginalny...?
— Kupiony na licytacji w Paryżu...
— Przez kogo?
— Przeze mnie..
— A to.... wszak to.... to coś przypomina Decamps’a.
— To Decamps..
— Czy i to pan kupiłeś?
— Tak jest, panie hrabio..
— A ten krajobraz?
— To Achenbach.. a to Lessing. Hrabia osłupiał, wodził oczyma.. Naprzeciw drzwi do drugiego pokoju wyglądała śliczna rzeźbiona wytwornie szafa biblioteczna.. Na trójnogu stała zaczęta akwarella.
Na kominie była kopja Venus z Milo.. w kącie pijany Faun herkulański bronzowy.
— Pan jak widzę musiałeś już porzucić... (hrabia chciał być grzecznym) interesa.. i oddajesz się sztuce.
— Nie, panie hrabio, interesa są pracą, a sztuka wypoczynkiem.
Na stoliku Revue des Deux Mondes, Edinbourgh Revue i Times zwróciły oczy gościa. Pan czyta po angielsku? zawołał zdumiony.
— Nie mógłbym się obejść bez tego języka — rzekł uśmiechając się Gabriel — bywam parę razy do roku w Anglji, mam tam stosunki handlowe.
Dziwne uczucie smutku jakiegoś opanowało hrabiego X. pod koniec tych odwiedzin.. był jakby zwyciężonym, a co gorzéj widział że ten człowiek który wykształceniem albo mu był równym lub go może prześcignął, nie korzystał z tego by się z nim mierzyć, zbliżyć, by wnijść w świat do którego zdawał się i dojrzałym.
Uzyskawszy żądany strój myśliwski hrabia wyszedł odurzony i nie mówił o czem innem przez tydzień, tylko o tem jakie to sobie teraz tony daje mieszczaństwo i rzemieślnicy, co to u nich za zbytki, jaki wykwint...
— I to tylko co nie widać jak zbankrutuje! dodał ruszając ramionami, dmie się, chce popisywać, a bądź co bądź nie starczy im na to.
Przytomny bankier K. spytał o kim mowa i bardzo grzecznie objaśnił hrabiego, iż fortuna firmy téj była tak — solide, jak się wyraził, a prowadzenie interesów tak rozumne i szczęśliwe, że nie znał domu, któryby większy miał kredyt a mniéj go potrzebował.
— Co pan hrabia myśli, dodał, bon an malan, mają pewnie od kapitałów, kamienic i z handlu jakie trzykroć sto tysięcy złotych czystego dochodu — nie każdy się tem pochwalić może.
Znany ten majątek Gabriela, naturalnie ściągnął nań oczy, a że i osobistość była wielce powabna, radzono mu po przyjacielsku, aby się nie zakopywał w kontuarze i zmienił zawód.. chciano go wprowadzić w towarzystwo.. Oparł się temu rozumnie.. nie chciał skupywać przyjęcia do grona, któreby mu to za łaskę uważało.. żadnem upokorzeniem i ofiarą.. Mówiono że dumny — był nim trochę może.
Stary Szaraczek miał to szczęście, że dożył do chwili w któréj spokojny mógł wziąść emeryturę i zdać wszystko na przybranego syna. Nie obawiał się już o nic, bo widział że ten go właśnie tak zrozumiał jak on być pragnął... Zwolna stary się usuwał coraz na bok, zajmował mniéj, niekiedy tylko wejrzał w książki aby przekonać jak to stało.. w ostatku zasiedział się w swéj kamieniczce.. ociężał, nogi mu zaczęły brzęknąć.. Stary przyjaciel doktór nie był o niego spokojnym — chciał go do jakichś wód wyprawić — Szaraczek się nie dał. Dajcie wy mnie pokój z temi wodami.. toście sobie skomponowali na łudzenie łatwowiernych, żadna woda nie wróci siły, a wiele z nich odbierają.. Gdy przyjdzie godzina.. trzeba umieć umrzeć nie wykręcać się od wypłaty długu. Człowiek nie na wiele światu przydatny, nie bardzo się z nim rozumie, osamotniony, zmęczony.. niech tam sobie nogi puchną.
Gabriel pilnował starego o ile on na to dozwolił — i tak wieczora jednego drzemiąc w fotelu po łagodnéj i przytomnéj rozmowie.. ścisnąwszy rękę syna, z uśmiechem na ustach.. Szaraczek usnął na wieki.


Chociaż pojedynek umówiony na dzień następny trzymany był w tajemnicy napozór i głośno o nim nie mówiono — wiedzieli przecież wszyscy. Być może iż Greifer który ze swego męztwa chluby szukał nieco, miał też na celu.. szepcąc o tem sprowadzić jakąś interwencję urzędową, — to pewna że wieczorem wiedziały o nim panie, panowie, trochę służby nawet. Lecz w tym roku wojennym, choćby nawet stróże porządku publicznego coś zasłyszeli, nie mieli jakoś ochoty wdawać się w interesa prywatne, gdy publiczne szły tak niepomyślnie. Pilawski po obiedzie zastukał do drzwi pani Domskiej.. Znalazł ją na poufnych szeptach jakichś z Jaworkowską.. Elwira przy oknie czytała książkę. Sąsiadka zerwała się z krzesła zaraz, ukłoniła i odeszła. Proszono siedzieć. Wejrzenie Domskiéj było łagodniejsze niż zwykle, spoczęło ono na panu Gabrielu z pewnym rodzajem sympatji i ciekawości..
— Czy — nie przeszkadzam? odezwał się gość — chciałem.. na wszelki wypadek.. pożegnać panie, bo — chociaż.. być może iż podróż się.. przewlecze — jednakże być by — mogło, że mi nagle wyjechać wypadnie.
Pani Domska nic nie odpowiedziała — a po chwilce rzekła z cicha. My też mamy wyjeżdżać wkrótce jak tylko doktór Elwirze dozwoli.
Córka jakby o pozwolenie pytając spojrzała na matkę.
— My wiemy o wszystkiem, rzekła.
— Przepraszam panią, ja — nie wiem o niczem! śmiejąc się zaprotestował Gabriel...
— To jest nie chcesz ażebyśmy wiedziały... przerwała Elwira — nawet o tem że pan tak doskonale strzelasz?
— Ja strzelam nie źle do gwoździ, do tarcic, do jaskółek... do guzików... zresztą do niczego więcéj — dokończył Pilawski — a w życiu mojem widziałem wiele bardzo przykładów złych strzelców, z większem szczęściem niż moje..
— Mnie się zdaje — szepnęła pani Domska — że my kobiety trwożymy się napróżno.. niepodobna aby wiadomość która do nas doszła, nie rozprzestrzeniała się szerzéj i nie wywołała.. bardzo pożądanego.. zakazu...
— Chyba by go sobie ktoś inny nie ja życzył, rzekł Pilawski.. bo ja — milczę, nic nie wiem i sądzę nawet że panie zostały jakąś fałszywą powieścią w błąd wprowadzone.
Zaczął zaraz mówić o pogodzie i słocie, co było najzwyczajniejszym przedmiotem w Krynicy.. i niedopuściwszy już rozmowie dotknąć nic drażliwego, nakarmiony wejrzeniem Elwiry smutnem i pełnem współczucia, wyszedł natchniony lepszą jakąś nadzieją. Obiecał się jeszcze tego wieczora hrabinie, która też wiedziała dokładnie o wszystkiem przez Surwińskiego.. i czekała na niego. Chociaż Sir William zdający się być na serjo konkurentem, mocno ją zajmował, czuła przyjaźń i szacunek dla Pilawskiego i sprawa ta gorąco ją obchodziła. Czekała nań niecierpliwie, potrzebowała się rozmówić koniecznie. Graifer, jak się domyśleć łatwo, rozgniewany na hrabinę, któréj przypisywał całą sprawę, u niéj się nie pokazał. Było wszakże kilka osób, był Albert, William, Ormowska z Lusią i Musią, hr. Żelazowski i zaproszony tego dnia przez szczególną grzeczność pan Porfiry.
Zaszczyt który go niespodzianie spotkał, głębokie na nim czynił wrażenie. Natychmiast poszedł do cioci prezesowéj, oznajmić iż był proszony na herbatę przez panią hrabinę i spytać o radę, o któréj iść i co włożyć? Ciocia prezesowa ruszyła ramionami.
— Czy też ty zawsze niańki będziesz potrzebować! zawołała — reguła ogólna, nie przychodź zawcześnie, spóźnić się można, to się lepiéj uważa. U wód fraka nie potrzeba.. ale ubrać się należy starannie. I to sobie miéj za zasadę, gdy wchodzisz do domu nowego w którym wystawionym być możesz na pokusy i duszne niebezpieczeństwo, ażebyś zawsze modlitewkę zmówił.
— Proszę cioci prezesowéj, ja regularnie dochodząc do progu mówię: Pod twoją obronę..
Ciocia pochwaliła to skinieniem głowy.
Porfiry rozmyślał długo nad białą kamizelką, nad krawatem, nad doborem rękawiczek, które gummą przyprowadził do pierwotnego ich stanu.. zastanawiał się nad kołnierzykiem i guziczkami i w końcu przybył tak śmieszny, iż hrabina tylko przez wielką delikatność w nos mu się nie rozśmiała.
Stał z kapeluszem w kącie nie zdejmując rękawiczek i jedna myśl mu chodziła tylko po głowie. Gdyby się hrabina też we mnie zakochała!!
Do tego jednak nie przyszło, jakkolwiek Porfiry na męża dobrego miał wszelkie żądane kwalifikacje.
Pan Porfiry był też w posiadaniu tajemnicy onego groźnego dnia jutrzejszego — i widząc wchodzącego ze swobodną twarzą jednego z bohaterów, zwrócił na niego całą uwagę swoją, wielbiąc ten spokój jaki w przededniu bitwy zdawał mu się niepojętym... Nawykły całe wieczory siedzieć przy wiście u Aksakowicza i być łajanym a przyjmować to z uśmiechem wdzięcznym, Porfiry się nudził dobrze.. i byłby może zdrzemnął, gdyby dowcipna Lusia nie przysiadła się do niego... usiłując zeń dobyć nieco życia i głosu.
Hrabina podała rękę gościowi i nieznacznie odprowadziła go na stronę...
— Przede mną nie ma sekretu. Greifer paple, wszyscy już wiedzą.. będzie wielkie szczęście, rzekła, jeśli się policja nie wmięsza..
— Przynajmniéj nie z mojéj winy..
— Tego mi pan mówić nie potrzebujesz — szybko wrzuciła hrabina. Goreję z ciekawości, aby się dowiedzieć od pana co z nim zrobić myślisz.
— Jak to? co zrobić? zapytał Pilawski.
— Juściż go nie zabijesz...
— Przynajmniéj wcale sobie tego nie życzę — rzekł Gabriel.
— Postrzelisz go! gdzie? jak? proszę cię.
— Chciałbym tego pełnego nadziei młodzieńca o ile możności całym powrócić społeczeństwu, którego jest ozdobą, uśmiechając się rzekł zagadnięty.. ale pani wie przysłowie — chłop strzela — pan Bóg kule nosi. Co więcéj, widziałem setne przykłady pojedynków, w których ci co zabijali w lot jaskółki, padali ofiarą tych co wcale strzelać nie umieli.
— Jesteś pan fatalistą? spytała pani Emilja.
— Nie — wierzę w sprawiedliwość tylko, ale w taką, któréj my częstokroć zrozumieć nie możemy. Stanie się co się ma stać..
— William będzie z panem, proszę oto.. rzekła, weźmie konia i da mi znać.. pierwéj niż ktokolwiek się dowie.. Jestem ciekawa, niespokojna.. i... no — jestem kobieta.. a pana szanuję, mam dla niego przyjaźń gorącą, — wierz mi.. chociaż bez wzajemności...
— A, pani, jestem okrutnie skrzywdzony — zawołał Pilawski.. — ale o przyjaźni i sercu i szacunku i uczuciach w ogóle mówić nie umiem. Jeśli pani ich nie czyta ze mnie — nie moja wina.
— A zatem — do jutra, panie Gabrielu! a tym czasem baw się dobrze i wesoło...
Podano herbatę.. towarzystwo mimo wrażenia jakie czynił ów ranek jutrzejszy.. gwarzyło ochoczo... Lusia potrafiła nawet Porfirego wciągnąć w rozmowę — opowiadał jéj o processjach w Krakowie i różnych ciekawych uroczystościach kościelnych...
Gdy przyszło do pożegnania wszystkie ręce z uczuciem wyciągnięto ku Pilawskiemu i choć nikt głośno nie ośmielił się nic powiedzieć, znać było iż mu słano życzenia szczęścia.. ściskając serdecznie dłoń która jutro.. miała wyrokować o życiu lub śmierci człowieka...
Nawet Baronowa Ormowska cicha wielbicielka p. Gabriela, podała mu rękę drżącą i szepnęła:
— Niech Bóg szczęści...
Nazajutrz deszczyk prószył, ktokolwiek sobie przypomni ten rok 1866, — będzie też pamiętał i o tych nieustannych słotach, któremi się on w tych stronach odznaczył.. Pomimo niepogody William, Pilawski, Major Hotkiewicz, Surwiński wszyscy wstali do dnia, i wybrali się do Muszyny. Mogło się wyjaśnić do dziewiątéj, a bądź co bądź trzeba było znajdować się na stanowisku. Na humor wszakże wpływa deszcz i mgła zawsze niekorzystnie... posępni ruszyli wszyscy...
W tem zajęciu powszechnem losami pojedynku nikt nie uważał, że pani Domska od wczoraj zamówiwszy konie, załatwiwszy rachunki, pożegnawszy się z Jaworkowską, zaraz po wyruszeniu wózków tych panów, wybrała się także w drogę ale w stronę przeciwną, do domu...
Ani ona ani Elwira najmniejszéj o tem nie uczyniły wzmianki Pilawskiemu, a było to skutkiem umowy między matką i córką tajemnego ich porozumienia z sobą. Pani Domska nalegała na ten wyjazd już od dni kilku. Elwira go chciała odroczyć tylko dla doczekania się wiadomości o pojedynku.. matka wreszcie prośbami, zaklęciami, łzami wymogła posłuszeństwo.
Wnosząc z wrażenia jakie na Elwirze uczyniła potwarz przez Greifera rzucona, widziała że Pilawski nie jest jéj obojętnym, lękała się aby dłuższy pobyt, może niespodziany jaki obrót i losy téj walki nie wzmogły tego uczucia i nie wywołały jakich nierozważnych jego objawów, nastawała więc, prosiła, żądała aby koniecznie dnia tego wyjechały.. Elwira nie śmiała się opierać — najwięcéj ją kosztowało to że matka prosiła aby o wyjeździe nie wspomniała nikomu. Po długich z obu stron układach i prośbach, po serdecznych uściskach, — matka przyrzekła w nagrodę iż nigdy i w żadnym razie o panu Stanisławie już, choćby do Berlina przybył zdrów i cały, mowy nie będzie — a za to otrzymała na wyjazd zezwolenie.
— Co on sobie o nas pomyśli? pytała w duchu Elwira. Bóg wie, ale jeśli umie czytać w twarzy i w sercu.. to mnie poszuka i znajdzie...
Z trwogą tylko i drżeniem myślała Elwira, iż ten człowiek którego sobie wystawiała arystokratą rodem i stosunkami, gdy je znajdzie na tem stanowisku jakie zajmowały — zrazi się odczaruje i — uciecze... Wyjeżdżając więc już Elwira miała nadzieję, iż matkę skłoni, po wszystkiem co doznały w Krynicy od Jaworkowskiéj i przez fałszywe swe położenie w obec towarzystwa — od którego stronić musiały — do zwinięcia tego nieszczęśliwego handlu, zdjęcia szyldu i usunięcia się jeśli można gdzieś na wieś, dla zatarcia pamięci nawet tego — czem były.
Usprawiedliwi to pragnienie Elwiry każdy znający społeczność naszą. Wiedziała ona, iż stan obecny będzie na przeszkodzie wszelkiemu związkowi, który by jéj z innych względów mógł być pożądanym. Nie szło jéj zresztą o nikogo, tylko o tego Gabriela, pierwszego w życiu spotkanego człowieka, z którym czuła iż mogła by być szczęśliwą. Gdy się kocha, sofizmata najdziwniejsze zdają się tak logiczne i naturalne!! Elwira rozumiała i tłomaczyła sobie przesąd urodzenia i kasty, bo się skutków jego lękała.. O ile córka pragnęła zbliżyć upragniony związek i rachowała na Pilawskiego, o tyle matka niewytłumaczonym lękała go się sposobem. Dla czego nie wiedziała sama.. Obawiała się rodziny, stosunków, przyszłych w życiu przykrości dla córki, chciała kogoś innego — położeniem skromniejszem, z mniejszym majątkiem, kogoś coby ofiary nie czynił z siebie. Obiecywała więc sobie jak tylko do Berlina powrócą, rozerwać Elwirę, wywieść, zająć — i dać jéj koniecznie o nim zapomnieć. Córka zaś myślała tylko jakby mogła namówić matkę do zrzucenia tego jarzma.. tych pęt, téj niewoli... Gotowały się obie w milczeniu do zwyciężenia przeszkód..
Powóz już był za Krynicą, gdy o niespodzianym wyjeździe dowiedziała się pobożna prezesowa.
— W téj chwili wyjechały! to nie jest bez znaczenia? o! to nie jest bez wielkiego znaczenia! zawołała, i co prędzéj pobiegła z nowiną do Ormowskiéj.


Deszcz kropił — chłodny wiaterek dął od Tatrów, wózki jechały do Muszyny, ale tu sekundanci zszedłszy się pod parasolami na grobelce zawyrokowali, że na słocie i w błocie strzelać się było niepodobna.
— To bardzo dobrze, dodał Surwiński, ale czekać na pogodę, na ciepło, na suszę, na wszystkie dogodności może potrwać długo.. do nieskończoności, tego roku wątpię żeby się wypogodziło. Austrja może być rozkrajaną jak kawon na kawałki i gdzie my się potem będziemy szukali?
Sekundant Greifera, który występując chciał już pokazać odwagę niepoślednią, aby o niéj i po zgonie jego mówiono — hr. Żelazowski dorzucił.
— Zgadzam się całkowicie ze zdaniem szanownego preopinanta, bo mój klient także nie życzyłby sobie czekać na rozprawę. Ma co być niech będzie zaraz, co prędzéj to lepiéj. Szop chruścianych podostatkiem się znajdzie w Muszynie, można nająć jedną pod pozorem strzelania do celu.
— I strzelać się po ciemku? czy przy pochodniach? zapytał żartobliwie Hotkiewicz.. ’S geht nicht.
— E! słuchaj majorze, dorzucił Żelazowski, jakby trochę mniéj pewne były strzały — co to szkodzi — i tak Pilawski strzela djabelsko. Zdajmy trochę na losy.
— A no, jeśli się ci panowie zgodzą strzelać w szopie, pójdziemy do żyda do karczmy i rzecz skończona..
Pilawski pozostał był w domu zajezdnym oczekując na decyzję i palił spokojnie cygaro. Greifer w drugim chodził po izbie jedząc miętowe cukierki... Sekundanci poszli. Słuchaj, panie Stanisławie, odezwał się Żelazowski wchodząc — szczęści ci się, deszcz leje, na podwórzu dziś nic nie podobna urządzić — żeby raz co prędzéj skończyć, mówimy strzelajcie się w szopie.. Trochę będzie ciemno, Pilawski może nie dojrzy i.. ocalejesz.
— Jak sobie chcecie, co chcecie, gorsze oczekiwanie nadewszystko, rzekł podchodząc Greifer — jam się gotów strzelać i po ciemku..
— Więc jeśli Pilawski się zgodzi?
— Róbcie co się wam podoba.
— Daj mi cygaro! rzekł Żelazowski i wyszedł. Pilawski był także tego zdania, że lepiéj jest raz skończyć prędzéj. Sekundanci poszli zamówić szopę. Żyd nie mógł dobrze zrozumieć na co, musiano mu długo tłumaczyć że będą o zakład strzelać do celu. Dla niepoznaki pożyczono tarcicę, zamówiono aby nikt im nie przeszkadzał i obiecano pięć reńskich. Żyd mogący tak korzystnie pustą szopę wynająć zgodził się na wszystko. Nie mógł tylko zrozumieć, dla czego ci panowie z Krynicy tak daleko szukać szopy przyjechali, mogąc ją na miejscu dostać.
Stajnia po zwleczeniu różnych rupieci leżących na drodze, acz ciemna okazała się dosyć dogodną. Była dłuższą niż potrzeba nawet. Żydom aby nie mieli ochoty zaglądać zapowiedziano, że mogą się na kule! narazić.. i plac wkrótce został przygotowany..
Przez dwoje wrót przeciwnych weszli prawie razem Pilawski i Greifer, zdala skłonili się sobie, sekundanci nabijali pistolety.. p. Stanisław był blady lecz czuba zacierał do góry raźno i chodził podrygując jakoś, jakby go ta sprawa nic a nic nie obchodziła. Pilawski spokojny stał w kątku zamyślony, odmierzono kroki, usunęli się świadkowie.. dano znak. Pistolety się podniosły.. oba przeciwnicy szli zwolna, Pilawski nie mierzył jeszcze gdy Greifer gorączkowo pospieszył, wypalił i.. lewa ręka Pilawskiego na wysokości serca.. została strzaskaną. Gabriel ścisnął pięść tylko, postąpił krok, zmierzył chwilę mimo bólu i w toż samo miejsce trafił Greifera. Potem rzucił pistolet i chwycił się za lewe ramię z którego krew buchała obficie. Greifer padł i nie mógł się wstrzymać od krzyku boleśnego.
Wszystko to odbyło się tak nadzwyczaj prędko, że świadkowie ledwie na swych miejscach stanęli, już biedz musieli napowrót. Pilawski nie mówiąc słowa wszedł do izby, siadł na ławie i czekał na doktora zamówionego, który miał natychmiast nadjechać. Niespodziewano się wcale aby ich aż dwóch mogli potrzebować, gdyż nikt Greifera o tak trafny strzał nie posądził, Pilawski pomimo otrzymanéj rany jeszcze miał siłę posłać kulę w toż samo miejsce.. i zgruchotać też rękę przeciwnikowi.
Wypadek pojedynku zmięszał wszystkich, najmniéj może Pilawskiego który z pomocą Surwińskiego rękę obandażował aby zbyt wielkiego upływu krwi nie dopuścić. Greifer który był na śmierć przygotowany, z razu ucieszył się tem, iż na ręce się skończyło, ale całe jego męztwo i moc ducha opuściła go po chwili.. ogarnęła trwoga i prawie blizkim był mdłości.
— Strzela to, strzela — rzekł Żelazowski, niech go licho porwie, kiedy już postrzelony miał jeszcze siłę oddać wet za wet, z taką dokładnością, iż może się nie trafiło nikomu podobnych dwóch ran jak te oglądać. Nie mają już sobie nic do wyrzucenia.
Pomimo bólu, Pilawski około którego na chwilę się znalazł William aby mu rękę ścisnąć — zapalił cygaro — ani syknął... Doktór nadjechał i ze zdumieniem znalazł obu rannych.. spojrzawszy jednak na Pilawskiego zmiarkował, że ten prędzéj poczekać może i pobiegł obandażować Greifera, który mdlał co chwila. Oba mieli kości strzaskane cięższą wszakże była rana Pilawskiego, bo w niéj dwie koście naruszone zostały. Obandażowawszy go na prędce, doktór pobiegł do Gabriela który cierpiał więcéj a mniéj się skarżył. Anglik natychmiast dosiadł konia i pocwałował do Krynicy. Konie hrabiny stały na wszelki wypadek w gotowości. Ona sama siedziała w oknie, szarpiąc chusteczkę niecierpliwie i niemogąc słowa wyrzec.. tak się czuła niespokojną! Baronowa Ormowska siedziała przy niéj. Panny z Salomeą szeptały w drugim pokoju.
— Nie ma się co obawiać o naszego faworyta.. odezwała się Ormowska, strzela doskonale, a Greifer jak wszyscy utrzymują, wcale nie wprawny. I temu się też nic złego nie stanie, bo Pilawski zacny człowiek.
— Moja droga baronowo, westchnęła hrabina, to jest osobliwsza rzecz, ja siebie poznać nie mogę..
Ten pojedynek dopiero napełnił mnie prawdziwym strachem o siebie. Byłam najpewniejszą że tego Pilawskiego sobie z głowy i serca wybiłam, że Anglika wolę.. że... Otóż ci się przyznam choć mi wstyd, czuję w téj chwili...
Zniżyła głos hrabina.
— Że gdybym go straciła — nie przeżyłabym téj straty..
— Cichoż! cicho! na Boga! kładnąc palce na ustach i wskazując drugi pokój w którym były panny — odparła Ormowska.. nie mów że tego tak głośno.. po cóż wszyscy o tem wiedzieć mają.
Hrabina oczy sobie zakryła chusteczką.
— Zła jestem na siebie — nie mogę tego sobie przebaczyć. Ja com panowała zawsze nad sercem.. proszę cię.. a teraz.. Upokarza mnie to.. I tak jestem śmieszną, dodała, że się boję.. boję się.
— Ale o cóż znowu?
— W tych pojedynkach niewiedzieć komu szczęście służy.. westchnęła Palczewska.. i załamała ręce. Greifer źle strzela, ale przebiegły i zły, a tamten prawy i szlachetny. Na téj głupiéj ziemi naszéj moja Baronowo, prawie zawsze szczęście służy tym co go nie są warci. Spuściła oczy.
W téj chwili tentent dał się słyszeć pod oknem, hrabina oczy podniosła zobaczyła Wiliama, i nie czekając by wszedł do pokoju, gwałtownie otwarła okno i wychyliła się wołając: Co się stało?
Anglik rękę tylko podniósł do góry i wskazał że idzie. W progu obłocony jeszcze się otrzepywał od deszczu, a hrabina stała już nad nim..
— Kto ranny? Greifer.. mów, na miłość Boga kto ranny — wszak nie on?
— Obadwa, rzekł anglik chłodno.
Palczewska uderzyła w ręce, padła na kanapkę, porwała się natychmiast.
— Jakaż rana?
— W rękę.. kość strzaskana.
— A! mój Boże! zawołały kobiety.. A tuż z drugiego pokoju nadbiegły panny, z garderoby sługi, z ulicy ciekawi i otoczyli kołem anglika..
— Jakże Greifer mógł go ranić!
— A tego to przyznam się że nierozumiem, począł William powoli. Strzelali się w szopie, bo na deszczu nie było podobna.. Greifer wystrzelił pierwszy.. trafił w rękę. Pilawski mimo bólu i krwi, miał dosyć przytomności żeby wycelować i oddać mu słowo w słowo taką samą ranę w lewą rękę. Pojedynek osobliwy.
— Powinien go był zabić! w pierwszym przystępie gniewu zawołała hrabina — po co takie trutnie żyć mają, żeby poczciwych ludzi czernili i kaleczyli.... Wydawszy się temi wyrazami z sympatją dla Pilawskiego, którą anglik zdawał się obserwować z zajęciem, pani Emilja wybiegła do ludzi, aby natychmiast powóz szedł po chorego. Dla pośpiechu niedowierzając pannie Salomei, bez parasola wyszła na deszcz i dotarła sama aż do stajni. Wszyscy patrzali na to ze zdumieniem wielkiem. Ormowska nie tyle była zgorszoną, jak raczéj litowała się nad biedną hrabiną. Wróciła ona po chwili zmokła i ze łzami w oczach.
— Panie Williamie, rzekła poufale podając mu rękę, bądź tak dobrym — jedź po niego... pilnuj go.. a ja ci go polecam, ja go kocham jak brata..
Na brata Anglik odpowiedział wejrzeniem pełnem wyrazu, dosyć tęsknem, hrabina nie spostrzegła go nawet. Daj mi wiedzieć, dorzuciła szybko, daj mi wiedzieć jak tylko przybędzie.. ja pójdę do niego, do Greifera niech sobie idzie kto chce..
— Pójdzie Jaworkowska, gdy nie będzie wilgoci, szepnęła Baronowa.
William już siadał do powozu, gdy prezesowa która niezastała w domu Ormowskiéj a pieczona była nowiną niepodzieloną jeszcze z nikim — wpadła z ogromnym parasolem nie mieszczącym się we drzwi.
— Jest utrapienie... cicho szepnęła Palczewska..
— Przepraszam, dzień dobry... rzekła prędko, byłam pewna że tu kochaną Baronowę dobrodziejkę znajdę... bo miałam coś do zakomunikowania, bardzo, bardzo ciekawego.. Ale niechże odetchnę. Spojrzała po twarzach posępnych i nie domyśliła się nic jeszcze...
— Wszak to, proszę państwa.. ta Domska z córunią, rozśmiała się, obrała sobie chwilę właśnie dziś do wyjazdu. Ci panowie na pojedynek, a ona do powozu i fru z Krynicy. Już jej nie ma, dali pan pojechała.. Widziałam sama..
— I cóż pani w tem znajduje złego, dziwnego czy nie wiem już jak się mam wyrazić... przerwała gospodyni.
— Jak to? pani ma za rzecz naturalną? Ale to skandaliczne! Toż to jest przyznanie się do tego wyraźne, że one były powodem pojedynku.. który choćby się najszczęśliwiéj skończył..
Hrabina westchnęła zniecierpliwiona, odwróciła się i ukradkiem łzę otarła. Hercegowina dopiero postrzegła iż — coś się już stać musiało..
— Cóż to ja widzę — co widzę? piękne oczki płaczą? czyby już była jaka wiadomość? Czy Greifer zabity, boć przecie grubszy od gwoździa!?
— A! po Greiferze by podobno nikt nie płakał — zawołała odwracając się hrabina, temu się należała nauka...
— A cóż? cóż się stało! porwała się prezesowa — już panie wiecie! na miłość Bożą?..
— Pilawski ranny — szepnęła Ormowska i Greifer ranny.. Oba jednakowo..
Prezesowa stanęła osłupiała..
— A te panie sobie pojechały! Ślicznie! A tu się za nie krew leje.
— Ale któż ci powiedział że za nie? oburzyła się hrabina..
— Chyba bym oczów i uszów nie miała, żebym sama tego nie postrzegła.. kokietowano obu.. chcąc mieć do wyboru i na zapas... a skończyło się na ranach.. Może śmiertelne i może będzie pogrzeb? dodała...
Ormowska coś szeptać zaczęła, bo znudzona tą paplaniną gospodyni wybiegła do drugiego pokoju... Prezesowa ścigała ją oczyma.
— Proszę Baronowéj, szepnęła.. jak to się hrabina niepotrzebnie kompromituje.. No — przede mną to jeszcze nic — to nic — ba ja to przy sobie zatrzymam, lecz gdyby kto inny ją widział, zaraz by się domyślił że jeden z dwóch ma miejsce w serduszku... a że tam podobno i angielski turysta siedzi.. więc iluż się ich tam zmieścić może?
Ruszyła ramionami.
— Powiem Baronowéj, odezwała się cichutko po chwilce, że teraźniejszych kobiet nie rozumiem. Boć mamy słabości, to pewna — ale trzeba przynajmniéj umieć je jako osłonić.. dla oka.. dla oka.
— Moja prezesowo, zamknęła rozmowę staruszka, daj już pokój — nie ma w tem nic tak złego.. przecież że się uczciwego i miłego człowieka niewinnie pokrzywdzonego żałuje, w tem grzechu nie widzę... Hrabina ma dobre serce — nic więcéj.
Prezesowa zagryzła usta.. Czas jéj już było iść, bo miała z czem. Wątpiła ażeby o pojedynku już kto wiedział, chciała więc pierwsza tę nowinę zanieść mianowicie duchownym... z powodu iż pojedynek każdy ekskomunice podpada... I mimo deszczu pożegnawszy się co prędzéj, wybiegła dzielić się najświeższemi wiadomościami.
Podróż pani Domskiéj i Elwiry aż do Krakowa upłynęła w posępnem milczeniu. Obie nie miały ochoty do rozmowy, rozmyślały co poczną, jak sobie poradzą.. Elwirę dręczył ukrywany niepokój o Pilawskiego, i choć wiedziała że obawy zbytniéj o niego mieć nie była powinna, serce się trwożyło. Nie wiedziała nawet kiedy i jak potrafi otrzymać o nim wiadomość. Mógłby napisać — mówiła w duchu, ale téj odwagi, tego trochę zuchwalstwa mieć nie będzie.. Przebaczyłabym mu je chętnie! Ta cisza, to milczenie, to oczekiwanie...
Matka właśnie na ciszę, milczenie, brak wiadomości i czas co wspomnienia najgorętsze powoli zaciera, rachowała najwięcéj. Mierząc się oczyma i sercami jechały tak spiesząc do celu podróży, matka w nadziei iż ukończona wojna dozwoli wywieść gdzieś Elwirę — Elwira że potrafi skłonić matkę do zwinięcia zakładu i obrania innego życia, które by ślady pierwszego zatarło. Znajdowały się obie w tym stanie ducha, który nie dozwalał wzajemnie zwierzyć się swych myśli i po raz pierwszy jakimś chłodem wiał między sercami matki i dziecięcia.. Podróż wydała się nieznośnie długą.. W Krakowie zabawiły dzień jeden, a że jechały bardzo powoli, wiadomość zaś o pojedynku na skrzydłach poczty poprzedziła je na Wawel i już zużytkowaną została w jednym z dzienników, Elwira przerzucając w hotelu gazety, znalazła w jednéj z nich króciuchną wzmiankę, bez wymienienia miejsca i osób, o osobliwszem spotkaniu dwóch młodych ludzi, którzy się postrzelili w tak dziwny sposób itd. Redaktor dodawał ogólne uwagi o szkodliwości pojedynków, o kościelnych przeciw nim dekretach.. i o daremnie przelanéj krwi tak dla kraju szacownéj. Artykuł ten właśnie dla tego iż mówił o dwóch ranionych, nie zdawał się Elwirze stosować do wypadku tego. Była pewną że Pilawski rannym być nie mógł. Rzuciła dziennik mówiąc sobie iż nie w jednéj Krynicy mogli się pojedynkowicze znajdować, ale prędzéj w Iwoniczu, Żegestowie, Szczawnicy itp.
Serce nie drgnęło przeczuciem.. Nie wspomniała o tem matce, aby nie ściągnąć na siebie burzy, że się zbyt losem Pilawskiego zajmuje.
Troskę o niego zmniejszyła obawa o matkę. Czy to że wody niewłaściwie były zapisane, czy że pora nie była dobrą, czy że pani Domska nazbyt się niepokoiła przy kuracji — w drodze już uczuła się słabą. Zatrzymała się w Warszawie aby poradzić doktora, ale ten uznał że w ogóle wody które skutkują z razu, wywołują czasem pozorne pogorszenie zdrowia a późniéj reakcja je przywraca.. Domskie z tą pociechą ruszyły do Berlina, ale w drodze matka ciągle czuła się niedobrze, a przybywszy do domu, położyła się w łóżko... Berlin właśnie się wieścią tryumfów ożywiał i rósł już do przyszłéj wielkości, wszystko tu poruszało się, kipiało, żyło, gorączkowało, gdy nasze panie przybyły. Elwira po raz pierwszy znalazłszy się znowu wśród tego otoczenia w którem wzrosła, — uczuła jakiś wstręt i obrzydzenie do życia pod którego jarzmo wracała.. Zwykle nie wiele się ona zajmowała interesami, lecz mimowolnie przez matkę wiedziała o nich, dla matki się niemi kłopotała — teraz nawał pracy, zachodów i trudności ciążący na pani Domskiéj, wydał się jéj nieznośnym.
Domska była coraz gorzéj. Nazajutrz wezwano zwykłego lekarza, tego, który wody poradził, — przyszedł — i choć znalazł, że nic nie było groźnego.. nagderał wielce. Stary niemiec był poufałym domu przyjacielem, człowiekiem bardzo zacnym, Greheimrathem i uczonym naturalistą.
Miał prawo do klientów swych odzywać się czasem nieco szorstko i prawa tego używał.
— Wody by były pomogły, rzekł, ale przy wodach trzeba spokoju.. trzeba zapomnienia o świecie... o kłopotach, o domu, jejmość pewnie nadto siedziała myślą w Berlinie.. może się jeszcze gryzła czem innem. Cóż dziwnego że wody nie tak jak powinny skutkowały?
Ale to przejdzie i będzie wszystko dobrze!
Elwirze dom, jéj śliczne pokoiki, ulubiony fortepian, książki wszystko wydało się jakoś nieznośne, niemiłe, niesmaczne nie wyjmując Berlina. Nieustanne przychodzenie panien po radę, po pieniądze.. nudziło i niecierpliwiło.
W kilka dni po przybyciu, pani Domska wstała wprawdzie, zajęła się swemi interesami, ale wieczorem położyła znowu i nazajutrz gorzéj uczuła.. Posłano po doktora lekarz przepisał lekarstwo. Elwira nieznacznie wysunęła się za nim, postrzegły chmurkę na jego czole.
— Czy by mamy słabość była groźną? spytała niespokojnie Geheimratha.
— A! nie, rzekł trochę kwaśno lekarz.. groźnego nic nie ma.. ale potrzeba spokoju, wypoczynku.. pilności.
— Kochany radzco — chwytając go za rękę cicho szepnęła Elwira — jesteś przyjacielem domu.. bądź że moim sprzymierzeńcem w sprawie, która i zdrowie matce przywrócić może i mnie by uszczęśliwiła. Rzuć przy mnie słowo, że należałoby spocząć.. niech ten nieszczęsny magazyn sprzeda. Mamy dla nas bardzo dosyć, ja więcéj nie pragnę — matka odżyje — a ja — ja dopiero żyć zacznę. Geheimrath ruszył ramionami:
— Bardzo chętnie, rzekł, poprę myśl pani, chociaż, chociaż przyznam się, że nie godziłoby się korzystnego interesu, w chwili gdy on się jeszcze jak najpomyślniéj rozwinąć obiecuje — porzucać — to — po polsku.
— Tak — może — szepnęła Elwira — ale myśmy do tego stworzone nie były.
Rozśmiał się stary i po niemiecku klapnął ręką po ramieniu panienkę parę razy.
— Ha! ha! szlachecka krew się odzywa! Ja wohl! A któż stworzony do tego czy do tamtego, z patentem w kolebce? Nauczyłyście się panie pożytecznéj pracy, należałoby w niéj wytrwać.. No i grosz z tego piękny płynie.
— Doprawdy, radzca, mamy go dosyć, dosyć, a zdrowie matki więcéj warte..
Ja wohl! począł radzca — ja wohl! zdrowie matki rzecz pierwsza: tylko. Przerwał. A no, jutro pogadamy. I wyszedł spoglądając na zegarek. Nazajutrz pani Domska była lepiéj. Elwira jeszcze przed przyjęciem Geheimratha rzuciła słówko o tem, że matka potrzebowała spokoju, iż lekarz był tego zdania, iż należałoby pozbyć się interesu i wypocząć. Dla nas, mamy bardzo dosyć — dodała Elwira, mojem zdaniem można by sprzedać magazyn, osiąść na wsi, a tam powietrze, spokój.. życie ciche.. wygodne.
— Dziecko moje — odezwała się Domska.. kto lat kilkadziesiąt wrósł już w coś, temu się wyrwać trudno. Uczyniłabym to może dla ciebie, dla siebie nie bo czuję, że by mi tego brakło co tobie ciąży.
Córka zaprotestowała gorąco, pani Domska zamilkła. Nadszedł konsyljarz, i rozpytawszy chorą zadumał się. Elwira poddała mu myśl wczorajszą.
— Tak jest, tak, potwierdził, zapewne że oderwanie się od interesów mogłoby dla zdrowia być pomyślnem.. Nie przeczę temu, ale w świecie się trafia różnie. Popieram zdanie panny Elwiry, a jednak nie mogę się wstrzymać bym anegdotki o moim przyjacielu Finanzialracie Werhuber nie przytoczył.
Domska oczy na niego zwróciła.
— Mów twoją anegdotkę, szanowny doktorze.. szepnęła cicho!
— Bardzo prosta, bo prawdziwa — Finanzialrath Werhuber miał lat sześćdziesiąt i pięć wieku, a trzydzieści i pięć służby. Przez ten czas nawykł był tak regularnie chodzić do biura ministerjum swego.. trawić w nim godzin kilka, wracać o pewnéj porze do domu, iż to życie stało się dlań drugą naturą. Stary był wszakże zażądał dymisji. Będę sobie odpoczywał — mówił przyjaciołom o! będę sobie odpoczywał. Dano mu dymisję, pensję i król w uznaniu zasług przysłał mu order Korony drugiéj klassy. Werhuber był szczęśliwy.. Do biura pierwszego dnia zerwał się iść o swojéj porze, a przypomniawszy sobie iż nie jest do tego obowiązanym, rozśmiał się i pozostał w domu. Bawił się patrząc na złote rybki na oknie, na pelargonje w wazonach, czytał Spenerowskę gazetę, ziewał i jakoś czas przeszedł. Drugiego dnia poszedł na przechadzkę, dzień mu się wydał niesłychanie długi. Nigdy takim nie bywał. Dziwna rzecz w kancellarji biegły godziny tak żywo, teraz lazły tak zwolna. W tydzień spotkałem Werhubera zmienionego nie dobrze, poradziłem mu podróż, wody, nie chciał słuchać.. Zachodził parę razy do ministerjum, do znajomych, pomagał tam, pytał, wtrącał się, wyproszono go. W miesiąc był do niepoznania...
Doktór niedokończył jakoś. Domska spojrzała, sposępniała Elwira.
— Człowiek potrzebuje pracy, aby mógł znieść życie, dodał Geheimrath a nawyknienie drugą naturą, Elwira znajdowała, że mimo obietnicy lekarz jéj nie dobrze usłużył i trochę się pogniewała na niego. Mama się w téj pracy nie urodziła, nie zrosła — dodała, los nam ją twardy narzucił.. tęsknić tak bardzo nie widzę powodu.
Na tem się skończyło dnia tego. Domska wciąż jeszcze chorą była i chorą.
Elwira oszczędzając jéj troski niepotrzebnéj, pomimo że się nawet leżąc w łóżku domagała aby jéj listy przynoszono, postanowiła je zatrzymać, przeglądać i odpisywać — jakkolwiek to zajęcie wcale jéj nie smakowało. W dziesięć dni po powrocie przeglądając stos różnych korespondencji prawie wszystkich tyczących się magazynu, Elwira zdziwiona została listem na którym postrzegła stempeł Krynicy.. Pochwyciła go zarumieniona, drżąca. Adres był do matki, poznała na nim rękę Jaworkowskiéj. Nie miała prawa rozpieczętować, ale mogła przynieść go matce osobno i w ten sposób zmusić niejako do podzielenia się wiadomościami, które niechybnie zawierać musiał.
Pobiegła z nim do pani Domskiéj.
— Jest list z Krynicy! zawołała podnosząc go do góry.
— Daj że mi go, daj proszę, żywo zrywając się z posłania odpowiedziała matka, to od Jaworkowskiéj, nie ma pewnie nic, ale miło mi go będzie przeczytać. Spojrzała na córkę drżącą.. ale pomimo rozbudzonéj ciekawości list schowała pod poduszkę. Ja to sobie późniéj przeczytam, nic pilnego rzekła:
Trochę urażona wyszła zaraz Elwira, aż się jéj matce żal zrobiło. Pomiarkowała że lepiéj jest nic nie taić i odwołała ją nazad.
— Przeczytaj mi ten list, rzekła napozór obojętnie...
Drżącą ręką rozerwała Elwira kopertę, pobiegła po liście oczyma i zbladła.. oczy matki żadnego jéj nie straciły ruchu i serce się ścisnęło. Pani Jaworkowska pisała jak następuje:
Kochana Zuziu! Żądałaś ode mnie wiadomości, więc pomimo mojego bicia humorów do głowy, siadam ci donieść że żyję i czekam wypogodzenia, aby do domu wyruszyć. Tego dnia gdyście wyjechały, pan Pilawski strzelał się w Muszynie, ale w szopie z panem Stanisławem... Miałam smutne przeczucie które się ziściło.. Greifer wprawdzie pierwszy strzeliwszy ranił go, ale ten nieznośny.. Pilawski oddał mu takim samym strzałem, iż doktorowie wydziwić się nie mogą, jak doskonale trafił w to samo miejsce i w tą samą kość w którą już był ranny.. Oba teraz leżą, podobno Pilawski niebezpieczniejszy.. obie kości obrażone... Greifer prędzéj przyjdzie do siebie, o Pilawskiego się lękają.
Tu głosu zabrakło Elwirze i dwa łez strumienie się puściły...
— O Pilawskiego się lękają, dodała cicho, aby mu ręki odjąć nie było potrzeba.. Ten wypadek odsłonił jedną tajemnicę, któréj myśmy się i dawniéj trochę domyślały. Hrabina Palczewska która zdawała się tak mocno zajętą swoim Anglikiem, formalnie się dla Pilawskiego skompromitowała. Anglik siedzi to prawda, ale hrabina całe dnie i wieczory razem z nim spędza u łóżka chorego, a pieści go, a dogadza, a płacze i rozpacza, że nam wszystkim za nią wstyd. Jużciż nawet gdyby dla niego czuła przywiązanie.
Tu Elwirze głosu zabrakło, spuściła ręce z listem na kolana i czytać przestała. Matka wzięła list Jaworkowskiéj i sama po cichu czytała daléj.
— Gdyby dla niego czuła przywiązanie tak gwałtowne... powinna by umieć je dla przyzwoitości poskromić... Mówią że i chory kawaler tą czułością pięknéj wdowy wreszcie się dał wywieść ze swego chłodu i czuje się szczęśliwym... Są ludzie co utrzymują, a to do niéj podobne, iż mu się hrabina oświadczyła sama, i że scena była nader czułą i tragiczną. Prezesowa utrzymuje, iż aż doktór hrabinie zakazał tych zbyt częstych i nadto długich odwiedzin, znajdując że wrażeniami zbyt gorącemi, zdrowiu chorego szkodziła. Mogą to być plotki Prezesowéj, ale stojąc w tym samym hotelu mogę poświadczyć tylko, iż istotnie ona, jéj służba, kuchnia, dzień i noc tu gospodarują. Anglik go pilnuje także i zdaje się niezrażony postępowaniem hrabinéj, czule też do niéj przywiązany. Słowem powieść Dumas’a, moja droga. Żałuję bardzo że końca jej domyślając się tylko, doczytać nie będę mogła, bo muszę wyjeżdżać. Już też dosyć mam Krynicy i jéj rozkoszy.. Od kąpieli dostałam strasznéj wysypki, od Prezesowéj plotek formalnéj niestrawności, od widoków tego romansu hrabinéj mam obrzydliwość emetykową. Żal mi biednéj kobiety, to pewna że zacna i poczciwa, ale głowa przewrócona, serce jakieś nienasycone i kapryśne... a pozory ją potępiają, itd.
Był jeszcze i przypisek następujący..
W chwili gdy list miałam zamykać dowiaduję się, że chory ma się gorzéj.. posłano po operatora do Krakowa, który osądzi czy odjęcie ręki jest koniecznością. Nawet mi go żal.. bo zawsze to kalectwo! Greifer już chodzi z ręką na temblaku. Policja im ma wytoczyć proces. Hrabina cała we łzach. Widziałam ją w kapliczce klęczącą, zapłakaną, trzymającą chustkę na oczach przez całą mszę i niepodnoszącą głowy.. Anglik sam pojechał po doktora... Goście nasi się rozjeżdżają chociaż deszcze ustały... Ja już muszę też do domu spieszyć, bo mi mąż pisze że się beze mnie nudzi. Bardzo poczciwe człeczysko.. itd...
List doczytawszy po cichu pani Domska wcisnęła go pod poduszkę, Elwira upomnieć się o resztę nowin nie doczytanych nieśmiała. Miała ich też zadosyć i bolesnych. Owa czułość hrabiny dla Pilawskiego nie tyle ją dotknęła, co niebezpieczeństwo w którym zostawał, przywiązania jego była pewną, a nie mogła się dziwić, że ten którego kochała, nie i starając się nawet, mógł czyjeś pozyskać serce. Trudnoż mu było choremu, opierać się czułym przyjacielskim staraniom hrabiny, które też, jak to zwykle bywa, z pomocą Prezesowéj i jéj podobnych plotkarek, mogły być fałszywie i złośliwie tłumaczone.. To co wyczytała przeraziło ją, kalectwo naprzód, cierpienie, potem niebezpieczeństwo które grozić mu mogło. Nie chcąc przed matką okazać boleści ściskającéj serce i mimowolnie malującéj się na twarzy, Elwira wyszła powoli do swego pokoju, co matkę zaniepokoiło więcéj jeszcze. Zadzwoniła natychmiast na jedną z panien swoich i kazała córki poprosić. Po chwili dość długiéj oczekiwania, Elwira przyszła z oczyma zapłakanemi ale usiłując panować nad sobą. Domska zapomniała o wszystkiem, prócz cierpienia dziecięcia, niemiły jéj ten Pilawski, stał się jeszcze wstrętniejszym, gdyż z jego przyczyny Elwiry spokój i szczęście było zachwiane... Byłaby go wreście tolerowała już i przejednała się z nim może, byle córki usta znowu się jéj uśmiechnęły a czoło zaświeciło dawną pogodą.
— Dziecko moje, co ci jest, dla czegoś wyszła? płakałaś? zawołała Domska. Mój Boże, po co się już z tem taić, tyś się do tego człowieka przywiązała.. Przekonajże się z tego listu, dodała wyciągając go z pod poduszki i oddając córce, że on nie jest wart czystego serca twojego. To bałamut jakiś. Patrz, co Jaworkowska pisze o hrabinie, juściż to kobieta... nie mogła by się tak kompromitować bez nadziei wzajemności. A ty nabiłaś sobie nim głowę i mój Boże, mój Boże! Co tu począć! łzy potoczyły się jéj z oczów.
Elwira przyklękła przy łóżku i chwyciła jéj rękę.
— Mamo! mameczko, zawołała, czego się martwisz? po co płaczesz! Znasz mnie, wstydu ci nie uczynię a jeślim mimowolnie dała uczuciu zawładnąć sobą, wierz mi, nie wina moja... Potrafię się przemódz i zwyciężyć je.. Płaczę, bo mi żal tego człowieka, jego młodości, a czuję iż my może byłyśmy powodem tego nieszczęśliwego pojedynku, który on opłaci kalectwem... Ja jego pewną jestem! Cóż mi tam hrabina.. Hrabina znajdzie innego i zapomni.. On do mnie powróci, on mi jest i będzie wiernym!
Ostatnie słowa niewyraźnie, cicho wyjęknęła Elwira, matka zbladła i już nic nad to jedno słowo nie powiedziała. Proszę cię, uspokój się, uspokój się. Ta rada byłaby jéj saméj mogła posłużyć, biedna Domska już chora zgryzłszy się córką na wieczór zachorowała mocniéj, tak iż posłać musiano po Geheimratha, który wprawdzie ręczył że nie było nie groźnego, ale zapisał zaraz lekarstwo i obiecał przyjść rano. Nazajutrz było napozór lepiéj, lecz osłabienie wielkie. Elwira zapomniała o wszystkiem siedząc u łóżka matki.


List pani Jaworkowskiéj, jakkolwiek trochę złośliwy, był wiernym opisem tego, co się w Krynicy działo. W istocie Pilawskiego rana była groźną i na chwilę myślano, że może rękę w ramieniu odjąć przyjdzie. Wyjechał William po operatora do Krakowa, hrabina któréj przyjaźń (jak ją sama nazywała) dla Gabriela tym wypadkiem spotęgowaną została, prawie nie odchodziła z jego mieszkania i jak siostra miłosierdzia była ciągle na jego usługach. Napróżno chory wypraszał się od nich. P. Palczewska despotyczna zawsze, niedawała mu słowa powiedzieć, zamykała usta i gniewała się jeśli się jéj sprzeciwiał. Z wielką mocą ducha Pilawski znosił bolesne opatrywanie rany z któréj ciągle jeszcze kości wyjmować było potrzeba.
Gdyby nie zmiana w twarzy i wymizerowanie, po humorze i łagodności poznać by nie było można tego co przecierpiał. Greifer nierównie szczęśliwszy już wychodził z ręką na temblaku, grał rolę bohatera.. był w humorze wybornym i zachodził nawet na wisteczka do Aksakowicza, gdzie się teraz wieczorami zbierano, zajmując szczególniéj hrabiną, Williamem i Pilawskim......
Stosunek tych trzech osób dla ludzi pospolitych był jakoś całkiem niezrozumiały. Dziwiono się anglikowi, który siedział i służył hrabinie, patrząc na jéj czułości dla Gabriela i tysiączne wnioski czyniono na przyszłość a nawet zakłady. Jedni utrzymywali że hrabina wyjdzie za Pilawskiego, drudzy że za Anglika, inni że za żadnego z nich, a bądź co bądź, mieli o czem mówić, kogo ogadywać i zabawiali się wybornie. Pan Aksakowicz któremu i paszport wychodził i wód używanie się kończyło, wzdychając wybierał się napowrót do domu, iż nie dotrzyma do końca téj, jak ją nazywał, powieści.
Greifer po cichu mówił znajomym z uśmieszkiem pokręcając wąsa, iż jak tylko lekarz mu pozwoli i wojna, natychmiast się uda do Berlina... Ruch wszakże był mu wzbroniony i jakiś czas posiedzieć jeszcze musiał. Kuzynek Albert znudzony i trochę zniecierpliwiony na hrabinę, któréj postępowania nie pochwalał przed wyjazdem, miał z nią żywą rozmowę i rozstali się bardzo zimno. W istocie na panią Palczewską nie bez przyczyny wszyscy hałasowali że się niesłychanie kompromitowała, a ile razy kto jéj tę uwagę uczynił, gniewała się tylko nie myśląc wcale o poprawie.
Gdy raz jéj to, całując ją i z wylaniem się, powtórzyła Ormowska, hrabina chwyciła ją za ręce i w oczach jéj błysnęły dwie łzy diamentowe.
— Niepoczciwi ludziska! zawołała, więc ja dla ich języków, dla oszczerstw, z obawy o moją sławę, nie mam spełnić tego, ku czemu ciągnie mnie serce, co dla mnie w téj godzinie życia szczęście stanowi! Tak jest, kochano baronowo, niech ludzie mówią co chcą, ja go kocham! Mogę to wyznać przed całym światem bo miłość moja jest czysta, poczciwa i bez przyszłości. Ja nie wiem czy on mnie pokochać może, czy pokocha.. ja czuję, że gdy wyzdrowieje odleci i nie zobaczymy się więcéj, ale kocham go i nie mogę ani chcę sercu się opierać. Miłość to poczciwa choć gorąca. Niech ludzie plotą najmniéj mi o to idzie. Ta chwila szczęścia zapłaci mi sowicie za ich bezduszność. Ci co nigdy nie kochali, co tego uczucia doznać nie mogą.. znęcają się widząc mnie, zgadując szczęśliwą, lituję się nad niemi.
— Ależ świat, ludzie, języki! szepnęła baronowa.
— Pani żyłaś dosyć, ażeby świat, ludzi i paplaninę ich ocenić! Świat dziś na to kamieniami ciska co jutro będzie ubóstwiać, ludzie wzięci razem nie warci są by im poświęcić szczęście, paplanina ich jest dla mnie szumem wiatru.
— Ale hrabino droga, mówiła Ormowska, po cóż ci uczuciu bez nadziei puszczać wodze i gotować sobie niedolę, cierpienie, zawód na przyszłość?
Załamawszy ręce chodziła Palczewska po saloniku.
— Nie wiem, droga moja, czy ja jestem inną jak ludzie, czy oni wydają się innemi niż są w istocie, gorszemi niż ich Bóg stworzył. Dla mnie w kochaniu takiem jest już szczęście, od przyszłości nic nie wymagam, któreż na ziemi jest trwałe? Ja z chwili słońca i godziny uczucia jestem rada.. więcéj nikt wymagać nie może.
— Ale on cię nie kocha, sama to mówisz.
Hrabina uśmiechnęła się. On mnie kocha i nie kocha.. Musi mnie kochać jak siostrę miłosierdzia jak dobrego towarzysza, a niepodobna by serce w piersi mu nie uderzyło, widząc jak moje bije dla niego.. Ja więcéj nie wymagam.. Nie mówmy o tem.
Nie przekonana żadnemi perswazjami hrabina zaledwie wbiegłszy do domu, zabierała czego mogła potrzebować dla chorego i powracała do niego. Często nawet smętną pannę Salomeę porzucała samą i nie troszcząc się o to co ludzie powiedzą, siadywała czytając choremu, posługując mu całemi dniami. Dla spoczynku najęła sobie pokój pod Różą osobny, w którym nie chcąc wracać do domu, usuwała się za nadejściem doktora, lub gdy choremu nakazano spoczynek. Po wyjeździe Williama do Krakowa, podwoiła jeszcze staranie i pilność. W istocie Gabriel był chory mocno, gorączka nie ustawała, rana wydawała się groźną, lekarz nie ręczył za nic. P. Palczewska pewną była swojego anglika, który dla przyspieszenia przybycia doktora sam się wybrał, aby ani chwili nie stracić. Liczyła wszakże godziny i coraz była niespokojniejszą. Lekarze zajęci byli rannemi po lazaretach wojskowych, nie łatwo więc znaleść było i skłonić jednego z nich ażeby się oddalił. Gorączka się zwiększała, a z nią łzy, niepokój, rozpacz prawie Palczewskiéj. Gdy ostatniego dnia chory wieczorem zdawał się niebardzo przytomnym, nie chcąc go na ręce obcych zostawiać, hrabina postanowiła obok w zajętym pokoiku przenocować z panną Salomeą, aby nie dać się zaniedbać czuwającemu cyrulikowi. Noc tę spędziła prawie bezsennie podsłuchując pode drzwiami, zrywając się nieustannie wyglądając Williama, który co minuta powinien był nadjechać. Nad rankiem dopiero pocztowy powóz przywiózł go z doktorem.
Natychmiast przystąpiono do opatrzenia, oczyszczenia i sondowania rany: hrabina z nieopisanym niepokojem modliła się w drugim pokoju.
Kilka razy doszedł ją krzyk urwany i syknięcie. Nareszcie po bardzo długiem oczekiwaniu anglik wszedł z lekarzem, który zawinięte rękawy surduta z bardzo zimną krwią ułożywszy, siadł ocierając pot z czoła.
— Mów pan, panie konsyljarzu, otwarcie.
— Mogę otwarcie mówić, odezwał się lekarz, bo w istocie prawie pewien jestem, że choremu nic się nie stanie, prócz że przecierpi wiele. Ranę musiałem rozciąć, kości powyjmować, oczyścić a teraz przy starannem opatrywaniu mam wszelką nadzieję, iż się stan polepszy i odjęcie ręki stanie niepotrzebnem.
Palczewska rzuciła się ściskając dłoń operatora... który śniadanie byłby może wolał od najgorętszéj wdzięczności. I to wreście podano. Hrabina odzyskawszy swój dobry humor, podziękowała drugim uściskiem dłoni anglikowi i poszła do domu odpocząć. Chory który parę nocy nie spał, usnął.
Od tego dnia począł się stan jego polepszać.
Cieszyła się tem hrabina.. ale pociechę zatruwała myśl, że zaledwie cokolwiek zdrowszym się uczuje Gabriel, uciecze jéj. Niedziw, że przedłużała prawie i kurację i starała się wmówić w Pilawskiego, w lekarza, we wszystkich iż ją przeciągnąć należy.
Anglik który mógł by był dawno wyruszyć do domu siedział dawszy słowo, iż hrabinę odwiedzi w jéj Castelu, oczekując na to by ona doń powrócić mogła.
Sir William był dosyć oryginalnym, chociaż powierzchowność jego nie zdradzała tego wcale. Chłodny, rozsądny, unikający wszystkiego coby na ekscentryczność zakrawać mogło, w pojęciach o świecie i ludziach, sercach i uczuciach, miał przynajmniéj tak dziwne zwroty jak hrabina. Dla tego może dosyć się dobrze godzili z sobą. Nie zrażało go naprzykład wcale to, że widział panią Emilję tak serdecznie wylaną dla Gabriela. Według niego dowodziło to dobrego gatunku serca, w którem dlań także kolej i godzina przyjść mogła.
— Wie pani, mówił bardzo otwarcie trzymając wedle zwyczaju dwa palce w kamizelce, wyprostowany i wyciągnięty jak struna, z dziwną powagą jakby starego pedagoga, wie pani, że w obecnéj chwili, gdy to co się miłością wszelką nazywało i zowie zupełnie znika, gdyż teorje egoizmu górę biorą i od młodu wpajają się w nowe pokolenia. Sam widok uczucia szczerego, rzeźwego, gorącego jaką jest przyjaźń pani dla tego szczęśliwego Gabriela.. ponętnym jest widokiem. Patrzę na to z uwielbieniem i dodam to, że gdybym wiedział iż mnie pani tak pielęgnować będzie, poszedłbym rzucić rękawiczkę Greiferowi, prosząc aby mi też rękę przestrzelił.
Palczewska zaczęła się śmiać, po raz pierwszy od dawna.
— Nie czyń pan tego, odezwała się, serce się wyczerpuje, potrzebuje wypoczynku, i nie mogę ręczyć...
— Widzisz pani, rzekł anglik całując ją w rękę, i ja jestem wyrozumiały i niewymagający, ja troszeczką jej przyjaźni jestem szczęśliwy.. i mogę czekać.. i proszę mnie tylko nie odpędzać!
— Zmiłuj się! gdybyś chciał uciec, niepuściłabym cię, zawołała pani Palczewska, przywykłam do was jak do dobrego przyjaciela i brata, który mnie rozumie, z którym się porozumieć mogę spojrzeniem jednem, z którym mi dobrze. Nie, nie, według umowy jedziesz pan mnie odwiedzić i poprawić mi park mój, z którego nie jestem zadowolnioną.. Gdybyśmy jeszcze tego dobrego przyjaciela naszego porwać z sobą mogli, ale on już się teraz wyrywa do domu!..
Nim Pilawski mógł wstać i przechadzać się po pokoju.. Greifer już wyjechał z Krynicy.


Zdrowie pani Domskiéj pomimo starań najczulszych córki, ponawianych narad lekarzy i zapewnień ich iż żadne nie grozi niebezpieczeństwo, coraz się jednak pogorszało. Oczy córki najlepiéj to widziały i ocenić mogły. Smutek, apatia, potem niepokój i zniecierpliwienie naprzemiany nią owładały. Były dnie w których nieprzemówiła słowa lub odpowiadała roztargniona, a po nich następowały groźniejsze jeszcze gorączkowe pytania, troski, zajmowanie się drobnostkami i przeczucia groźne we wszystkiem... Elwira zapomniawszy o sobie, ciągle była z nią, a pracowała nad sobą tak by matka domyśleć się nawet nie mogła.. co miała w duszy.

Jednego wieczora po takim dniu milczenia i jakby osłupienia, Domska siadła na łóżku i chwyciwszy rękę córki długo patrzała na nią, aż się we łzy rozpłynęła...
— Dziecko moje, zawołała, nie chciałabym cię przestraszać, ale czuję że życie uchodzi, że mi go pozostało nie wiele... że umrę prędko. Śmierć! to nic ale cóż się stanie z tobą? Tyś sama jedna w świecie ty nie masz nikogo! Krewni ojca mojego wyparli się nas dawno, rodzina twojego nas znać nie chce.. Jak ja cię porzucę, komu cię powierzę? Tyś młoda, niedoświadczona... a! nie mogę pomyśleć o tem..
— Niech mama nie myśli.. przerwała Elwira, ten niepokój pochodzi z choroby i z nią przejdzie... te przeczucia są także nerwowem osłabieniem.. doktór zaręcza...
— A! ci doktorzy, odezwała się Domska, oni o tem sądzą co zobaczyć mogę.. a co ja czuję, tego nie widzi z nich żaden. Zmęczona jestem życiem.. nie mam już do niego siły.. Będę żyć czy nie, nam pomówić trzeba.. ty mi musisz powiedzieć, na czyją cię oddam opiekę.. Wybór tak trudny!
Próżne były pytania. Elwira płakała i mówić nie chciała o niczem. Drugiego dnia gdy nadszedł Geheimrath, który był przyjacielem domu, }skorzystała Domska z chwilowego oddalenia się córki.
— Kochany radzco, rzekła, znasz moją historję i położenie, wiesz żem sama na świecie.. Śmierci któréj zbliżanie się czuję nie obawiam się wcale, powiedz mi otwarcie, na wiele czasu rachować mogę?
Geheimrath strzepnął rękami oburzając się przeciwko tym, jak je nazwał, chorobliwym imaginacjom. Domska zmilczała.
— Nie mówmy więc o tem; dodała, ale znając położenie moje, na wszelki wypadek, radź mi kogo mam córce wyznaczyć za opiekuna?
Doktór zmierzył oczyma chorą.
— Pani nie masz wcale powodu z tem się spieszyć, lecz jeśli się jéj podoba zawcześnie coś ułożyć.. radźmy.. któż jest z rodziny?
— Nie ma nikogo.. to wiecie..
— Z waszéj?
— Ta się nas także wyparła...
— Szukajmy między przyjaciołmi.
W położeniu pani Domskiéj i o tych było trudno. Żyła z niewielu bliższemi osobami ściślejszych z nikim nie zawierając stosunków. W klasie średniéj do któréj należała teraz, trochę ją uważano za arystokratkę, szlachectwo dawne odgradzało ją od ludzi nowych niedowierzających zawsze tym, co do ich obozu przeszli z drugiego zwanego nieprzyjacielskim.
Z dawnego świata, z którym zerwała, mało kto zbliżył się do niéj, obawiając otrzeć się razem o towarzystwo, jakiego się wkoło niéj domyślano. Mając córkę dorastającą, Domska musiała też być wielce oględną z przyjmowaniem w swym domu i zawiązywaniem bliższych znajomości. Średnia klassa jest prawie tak drażliwą jak dawna arystokracja, tam gdzie przed nią nie biją czołem i nie otwierają podwoi na rozcież, cofa się z obrażoną dumą. W domu pani Domskiéj bywał pan Geheimrath, stary nauczyciel muzyki, niegdyś dyrektor orkiestry i znakomity kompozytor, dwóch czy trzech profesorów łysych, którzy Elwirze lekcje dawali, kilku kupców bogatszych mających córki w jéj wieku, i ze szlachty jeden ubogi stary krewny po ojcu..
Był to jedyny człowiek, który już po otwarciu magazynu przez Domskę, sam, proprio motu zjawił się u niéj, i odtąd ile razy znajdował się w Berlinie zawsze tu przesiadywał, okazując jéj szczerą przyjaźń, na którą rachować było można.
Pan Szczęsny Żałobski był ciotecznym bratem ojca pani Domskiéj. Za szczęśliwych czasów świetności tego domu, niepokazywał się tam prawie, zasłyszawszy o smutnéj doli dalekiéj krewnéj, pospieszył do niéj. Człowiek był tak dobry że aż nadto. Jemu też i ludziom go otaczającym źle z tem było. Osiadły w Poznańskiem na tych kresach gdzie o byt i utrzymanie się przy ziemi i przy stanowisku ciężko walczyć przychodzi, nie wypoczywając ani godziny, pan Szczęsny, w brew imieniowi swemu, był najnieszczęśliwszym z ludzi. Całe życie bił się z ruiną która go powoli zatapiając w końcu pochłonąć miała. Pracował niezmordowanie ale nieumiejętnie, trud jego szedł marnie. Spełniając wszelkie obowiązki obywatelskie poświęcał się chętnie dla drugich a sam zarzynał. Nie mając po owdowieniu ani dzieci ani bliższéj rodziny, mniéj już dbał o to co zostawi po sobie. Szło mu tylko by nieprzeszło w ręce obce. Zawsze niesłychanie zajęty, członek wszystkich stowarzyszeń, prezes wszelkich możliwych komitetów, delegowany zawsze tam gdzie skóra boleć mogła i worek pokutować, ścigany przez konserwatystów jako zanadto postępowy, a przez liberalnych jako zbyt do tradycji i form przywiązujący się, z obu stron bity, przez obie zużytkowany, uważał to za tak naturalne iż się nigdy nawet nie poskarżył. Obowiązki przedewszystkiem, to było godło, które ciągle powtarzał dodając po cichu, niechaj boli jako chce..
Umiejąc wiele więcéj, niż ci co go otaczali i co się nim wysługiwali, uchodził za nieuka, trafne jego sądy i rady zawsze sobie ktoś przywłaszczył, podchwycił, ogłosił za swoje i rósł na nich, gdy poczciwy pan Szczęsny milczał. Sypał nawet często brawo, mówcy, który jego ideę rozwijał tryumfalnie, a gdy mu kto o tem wspomniał powiadał: albo to idzie o mnie? byle się poczciwa rzecz wykonała.
Z tych kilku rysów można powziąść wyobrażenie o panu Szczęsnym, który powierzchownością też nie odznaczał się. Chodził zwykle w stroju tak zaniedbanym że go często z tego powodu u drzwi przyjaciół spotykały nieprzyjemne sceny. Śmiał się z tego serdecznie. Twarz dobra, pełna wyrazu łagodności i spokoju, nie uderzała rysami, wabiła pokorą i skromnością. Do tego wszystkiego łączył jeszcze wadę, czyniącą go najnieszczęśliwszym, był roztargniony jak dziś nikomu być niewolno. Nieustannie coś gubił, czegoś zapominał, za coś płacił i miał kłopoty z których się wykupywać sowicie było potrzeba. Życie poświęceń i dystrakcji w końcu z dwóch odłużonych wiosek zepchnęło go na jedną.. z téj jednéj większéj, na jedną maleńką, a przewidzieć już było łatwo że pożywszy zejdzie na dzierżawę plebanji. Nie psuło mu to humoru wcale. Ostatni grosz oddawał na pomoc naukową i szkółki.
Jakkolwiek nieudolnym wydawał się Szczęsny pani Domskiéj, znając jego cnotę i sumienie, rozum i trafność w cudzych sprawach, nie mogła wybrać kogo innego na opiekuna córce. Od roku go już niewidziała, zbytecznie zajęty nie był ani razu w Berlinie. W tajemnicy przed córką, z pomocą starszéj panny, w nocy napisała Domska czując się gorzéj do Żałobskiego. List był w kilku słowach.. z prośbą ażeby przybyć raczył jak najprędzéj. Dodała że jest słabą i pomocy jego potrzebuje. Szczęsny w takim razie rzucał wszystko i choćby dla nieznajomego stawił się zawsze. Nie wątpiła pani Domska że i tym razem pospieszy.
Jakoż trzeciego dnia po wyprawieniu listu, ostrzeżony w nim ażeby nie wydawał się z tem, że został wezwanym, zjawił się Szczęsny w progu... zmęczony cało nocną podróżą, w dodatku z febrą którą od kilku cierpiał tygodni, i której paroksyzm rozpoczynający się nadawał mu przykro zmienioną fizjognomję.
Na przywitaniu, Elwira która nadbiegła zaraz, postrzegła żółtość jego twarzy.
— Cóż to dziaduniowi takiego?
— Mnie! a! to nic! od dwóch tygodni mam febrę, mała rzecz.. Choroba która inne odpędza i zdrowie daje.. Zatarł ręce. Dziś właśnie mnie ziębi nieuważam na to. Śmiał się stary, ale zębami dzwonił. Podano herbatę którą pił chciwie.. Wejrzenie jednak na krewnę, choć tego nieokazywał po sobie, nastraszyło go. Po roku niewidzenia wydała mu się dziwnie a groźno zmienioną. Poleciwszy Elwirze jakieś zajęcie, Domska zatrzymała Szczęsnego na obiad, a gdy córka wyszła chwyciła go za rękę.
— Poczciwy mój, dobry stryju, rzekła, spadnie ci ciężar na głowę nowy. Nie mam nikogo!. nikogo.. musisz przyjąć na siebie nad Elwirą opiekę.
— Co? jak? przerwał Żałobski, dla czego?
— Ze mną, cicho dodała matka, ze mną jest źle, między nami, stryju kochany ją się czuję nie dobrze.
Stary usiłował myśl tę odegnać, ale napróżno.
— Zawołałam cię, aby poprosić o tę usługę chrześciańską dla sieroty. Nie mogę dopuścić aby rodzina nieboszczyka męża miała się wmięszać w to. Tobie zostawię wszystko.
Żałobski rękami rzucał, ale w końcu się zgodził a cała ta narada odbyła się tak po cichu i nieznacznie, iż Elwira wcale się nie domyśliła. Dwa dni przesiedział ze swą febrą, która już była codzienną, pan Szczęsny, uprowidował się w chininę i trzeciego musiał wyruszyć do domu dla posiedzenia spółki, na któréj wszyscy zyskiwali, on tylko jeden jakoś tracił. Takie już było jego przeznaczenie.
Nierównie spokojniejszą po wyjeździć p. Żałobskiego, była już Domska, ale i to ją nie poratowało, siły uchodziły. Geheimrath składał chorobę na wody niezupełnie właściwie zadysponowane (na które się przecież sam zgodził) słotne lato.. i wrażenia tego niespokojnego czasu. Lekarstwa przepisywane nie pomagały, biedna kobieta modląc się, płacząc, coraz częściéj wzywając córki, aby się nią nacieszyć, powoli dogorywała.


Krynica stawała się z każdym dniem puściejszą, odjeżdżali nawet ci którym się najmniéj powracać chciało do domu. Aksakowicz kupiwszy wina na Węgrzech zwijał swój obóz z dnia na dzień, tylko dla wisteczka jeszcze wśród opakowanych tłumoków, przeciągając pobyt już zbyteczny. Greifer zniknął, wyniósł się major Rotkiewicz i inni panowie, oprócz pana Karola Surwińskiego, który dotrzymywał placu w nadziei, że się nakoniec tajemnica wielkiego nieznajomego odkryje. W czasie leczenia jego, był pewnym, że ktoś przecie nadjedzie z rodziny, że się incognito owe odsłoni i prawdziwa postać wypłynie na wierzch. Zawiódł się na tem, ale niemniéj stał przy swojem, kiwał głową i szeptał tylko. Są zapewne ważne przyczyny!! siedziała jeszcze pani Ormowska dla hrabiny. Prezesowa dla Ormowskiéj pozornie a w istocie dla płotek... William dla pani Emilji, pani Emilja dla Pilawskiego, który teraz miał się już codzień lepiéj. Była nadzieja, że z ręką na temblaku wyruszyć już będzie mógł bardzo prędko. Tym czasem właściciel hotelu nawet się pakował. Krynica powoli pustoszała i już można mieć było przedsmak téj ciszy i wyludnienia jakie tu panuje zimą. Wszystkie wody i stacje zdrowia na które pewna tylko pora przypada przynosząca im życie, mają ten byt przerywany, to usypianie i budzenie się, zmieniające je do niepoznania. Kto widział Niceę w lecie, a Wiesbaden zimą, gdy nawet ławki z ogrodów uciekają, może mieć wyobrażenie czem jest taka Krynica po odjeździe gości. Zostają tu na zimowe, jesienne, wiosenne, dłuższe rekollekcje, stróżowie do mostu i ofiary niedoli, które gdyby jak bobaki pozasypiać mogły nim się nowi zjadą goście, byliby pewnie bardzo szczęśliwi.
Gospodarze prawie już nie radzi byli tym co pobyt tu przeciągali, kazali im płacić za swój zły humor, a że wody zaopatrzone są w środki do życia obfitsze tylko latem.. zaczynała się obawa by chleba i mięsa nie zabrakło. Hrabina któraby w innym razie pierwsza jaskółką odleciała gdzie z téj ciszy, siedziała tylko dotrzymując placu choremu, który jeszcze nie wyjeżdżał dla tego że mu ona nie pozwalała. Z dnia na dzień rada była przedłużać to dziwne pożegnanie z marzeniem szczęścia, nie miała siły. Anglik był anielsko cierpliwy. Wolnych chwil używał na naukę języka, którego alfabetem się krztusił, a ortografją zdumiewał. Był już pewnym, że nie nauczy się nic, ale chciał choć zajrzeć w te przepaście tajemnicze. Prawdziwie nieszczęśliwą była panna Salomea naprzód już z powołania swego jako de moiselle de compagnie, powtóre jako stara (troszkę) panna, potrzecie przez kwaśny temperament, a ostatecznie z okrutnych nudów, bo hrabina ją zamęczała a nie było się nawet komu poskarżyć.
Pierwszy silny chłód nastraszył wszystkich.. a że Pilawski oprócz tego naglący list odebrał z Warszawy, zaczynano się wybierać.. Ostatniego wieczora hrabina siedziała zadumana w fotelu z książką którą tylko co czytać przestała. W drugim pokoju anglik bawił przez grzeczność pannę Salomeę, z całych sił powstrzymującą się od ziewania, Surwiński grał w szachy z cyrulikiem w kątku. Cisza grobowa panowała w całéj Krynicy.
Hrabina długo w milczeniu spoglądała na Gabriela, który siedział ubrany z ręką na temblaku, z tą twarzą spokojną i napozór chłodną, któréj mu ani boleść skrzywić ani radość rozpromienić nigdy nie umiała. Coś w temperamencie, coś w wychowaniu może w położeniu samem było takiego, co mu pełniejszą piersią w życie się rzucić wzbraniało, co go czyniło bojaźliwym niemal i wstrzemięźliwym, co go na wodzach trzymało. Hrabina z wyrzutem jakimś patrzała nań, patrzała i nagle jakby ze snu przebudzona, zawołała:
— Odezwij że się ty straszny sfinxie milczący? odezwij się przecie tak, aby w słowach odezwało się życie, uderzyło serce... pan dla mnie jesteś zagadką!
— Ja nim jestem dla siebie także, odezwał się Gabriel, ale jedno pani jasno i dawno wyczytać byłaś powinna z mych oczów, wyrazów, z całéj mojéj istoty, że mam dla pani szacunek najwyższy, wdzięczność najgorętszą...
— Tak, i koniec! przerwała hrabina, ale ufności nawet nie masz pan we mnie.. Powiedz że mi choćby przy rozstaniu, kto jesteś? zkąd przychodzisz? do jakiego należysz świata? przecież może zasłużyłam choć na tyle.
— Przebacz mi pani milczenie moje, rzekł Gabriel, panią ono drażni, mnie nieszczęśliwym czyni, lecz gdybym milczał dla tego, aby nie być odepchniętym, aby dłużéj mieć prawo do jéj współczucia?
— Cóż to jest? przerwała nagle hrabina, nie rozumiem, miałże byś pan istotnie co na sumieniu? co w przeszłości?
Żywo podniósł głowę Pilawski. — A! pani, zawołał, nie rozumiesz mnie! Żyjemy przecież w świecie w którym panują jak za dobrych czasów pewne podziały społeczne.. pewne klasyfikacje, których piętna ani wychowanie, ani ukształcenie nie znosi.
— Jakie klassyfikacje? szlachty i nieszlachty... rozśmiała się ruszając ramionami Palczewska..
— Chociażby, cicho odpowiedział Pilawski, pan Karol Surwiński nader nieszczęśliwie i nietrafnie jak mi pani mówiłaś, domyślał się we mnie ukrytego Piławity! Niestety! z Piławą nie mam nic wspólnego, nic z arystokracją, nic ze szlachtą, jestem dzieckiem ludu, ojca nie znałem, nie pamiętam prawie matki, należę do téj klassy społeczeństwa, któréj zadaniem pokorna i cicha praca..
— Ależ pan jesteś wychowanym jak książątko? zawołała wstając z krzesła hrabina, pan jesteś bogatym...
— Winienem wychowanie przypadkowi, a majątek dobrodziejstwu które mnie nim obdarzyło. Chciałaś pani, racz więc posłuchać wyznania mojego, a przebaczyć, że nie przyszło wcześniéj. Jest to grzech i wina, boć za fałszywym biletem nie powinienem był dostawać się tam, gdzie nie dla mnie miejsce..
Hrabina która się była z siedzenia porwała, ognistem wejrzeniem zmierzyła Pilawskiego i siadła oparta na łokciu, brwi jéj ściągnęły się, smutek osłonił twarz. — Mów pan, odezwała się po cichu.
Gabriel począł powoli.
— O ile wiem od mojego przybranego ojca, i sam sobie jak przez sen przypomnieć mogę... mieszkałem na poddaszu z biedną, ubogą kobietą która była matką moją. Żyła z pracy i była chorą.. duma jakaś czy rozbicie się o nieczułość ludzką sprawiły, że w końcu wolała umrzeć z głodu, niż kogokolwiek o pomoc poprosić. Zmarła więc z choroby i niedostatku, a ja przy jéj zwłokach przytulony miałem też zasnąć od głodu, na wieki, nawykłym będąc jedną tylko matkę znać na świecie; gdy właściciel domu wyłamawszy drzwi, wyratował mnie i od trupa oderwał. Tym człowiekiem, któremu winienem wszystko był stary, bezdzietny kupiec, mieszczanin i rzemieślnik Warszawski. Na rękach omdlałego zaniósł mnie do siebie i nie opuścił już więcéj. Przyjął za syna, oddał po sobie pracą wieków zebrany majątek, a wychował mnie jak pańskie dziecię umyślnie tylko aby pokazać, iż nie będąc panem z rodu, można się nim stać przez wykształcenie. Jestem więc sztucznie stworzoną istotą, która osamotniona stoi w pośrodku żywego świata, niewiedzieć dokąd się obrócić, a z kim żyć, do kogo przylgnąć sercem.. Słowo zagadki jest w tem, żem miljonowy rzemieślnik, bo mego zawodu i powołania nie rzucę...
— Rzemieślnik! zawołała hrabina uderzając rękami, pan, pan mógłbyś być rzemieślnikiem?
— Jestem nim pani i wyprzeć się tego nie mogę... odpowiedział Pilawski, i oto dla czego milczałem, oszukiwałem was, dla czego byłbym wyśliznął się niepoznany, gdyby nie rozkaz pani.
— To nie może być! powtórzyła Palczewska, mais c’est, à en perdre la tête! A! nie, pan żartujesz!
— Niestety, pani, nie śmiałbym, mówił Gabriel poglądając na nią.. A jeśli samo to imię takie na pani czyni wrażenie, jestem poniekąd usprawiedliwionym żem się krył tak długo...
— Ale dopowiedz że mi pan już raz tę swoją całą historję, zawołała hrabina, przyznaję się że tego nie rozumiem, żem się wszystkiego w świecie spodziewała, przecież nie tego co jest...
— Przyznaj się pani, że rychléj byś mi może pani przebaczyła trochę tego szulerstwa o które mnie łaskawie obwinił pan Greifer, niż to rzemiosło!
— Pan mnie znowu nie rozumiesz, przerwała hrabina, wolę przecież uczciwego rzemieślnika, niż awanturnika, ale cóż za rzemiosło? co? mów pan raz...
— Mój opiekun, począł Gabriel z uśmiechem sarkastycznym.. mój opiekun miał wielki magazyn sukien i sukna. Był on po prostu tym co we Francji, zowią Marchand tailleur, a ja po nim w spadku wziąłem rzemiosło i wszystko.
Hrabina rzuciła nań ukośne wejrzenie.. pełne wyrazu jakiegoś niezrozumiałego, dziwnego w głosie, i w oczach jéj znać było więcéj niż nieukontentowanie, coś nakształt gniewu za doznany zawód.
— Ale pan masz miljonowy majątek...?
— Mniejszy niż paryzki Human, rzekł uśmiechając się Pilawski, choć dla mnie wystarczający bardzo, bo mi dozwala dogadzać nawet moim fantazjom, kupować obrazy, zbierać książki, a czasu mi moje rzemiosło nie zajmuje tyle, ażebym czytać i rysować nie mógł.
Hrabina ruszyła ramionami..
— To jest już jakieś demokratyczne dziwactwo, trzymać się bez żadnéj potrzeby przy rzemiośle! zawołała... Pan sam mówisz że czujesz iż cię to z towarzystwa wyłącza...
— Ale przecież pani to uczuje, że piętno to, jakie na mnie włożyła praca, jest niestarte. Mogę zrzucić z siebie ciężar, jeśli się to tak nazwać podoba, namulony kark zostanie..
Hrabina poczęła się przechadzać po pokoju. Znać było po niéj ostygnięcie nagłe i zły humor widoczny — Gabriel też posmutniał.
— Widzi pani hrabina, rzekł, jak słusznie w pełnem poszanowania oddaleniu trzymałem się zawsze, à une distance réspectueuse, od państwa, dla czegom się nie cisnął, ale uciekał. Wszak miałem słuszność!
P. Palczewska nic nie odpowiedziała, chodziła zadumana po pokoju, jakby walcząc z sobą.
— A! mój Boże! zawołała, mój Boże, to grozi śmiesznością... to pańskie incognito i ta cała historja. Gdyby się raz dowiedziano żeśmy.. żem...
Nagle zamilkła, ruszała tylko ramionami i uśmiechała się do siebie. Pilawski patrzał i milczał a czekał.
— To wyznanie pańskie, odezwała się stając nagle naprzeciw niego.. któreś mi uczynić musiał... niechże zostanie między nami. Nie ma potrzeby objawiać téj dziwnéj tajemnicy przed wszystkiemi. Sądzę, że nawet poczciwego Baroneta wiadomość ta napełniłaby zdumieniem i trwogą. Que voulez vous żyjemy w świecie rzeczywistym a nie socjalnych teorji i ideałów, musimy się rachować z tem co nas otacza, bo my tego zwyciężyć nie potrafimy. Możesz pan być jak jesteś najmilszym, najwykształceńszym, najprzyzwoitszym z młodych ludzi, to nie przeszkadza by pana towarzystwo nasze nie wyłączyło dowiedziawszy się że jesteś....krawcem!
Ostatnie słowo wymówiła po cichu, stanęła, tupnęła nóżką i dodała.
— Ale pan zmyślasz! pan sobie żartujesz ze mnie. Podobne historje w żywym świecie się nie trafiają.
— Nie często, to pewna, odrzekł Pilawski, czasami jednak, jak pani widzi.
— Przepraszam, ale któż była matka? kto ojciec? może w tem tkwi jaka tajemnica?
— Gdyby nawet była, rzekł Gabriel, ciężar lat dwudziestu kilku ją przytłoczył. Matka moja była ubogą, o ojcu nic nie wiem a imię nawet tak jest pospolite i nic nie mówiące, że z niego nic się domyśleć niepodobna i jak pani powiadasz, trzeba się z rzeczywistością przejednać i z nią tylko rachować.
— Lecz cóż za myśl dzika była tego człowieka, który pana wychować chciał na un homme de loisir, a przykuł do taczki.
— Nie zaręczyłbym, szepnął Pilawski, że stary poczciwy Pilawski chciał właśnie przygotować może tę smutną scenę, jaką ja dziś odgrywać muszę.
Nastąpiło znowu długie milczenie. Hrabina żywo przechadzała się po pokoiku, niekiedy westchnienie wyrywało się z jéj piersi, marszczyła brwi, tarła skronie.. chwyciła flaszkę z wódką kolońską i oblała nią głowę. Nagle rzuciła się w fotel naprzeciwko Pilawskiego, spojrzała na siedzącego, zadumanego ale spokojnego człowieka, wzdrygnęła się i zawołała.
— Takie to dziwadła wydaje wiek XIX! Ale pan jesteś u nas anomalją.. czemś co się w słoju do spirytusu nadało, nie do chodzenia po świecie żywych.. Pan nie masz miejsca, pan będziesz najnieszczęśliwszym z ludzi, jeśli nie porzucisz tego niepotrzebnego śmiesznego rzemiosła! Cóż panu pozostaje, albo towarzystwo czeladzi rzemieślniczéj, albo zupełne osamotnienie, albo kradzione chwile jakieś.. wśród ludzi którym jak Surwińskiemu wydasz się utajonym Piławita.
— Ale ja to wszystko doskonale rozumiem, rzekł Pilawski, i zrezygnowany jestem los jaki na mnie spadł cierpliwie znosić do końca.
— Przecież się pan musisz ożenić? więc z kim? z krawcówną? cha! cha! rozśmiała się.. a jeśli się zakochasz w panience o antenatach i herbach... co najmniéj wymagać będzie, ażebyś te obrzydliwe nożyce porzucił i o nich zapomniał.
— A tego ja właśnie uczynić nie mogę, i raz dla tego żem ojcu przyrzekł wytrwać na stanowisku, powtóre że mam moją rzemieślniczą dumę i mówię sobie, że moja tarcza z nożycami otwartemi, warta tyle co pawęża z podkową jakąś i orłami. Człowiek nie jest panem swoich przeznaczeń, los mu je narzuca w kolebce, wartość zaś jego stanowi zwycięzka z własnemi losami walka, dźwiganie ich i podołanie temu co jest, a nie wybijanie się z placu i szranków w których mu pozostać przeznaczono. Przyzna pani, że apostazja nawet nożyc krawieckich, zawsze jest poniżającą. Człowiek winien tak czuć godność swoją, tak ją nosić wysoko, by nią uzacnił czego tylko dotknie.
P. Palczewska ruszyła ramionami. Widać było że teraz dopiero wychodziła jakby ze snu długiego, budziła się i usiłowała oprzytomnieć. Jedna chwila zmieniła ją zupełnie. Czułość jaką okazywała Pilawskiemu ostygła, widać było usposobienie jakieś nowe prawie gniewne. Smiała się szydersko z siebie, ruszała ramionami, nie wiedziała co począć, jak się rozstać z tym człowiekiem, któremu rzucając ostatnie pytanie spodziewała się w odpowiedzi może tragedjo-dramatu, okropności jakichś, ale nie tak trywialnego rozwiązania. W głowie jéj się to pomieścić nie mogło. Patrzała na Pilawskiego który przed godziną wydawał się jéj tak szlachetną istotą.. tak idealnym młodzianem, a teraz. A! fe! krawczyk!! krawczyk! powtarzała w duchu. Mais c’est du dernier ridicule.
Cóż z tem było przecież począć? Serce które przed chwilą rwało się jeszcze do tego człowieka pod wrażeniem rozczarowującego słowa, odkrywało w nim teraz pewne znamiona prozaiczne, których zrazu nie widziało. Był jeszcze przystojnym, był dosyć wytresowanym ale ta sztywność, ta wstrzemięźliwość i skromność jego zdradzały człowieka, który nie był urodzonym i nie należał do świata.
Godzina była spóźniona, nazajutrz miano się rozjeżdżać, na ranek były jeszcze różne piękne projekta teraz wszystko zostało zachwiane. Hrabina myślała tylko o tem, jakby co rychléj uciec nimby się niefortunna tajemnica wydała. Nie wiedząc co mówić, co z sobą zrobić, wstała i podała rękę Pilawskiemu. Do jutra, rzekła głosem cichym, nie spowiadaj że się pan nikomu... to niepotrzebne.. Dobranoc.
Zawołała na pannę Salomeę, która weszła razem z anglikiem i Surwińskim. Wiliam i panna po wrażliwéj nader twarzyczce hrabinéj poznali, i domyślili się jakiej doznanéj przez nią przykrości. Była nie w swoim humorze, milcząca, skłopotana i zapomniała nawet troszczyć się jak zwykle o swojego chorego.. którego milczącym żegnała tylko ukłonem. William czuł się w obowiązku odprowadzić p. Palczewską do drzwi jéj i w pół godziny powrócił. Z Pilawskim byli od Tatrów na stopie dobréj przyjaźni. Anglik znajdował Gabriela tak miłym, tak dla siebie sympatycznym, iż z nim przyszedł do braterskiéj niemal poufałości. O co u Anglika trudno. Miał on to poczucie przyzwoitości, iż się wcale o przeszłość przyjaciela, o jego stan i stosunki niedopytywał. Wróciwszy po przeprowadzeniu hrabinéj, Anglik przyszedł wprost do Pilawskiego.
— Cóż się stało hrabinie? spytał, byliśmy w drugim pokoju czy rozmawiałeś z nią? Miałżebyś jéj co przykrego powiedzieć? Idąc do domu była pomięszaną, zniecierpliwioną, milczącą. Co to jest?
— Nie ma w tem winy mojéj, rzekł Gabriel, nie mówmy o tem, Sir William, najrozumniejsze kobiety i hrabiny, są przecież w gruncie kobietami i hrabinami.
— Aleście byli z sobą tak dobrze.
— Ja sądzę że mi hr. Emilja zachowa to uczucie przyjaźni jakiem mnie zaszczycała, odezwał się Gabriel, ale chwilowo może być ze mnie nie kontenta. Nie znalazła we mnie tego kogo się spodziewała, jam sobie bardzo prosty człowiek, rzekł z westchnieniem Gabriel, a ona wyjątkową istotą. Ale na dziś, dajmy temu pokój i idźmy spać, to będzie najlepiéj.
Pomimo całego męztwa i rezygnacji Gabriela, wieczór ten przykre na nim uczynił wrażenie... nie koniecznie z egoistycznych pobudek.. lecz przez rozczarowanie i obnażenie prawdy. Prawda była smutną: ludzie byli ludźmi tylko.


Cicha panna Salomea chociaż niby spuszczała oczki i nic nie widziała bo się jéj zdawało że do jéj obowiązków należało nie patrzeć i nie widzieć, powracając z hrabiną wieczorem po téj rozmowie do domu, a widząc panią Palczewskę w niezwykle złym humorze, przypisała to wyjazdowi pieszczonego faworyta. Rozstanie zawsze smutkiem poi. Hrabina potem przyszedłszy do domu tak długo znowu chodziła nierozbierając się po pokoju, tak była dziwnie zadumaną, gniewną, zniecierpliwioną, tak się na wszystko rzucała i kaprysiła, że biedna panna Salomea na którą to spadało, już sama niewiedziała czemu to przypisać miała, bo nie smutek ale rozdrażnienie niezwyczajne opanowało piękną Emilję.
Nie mogła sobie przebaczyć tego, że krawczyka wzięła za un des notres, że nie miała tego delikatnego poczucia odcieni, które teraz stały się dla niéj widocznemi, że ją ten układny człowiek mógł tak oszukać i długo wywodzić w pole. Cały urok jaki go otaczał pękł w chwili jednéj, sympatja zmieniła się w pewien rodzaj oburzenia.
— Ale bo proszę, wołała chodząc po pokoju, co za zuchwalstwo wcisnąć się w towarzystwo, stawić na równi, avecla societé i grać jakąś rolę tajemniczą!!
Prawdą jest, dodała po chwilce, że nie on się wcisnął właściwie ale myśmy go wciągnęli. Tak, ale ta ułudna powierzchowność, to wychowanie, ta układność!
A! cóż się to teraz na świecie dzieje, on ne s’y reconnait plus!
W ciągu tego wieczora nie jedna łza zwilżyła powiekę hrabiny, musiała z sobą walczyć długo nim przyszła do uspokojenia się i równowagi ducha, nim zacząwszy od gniewu, skończyła na smutku i wymówkach lekkomyślności własnéj. Długo nie mogąc zasnąć śmiała się jeszcze i ruszała ramionami i powtarzała:
— Tak się dać oszukać, tak się dać oszukać!
Najwięcéj ją kłopotało, że zapowiedziała była na jutro śniadanie pożegnalne u siebie, na które zaprosiła wszystkich pozostałych znajomych, a czuła że na twarzy jéj będą musieli zmianę dostrzedz i będą ją sobie najdziwniéj tłomaczyć. Wstała raniéj niż zwykle i chciała posyłać po Williama, aby się jemu zwierzyć i poradzić go co ma począć, gdy zamiast niego wszedł ubrany już z ręką na temblaku z twarzą bladą Gabriel. I on także teraz pragnął się wyłamać z tego śniadania, aby sobą nie czynić hrabinie przykrości.
— Daruje mi pani, rzekł, moją ranną wizytę, ale jestem zmuszony z powodu poczty która odchodzi zaraz, pozbawić się przyjemności dłuższego pozostania w Krynicy i korzystania z zaproszenia pani. Muszę natychmiast wyruszyć, a nie chciałem tego uczynić dopókibym jeszcze raz niezłożył jéj dziękczynienia za tyle łaski, za opiekę w chorobie, za wszystkie dowody niezasłużonéj dobroci.
Skłonił się nizko zdaleka, niezbliżając umyślnie i trzymając w odległości ale nie bez pewnéj godności i dumy, hrabina patrzała nań chmurna, zarazem przejęta, poruszona a na twarzy jéj nie można było odkryć co się w duszy działo. Skłoniła głową pomięszana. (Panna Salomea patrzała przez szparę we drzwiach i po dawnych swobodnych rąk uściskach, nie mogła pojąć co między niemi zaszło. Domyślała się tylko, iż nieprzyzwoitem postępowaniem Pilawski hrabinę obrazić musiał.) Hrabina zdawała się miotaną jakby dwoma sprzecznemi prądami, pragnieniem zgody i powrotu do dawnéj czułości, i niewysłowionym wstrętem. Ostatni przemógł.
— Bardzo mi żal, niezmiernie mi przykro.. rzekła, ale kiedy poczty wstrzymać nie można...
Na te słowa wszedł anglik i domyślając się treści rozmowy choć jéj nie rozumiał, a nie wiedząc o wielkiéj zmianie jaka zaszła od wczora, wrzucił wesoło. Niech hrabina nie wierzy, jemu się nie wiem co stało, imaginacja jakaś. Sam konie zamówił na tę godzinę..
— Ale ja go wstrzymywać nie chcę mimowoli, zawołała Palczewska zagniewany wzrok rzucając na anglika...
Skłoniła się zdaleka, Pilawski z uśmiechem smutnym ścisnął Williama rękę i wyszedł spiesznie.
Hrabina się odwróciła żywo aby ukryć zmianę twarzy. William stał i patrzał na nią zdumiony jak w tęczę. Byli sami. Anglik długo pomilczawszy odezwał się wreszcie.
— Niech że mi pani wytłomaczy bo ja zrozumieć nie mogę co się to stało. Rzecz jest dla mnie tem ciemniejszą, że w istocie znając Gabriela posądzić go nie mogę, ażeby pani uchybił, a znając hrabinę przypuścić mi niepodobna, żeby wina była z jéj strony.
— A! Sir William, odwracając się twarzą osmutniałą zawołała pani Emilja, wina nie jego i nie moja, wina losu... Nie chcę byś pan fałszywe wyniósł pojęcia o mnie i o tym panu, wiem że mi dochowasz tajemnicy.. powiem ci prawdę...
Anglik czekał zdumiony... Pan Piławski, cicho przystępując doń bliżéj rzekła hrabina, ten człowiek (wskazała na drzwi) nieprawdaż? jest dobrze wychowanym, przyzwoitym, wykształconym, ma znaczny majątek.. w towarzystwie najlepszem, ujść może za.. kogoś co do.. towarzystwa należeć ma prawo.. ale ten jegomość c’est un marchand tailleur!!
Słowa te wymówiła cicho, najciszéj, ale z przyciskiem takim, z oburzeniem, ze zgrozą, z takiem wejrzeniem wywołującem pomstę nieba.. jak gdyby nieszczęśliwy Pilawski popełnił najokropniejszą zbrodnię...
Anglik stał ani zdziwiony, ani poruszony, jakby nierozumiał o co chodziło i co w tem było tak zdrożnego.
— Wystaw sobie, dodała pani Emilia, że dopiero wczoraj mogłam na nim to wyznanie wymęczyć!
William milczał chłodno jakoś, nie mogąc się przejąć oburzeniem pięknéj pani.
— Tak, w istocie, rzekł wreszcie, nie rozumiem dla czego się z tem do dziś dnia ukrywał... boć to powołanie jak inne i nikomu ujmy nie czyni.
— Krawiec! krawiec! zawołała łamiąc ręce Palczewska.
Williama i to nie wzruszyło.
— U nas pani hrabino, rzekł, główną rzeczą jest wykształcenie człowieka i majątek. Gdy ma to dwoje, a! z czasem by nawet mógł zasiąść w parlamencie. Bez wykształcenia i bez majątku położenie byłoby wcale odmiennem. Ale z tem dwojgiem!!
— Ale jakże śmiał wejść w towarzystwo? dodała pani Palczewska...
— Jak skoro go znajdowano przyzwoitym i de bonne Societé, i u wód!
— Tak, u wód! u wód! to jedyne tłomaczenie niepojętéj omyłki mojéj, naszéj.. całego naszego kółka... Lecz, wyznasz iż dłużéj się to przeciągać nie mogło.
Anglik głową poruszył dziwnie..
— Daruj mi pani, ale choćby był.. nie wiem kim, wolałbym go od Greifera... i wielu innych. A ponieważ byliśmy w dobrych stosunkach, nie mogę go puścić bez cieplejszego pożegnania.!
Skłonił głowę i wyszedł.. Spóźnił się wszakże, bo poczta już była odeszła.. Śniadanie było tem smutniejsze i kłopotliwsze dla hrabiny, że osoby przytomne nie wiedząc wcale o przyczynie odjazdu Pilawskiego i złego humoru pani, myśląc iż jéj czynią przyjemność, ciągle coś miłego, pochlebnego wtrącały o Gabrielu rozszerzając się z pochwałami nad nimi i sławiąc jego cnoty.. Hrabina potakiwać nie mogła, gryzła usta, spoglądała na anglika, darła chusteczkę i przetrwawszy parę godzin na mękach, kazała się pakować do wyjazdu. William miał jéj towarzyszyć do Castelu, stało się wszakże iż nazajutrz list jakiś odebrał z domu, który powrót jego przyspieszył. Tłomaczył się i uniewinniał jak mógł i umiał przed hrabiną, ale jechać z nią nie było mu podobna. I nazajutrz rozbiegli się wszyscy, każdy w swoją stronę, może aby się już nigdy w życiu i na świecie więcéj nie spotkać...
Hrabina nigdy w gorszym nie była humorze...


Dnia jednego potajemnie wezwano do łoża choréj pani Domskiéj prawnika, w kilka dni potem księdza od świętéj Jadwigi. Elwira nie mogła o nim nie wiedzieć, strwożyła się, ale matka ją całując uspokoiła tem, że spełnienie obowiązku chrześciańskiego nikomu nie szkodzi, a duszę uspokaja, że przypomniała go sobie nie dla tego by się gorzéj czuła, lecz by przez ducha ciało pokrzepić. Elwira wszakże łudzić się nie mogła, nawet twarz Geheimratha zwiastowała złą wróżbę przyszłości, wreszcie każdy dzień zamiast polepszenia przynosił osłabienie nowe i jakiś symptom groźny. Geheimrath parę razy niby dla własnéj spokojności zebrał konsylium, szeptano po cichu i nieuradzono nic jak się zdaje, bo lekarstwa zostawały też same. Domska ciągle być pragnęła z córką i o ile jéj sił stawało mówiła z nią o interesach swych, o przyszłości, wskazywała jakby postąpić należało w rozmaitych wypadkach, kilka razy z przyciskiem dodała, że najlepszą radą i opieką byłby zawsze poczciwy pan Szczęsny. Wchodziła nawet w domowe drobnostki.
Wkrótce po tych przygotowaniach, które ją wysilały, pogorszył się stan choréj znacznie, postęp choroby coraz był żywszy, nadeszła gorączka, zamknęły się usta.. niebezpieczeństwa taić sobie nie było podobna.. rosło ono z każdą chwilą, lekarz milczał smutny.. Po ciężkim dniu ostatniéj męczarni, pani Domska odzyskawszy na chwilę przed zgonem przytomność, pożegnawszy córkę, umarła...
Elwira została się osamotnioną.. sierotą, samą jedną na szerokim świecie. Ubóstwo, to prawda, czyni takie sieroctwo ciężkiem do dźwigania, lecz i znaczny majątek stanowi w podobnem położeniu nie bezpieczeństwo mniéj widoczne, choć rzeczywiste. Na lep majątku biegnie i chwyta się cała ćma tych ludzi, którzy samą tą żądzą już są napiętnowani. Opędzić się im trudno, poznać ich i ocenić częstokroć niepodobna.
Razem ze śmiercią matki zjawił się na usługi czcigodny p. Szczęsny Żałobski, Elwira w pierwszéj chwili padła mu do nóg rozpłakana. Dziaduniu, oddaję się tobie jak dziecię, rozporządzaj mną, radź, broń.. słuchać cię będę, nieopuszczaj mnie!
Stary się rozpłakał także, padł na kolana i założywszy palce.. poprzysiągł iż jéj nie opuści.
Przyczyniło się to znacznie do uspokojenia Elwiry...
W testamencie znaleziono rozporządzenie tylko, stanowiące pana Szczęsnego opiekunem sieroty pełnomocnym, nieodpowiedzialnym, jedynym. Cały majątek, z wyjątkiem małych legatów dla starych sług i przyjaciół, przekazanym był córce. Nie wskazywała pani Domska jak sobie córka postąpić miała z nim, czy pozostać przy zajęciach dawnych, czy zakład zamknąć i życia rodzaj odmienić. W kilka dni po pogrzebie, gdy opiekun sam na sam był z pupillą, Elwira pocałowawszy go w rękę, szepnęła po cichu:
— Cóż teraz będzie?
— A ja nie wiem, jak myślisz? spytał Szczęsny.
— Mogę powiedzieć czegobym sobie życzyła? zapytała nieśmiało Elwira.
— Mów, owszem, proszę, możesz rozkazywać, masz prawo rozporządzać, ja tylko jestem stróżem abyś szkody nie poniosła...
— Więc powiem, dziadkowi, odezwała się śmieléj Elwira, że jedynem mojem pragnieniem jest pozbyć się tego zakładu, który dla mnie niemiłym jest i niewłaściwym... Ja nie rozumiem interesów, a to co mam aż nadto mi starczy. Kapitały życzyłabym sobie poodbierać, domy sprzedać i kupić majątek ziemski, zatem wrócić do tego, z czego wyszliśmy...
— Ja nie mam nic przeciwko temu, rzekł Szczęsny, a jeśli kapitałem twoim da się z rąk obcych wyrwać kawał ziemi, o mój Boże! to będzie jeszcze dobrym uczynkiem!
— Więc dziadunio, pozwala? Godzi się? zawołała rozpromieniona Elwira. A! jakiż jesteś dobry, jak dobry. Zaczęła go ściskać i całować. Zatem co ma być niech się stanie co najrychléj.. Dziaduś mi znajdzie wieś z dworem i staremi drzewami.. ja się wyniosę.. i odetchnę. Żałoba moja stanie mi się lżejszą.. Ja miasta tego nie cierpię, ja tu żyć nie mogę...
Szczęsny zerwał się zaraz z gorącą żądzą służenia Elwirze, pobiegł do ajentów, do prawnika, począł się krzątać i zabiegać. Na domy znalazł się kupiec natychmiast, nazajutrz było ich dwóch, rok 1866 już dawał przewidywać przyszły wzrost Berlina i ceny dawano bardzo wysokie.. Za prawo założenia magazynu w tem samem miejscu i firmę, zapłacono coś także, kapitały wszystkie niemal były w papierach procentujących i pewnych... Wszystko się składało jak najpomyślniéj do tego stopnia, iż Dziaduniowi nastręczono w Księztwie znaczną majętność z wolnéj ręki do sprzedania, którą nabyć było najłatwiéj, a cena jéj nawet nie była tak przesadnie wygórowaną jak zwykle bywa przez konkurencję niemiecką.
W majętności téj położonéj niedaleko Trzemeszna, właściciele oddawna nie mieszkali, była opuszczoną nieco, ale miała wszystkie warunki majątku, z którego zrobić coś było można. Szczęsny który dla siebie nic nigdy korzystnie pod względem majątkowym uczynić nie umiał, dla drugich miał rękę szczęśliwą. Opatrzony w listy, zaproponował Elwirze aby z nim pojechała obejrzeć Studziennę. Téj tak jakoś było pilno i wyrwać się z miasta, i zatrzeć ślad zajęć tych do których wstręt czuła od niejakiego czasu, że z zapałem i wdzięcznością zgodziła się jechać natychmiast. W Studziennéj, jakeśmy mówili, dziedzice oddawna nie mieszkali, ten absenteizm nieszczęśliwy zmuszał ich do sprzedania dóbr rodziny z któremi rozstawać się było boleśnie. Majątek potrzebował czynnéj dłoni i oka, mógł być bardzo dobrym przy nich lub bez nich i kapitału, martwym. Dziadunio też wedle planu swego, chciał go zaraz na lata długie z pewnemi obowiązkami dla dzierżawcy wypuścić, zostawując tylko dwór i ogród dziedziczce...
Dwór wśród okolicy leśnéj położony, stary, opuszczony nieco, jak wszystko przed laty piętnastu, był z wielkim smakiem wyrestaurowany i znać dziedzice chcieli z niego miłe gniazdko uczynić. Późniéj nie stało jakoś cierpliwości ducha, coś rozproszyło rodzinę, jakiś jad padł na żywot spokojny i rozegnał po świecie wszystkich. Dziwnie się to jakoś przedstawiało ze starością, z restaurowaniem i opuszczeniem późniejszem. Niektóre części zostały jak były przed dwóchset laty, inne były prawie nowe, na wielu zaś pospieszne odnawiania przybrały smutną fizjognomją młodéj ruiny. W parku do którego zajęto część lasu były prześliczne dęby, lipy i klony, w ogrodzie cieplarnie zaniedbane, na gankach i werandach pozarastało dzikie wino pnąc się, aż na dachy pogniłe. W wielu pokojach zaciekało. Mimo to było cicho, jakoś miło, wiejsko.. i Elwirze uderzyło serce do téj pustki, w któréj marzenia swe pomieścić mogła... O czemś podobnem śniła!
Rzuciła się ze łzami dziadowi na szyję prosząc aby jéj to kupił koniecznie: zapewniała go że woli mniéj mieć, że się obejdzie oszczędniéj byle mogła mieszkać na wsi, u siebie wśród tych drzew cudnych, kwiatów i ciszy.
— Ale moja dobrodziejko, odparł Szczęsny, trochę ci się głowa pali, piękne to jest prawda. miłe.. tylko jak tu sama jedna zasiądziesz to na śmierć się zanudzisz.
Elwira wytłomaczyła Szczęsnemu, że weźmie sobie jakąś panią nie młodą do towarzystwa, że jéj starczy książek, fortepianu, muzyki, modlitwy, że przecie się znajdzie jakieś sąsiedztwo, że będzie mogła wyjechać gdy zechce za granicę itd. Z innych względów nabycie było łatwe i dogodne, dzierżawca gotowy z kapitałem znacznym, dawny wojskowy dobrze dziaduniowi znajomy.. pan Szczęsny nie wahał się dłużéj dni kilku i targu dobił. Elwira przez ten czas pozostała na wsi w téj części domu, która najmniéj ucierpiała. Miała z sobą służącą, na miejscu znalazła się stara ochmistrzyni. Całe dni spędzała na oglądaniu, na projektach. Dom z wyjątkiem kilku portretów i sprzętów pamiątkowych oddawano ze wszystkiem co miał w sobie. Elwira znajdowała pewien wdzięk w tych starzyznach, które lepsze pamiętały czasy. Za parkiem znajdowała się kapliczka którą mało co odnowić należało, aby ślicznie wyglądała. Tak była szczęśliwą Elwira iż sobie prawie wyrzucała, że nie dość opłakiwała matkę, któréj to wszystko zawdzięczała. Nabycie się dokonało, dwór objąć było można natychmiast, ze Szczęsnym targowała się tylko Elwira ile będzie miała prawa użyć na restauracje i upiększenia. Stary wstrzymywał, chciała sypać rozrzutnie, chciała stworzyć raj z tego starego ogrodu. Do Berlina wszakże powrócić trzeba było ażeby dobrać sobie towarzyszkę, rozporządzić przenosinami, pokupować czego dom wiejski wymagał. Elwirze było tak pilno, tak pilno iżby jednéj chwili pragnęła polecić na skrzydłach i do cichego kąta powrócić. Wszystko to choć się sama może nie przyznawała przed sobą, czyniła w téj myśli i przekonaniu iż Pilawski szukać jéj będzie, że ją tu znajdzie na wsi, dziedziczką majątku a nie jakąś tam modniarką. Była bowiem przekonaną prawie tak jak Surwiński, iż pan Gabriel należał do możnéj szlachty i że jéj dawne położenie byłoby na przeszkodzie stało ich połączeniu. Jeszcze kilka tygodni tylko a mogła zapomnieć o przeszłości i za sen bolesny ją uważać. Lecz powróciwszy do Berlina na pół drogi przeprowadzona przez Szczęsnego, znalazła tu nad spodziewanie wiele do czynienia. Nie można było tak rychło pozbyć się rachunków, zdawania tego co składało bogato zapatrzony magazyn, interesów, korespondencji, bez znacznych strat. Musiała więc z rezygnacją pozostać jeszcze tutaj, ażeby się wszystko ułożyć dało.
W parę dni po przyjeździe, szukając sobie podeszłéj towarzyszki do domu, trafiła Elwira na panią Sciańską, osobę niemłodą, dobrze wychowaną, wdowę po zamożnym niegdyś obywatelu, którą jéj zachwalono wielce. Była ono rodem z Galicji i przy pierwszem poznaniu się, gdy rozmowa z powodu choroby nieboszczki zwróciła się na wody, Krynicę, na towarzystwo tam widziane, pani Sciańska dowiodła że wszystkie osoby te, o których Elwira wspominała, znała dobrze lub wiele o nich słyszała.
W ogóle pani ta, która nie lubiła opowiadać o sobie, w jaki sposób znajdowała się w położeniu zmuszającem ją szukać przytułku w cudzym domu, z przeszłości znać miała rzadką znajomość osób, rodzin, związków, szczególniéj klas zamożniejszych w różnych prowincjach.. Żadnego prawie nazwiska nie można było przy niéj wymówić, nie wywołując jakiegoś komentarza i wiadomości o niem. Lecz gdy Elwira parę razy rzuciła pytanie, gdzieby te osoby spotykała, pani Sciańska, trochę zarumieniona, zbywała odpowiedziami nic nie mówiącemi. Osoba była niemłoda, znać dawniéj piękna, ale przed czasem chorobą czy zmartwieniem przybita i zniszczona, żółta jéj cera, gęste zmarszczki, włos miejscami posiwiały pasami, dziwnie się sprzeczały ze wzrokiem oczów czarnych, ognistych i przenikliwych. Zamknięta w sobie, mało mówiąca, zamyślona, ożywiała się tylko, gdy w rozmowie wspomniano osoby, które dawniéj znała, naówczas jakby przeszłość ta, w któréj żyła, ją natchnęła, poruszała się, zapominała o teraźniejszości i odpowiadała z żywością wielką, póki rzeczywistość, wrażenie jakie obecne, ust jéj nie zamknęło...
Pani Sciańska przystała na wszystkie warunki, obiecała się zastosować do Elwiry zupełnie i jak najmniéj jéj zawadzać. Znać było, że gotowa była spokojny i wygodny przytułek jak największą powolnością i ofiarą opłacić. Gdy się po ugodzie sprowadziła do domu, Elwira poznała z łatwością po tem co z sobą przywiozła, po szczątkach wytwornych a zniszczonych dawnéj zamożności, przeszłość szczęśliwszą i ubóstwo tajone, niezmierne. Z wielką wprawdzie sztuką umiała ona maskować tę złoconą nędzę, ale bystrzejsze oko natychmiast jej dostrzedz mogło...
We dwa czy trzy dni po przybyciu, gdy Elwira spodziewała się że się do niéj zbliży, że zwolna poznawać ją lepiéj zacznie, przekonała się ze smutkiem, iż głąb téj zranionéj duszy na wieki był dla niéj i wszystkich zamknięty. O sobie nigdy ani słóweczka, ubocznie nawet unikała wzmianki o tem, gdzie była, zkąd wyszła, co ją do tego stanu przywiodło. Smutna, cicha, pokorna siadała sobie w kątku z robotą, która jéj ręce zajmowała, oczy wlepiała w swą kanwę lub pończochę i zdawała się ani widzieć ani już słyszeć co się do koła niéj działo.. Budzić ją było potrzeba, gdy się co pytano.. odpowiadając wracała jakby z innego świata, powoli oprzytomniając. Elwirze żal jéj było zarazem i uczuła że wygodnie z nią być może, osoba dobrze wychowana, w codziennem pożyciu nie raziła żadną z tych form dziwacznych, które w starszych są jeszcze przykrzejsze niż w młodzieży. Umiała się zastosować do każdego towarzystwa... do humoru, do smaków, byle tylko jéj dozwolono zawsze być gościem, świadkiem, a nie wymagano zbliżenia sercem i duchem do obcego jéj już świata...
— Ha, rzekła poznawszy ją lepiéj Elwira, może tak lepiéj, jesteśmy z sobą a nie ciężym sobie, gorszą by była osoba chcąca się wcisnąć wszędzie i we wszystko. Biedna kobieta znać wycierpiała wiele, dziś chce dożyć tylko do końca w ciszy, bez głodu i w niezbyt odraźliwem towarzystwie...


Do wyboru na wieś pani Sciańska była Elwirze bardzo przydatna, widocznem było iż długo mieszkała na wsi i w dostatku, wiedziała czego dom wymagał, smak miała wykształcony. Całe więc dnie biegano po różne sprawuneczki i sierotę rozrywało to staranie. Z prawdziwą radością powitała też zdjęcie szyldu i imienia matki i swego z ulicy, czuła jakby wystąpiła ze służby i odzyskiwała swobodę. Czas upływał niezmiernie szybko. Jednego dnia gdy Elwira rachunkami zajęta nikogo nie przyjmowała, a Sciańska siedziała z książką w salonie, ze swego pokoju posłyszała pani domu że kogoś meldowano i nieprzyjęto. Znajomych miała mało, wiedziała że gdyby nadjechał Szczęsny, nadszedł kto z dawnych matki przyjacioł, tego by pewnie wpuszczono. Nie ruszyła się więc do obiadu ze swojego pokoju, a gdy do stołu poszły, spytała Sciańskiéj kto był z gości.
Ta podniosła oczy czarne, i leżący przy sobie bilet podała Elwirze. Na bilecie stało.

Monsieur Stanislas de Greifer.
Docteur en droit..

U góry majaczyło coś niewyraźnego co z biedy za jakiś niby herb wziąć było można.
Elwira zarumieniła się i ruszyła ramionami.
— To pewnie z Krynicy znajomość, szepnęła towarzyszka.
— Zgadłaś pani, bez ogródki odpowiedziała Elwira, i nie należy ona do najprzyjemniejszych.
— Bardzo przyzwoity człowiek, rzekła Sciańska, i przyjmowany w najlepszych towarzystwach, do których jego rodzina wszakże nie należała nigdy. Ale u nas kto umie wnijść do salonu, puszczonym pewnie będzie.
— Zna pani może i jego rodzinę? z uśmiechem dodała Elwira, bo pani jak widzę, zna wszystkich.
Sciańska błysnęła okiem, zamilkła jak dla namysłu potem z cicha dodała. Mało ich znam, ale słyszałam.. słyszałam. W świecie jakoś, gdy się dłużéj żyje a ma trochę pamięci, mimowoli tyle się rzeczy chwyta. Sądzę że Greifer pochodzi z Krakowskich mieszczan, ale mają posiadłość ziemską, są jeśli nie bogaci, to dostatni, stosunki bardzo piękne. Matka podobno żyje, o ojcu, przyznaję się, nie wiem.
Matka, kobieta bardzo... pospolita. Dobra, poczciwa.. ale wiem, że ją nazywano Klucznicą..
Powiedziawszy to pani Sciańska zamilkła nagle i jakby zamykając rozmowę, odezwała się. Zresztą, któż tam bliżéj wie ich domowe stosunki. Głównie pan Stanisław dopiero wszedł w lepsze towarzystwo, ojciec się jeszcze dorabiał niezależności.
Na tem skończyła się rozmowa chwilowo.
— Czy, gdyby przyszedł, pani zechce przyjąć Greifera!... czy.
— Ja bo nie wiem, czy przyjdzie i wątpię o tem, namyślając się rzekła Elwira. Grzeczność kazała mu będąc w Berlinie, bilet wyrzucić..... zresztą.
— Ale gdyby przyszedł?
Elwira, nie miała najmniejszéj ochoty widzieć go, przyjmować i do domu wpuszczać, jedna tylko okoliczność przemawiała zatem.. Greifer był człowiekiem od którego mogła się dowiedzieć o Pilawskim. Mimo wiadomości groźnych o jego zdrowiu, czuła że żyje a nie mogła przypuścić by umarł. Greifer mógł jéj coś powiedzieć o nim, mogła się choć dorozumieć czegoś z jego rozmowy. Zamyśliła się więc długo.
— Wie pani, rzekła zadumana, doprawdy nie wiem sama jak sobie postąpić, nie mam wielkiéj ochoty go przyjmować, a miałabym powody znowu żądać go widzieć.. Waham się, sama nie wiem.
— Nie znając stosunków.. szepnęła Sciańska.
— Parę razy był w naszym domu, stosunki bardzo małéj i krótkiéj znajomości, lecz mógłby mi powiedzieć o osobach które spotkałam w Krynicy, a które mnie więcéj obchodzą. Czy pani go zna osobiście?
— Trochę.. bardzo mało. Więcéj ja jego niż on mnie, szepnęła Sciańska. Czybyś pani życzyła może abym ja go przyjęła i zapytała o co i o kogo?
— A! uczyniła byś mi pani łaskę, o którą nie śmiem ją prosić.. zakłopotana mówiła Elwira. Widzisz pani... zdaje mi się że.. że Greifer miał pojedynek z młodym człowiekiem który bywał w naszym domu. Oba z niego wyszli rannemi tamten podobno niebezpieczniéj.
— Pani by chciała wiedzieć co się z tamtym stało? obojętnie zapytała Sciańska.
— Chciałabym wiedzieć a nie życzę się pytać, dorzuciła Elwira rumieniąc się.
— W każdym razie mnie by to może łatwiéj przyszło niż pani, rzekła Sciańska. Ale czy wypada abym ja go sama przyjmowała? Przepraszam że się ośmielę uczynić uwagę.. zdaje mi się że najwłaściwiéj by może było, abym ja przyjęła go, w oczekiwaniu na przyjście pani które mu przyrzeknę. Pani się spóźni, ja go trochę wybadam, a potem zbędzie się go kilka słowami, oznajmię mu że mamy gdzie jechać lub coś podobnego.
Ełwira ścisnęła wychudłą rączkę towarzyszki, która się smutnie uśmiechnęła i skłoniła. A! tak, tak, to będzie doskonale, najlepiéj. Pani mi uczynisz największą łaskę.
— Proszę pani, cóż za łaska to spełnienie obowiązku. Po cóż bym tu była, gdybym pani w niczem dopomódz nie umiała.
Po téj rozmowie czekano trochę Greifera, rzeczy były ukartowane, ale nazajutrz się nie zjawił. Trzeciego dnia w godzinę wizyt, oznajmiono o nim.
Elwira się wysunęła. Kazano go prosić.
Ubrany niezmiernie starannie, wyświeżony, z głową widocznie świeżo z rąk fryzjera wypuszczoną, wsunął się młodzieniec nie bez wzruszenia przestępując próg tego domu, i znać twarz pani Sciańskiéj jak głowa Meduzy nań podziałała. Bo ujrzawszy ją aż cofnął się, prawie oczom nie wierząc. Ta stała w środku salonu z wielką powagą.. i zdawała się twarzą nakazywać przychodzącemu milczenie. Malowało się w jéj rysach trochę trwogi jakiejś niezrozumiałéj.
— A! cóż za niespodzianka, zawołał po chwili wychodząc z podziwu Greifer, pani, tu?
— Tak jest, ja sama i proszę się temu nie dziwić, odezwała się stłumionym głosem Sciańska, wszak tak mało miałam przyjemność i znać pana.. a pan mnie też zaledwie z nazwiska.
— O! nie pani! zaprotestował Greifer.
— Ale tak, tak jest, z przyciskiem rzekła kobieta wskazując kszesło. Siadaj pan, dopóki panna Domska nie nadejdzie. Greifer siadł, oczyma jako kawaler na wydaniu szukając zwierciadła, szło mu o włosy czy się nie rozrzuciły, pomimo tego ruchu oczów i głowy, znać było, że go siedząca naprzeciw kobieta niepokoiła i dziwiła.
— Słyszałam, odezwała się żywo Ściańska, żeś pan miał przypadek.
— Przypadek? nie, pojedynek w którym byłem ranny.
— Pojedynek! a! i z kimże z kim..?
— Z pewnym wielkim nieznajomym z Warszawy, dodał Greifer szydersko, zagadkową figurą.
— Byłeś pan ranny?
— Mocno w rękę, szczęściem udało mi się wyjść z tego.
— A pański przeciwnik?
— Raniłem go też dosyć mocno.
— Wyzdrowiał? żywo egzaminowała Sciańska.
Greifer nagle umilkł, popatrzał na stół, namyślać się zaczął.
— Niech się to pani śmiesznem nie wyda co powiem... rzekł, wyjechałem z Krynicy przed tym panem, i doprawdy o losie jaki go spotkał nie umiałbym dokładnie powiedzieć.
— Jakto! ale żyje?
— Nawet tego nie jestem pewny, bo był w wielkiem, wielkiem niebezpieczeństwie. Teraz z kolei kobieta zamilkła. Greifer śmiało się przysunął ku niéj z krzesełkiem nieco i począł cichuteńko.
— Pani dobrodziejko, widzę że pani tu... zastępujesz miejsce matki, że masz zaufanie i wpływy. Czy jako ziomkowie, nie moglibyśmy się porozumieć?
Na twarz żółtą pani Sciańskiéj pomarańczowy wystąpił rumieniec, oczy jéj zapaliły się ale wnet i czerwoność ta znikła i powieki okryły źrenice.
— Ja się kocham w pannie Elwirze ja... pani się domyśli.......
— Ale ja się do niczego w tym domu nie mięszam.
— Proszę pani jak ono jest to jest, brutalsko dodał Greifer, ja też mógłbym być pani użytecznym lub (czego Boże uchowaj), szkodliwym.
Oczy podniosły się z gniewem.
— Słowo pani daję, szeptał Greifer, umiałbym być bardzo wdzięcznym i.... milczałbym... jak kamień...
Sciańska słysząc to zrazu porwała się z siedzenia, potem na nie padła, upokorzona, złamana, zabrakło jéj głosu...
— Wierz mi pan, rzekła, że, że ja tu nic nie mogę, i zupełnie jestem obcą.
— Ale pani tu jesteś, siłę uzyskać zależy od niéj tylko i przypuścić niepodobna, aby osoba tak... tak wysoce wykształcona, tak doświadczona jak pani, niepotrafiła dokazać co zapragnie.
Pani Sciańska siedziała jak na mękach. Zamiast odpowiedzi rzuciła pytanie.
— Więc pan nie wie o losie swojego przeciwnika? To nie do pojęcia, boć przecie mogąc mieć życie ludzkie na sumieniu! starać się było dowiedzieć....
— Na sumieniu? bynajmniéj, odparł Greifer, gra była nierówna, bo tamten lepiéj strzelał ode mnie. Raniłem go, to moje szczęście, cóż mnie zresztą obchodzi co się z nim stało?
— Mów pan prawdę, to zawsze najlepiéj. Cóż czy umarł...
— Szczerze mówię że nie wiem... Mógł umrzeć, to pewna, ale może i żyje. Nie chciałem i niespieszyłem się dowiadywać.
— Bądź pan szczerym.. sucho dodała kobieta.
— Szczerze mówię, niczego pewny nie jestem.
— Więc umarł, cicho szepnęła Sciańska.
Greifer udał zakłopotanego, ruszył ramionami, nie odpowiedział nic, dozwalał się domyślać.. Rachował że w ten sposób rzucając wątpliwość, mógł na tamten świat usuwając współzawodnika, plac sobie oczyścić bo kłamać wyraźnie nie chciał.
Umówionem było między Elwirą a Sciańską, że gdy rozmowę dokończy, da jéj znać kaszlaniem, o co trudno nie było, bo biedna kobieta często bardzo miewała paroksyzmy podobne..
Zakaszlała więc pani Sciańska. Greifer siedział wpatrując się w nią, zamyślony, kombinując o ile i jak będzie mógł ze szczęśliwego trafu, który tu umieścił dobrze mu znaną osobę, skorzystać.
Właśnie miał usta otworzyć, chcąc się układać znowu, gdy drzwi się uchyliły i Elwira narzucając jeszcze szal na ramiona, jak gdyby wyjść spieszyła ukazała się w progu. Greifer wstał szybko i zbliżył się na kilka kroków do niéj, układając minę i postawę kondulencyjną.
— Bardzo przepraszam żem wyjść nie mogła.
— Przybywszy do Berlina, nie mogłem się powstrzymać bym pani nie złożył uszanowania, odezwali się prawie razem.....
— Znajdujesz mnie pan w żałobie po najlepszéj z matek, rzekła Elwira cicho..
Usiedli, Pani Sciańska spuściła oczy na swoją robotę.. milczenie trwało chwilkę. Rozmowa trudna wszczęła się od rzeczy trywialnych, a toczyła o obojętnych.... Greifer był nadskakująco grzeczny, czuły i napastliwie cisnący się do bliższéj znajomości. Elwira zimną i obojętną. Ile razy trochę poufalej, szezerzéj poczynał pan Stanisław, sprowadzała rozmowę na coś zupełnie obcego i ogólnego. Naostatek pani Sciańska widząc że się Elwira męczy, wstała i rzekła.
— Ale godzina.. w któréj miałyśmy jechać.
— A! przepraszam, mimowolnie stałem się przeszkodą do spełnienia jakiegoś projektu... więc żegnam. Może będę mógł to sobie wynagrodzić.
Nie odpowiedziano mu nic, pożegnano zimno i wyszedł...
Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, Elwira gorączkowo, pospiesznie przybiegła do Sciańskiéj.
— Cóżeś się pani dowiedziała?
Towarzyszka zagryzła usta, wahała się chwilę... pomiarkowała że zwiastunką smutnéj nowiny być niepowinna. A! pani, zawołała nie mogłam nic na nieszczęście dobyć z niego. Powiada tylko że był chory, ale co się stało, nie wie.
— Nie wie? to być nie może! krzyknęła Elwira, to nie może być, powiadam pani!. To mówiąc chwyciła się za serce i padła na krzesło, ale wnet miarkując że się z uczuciem zdradziła, wstała.
— Nie pojmuję żeby mógł nie wiedzieć, nie chcieć się dowiedzieć, to nie naturalne.
— Ja to także znajduję, lecz.. powiedzieć nic nie chciał, chociażem go badała pokilkakroć.
— Cóż pani z tego wnioskuje? gorąco poczęła Elwira. Znasz pani ludzi lepiéj ode mnie.. to leży jak na dłoni iż nie mógłby zostać w niewiadomości, dla czego powiedzieć nie chce?
— Pani możesz lepiéj to ode mnie odgadnąć, cicho odezwała się Sciańska, ja stosunków nie znam. Elwira zaczęła się przechadzać po pokoju zadumana, niespokojna...
— Powiem pani otwarcie, rzekła stając i patrząc na Sciańską, myślę, iż wolałby może aby umarł... więc.... w głowie mi się mąci... pani mi nie chcesz powiedzieć zapewne.. ja proszę o całą prawdę.
— Nie kryłabym, ale mi nie powiedział stanowczo, nie.
— Czy by w ten sposób chciał mnie zmusić abym go jeszcze raz przyjęła? odezwała się energicznie brwi marszcząc Elwira. To być może, lecz się omyli. Jestem ciekawą, a pomimo to widzieć go nie chcę i nie będę. Pani raczysz rozkazać aby mu drzwi moje były na zawsze zamknięte.
Sciańska z błyskiem radości w wejrzeniu posłyszała te wyrazy.
— Tak najlepiéj jest, rzekła cicho, niech mi pani tylko powie, imię i nazwisko tego go kogo jéj idzie, napiszę do Galicji.
— On z Warszawy.
— A więc do Warszawy i dowiemy się łatwo.
— Nie, nie, nie zważając na towarzyszkę, głośno poczęła Elwira, to być nie może. On nie umarł, Bóg nie może być niesprawiedliwym.. nie mógłby ocalić tego (wskazała na drzwi ze wzgardą) a jemu kazać ginąć..
Sciańskiéj usta skrzywiły się jakby do ironicznego uśmiechu, udała że nie słyszy, spuściła oczy na robotę, a po chwili jakby unikając dalszych zwierzeń, rozpoczęła mówić o czemś obojętnem, Elwira zrozumiała to, wzięła książkę ze stołu i zamilkła.


W kilka dni po powrocie do Warszawy, Piławski który po podróży uczuł się gorzéj i z porady lekarza musiał jakiś czas w domu pozostać, usłyszał dzwonek u drzwi, służący oznajmił mu wcale niespodziane odwiedziny, jednego przyjaciela, z którym widywali się bardzo rzadko. Tym przyjacielem a towarzyszem uniwersyteckim był mieszkający na wsi zwykle, w majątku swoim hrabia Ernest Z....
Wiek, podobieństwo charakterów, jedne upodobania, jednaki myślenia sposób zbliżyły ich do siebie jeszcze w Berlinie, gdy hr. Ernest nie wiedział o Pilawskim nic więcéj nad to, że był chłopiec dobrze wychowany i majętny. Lecz że mieszkali w jednym kraju, Gabriel taić przed nim swego położenia ani chciał ani mógł. Wystawił przyjaźń młodą na tę próbę, wyspowiadał mu się szczerze, i po spowiedzi Ernest śmiejąc się uścisnął jego rękę. W tem kole do którego należał, był hrabia wyjątkową istotą. Wprawdzie cała jego rodzina odznaczała się niezwykłemi, w sferze z któréj pochodziła, przymiotami serca i umysłu, ale Ernest w téj rodzinie był perłą i klejnotem. Wielka a głęboka nauka, czystym płomieniem swym wypaliła, jeśli jakie były, resztki pojęć fałszywych i przyjętych w świecie przesądów. Ernest patrzał w świat zdrowo, nie łudząc się, oceniał ludzi z tego czem byli rzeczywiście, i choć hrabia kochał tego krawczyka, jak go żartem nazywał, gdyby brata, widywali się rzadko, ale byli z sobą serdecznie. Poufałość między niemi zrodziła się nie z pokuszeń o nią Gabriela, lecz nalegań poczciwych, serdecznych hrabiego... Od czasu jak się znali byli z sobą codzień lepiéj, i żadna najlżejsza chmurka nie zaszła na ich stosunek braterski.
Gdy Ernest wpadł biegnąc uściskać Gabriela.. z rozpromienioną twarzą Pilawski wskazał mu zdala rękę. Hrabio, ręki nie dotykaj, rzekł, jestem ranny.
Ernest osłupiały stanął. — Ranny i na polowaniu, czy na kolei? Cóż ci się stało?
Uścisnęli się. — Gdzie tam, rzekł Gabriel, w pojedynku...
— Ty? ty w pojedynku? z kim, gdzież, na miłość Boga, mów..
Pilawski z zimną krwią całą swoją historją opowiadać mu zaczął. Przyjaciel się zżymał.
— Przepraszam cię, rzekł, źle zrobiłeś, źle, źle.
— Cóżem złego zrobił?
— Na twojem miejscu wcale bym się nie taił z sobą, z powołaniem, z niczem. Bądź pewny jednéj rzeczy, że osoba która poznawszy cię zrazi się tem iż na chleb zarabiasz pracą taką a nie inną, nie jest ciebie wartą. Pozwalam na to, że stęskniony za lepszem towarzystwem mogłeś w pierwszéj chwili grać kawałek komedji, ale w drugiéj scenie trzeba ci było bardzo jasno i dobitnie wyznać... żeś krawiec. I po wszystkiem.
— Ale, kochany Erneście, jam się zakochał! ja, ja się obawiam.
— Jakto? tak zakochał, że gdyby twoja pani żądała od ciebie apostazji i zaparcia się stanu i powołania...
Pilawski spuścił oczy.
— Nie, nie, nie, dałem słowo staremu ojcu przybranemu i wytrwam! Muszę! Nie wymagał tego odemnie, dobrowolniem mu przyrzekł, dotrzymam.
— Więc po cóż taić się było?
— A! hrabio, cicho rzekł Pilawski, ażeby zyskać na czasie. Słaby byłem, kradłem trochę szczęścia. Te panie.....
— Któż są te panie?
— Nie wiem właściwie, ale wydały mi się majętnemi wielko polankami, gdzieś z księztwa. Szczególna rzecz. Chociaż starałem się dowiedzieć coś o nich więcéj, nie mogłem. Znać było tylko że są bardzo majętne, i że to coś z uprzywilejowanego świata.
— Kochanie moje, przerwał hrabia, przysięgnę, że się mylisz. Najświętsze niewiasty, ale gdyby miały stosunki świetne, choćby najdalsze wyspowiadały by ci się z niech, to ludzka rzecz. Jeśli się niemi nie chwaliły, znać nie miały czem, przysięgam.
— Rzeczywiście, to uwaga bardzo trafna, zawołał Gabriel, ale któż one być mogą?
— Kto? zaśmiał się hrabia, mój drogi, żyjemy w dziewiętnastym wieku. Pieniądze robią się za pomocą parowych machin, odwagi, oszczędności i szczęścia. Przystęp do miejsca z kąd się one sypią niemal dla wszystkich otwarty. Nabywszy pieniądze nabywa się polor, glans, wychowanie, szyk, wszystko, co do nabycia jest dziś i czego zapragniesz. I jakże ty chcesz odróżnić rodzinę dorobkowiczów od naszych starych szlachty a panów?
— Ależ typ dorobkowiczów!
— Wiek XIX.. typy się naśladują gdy kto ma wiele sprytu, rzekł hrabia. Nic podobniejszego do zbogaconego przyzwoitego żyda nad pana nadrujnowanego. Żydzi przybierają miny pańskie, a panowie dobrowolnie żydowskie. Bankierowie i ministrowie dają się sprzęgać do pary.. Kobiety mają z natury większą jeszcze łatwość naśladowania tonu i obyczaju, dla czegoż twoje Domskie, o których rodzinie nikt pono nigdy nie słyszał, mają koniecznie być trés nobles dames.. mogą pochodzić z lędzwi jakiego dawnego proletarjusza, który, przepraszam, był entreprenerem oczyszczania ze śmieci ulic Berlina.
— Gdyby tak było! ach! wierz mi hrabio, byłbym, byłbym, najszczęśliwszym.
— I zdaje mi się że nim będziesz, dodał Ernest.. bo znaczniejsze rodziny znamy.
— Znaczniejsze. Szlachty jak maku! zawołał Pilawski, a gdy, wybacz, pognój złota padnie na rolę zasianą szlachcicem, w jednéj chwili wyrasta pan z antenatami!
Ernest się rozśmiał, to prawda! rzekł. Szlachty myrjady. Duńczewski ich niespisał, Kapica nie dokompletował, wszystko to były wysadki na arystokrację, w złotéj kołysce prędko wyrastającą. To ci się udało. Pomimo to, ja oponuję przeciw domysłowi z tego powodu, że szlachta siłę do wydźwigania się, pracy do odrobienia tego co potraciła, postradała. Ginie jéj tysiące, nie ma prawie przykładu, by od pni spruchniałych co puściło. Ale zbiliśmy się z drogi wracajmy więc do przedmiotu, dodał hrabia, trzeba jechać do Berlina, szukać, dowiadywać się, śledzić, wnijść nie kryjąc się z sobą do domu ich, a jeśli wzdrygną się na rzemieślnika i kupca, no to sobie wybić z głowy tę miłość kochany Gabrielu.
— Z głowy wybił bym ją łatwo, rzekł Pilawski, ponuro, niestety siedzi ona w sercu, a ztamtąd ją wyrugować trudno. Są z pewnością różne miłości rodzaje: te co się palą w głowie słomianym ogniem, gwałtownie płoną i prędko gasną, w zacisznem sercu uczucie się chowa dłużéj.
— I nie trzeba nigdy narzekać na ten dar Boży, odparł hrabia Ernest, nieszczęśliwi kochankowie politowanie wzbudzają. Szczęśliwy kto się kochać może, chociażby całe życie miał wzdychać nadaremnie. Rzeczywiście biednym jest ten kto nie może, nie umie i nie chce kochać. Temu życia nie zazdroszczę.
Po tych pierwszych wyznaniach, długo jeszcze rozmawiali z sobą, a Pilawski opisał hr. Ernestowi swą scenę z tą piękną panią Palczewską, która mu przebaczyć nie mogła, że się tak na nim oszukała.
Hr. Ernest znał ją nieco, śmiał się serdecznie i nie dziwił bynajmniéj. Przesiedzieli tak z sobą cały dzień. Pilawski gdyby nie rana i nie zakaz doktora natychmiast chciał się wybrać na zwiady. Zwlekało się to jednak od dnia do dnia i przeciągnęło dosyć długo, naostatek uparta ręka znowu jakoś wymagała spokoju i Pilawski niecierpliwił się tak bardzo niemożnością wyjechania, że dobry przyjaciel hr. Ernest jednego dnia odezwał się do niego.
— Jak się masz tak bardzo niepokoić, wiesz co, puść mnie, ja pojadę na zwiady. Dowiem ci się przynajmiéj co są te panie i jak tam słychać? Któż wie, może nie będziesz miał jechać po co? Może Greifer cię uprzedził?. Naówczas lepiéj byś jéj nie widział i nieodświeżał wrażenia, którego się pozbyć potrzeba.
— Myśl ta uśmiechałaby mi się bardzo, zawołał Pilawski, ale, ale, ale będę zazdrosny.
— O kogo? o mnie? rozśmiał się Ernest, ja przecież nie dopuszczę się zdrady, bądź pewny.
Pilawski zamilkł, hr. Ernest nazajutrz przyszedł się z nim pożegnać, jechał do krewnych w Poznańskie i zaręczył, że pewnie nawet w Berlinie nie będzie.
Dobre serce hr. Ernesta chciało przynieść ulgę jakąś przyjacielowi. Ruszył zawczasu układając jakby się najzręczniéj dowiedzieć o Domskich.... a że domyślał się pochodzenia rodźmy z Poznańskiego, wybrał się naprzód do krewnych w Poznańskie. Traf szczególny zrządził, że na wsi będąc u stryjecznego brata, znalazł się tu w chwili, gdy zwołany był do bliskiego miasteczka zjazd jakiś gospodarsko-spółkowy dla narady o wystawie, o kassach i o różnych interesach ogólnych prowincji. Brat który był nieżonaty pociągnął go z sobą. Posiedzenie zwołane było, jak zwykle do najporządniejszego z domów zajezdnych, ale niewiele się osób znalazło, bo jakoś i strzyża owiec i zasiewy wiosenne, i różne powszednie kłopoty przeszkadzały. Narady do skutku nie przyszły dla braku potrzebnéj ilości członków, ale obiad się zjadło w wesołem kółku i pogawędziło. Wiernych powołaniu na zjazd znalazło się tylko osób kilka, między temi naturalnie dziadunio Szczęsny, który w spełnianiu tego rodzaju obowiązków, nawet od dystrakcji był wolnym. Oburzał się on przeciwko absenteizmowi współobywateli i był tego zdania zaraz żeby ich stawić pod pręgierz opinji publicznéj. Szczęściem śmiechem to pokryto. Hrabia Ernest pierwszy raz w życiu widział Szczęsnego i bardzo mu się stary podobał. Przylgnęli do siebie.
— Mój mości dobrodzieju, mówił Szczęsny, to my starzy jeszcze na zawołanie wszędzie. Stary wszędzie, a ta młodzież nic sobie z najważniejszych kwestji nie robi, śmieją się jeszcze z gorliwości naszéj.
— Widzi pan, odparł Ernest, młodzi mają dużo na sercach i głowie, jak postarzeją to się poprawią.
— E! djabła tam, rzekł Szczęsny, nie mam nadziei.
Tak się zawiązała rozmowa. Ernest począł o różnych rodzinach, o nazwiskach, o ludziach nowych i tak zręcznie, będąc pewnym że stary cały świat znać musi, doszedł do zapytania o rodzinę Domskich. Stary się wstrząsnął cały.
— Domskich? jakich Domskich? podchwycił gorąco... albożeś hrabia znał kogo tego nazwiska?
— Ja, nie, ale dobry mój przyjaciel, poznał właśnie przeszłego lata w Krynicy..
— A no, no, matkę z córką.. Elwirę! tę! rozśmiał się Szczęsny, czy hrabiemu kto powiedział, że to przecie moja pupila i jakaś tam wnuczka..
— Hrabia aż w ręce plasnął, nie może być?
— Ale tak jest, tak jest! Lepszéj o nich informacji nade mnie nikt dać nie może.
Ernest przysiadł przy starym, ale uznał potrzebnem obojętnego udawa.
— Ja uchowaj Boże, ani mam prawa ani ochoty żądać informacji. Słyszałem tylko, rzekł, od przyjaciela mojego o pannie Elwirze, którą nadzwyczaj wychwalał.
— Ale bo słusznie, zawołał Szczęsny, który w pupili swéj był zakochany, to ideał, mości dobrodzieju panny skończonéj, utalentowanéj, pięknéj, rozumnéj, a w dodatku, co nigdy nie szkodzi, parę kroć stotysięcy talarów..
Ernest się przestraszył.
— Wiem najlepiéj co ma, bom inwentarz po matce która właśnie zmarła, robić musiał i oto kupiłem dla niéj śliczny majątek Studziennę, i jeszcze się nam został kapitał.
Hr. Ernest już dłużéj wypytywać nie miał ochoty, i nie byłby się też dowiedział nic, bo Szczęsny miarkując z pośpiechu pupili w nabyciu ziemskiego majątku, iż o przeszłości miejskiéj wolałaby zapomnieć, obcemu ani by o niéj napomknął. Owszem sam stary dodał jeszcze, iż ojciec nieboszczki Domskiéj był bardzo zamożnym i wziętym obywatelem, że rodzina blisko mu pokrewna należała do prastarych w księztwie. O mężu pani Domskiéj nie było słowa!
— Ale wiesz hrabia co, dodał stary po chwili, jeśli jesteś ciekawym.. dla przyjaciela czy dla siebie mojéj pupili, ja jutro muszę jechać do Berlina.. jedź ze mną, poznasz mój klejnot i przyznasz mi, że takich panien ze świecą dziś szukać. Hrabia zawahał się nieco, lecz po namyśle, rzekł. Miałem ja być w Berlinie, a gdy mi się tak miły towarzysz drogi trafia... czemuż bym nie skorzystał...
Tak się nad wszelkie spodziewanie ułożyło wszystko daleko lepiéj, niż Ernest mógł marzyć. Szło mu teraz wielce o to, by poznać dobrze opiekuna i pannę, i sposób ich myślenia i idee.. Staruszka polubił, przecież lękał się go dla żywych tradycji przeszłości, która u nas jeden tylko stan uznawała, oddzielając się od reszty.
Nie podobało mu się, że panna była bogata, nie rachował na to wiele, lecz trzeba już było dotrzeć, przekonać się i wiedzieć czy można mieć jeszcze jaką nadzieję. Staremu zwierzać się nie myślał... Pod pozorem innego interesy, ruszyli tedy razem do Berlina, a w drodze choć rozmowy o wszystkiem po trosze toczyły się nieustannie, hr. Ernest nie wiele się potrafił dowiedzieć. Opiekun tylko w zachwycających rysach malował pupilę. Parę razy zapytał uśmiechając się, kto to był ten przyjaciel hrabiego, co się panną interesował. Ernest wszakże uznał właściwem nie wygadać się z nazwiskiem i z niczem, póki by bliżéj nie poznał co się święci.
Szczęsny jak tylko wylądowali w hotelu Meinhardt’a, ledwie się otrząsnąwszy z pyłu pobiegł do Elwiry. Zastał ją niezwyczajnie poruszoną, zniecierpliwioną, kwaśną, dopytywał napróżno. Elwira nie przyznała mu się do niczego, tylko do bólu głowy. Dopiero późniéj w rozmowie poskarżyła się na natręctwo pewnego młodego człowieka który ją nudził nieustannemi biletami, chociaż go raz na zawsze przyjmować zakazała.
— Na te nudy, moja Elwirko, trzeba ci jako pannie na wydaniu być zrezygnowaną, rzekł dziadek, jesteś piękna, bogata i rozumna. Rzesze za tobą chodzić muszą... Rozśmiał się stary.. Ot i ja ci jednego kawalera ciekawego cię poznać, który od kogoś z Krynicy słyszał o tobie, przywiozłem. Pozwolisz mi go zaprezentować?
— Któż to taki? zapytała ciekawie Elwira któréj serce uderzyło.
— Hrabia Ernest..
— Ale skądżeś od kogo słyszał o mnie?
— Szczęsny uważał za stosowne zmilczeć! — Nie wiem od kogo mianowicie, spytasz się go. Pozwolisz zaprezentować?
— Ja nie wiem czy to właściwem będzie, abym ja jeszcze w żałobie, otwierała dom, przyjmowała młodych ludzi...
— Za pozwoleniem, odezwał się dziadunio, żałoba do tego nie ma nic, boć tańcować u ciebie nie będą, a koniec końcem jesteś sama i nie możesz dla jego zostać zakonnicą, zresztą, od czegoż ja i moja powaga. Twój dom jest niby moim domem, więc czasem mi wolno kogoś dobrze znajomego przyprowadzić, chociaż, bądź spokojna, ja nie nadużyję opiekuńskich praw i nikogo ci narzucać nie będę.
Elwira pomyślała, że poczciwy dziaduś kłamie pobożnie, że ten hrabia pewnie o niéj nigdy nie słyszał, ale Szczęsny go chce prowadzić...
Trzeba przyznać, że w sercu Elwiry wspomnienie Gabriela żywe jeszcze mieszkało, a przecież, ten tytuł i to imię arystokratyczne zabrzmiało w uchu jéj jakoś miło, i nie była od tego by poznać hrabiego Ernesta. Dała więc pozwolenie a dziadunio zatarł tłuste rączki z ukontentowania...
— Wiesz co, najlepiéj tak będzie, ja go na herbatę przyprowadzę.. dziś.
— Jak kochany opiekun chce i uważa.
— Nic zdrożnego! nic! Ta ceremonjalna pierwsza wizyta przedobiednia, to ceremonjalne nudziarstwo, my to pominiemy, tak będzie lepiéj.. Elwira nic nie miała przeciwko temu.


Uradował się bardzo hrabia Ernest, gdy mu Szczęsny oznajmił, że po niego o ósméj przyjedzie. Umowa między panną Elwirą i opiekunem odbyła się przy pani Sciańskiéj, która w oknie siedząc robiła sobie pończochę i wcale na nią nie zdawała się zważać. Jednak w godzinę jakoś po rozmowie prosiła o pozwolenie wyjścia na miasto... i pod Lipami spotkała się, zapewne przypadkiem z panem Greiferem. Ten ukłonił się jéj i spiesznie przystąpił.
— Jakto? spytał dosyć groźnym jakimś tonem mimo pozornéj grzeczności, to ja już nigdy nie będę przyjętym.. pani nawet tego mi wyrobić nie może?
— Ale ja jestem w tym domu obcą, proszę pana.. odpowiedziała sucho kobieta.. ja nic nie mogę.. nic...
Greifer uśmiechnął się. Chcę dobrą pani dać radę, rzekł, bo widzi pani, ja się kocham.. a zakochani gdy się ich do rozpaczy przywiedzie, mogą się chwycić.. rozpaczliwych środków.
— Które mu do niczego nie posłużą, dodała Sciańska.
— Choćby do nasycenia zemsty, która jest uczuciem brzydkiem, ale ludzkiem... Człowiek czasem radby się mścić na całym świecie.
— Nawet na starych kobietach...
— Ależ proszę pani, na honor! pani gdybyś chciała mogła byś mi przecie dając świadectwo dobre, wyjednać choć nadzieję.
— Panna jest samowolną.
— Aż do niegrzeczności! zawołał Greifer, boć przecie nie skompromitowała by się przyjmując mnie parę razy...
— Znać nie życzy sobie abyś się pan łudził.
Greifer westchnął.. panna samowolna ale ja jestem uparty. Więc jakże, nie będę nawet przypuszczony do widzenia jéj oblicza..
P. Sciańska milczała, nagle z niecierpliwością pewną, odezwała się cicho. — Probuj pan szczęścia dziś wieczorem. Będziemy mieli gości na herbacie, jest opiekun i przywiózł z sobą hrabiego Ernesta... z Warszawy...
Greifer się zachmurzył.
— Opiekun go przywiózł! zawołał.
— Tak jest, będzie po raz pierwszy. Przyjdź pan wieczorem, służący nie będzie śmiał go odprawić.. A! przecież pana tego uczyć nie trzeba, że na służących są sposoby...
Ledwie dokończywszy tych słów, pani Ściańska bez pożegnania poszła szybko daléj. Greifer stał długo w miejscu drąc rękawiczkę i gryząc palce, potem zwolna pociągnął do domu, ale z miną niewesołą. Hrabia Ernest go przeraziły.. jak tu z takim współzawodnikiem walczyć było!
Na wieczór Elwira, mimo że serce jéj i myśl były gdzieś daleko.. postanowiła przecież wystąpić aby hrabia o domu nie zbyt miał złe wyobrażenie. Łatwo jéj było o to, przy zasobach w jakie troskliwa matka zawczasu dom opatrzyła. Przepyszne srebra, szkło, porcelana, jeszcze nie popakowane dla wywiezienia do Studziennéj, złudzić mogły pozorem domu na pańskiéj utrzymywanego stopie. Elwira sama zadysponowała wszystko... o jednéj tylko zapomniawszy rzeczy, o powtórzeniu zakazu przyjmowania Greifera. Śliczny salon, przepyszne piano Erarda, kwiaty, albumy, wspaniałe meble pozostałe z apartamentem, w których gości magazynu niegdyś przyjmowano, wszystko to składało się na wielce imponującą całość. Sama pani choć w żałobie i żałobnie, ubrała się z wielkiem staraniem, a któréj że kobiecie nie jest do twarzy w czarnem, gdy się ubrać umie? Elwira była prześliczną, a tego wieczora majestatyczną się wydawała. Pani Sciańska ustroiła się także ze smakiem wielkim, tak, że nie zbyt świeże jéj ubranie umiejętnem użyciem zamaskowane zostało.
O ósméj punkt, bo Szczęsny był regularnym, gdy szło nie o niego, ale o kogo więcéj i bojąc się roztargnienia, ze strachu gotów był przybyć wcześniéj, zadzwoniono, hrabia Ernest wszedł z opiekunem. Panie były w salonie.
Pierwszy rzut oka na hrabiego bardzo o nim dobrze uprzedził, podobał się. Elwira zrobiła na nim wrażenie wielkie, miłe, lecz smutne razem, bo salon, otoczenie, zbytek, niestety, mówić się zdawały, że tu Pilawskiemu, posunąć się ani myśleć. Prostą więc tylko zaspakajając ciekawość siadł hr. Ernest, poczynając rozmowę o rzeczach obojętnych. Dziadunio bawił panią Sciańskę, gdy drzwi się otwarły i w białych rękawiczkach, z kapeluszem w ręku, wsunął się Greifer. Zobaczywszy go Elwira na chwilę zdumiona, gniewna, ruszyła się jakby chciała go odprawić, ale zmiarkowawszy się zarumieniona.. skłoniła się chłodno i ręką wskazała mu krzesło nie mówiąc słowa.
Dla obcego świadka tego przyjęcia, było ono tak dwuznacznem iż się dziwić nie można, że hrabia złapawszy rumieniec, pomięszanie, milczenie wywnioskował z tego, że p. Greifer dobrze bardzo widzianym być musi w domu i poufały w nim gościem. P. Szczęsny zdziwił się także, nic o nim lub niewiele wiedząc (tyle co mu z rana napomknięto) a znajdując go, jak sądził na herbatę proszonym. Nie przypuszczał bowiem aby się sam tak zuchwale narzucał. Ale to filut z téj Elwiry, rzekł w duchu, narzeka na natręta i sama go zaprasza. Coś tu jest! kryje się przedemną...
Greifer wszedł tu już zuchwale, a postanowienie miał mocne, iść i daléj przebojem. Skompromitowanie gospodyni było dlań przewidzianym środkiem zbliżenia się do niéj. Wiedział o dwóchkroć sto tysiącach talarów, o Studziennéj, o wszystkiem o czem starający się wiedzieć jest obowiązany, postanowił więc drugim przeszkadzać a sam dotrwać choćby najdłużéj i rękę otrzymać. Przybrał więc humor najlepszy i ton tak rażąco poufały i pewien siebie, że Elwira oniemiała. Zaprezentował się sam opiekunowi wesoło i raźnie jako dawny znajomy pani Domskiéj i panny, zabrał głos i słowem jednym nie żenował się wcale. Pani Sciańska z trwogi nie śmiała oczów podnieść na niego, a pani domu mimo gniewu który ją zgrozą przejął, nie śmiała skarcić zuchwalca. Przysięgała sobie tylko że sługę odprawi natychmiast.
Ernest patrzał, słuchał i smutniał.
— Pilawski tu nie ma po co jechać, rzekł w duchu, ten jegomość go wyprzedził.
Greifer który z powołania wszystkie rodziny znaczniejsze i ich związki znał doskonale, farbując się tą wiedzą na człowieka wielkiego świata, natychmiast zapoznał się i z hrabią i począł go pytać natrętnie o familję, powinowatych, rozpowiadać o galicyjskich swych przyjaciołach hrabiach i książętach, o Baranach, Krzeszowicach, Łańcucie itp.
Hrabia Ernest zbyt wielu znał podobnych panu Stanisławowi intruzów, aby się na téj paplaninie nie poznał. Zwykle łagodny i przystępny dla tego rodzaju ludzi był nielitościwym, stał się więc dumnym i mimo nadskakiwań Greifera, odprawił go bardzo chłodno. Greifer wywnioskował z tego, iż się pan hrabia myśli starać i to go na chwilę zmięszało. Z tych wszystkich wrażeń, domysłów, omyłek, kwasów i strachów, skutek był ten, że wieczór, cały został zupełnie zepsuty. Elwira nawet nie mogąca się uspokoić gniewna, drżąca nie była do siebie podobną i dla tego, który ją widział po raz pierwszy, wydać się musiała przynajmniéj bardzo dziwnie. Nie mogła nawet długo ścierpieć tego, że w fałszywem świetle przedstawiała się [[Korekta|brabiemu|hrabiemu}}, i korzystając z jakiéjś zręczności odezwała się po cichu do niego.
— Obawiam się byś pan co mnie dziś widzisz raz pierwszy, bardzo złego o biednéj gospodyni domu nie powziął wyobrażenia. Nie jestem winną że mnie dziś głowa boli.. trochę z gniewu..
— Jakto? śmiał by kto panią pogniewać? grzecznie odezwał się hrabia.
— Niestety, śmiał o to ten pan, wcisnąć się do mego domu aby humor i wieczór popsuć. Jest to znajomość z wód, Krynicy.. a w tych wodach.. robią się w ogóle nieznośne znajomości.
— Jakto? wszystkie pani podciąga pod to prawo? zapytał patrząc na nią uważnie Ernesta..
Elwira mimowolnie zarumieniła się mocno.
— Prawie wszystkie, dodała, najsmutniejsza rzecz że się z razu nie wie nigdy do kogo nas traf zbliży... a potem..
Niedokończyła jakoś i poczęła mścić się na batystowéj chusteczce za występek Greifera, który dziadunia bawił i kokietował wysilając się na dowcip, erudycję.. na frazesy i wykrzykniki. Starego wziąć było niezmiernie łatwo, był bowiem równie dobroduszny jak roztargniony, a byle kto umiał chodzić koło niego oszukał go łatwo. Szczęsny śmiał się, gadał i bardzo mu ten miły gość był na rękę. Tym czasem z gniewu na natręta, Elwira z projektem napojenia go żółcią, starała się znowu ująć i być jak najsłodszą, najuprzejmiejszą dla hrabiego, który się tem trochę zakłopotał. Gdy piękna kobieta chce, może, niestety, najrozumniejszemu człowiekowi głowę zawrócić. Hrabia był i zacny i rozsądny i nie łatwo dający się bałamucić, przecież tego wieczora uczuł się jakby nie zupełnie panem siebie. Śliczne te oczy, uśmiech, a nadewszystko rozumne słówka.. oczarowały go. Hrabia był dosyć muzykalnym, rozmowa się wszczęła o muzyce, zaproszono gospodynię do Erarda, gniew dał jéj nadzwyczajną siłę i natchnienie. Zagrała jedną z Fantazji Schumann’a, jak tylko Clara Wieck grać je mogła.. potem Sonatę Schubert’a, potem mazurka Chopina.. Wśród tych świetnych popisów, za intermezza służyły niemniéj błyskotliwe rozmowy.. Ażeby nie mówić do Greifera, który napróżno zbliżał się kilka razy i wrzucał po słówku nie odbierając nawet odpowiedzi na żadne, zajęła się hrabią wyłącznie. Była dla p. Stanisława niegrzeczną, on wszakże zdawał się nie uważać na to, i trwał w najdoskonalszym humorze.. bawił dziadunia, poświęcał mu się. W sercu tylko zemstą gorzał..
Tak czas upłynął do herbaty.. Kamerdyner otworzył drzwi do rzęsisto oświetlonego salonu jadalnego, którego dębowy rzeźbiony kredens pełen sreber, zastawa stołu.. kwiaty, czyniły go prawdziwie wspaniałym. Gospodyni udało się posadzić z obu stron przy sobie Szczęsnego i hrabiego, tak że Greifer nieco na drugi plan został usuniętym. Siadł przy pani Sciańskiéj zachowującéj się w ogóle neutralnie w ciągu całego wieczora, i niepodnoszącéj prawie oczów. Z nią po cichu pan Stanisław usiłował zawiązać rozmowę, od któréj się zrazu milczeniem broniła. Dobrze dobrawszy chwilę rzucił jéj jednak do ucha.
— Z dzisiejszego wieczora ciężki mi ktoś zdać będzie musiał rachunek. Siedzę jak na żarzących węglach, ale dotrwam do końca, to mnie okrutnie bawi.
— Może to nie być jednak wcale zabawnem, szepnęła pani Sciańska.
— Nic już do stracenia nie mam, odparł Greifer.. Przy herbacie znowu Elwira tak kierowała rozmową, ażeby ją skupić i zawrzeć w kółku szczupłem między Szczęsnym i hrabią. Greifer się wtrącał, narzucał, odpowiadali mu inni, ale ani razu, ani słowem gospodyni, która pół głosem zaprosiła hrabiego i opiekuna na obiad jutro, tak by pan Stanisław mógł się domyśleć lub pochwycić coś i poczuć że go wyłączono. W godzinę po herbacie Elwira skarżyć się zaczęła na ból głowy.. a stary niespokojny o jéj zdrowie chwycił za kapelusz by ją pożegnać. Hrabia wychodził z nim, Greifer umyślnie się przyzostał. Elwira skłoniła mu się zdaleka aby go pozbyć się prędzéj, nic to wszakże nie pomogło, z bardzo grzecznemi ukłony zbliżył się żywo.
— Jeślim był natrętnym, co sam czuję, i może nie zbyt miłym gościem, proszę o przebaczenie. Są uczucia które o wszelkiéj przyzwoitości każą zapomnieć.
Elwira nie odpowiadając nic odwróciła się i wyszła z pokoju. Greifer stał szukając oczyma pani Sciańskiéj, ale i téj nie było... zagryzł usta i wysunął się.. W przedpokoju mający mu na wschodach poświecić służący, ten sam który go wpuścił, mrucząc szedł poprzedzając.
— Mam panu podziękować, zawołał grubiańsko otwierając mu drzwi, z pańskiéj łaski miejsce straciłem. Jeszcze się herbata nie skończyła, gdy mi pani przez panią Sciańskę oznajmić kazała, abym sobie służby szukał.
Greifer wymknął się co najprędzéj i wściekły pobiegł do domu.


Najobrzydliwszem z uczuć a raczéj namiętności, które zbliżają człowieka do zwierzęcia, jest zemsta. Ewangelja nawet, która nakazuje przebaczać nieprzyjaciołom i miłości obiecuje zwycięztwo, nie zdołała z niéj świata oczyścić. Aż do dziś dnia tę szkaradną pomsty ideę.. znajdujemy uświęconą niejako prawem, obyczajem wrosłą w żywot powszedni. Mści się społeczność, mszczą kodeksy, domaga się pomsty wszystko co nas otacza. Dotknięty człowiek nim pomyślał zkąd nań cios padł, rozgorzeje zemsty uczuciem, choćby sam był winien cierpieniu. Z takiem wzburzonem sercem szukając po głowie sposobu wywarcia zemsty na nielitościwą Elwirę, wracał Greifer do domu. Było jeszcze dosyć wcześnie, miasto roiło się przechodniami, ogródki były pootwierane.. kazał się zawieść do jakiéjś restauracji, a szukając zapomnienia doznanych upokorzeń w butelce, wypijał szampana sam z sobą jakby chciał rozgorzeć więcéj i podbudzić w sobie namiętności. Pod wpływem gniewu i napoju, przyszła mu nareszcie myśl, która mu się wydała doskonałą. Panna Elwira pisma jego nieznała, prócz tego wybornie umiał naśladować charaktery, mógł więc bezpiecznie nakreślić anonym i obrachować tak, aby go w czasie samego obiadu oddano. Dla zadania bolesnego ciosu Elwirze, dosyć mu było donieść jéj że Pilawski... umarł. Mogła się domyśleć zkąd pochodziło doniesienie, ale o to nie troszczył się wcale, zaspokojenie zemsty szło przedewyszystkiem nawet przed rachubą na przyszłość. Spiesznie więc powrócił do hotelu i następujący list przygotował jeszcze z wieczora:
„Niemiło jest być zwiastunką złéj wieści (list miał niby pochodzić od kobiety, na wszelki wypadek) lecz zdaje mi się że dopełniam obowiązku przyjaźni, donosząc teraz o smutnym wypadku, aby daremną nadzieją, nie łudziła się pani dłużéj. Świętéj pamięci matka jéj gdyby żyła, byłaby mi wdzięczną za to, że przyspieszam nieuniknione rozwiązanie smutnego romansu, któremu ona była najmocniéj przeciwną. Dowiedz się pani, iż Gabriel Pilawski, którego wyzdrowieniem napróżno się łudzono, mimo najczulszych starań hrabinéj Palczewskiéj, ostatnie chwile jego otaczającéj pełną poświęcenia opieką, po odbytéj operacji odjęcia ręki, umarł w Warszawie. Być może iż do łez po nim przymiesza się trochę zgryzoty, bo nie bez winy pani jesteś i jéj śliczne oczy. Niechże one po nim popłaczą, a obmyte spojrzą znowu wesoło w świat szukając nowéj ofiary...
List ten odczytawszy parę razy Greifer przepisał, zapieczętował pierścionkiem jakimś.. i postarał się przez szwajcara w hotelu, aby punkt o godzinie czwartéj wręczony został w mieszkaniu panny Domskiéj.
— Wyobrażam sobie scenę przy obiedzie! Panna zemdleje może, list upadnie, hrabia go przeczyta lub się domyśli i ruszy z Bogiem a ja zostanę. Ja pozostać mogę, mnie nie pilno, zobaczymy.


Gdy hrabia Ernest wrócił do hotelu i zapragnął zdać sam sobie sprawę z wrażeń wieczora tego, znalazł się dziwnie jakoś niepewnym i zaniepokojonym. Panna Elwira podobała mu się bardzo, pojmował że się w niéj można było zakochać szalenie, wolałby był jednakże mniéj świetny dom, nie tyle otaczającego blasku, a nawet nie taką energję w charakterze panny, stworzonéj i czującéj że umiała panować temu co ją okalało. Wolałby był nadewszystko nie spotkać tam tego napozór tak spoufalonego adoratora i towarzyszki, któréj powierzchowność drażniła jak zagadka nieprzyjemna. Szło mu głównie o położenie Elwiry i świat w którym żyła, to co dotąd widział mało mu dawało nadziei, ażeby Pilawski mógł być przyjętym wyspowiadawszy się kim był, i jakie zajmował stanowisko. Przezacny Szczęsny podobał się bardzo hrabiemu, był to bowiem człowiek sympatyczny i szlachetny, ale i w rozmowie z nim znajdował hrabia uprzedzenia wieku, stanu i sfery w któréj się obracał, weszłe w życie, w krew, które Gabrielowi na przeszkodzie stać mogły. Piękność Elwiry, jéj wykształcenie, swoboda i ton w towarzystwie zachwycały Ernesta, lecz mimowolnie myślał, jak by się ona pogodzić potrafiła z osamotnieniem które ją otaczało, z życiem zamkniętem lub ze skromnem kółkiem w którem Pilawski obracać się musiał. Wychowana do świata, do ludzi, choć miała wszelkie przymioty z któremi człowiek sam sobie wystarczyć może, wymagać miała prawo od losu coś więcéj nad Pilawskiego skromną rolę, z któréj nigdy wyjść nie mógł. Nawet miljony wydźwignąć by go niepotrafiły, chybaby porzucił to co mu je dało, a przedzierzgnął się na bankiera, na spekulanta, na handlarza pieniędzy, bo temby już zyskał za gotówkę.. zupełne prawo obywatelstwa.
Myślał, wzdychał a oczy panny Elwiry biegały za nim, i uśmiech jéj nęcący migał mu wspomnieniem i bardzo był rady że ją zobaczy nazajutrz, więcéj się zbliży, pozna lepiéj. — Na pierwsze wrażenie, mówił w duchu, nigdy się spuszczać nie można, ten natręt nie dał mi spokojnéj roli badacza podołać, byłem roztargniony, — zobaczymy..
Nazajutrz dziadek Szczęsny przybył zabrać hrabiego o naznaczonéj godzinie.
— A cóż? spytał z uśmiechem, moja wnuczka? co mówicie?
— Prócz uwielbienia, nie do powiedzenia nie mam....
— Kochany hrabio, dodał Szczęsny, takich kobiet dziś nie ma.. to istota wyjątkowa. Widzieliście ją w salonie, lecz nie domyślacie się co to za gosposia pracowita, jak ona wszystko umie i jak się niczem nie brzydzi. Komu się ten skarb dostanie będzie szczęśliwy.
Hrabia milcząco potakiwał.
— Na pierwszy rzut, mówił z zapałem Szczęsny, śliczna laleczka salonowa, ale to najmniejszy z jéj przymiotów. Jest grunt, serce, jest miłość pracy i choć artystka całą duszą, co rzadko — rzeczywistość i jéj obowiązki rozumie doskonale...
Dziadek byłby mówił bez końca, bo się już zapalał, ale nielitościwy zegar wybił godzinę, ruszyli.
Elwira jak wczoraj tak i tego dnia występowała. Chciała nie zawstydzić opiekuna, a hrabiowskie imię, tytuł, stosunki także podziałały na nią, chciała pokazać że wykwintnego życia warunki zna i że ono nie jest dla niéj rzeczą nową. Ułożyła nadewszystko ten obiad w taki sposób, ażeby występ nie był widoczny, aby w nim nie czuć było wysiłku żadnego, aby się wydawał powszednim a był wykwintnym. W domu też nie było o to trudno, a w mieście, to co tak kłopotliwie zdobywa się na wsi, dostaje się z największą łatwością za pieniądze. Tych niepotrzebowała żałować Elwira. Obiad więc przygotowany wedle przepisu starożytnych, na niewielką liczbę osób, mógł być podpisanym choćby przez Chevet’a jako odpowiedzialnego wydawcę.
Pani domu nie zrzucając żałoby, wzięła ją na ten dzień białą z czarnemi wstążkami i było jéj na inny sposób prześlicznie. Hrabia spojrzawszy na nią teraz po dniu, jeszcze mniéj dziwował się Gabrielowi, ale westchnął mówiąc sobie w duchu; dla Pilawskiego pragnąłbym innego rodzaju ideału, cichéj, miłéj, łagodnéj, kochającéj kobieciny, któréj by dom starczył i mężowska dłoń i kątek malutki a spokojny. Jakby dla zatarcia wczorajszych wrażeń Elwira starała się być miłą, wesołą, swobodną, bo się jéj zdawało że Greifer jak chmura na nią cień rzucił. Pani Sciańska odgrywając swą rolę zwykłym sposobem starała się być jak najmniéj widoczną i postrzeganą, szukała kątków, odpowiadała uśmiechami, ale oko jéj śledziło każdy ruch, wejrzenie a ucho każde słówko w powietrzu łapało.
Gdy przeszli do sali jadalnéj, hrabia był już tak przyswojony, że zapomniał zupełnie iż przyjechał dla Gabriela i bawił się, a patrzał w oczy Elwiry na swój własny rachunek. Powiedział sobie nawet parę razy opamiętawszy się na chwilę, że panna była niebezpieczna i że podobnych misji badawczych dla przyjaciół podejmować się nie godzi. Przyszła na myśl bajka Krasickiego i różne inne w świecie słyszane przygody... Nie postrzegł w Elwirze najmniejszéj zalotności, ale ten jéj brak właśnie był najniebezpieczniejszy, drażnił. Obiad rozpoczął się przy najlepszym humorze wszystkich... i już doszedł do połowy, gdy w chwili oczekiwania na półmisek lokaj wszedł ze srebrną tacką i listem na niéj, na którego kopercie stało pilno.
Elwira mało odbierająca korespondencji niezmiernie się zdziwiła, pochwyciła kopertę i nim ją rozpieczętowała zapytała, kto przyniósł i czy na odpowiedź czeka. Służący objaśnił że oddawcą był Dienstmann, który natychmiast odszedł. Parę razy list obróciwszy w ręku, jakby coś przeczuwała.. zdawała się wahać czy go otworzyć.
— Któż widział listy przynosić przy obiedzie, odezwała się, a jeszcze taki jakiś podejrzany. i
Namyśliła się i rzuciła go nie otwierające na tackę.
— Połóż go na stoliku, przeczytam potem.
Dziadunio i hrabia zaczęli prosić, aby nie robiła ceremonji, bo może być co pilnego.
— Ale bo pilnego tak być może? doprawdy, nie rozumiem.. obojętnie obracając go znowu w ręku rzekła Elwira..
Nikt uwagi nie zwracał na panią Sciańskę, która od przyniesienia tego listu, pobladła, spuściła oczy na talerz i widocznie była pomięszaną. Domyśliła się znać zkąd mógł pochodzić, a nawet że nic dobrego nie zawierał.
Opatrzywszy list, pieczątkę, przypatrzywszy się pismu Elwira rozerwała kopertę, poczęła czytać, Szczęsny spostrzegł że blednieje, wyciągnęła rękę słabym głosem wołając, wody! wody, i w chwili gdy Sciańska zerwała się z krzesła biegnąc ku niéj, hrabia widząc ją mdlejącą podtrzymać musiał, ażeby nie upadła.
— To infamja jakaś, to anonym! krzyknął oburzony Szczęsny, którego oko padło na rzuconą na posadzkę kartkę...
Kilka kropel wody, uczucie samo iż ta scena miała za świadków obcych, że oni ją niewiedzieć jak tłumaczyć mogli, otrzeźwiły wprędce Elwirę. Powiodła oczyma osłupiałemi i potok łez popłynął. Przepraszam! przepraszam!... rzekła cichym głosem, coś tak niezwyczajnego.. muszę wyjść, aby oprzytomnieć, ja wnet powracam...
— My idziemy! zawołał Szczęsny i hrabia podnosząc się, ale niech mi wolno będzie jako opiekunowi...
— A! to nic, to nic! szepnęła Elwira, tylko smutna, żałobna, niespodziewana wiadomość.
Rzuciła okiem na hrabiego.
— Niech panowie zostaną, proszę, lżéj mi będzie, ja wrócę...
Zawahali się goście. Hrabia zrozumiał co mu czynić wypada.
— Niech pan dobrodziéj zostanie, ja.. muszę iść obcy byłbym zawsze natrętem...
— Hrabio, ale tak nie odjeżdżaj, proszę, zobaczymy się...
Ernest skłonił się i wyszedł co najprędzéj. Dziadunio został.. Elwira rzuciła się na kanapkę i płakać zaczęła...
— Moja droga, błagam, wytłomacz mi.. może potrafię pocieszyć, poradzić.
— Nie, kochany mój opiekunie, dla przekonania cię iż tajemnic nie mam, czytaj list. Intencja jego była niezawodnie złośliwa, łatwo mi się domyśleć kto go pisał.
— A! zawołała Sciańska przerywając Elwirze, więc o nim pani myśli, to być nie może.
— Tak jest, niechybnie rzekła Elwira. Ale cóż mnie obchodzi kto przyniósł wiadomość, zawsze ona dla mnie równie bolesna.
— A o kimże to w liście, mowa? spytał Szczęsny, bo ja choć opiekun o niczem nie wiedziałem.
— Nie było w tem żadnéj tajemnicy, spokojniéj poczęła Elwira, poznałam nieszczęśliwego tego, którego Greifer zabił.
— Ten co tu był wczoraj.
— Ten sam, kończyła Elwira, poznałam go w Krynicy, podobał się nie mnie ale wszystkim... Był to młody człowiek wykształcony, rozumny, miły, naturalny.. żal mi go tem więcéj iż miałam w nim przyjaciela...
Szczęsny milczał.. W istocie, rzekł zafrasowany, cóż tu począć wszystko jest w ręku Opatrzności, śmierć zabiera ofiary. Uspokój się, kochana Elwiro na to nie ma ratunku.. Takie są losy człowieka... Nie mniéj muszę dołożyć że kto ten list anonyme przysłał tak pospiesznie.. nie uczynił tego bez złego zamiaru i mam go za.. za łajdaka! Tak! powtórzył stary, mam go za łajdaka...
P. Sciańska poglądała na Elwirę i Szczęsnego... przysłuchując się ciekawie...
— Niech mu pan Bóg przebaczy, rzekła cicho płacząc Elwira... dla mnie to cios bolesny..
Dziadek przechadzał się po sali trzęsąc się z oburzenia..
— Gdybym wiedział kto to zrobił, na pewno, poszedłbym z dobrą trzciną wyłatać mu boki. I trzeba było żeby właśnie w tę godzinę wystąpił.. Co hrabia sobie pomyśli! Co on pomyśli.. Stary aż ręce łamał...
Hrabia napiwszy się czarnéj kawy w pierwszéj cukierni po drodze, zapalił cygaro i poszedł zamyślony na przechadzkę do Thiergartenu.
— Grzeczność niedozwala wyjechać nie pożegnawszy się z tą biedną panienką, mówił do siebie, ale nie mniéj nie mam już tu co robić. Jeśli się nie mylę, a mylić się nie mogę, Pilawski by próżno się łudził.. musiał wziąć grzeczność za uczucie, boć panna miała kogoś innego w sercu.. Intrygi jakieś, ten galicjanin nieznośny.. pełno jakichś tajemnic, dom nadto pański, panna Elwira wysoko patrzy... mojemu poczciwemu krawczykowi ani się tu myśleć posuwać.. Ale.. na pożegnanie pójdę.
Zamyślony, smutny powrócił do hotelu.. Nazajutrz chciałby był wyjechać, lecz dzień jeszcze dać wypadało spocząć po tem pannie Elwirze, postanowił więc zostać. Wieczorem przyszedł Szczęsny, który według swoich kombinacji postanowił przed hrabią wytłomaczyć Elwirę, nie przyznając się wcale do prawdziwéj historji. Miał bowiem niejaką nadzieję że się hrabia zakocha a wydanie za takiego pan jak Ernest, któremu państwo nie przeszkadzało być najmilszym z ludzi, jak się wyraził Szczęsny, uważał za największy los jaki Elwirę mógł spotkać.
— Przepraszam cię kochany hrabio, zawołał ściskając go za ręce, przepraszam za ten obiad niefortunny i za moją biedną wnuczkę.. Bogu ducha winna.. bo to historja nie jéj, nie jéj ale jednéj jéj przyjaciołki, tak, przyjaciołki, którą kocha jak siostrę. Znam, dodał kłamiąc dość niezręcznie i łykając wyrazy jak człowiek, który sam dobrze nie wie co ma powiedzieć, znam tę osobę o którą idzie... bo to ona się wychowała z Elwirką. Otóż, mości dobrodzieju wplątano biedną dziewczynę.. w intrygę.. a ta Elwira tak poczciwe ma serce.. serce złote....
Moja wnuczka przeprasza hrabiego, nie mogła się jakoś powstrzymać od wzruszenia, a najwięcéj ją obchodzi, ażebyś hrabia nie myślał uchowaj Boże, iż to coś jéj saméj tyczącego się.
Hrabia zaprotestował, zapytał o zdrowie i czy po za jutro mógłby pożegnać pannę Elwirę, bo zamyśla wyjeżdżać.
— Po za jutro, niezawodnie przyjdzie do siebie.. rzecz się ta rozjaśni.. rzekł Szczęsny. Bardzo jéj miło będzie widzieć hrabiego.
Po krótkiéj rozmowie rozstali się serdecznie, ale stary odszedł zakłopotany, czując że jego niezręczne kłamstwo niewiele zdołało naprawić.


Nazajutrz rano pani Sciańska pod pozorem mszy wyszła do miasta. Cały wieczór przesiedziała przy Elwirze, która płakała i czuła się chorą.. nieśmiała ani pocieszać, ani wywoływać zwierzeń, lecz była milcząco troskliwa, a twarz jéj chwilami przybierała wyraz zmęczenia, niepokoju, rozdrażnienia niewypowiedzianego. Nie położyła się spać prawie dowiadując się o Elwirze kilka razy w nocy, a doczekawszy poranka spiesznie ruszyła z domu. Znać z rozmowy z Greiferem musiała wiedzieć o jego adresie, poszła bowiem wprost do hotelu w którym mieszkał i kazała go szwajcarowi wywołać. Pan Stanisław wybiegł natychmiast; rad był się dowiedzieć o skutku swéj zemsty. Pani Sciańska nie chcąc rozpoczynać rozmowy ani w sieniach, ani w hotelu, prosiła go aby szedł za nią. Kilka kroków zrobiwszy ulicą zatrzymała się.
— Cóż się stało? zapytał ciekawie Greifer.
— Panna Elwira jest chorą, rzekła głosem cichym Sciańska, a ja przychodzę to tylko powiedzieć panu, że jestem zdecydowaną na wszystkie zemsty jego następstwa, nawet na stratę ostatniego chleba kawałka, ale pomagać mu nie chcę i nie będę.
Napisz pan drugi anonym oskarżający mnie, odkryj jéj całą przeszłość moją, którą opłakując, straciłam ochotę do życia, pójdę, pójdę choćby do szpitala, ale do téj intrygi pomagać, miałabym sobie za zbrodnię. Żegnam pana.
To mówiąc spojrzała pogardliwie na Greifera i szybko poszła.. Pan Stanisław pogonił za nią pierwszy...
— Ja pani, rzekł, o żadną pomoc nie proszę, ani się myślę wdawać w denuncjącje, nie żądam nic od pani, chcę tylko wiedzieć, cóż się stało?
Sciańska odwróciła się z twarzą pełną oburzenia...
— Żeś ją waćpan nie zabił, to szczęście.
Greifer ramionami ruszył.
— E! co tam, zawołał, kobiety od takich rzeczy nie umierają. Cóż? zemdlała.. otrzeźwili, wieczny odpoczynek i hrabia zastąpi miejsce wielkiego nieznajomego jeżeli się nie zrazi awanturą. Cha! cha!.. Podejrzenie padło na mnie.
— Broniłam nawet niepotrzebnie waćpana, odezwała się Sciańska, niepotrzebnie, boć pan tego nie wart.. a obrona była próżną. Jakkolwiek charakter listu zmieniony, panna Elwira ma pamięć dobrą a jakaś tam pani w Krynicy list jéj pański dla pięknego stylu pokazywała.. i z tąż samą pieczątką.
Greifer uderzył się w czoło.
— Zapomniałem na wieki! krzyknął, a to ten list do Jaworkowskiéj! Uśmiechnął się ironicznie sam do siebie.
— Bądź że pani spokojną, kiedy tak, dodał, mnie tu nie ma co robić. Zemściłem się i mam dosyć.. Kobieta mnie nienawidzi, nie myślę walczyć z tem uczuciem.. Nie daruje mi téj zemsty. Bądź pani zdrowa...
Ruszył ramionami i pogwizdując poszedł w inną stronę...
Drugiego dnia już Elwira miała siłę i moc nad sobą przygotować się na przyjęcie hrabiego, włożyła grubą żałobę w myśli że jest podwójną... Obiecywała sobie nawet nosić ją całe życie. Całe życie! O! te ludzkie obietnice na wieki, gdy nikt siebie za lat kilka sam nie poznaje, jeśli się ściśle liczy z sumieniem i myślami!! Ale się ślubuje na życie i układa zawsze, jakby człowiek i uczucia jego były nieśmiertelnemi.
Hrabia przyszedł w przedpołudniowéj godzinie, a troskliwy dziadek opiekun, jeszcze go poprzedził aby wnuczce dopomódz do przyjęcia. Elwira była po raz trzeci znowu inaczéj piękną i może najpiękniejszą w tym obłoku smutku, który ją całą obwiewał. Na powiekach miała jeszcze łez ślady.. na ustach tęskny igrał uśmieszek.
— Dzięki Bogu, odezwał się Ernest, że panią widzę lepiéj dziś i uspokojoną, odjeżdżam pewien przynajmniéj że ta chwila tak nieszczęśliwie związana z moim pobytem, żadnych dalszych następstw mieć nie może...
— Powietrze wiejskie, zatrudnienie około domu w Studziennéj, to będzie pono najlepsze lekarstwo, dodał dziadunio, nie mamy najmniejszego powodu przedłużać pobytu w Berlinie i w tych dniach ruszamy na wieś.. a jeślibyś kiedy pan hrabia był w księztwie prosimy niezapominać o Studziennéj.. Moja wnuczka będzie bardzo szczęśliwą.
Elwira ukłonem potwierdziła zaproszenie, przy rozstaniu podała rękę uprzejmie i kilka słowy żegnając hr. Ernesta, przeprosiła go jeszcze za niemiłą ową godzinę.. Hrabia wyszedł smutny jéj smutkiem ale zarazem i tem, że Gabrielowi nie miał co przywieść pocieszającego...


Piławski już był zupełnie zdrów i pozostały mu tylko głuche bóle w ręku. Potrzebując się rozerwać rzucił się do pracy, do interesów, do książek swoich i malowania... Czas pobytu hrabiego w Berlinie wydał mu się wiekiem, zdawało mu się, że powinien był prędzéj powrócić. Codzień posyłał się dowiadywać i codzień przynosił służący wiadomość, że hrabiego jeszcze nie było. Przedłużona nad zamiar podróż niecierpliwiła Gabriela, lecz próżno chciał zapomnieć oczekiwania, z każdą chwilą rósł niepokój. Naostatek jednego ranka hrabia z torebką jeszcze podróżną wszedł do jego pokoju, i rzucił się na krzesło prosząc o herbatę.
— A no! to żem się przecie ciebie doczekał, zawołał ściskając go Gabriel, nim usta otworzysz pozwól mi powiedzieć i prosić o jedno. Żadnéj litości nade mną i żadnych ogródek, żadnych nadziei jeśli ich sam nie masz. Przyjaciel powinien prawdę rąbać śmiało, to pierwszy przyjaźni obowiązek. Widziałeś ją, słyszałeś o niéj?
— Słyszałem, dowiedziałem się czego było potrzeba, odpowiedział hrabia, szczęśliwy traf nastręczył mi znajomość z jéj krewnym i opiekunem, najzacniejszym w świecie człowiekiem. Ten mnie wprowadził do jéj domu, byłem trzy razy..
— Opiekunem, i jakto opiekunem? a matka? zapytał Gabriel.
— Umarła!
— Matka umarła! Więc jakże została? z kim?
— Sama, jakaś ponura dame de compagnie, nikogo więcéj. Dziadek codziennym gościem, najczulszy z dziaduniów...
— Lecz dom, ona.. mów, mów...
— Daj mi odetchnąć, prosił hrabia, zbiorę myśli, nie wiem od czego zacząć.
— Ale ona, wołał Gabriel, ona? podobała ci się?
— Bardzo! królowa.. księżniczka.. co chcesz, rzekł hrabia, lecz kto wie, mój Gabrielu, czy to jest żona dla ciebie... Panna ma familję bardzo wybitnie staro-szlachecką, dwakroć stotysięcy talarów posagu... dobra jakieś kupili teraz... dom na bardzo pańskiéj stopie...
Pilawski powoli osunął się na fotel.
— Mów, rzekł, mów, trzeba mieć rozum.. gwiazdy z nieba, kafli z pieca, szybki z okna dziecko nie powinno żądać. Z losem się moim pogodzę.
— To co ja ci mam do powiedzenia, odezwał się hrabia powoli, jest rzeczą mojéj własnéj obserwacji. Wprawdzie wiodła nią przyjaźń, ale i ta bywa często ślepą. Zatem co ja powiem, jeśli się nie zgadza z tem co ty czujesz możesz odrzucić.
— Mów! powtórzył Gabriel, rozum mieć będę.
— Koniecznie też go potrzebujesz, dodał Ernest, panna piękna jak królowa, wychowana jak księżniczka, ton wielkiéj pani, życie na stopie wytwornie arystokratycznéj, stosunki, jeśli się nie mylę bardzo starannie obmyślane... Jako około dziedziczki będącéj panią swéj woli, kręci się rój różnych konkurentów....
— A! tegom się spodziewał..
— O oczy i o uszy mi się obiło coś, mniejsza oto, najnieznośniejsza dla niéj figura, bo mi to sama oświadczyła, galicjanin typ nie pieczeniarza ale liziłapy pańskiego, Greifer.
— Jest tam...
— Był przynajmniéj, rzekł hrabia, nie chciano go przyjmować.
— Wiesz że to mnie cieszy.. przecież to ten sam, który mnie ranił w pojedynku..
Hrabia nazwiska czy nie dosłyszał, czy zapomniał, dość że dopiero teraz się z niem opamiętał.
— Jakto? to ten sam!
— Niezawodnie, odparł Gabriel, a jeśli go tam nie dobrze przyjmują, to znak że może.. niedokończył i spytał: nie było o mnie rozmowy?
— Strzegłem się tego jak najpilniéj, odezwał się hrabia, nie chciałem cienia posądzenia o to, że jestem twoim szpiegiem...
— A więc, rezultat... zapytał niecierpliwie Pilawski...
— Jest ten, mój drogi, że to może być ideał, że to jest postać poetyczna, wzór dla malarza, dla poety natchnienie, dla kogoś może szczęście, ale nie żona dla ciebie. Dostań sobie jéj fotografiję, każ oprawić w aksamitne ramy, patrz na nią wzdychając po całych dniach, lecz nie posuwaj się daléj. Próby ci nawet nie życzę.. rozczarowałaby cię, a lepsza niepewność i złudzenie niż zwątpienie. Jestem prawie, prawie pewien, że odkrycie tego kim ty jesteś.. odebrało by ci wszelki urok w jéj oczach, tak jak u hrabiny. W dziejach twojéj młodości będzie to karta wspomnienia.. założona rękawiczką i nie więcéj.
Gabriel zbladł, podparł się na dłoni, zamilkł.
Podniósł potem głowę, wyciągnął rękę i ścisnął hrabiego dziękując mu milcząco.
— Były chwile, odezwał się, żem miał jakieś niedorzeczne nadzieje, teraz, teraz widzę żem się łudził napróżno. Z tego co mówisz wnoszę, wierząc sercu i oku, iż tam już jechać nie mam po co... W sferach w których ona żyje, możebym ofiarą porzucenia mojego stanu i pracy, wymógł zapomnienie czem byłem, gdyby ona była ubogą, ale obywatelska córka mająca dwakroćstotysięcy talarów posagu.. nie idzie za krawca, chociażby ten wychował się w Londynie i Paryżu i podobny był jak dwie krople wody do salonowego próżniaka. To darmo.. Największą zawadą dla mnie są te nieszczęśliwe talary. Przyznaję się, że całą nadzieję pokładałem na zrujnowaniu. W Poznańskiem wszyscy są albo już zrujnowani, rujnujący się lub mający się zrujnować. Czasem jedno pokolenie trzyma się na nogach, dwa jeszcze, w trzeciem już są rysy.. a najdaléj czwarte z dóbr przechodzi na jedną wioseczkę lub na proletarjat szlachecki.. najnieszczęśliwszy z proletarjatów, bo pracować nie umie, na los się skarży, stawia na loterje, szuka synekury, nic nie robi i marnie ginie.
Jakimże sposobem ci Domscy potrafili utrzymać się przy majątku? Kobieta, wdowa, bo wiem że matka jéj oddawna wdową została.. Jakim cudem!
— Nawet po śmierci jéj córka jeszcze majątek kupiła i w nim ma właśnie zamieszkać..
— A wprzódy gdzie mieszkały?
— Tego nie wiem, nie śmiałem pytać o majątkowe stosunki dziada.. sam mi się tylko z tego co wiem wyspowiadał.
Pilawski poprzestał wkrótce badania. Hrabia też szczegółów wielu dotykać nie chciał i o wypadku przy stole nie wspomniał wcale.. Cały dzień przesiedzieli z sobą.
— Co poczniesz? zapytał Ernest rozstając się.
— Jutro wyjeżdżam do Londynu, rzekł Pilawski.. mam znaczną partję sukna i kortów do wybierania.. mnóstwo drobnostek.. praca i podróż mnie rozerwą skutecznie.
— A zatem, szczęśliwéj drogi, dodał hrabia, ażeby zaś cię chętka nie wzięła zatrzymywać się w Berlinie, powiem ci że panna z dziadem na wieś pozawczoraj wyjechać miała.
— O! to mi wszystko jedno, kilka godzin ledwie w Berlinie się zatrzymam i spieszę do Anglji.
Takie było najmocniejsze postanowienie pana Pilawskiego, który upakować kazał co najprędzéj tłomoczek podróżny i nazajutrz już był na kolei. Złożyło się tak jednak iż rachunek znaczny miał do załatwienia w Berlinie, gdzie najmniéj dwadzieścia cztery godzin zatrzymać się musiał.
Bankier, z którym miał do czynienia, był człowiekiem bardzo oryginalnym i dla tego może Gabriel wolał z nim mieć interes niż z kim innym. Dziad jego Levison jeszcze przyszedł do majątku znacznego wielką obrotnością, ojciec już był cywilizowanym i salonowym, i trochę literatem i artystą. Obracał się w owych czasach w tych kołach, w których Varnhagena, Humboldta i całe grono myślące i czujące gorąco sprawy swego czasu, spotykać było można. Syna więc też wychował, niezaniedbując bankierstwa i giełdy zarazem, na wielostronnie wykształconego członka społeczności. Dom Levisona zupełnie od jego biura oddzielony był bardzo miłym i skupiał w sobie co najznakomitszego ma Berlin w dziennikarstwie, sztuce, między profesorami i literatami. Jak wszyscy ludzie rzeczywiście wyżsi, Levison nie miał ani upodobania w świecie eleganckim i arystokratycznym, błyszczącym tylko formą przyjemną, ani najmniejszéj pretensji do blasku i popisów; życie prowadził skromne, oszczędne prawie, ale nie żałował na przyjemności duchowe... lubił obrazy, książki, kwiaty, nadewszystko sztukę. Podobieństwo charakterów i gustów zbliżyło ich z Gabrielem, polubili się wzajemnie. Ile razy Pilawski był w Berlinie Levison gonił za nim, chwaląc mu się nowym Knausem, jakim rysunkiem Kaulbacha, szkicem Correlius’a, obrazkiem Lessinga lub Schnorra, krajobrazem Preller’a... rozprawiali o literaturze i spędzali kilka godzin przyjemnych. Tym razem Pilawski przybiegł tylko do biura dla uregulowania swych interesów i wexlów na Londyn... ale w biurze zastał Levisona, który go zaprosił do gabinetu... Pierwszem słowem było...
— Dziś u mnie na obiedzie!
— Nie mogę, jadę do Londynu i spieszę...
— Jeśli interes wymaga, ani słowa, ale za pozwoleniem, rzekł Levison, czy idzie o godzinę? czy obrachowany czas? czy jest rzeczywista konieczność czy gorączka? Jeżeli gorączka to wstrzymam was umyślnie dla tego, aby miała czas przejść, bo nie ma nie niebezpieczniejszego nad robienie interesu w gorączce...
Po krótkiéj rozmowie Gabriel przystał na obiad, po obiedzie miał wieczornym odjechać pociągiem..
Przez cały dzień nie było co robić, wyszedł na przechadzkę do Thiergartenu. Pora była piękna, korzystali z niéj i mieszkańcy Berlina, bo ulice ogrodu były przepełnione. Gabriel szedł z głową spuszczoną nie bardzo patrząc na to co go otaczało, gdy krzyk wyrwał go z zadumy. Podniósł oczy, o kilka kroków stała oparta o drzewo Elwira. Pilawski widzieć się jéj wcale nie spodziewał, nie życzył sobie nawet, lecz zobaczywszy ją, zapomniał o postanowieniu, o radach hr. Ernesta, o wszystkiem w świecie i z promieniejącemi oczyma posunął się ku drżącéj jeszcze z wrażenia.
— Jakto? więc to pan, pan jesteś! pan.. żyw! pan.. nas.. doszła fałszywa wiadomość! O! jakże się cieszę że fałszywa, że skłamana..
— Niestety, rzekł zbliżając się Gabriel z wyrazem smutnym, żyję pani i nie potrafiłem umrzeć w porę...
— Wystaw pan sobie moje zdumienie? Jakże dawno pan tu jesteś? co robisz? żywo zawołała Elwira... któréj twarz rozpromieniała..
— Jestem tu zaledwie od godzin kilku, rzekł Gabriel, przejazdem do Londynu. Powiedziano mi, że pani jesteś już na wsi..
— Kto panu powiedział?
— Hrabia Ernest...
— Znasz go pan!
— To mój przyjaciel najlepszy, jedyny, mówił Pilawski...
Elwira zarumieniła się. A mnie o panu.. niewspominał.. I byłbyś pan tak pominął Berlin...
— Pani, anim nawet wiedział gdzie mam jéj szukać, tłumaczył się Pilawski, ale los choć raz w życiu mi poszczęścił.
— Ja jeszcze do siebie przyjść nie mogę, szepnęła Elwira. W téj chwili dopiero przedstawiła go stojącéj na uboczu pani Sciańskiéj. Gabriel był w dziwnem położeniu, odżyło w nim wszystko co sądził pogrzebionem i chciał mieć zapomnianem. Niewiedział co począć z sobą, Elwira tryumfująca jakby nazajutrz po przerwanéj rozmowie w Krynicy, ciągnęła ją daléj.
— Naprzód, rzekła, chcę wiedzieć.. długo pan bawisz w Berlinie...
— Wieczorem miałem jechać dla interesów do Londynu.. cicho odpowiedział Gabriel...
— Ale interesa, to przecież nie są tak pilne?
Pilawski się zawahał.
— Interesa są interesami, rzekł, nie lubią one czekać, lecz...
— Lecz nie są przywiązane do godziny...
Pilawski zmilczał. W istocie mógł ułatwić je listownie, lecz walczył z sobą jeszcze.. Z tego co mu powiedział Ernest, nie mógł dobréj wyciągnąć wróżby, po cóż było na nowo sobie serce rozdzierać? Z drugiéj strony.. odkradziona chwila szczęścia.. choćby ją opłacić przyszło, tak droga w życiu człowieka..
— Ja będę natrętną, wesoło potrąciła Elwira. Co pan dziś robisz z sobą?
— Jestem na obiedzie u bankiera mojego Levisona...
— Napiszesz pan list, albo mu się wytłomaczysz, albo mu słowa nie dotrzymasz, lecz na obiedzie będziesz panu u mnie. Ja proszę.. Miałyśmy na wieś wyjeżdżać, już zaczęłam się pakować, gdy list mojego opiekuna oznajmił mi, iż dom potrzebuje gruntownych reperacji tego rodzaju, które by mnie przeszkadzały, a ja im. Musiałam więc nająć na nowo mieszkanie w Berlinie, dodała Elwira... i ażeby mi wieś przypominało, najęłam tu willę w Thiergartenie. Dla tego mnie tu pan spotkałeś na przechadzce.
Wskazała ręką śliczny domek jeszcze piękniejszym otoczony ogródkiem...
— Rób pan z bankierem co chcesz.. a przychodź na obiad do mnie potem.. zobaczymy...
Pilawski upajał się dźwiękiem jéj głosu, blaskiem oczów i dobrocią jaką mu ukazywała.. rozum więc, rachuby, zimna krew poszły kędyś daleko, młodość nieopatrzna odzyskała prawa swoje. Zapomniał o niebezpieczeństwie...
— Do Levisona jadę zaraz, odezwał się posłuszny, a godzina u pani objadu?
— Czwarta.. Zwykle jadamy wcześniéj, dziś przez wzgląd na gościa i jego interesa, opóźniam o godzinę. To mówiąc wskazała mu domek ręką.
— Przypatrz się pan tylko dobrze, willi, numerowi, fontannie, bluszczom, abyś w mnóstwie podobnych cacek innéj nie wziął za moją.. Na tabliczce marmurowéj u bramy, napisał jéj właściciel chrzestne imię Villa de Fiori.
Pilawski się skłonił, podali sobie ręce.. Elwira na pierwszéj ławce jaką zobaczyła padła odpocząć. Ona także potrzebowała zebrać myśli.. Na wspomnienie bankiera Levisona z którym też pani Domska miała interesa pieniężne, zadrżała.. obawiała się aby Pilawski imienia tego nie wymówił i nie dowiedział się, że Domska miała niegdyś Magazyn Mód.. że była modistką...
Dotąd bowiem Elwira miała Gabriela za panicza, a przyjacielski stosunek z hrabią Ernestem, jeszcze ją bardziéj w tem przekonaniu utwierdził. Nie mogła też sobie wytłomaczyć, dla czego Pilawski wiedząc o niéj, natychmiast jéj nie szukał i wolał jechać do Londynu za interesami, niż gonić szczęście które mu się uśmiechało.
Nie znajdowała go przecież ostygłym.
Być mogło iż Ernest rozczarował go fałszywem opowiadaniem o Greiferze.. Niech będzie co chce, dodała Elwira spiesząc do willi, teraz, teraz.. on moim będzie, wróciła mi więc szczęścia nadzieja!
Odwróciła się do pani Sciańskiéj, która teraz zawiadywała w domu wszystkiem.
— Kochana pani moja, rzekła z uśmiechem, mam gościa zmartwychwstałego, gościa który mi jest najmilszym, proszę.. przyjmijmy go tak, żebym się nie wstydziła..
— Ale, pani moja, pośpiesznie zawołała towarzyszka.. biegnę do domu i zrobię co tylko można.. Czyż się pani kiedy za przyjęcie u siebie wstydzić potrzebowała?
— Idę z panią żywo, biegnąc poczęła Elwira, urządzimy razem przyjęcie...
Furtka willi była o kilka kroków tylko, a w niéj jak w ramach oprawny stał śmiejący się dziadunio z torbą podróżną w ręku.
— Otoż gość! rzekł a przyjmiesz że mnie. Na dwa dni tylko.. słowo daję.. Za dni cztery mam sesję na którą spieszyć muszę, a przybiegłem tylko moją pupillę zobaczyć, któréj jasna twarzyczka błogiem uczuciem mnie napełnia...
— Dziaduniu! krzyknęła rzucając mu się na szyję Elwira, nie dziw się ale w téj chwili jestem prawie szczęśliwa. Ten którego miałam za umarłego, o którego śmierci mi doniesiono.....
Dziadunio puścił torbę z rąk i uderzył w dłonie pulchne. Żyje!
— Żyje! przed chwilą go spotkałam tu.. przypadkiem.. Nie wiedział żeśmy tu jeszcze.. Jechał do Londynu. Hrabia Ernest, jego przyjaciel, powiedział mu żeśmy już na wsi...
— Gdzie tam.. stęchlizna taka w domu, że trzeba bodaj wszystkie posadzki precz wyrzucić, bo dyle pogniły...
Elwira ręką machnęła w powietrzu. A! na ten raz się nie gniewam za opóźnienie..
— Za pozwoleniem, wstrzymując ją nieco po odejściu Sciańskiéj począł stary, choć ty, kochana pupilko, więcéj masz w pięcie niżeli ja w głowie, pozwól sobie dać dobrą radę.. nie okazuj temu szczęśliwemu śmiertelnikowi, że on cię tak obchodzi.....
— Nie mogę się powstrzymać! westchnęła Elwira, stryj masz słuszność... pokazałam mu nadto może iż mam dlań przyjaźń żywą, gorącą..
— Nadto gorącą, szepnął dziadunio, coś tu już wychodzącego po za szranki przyjaźni. I począł się śmiać widząc Elwirę zarumienioną...
— Z tegom nieskończenie rad, że mnie też tu losy przyniosły i że go poznam... będę spokojniejszy...
— Dziaduniu, całując go w rękę cichutko rzekła Elwira, na miłość Bożą.. gdyby co z rozmowy wypadło, ani słówka o magazynie.. o naszéj przeszłości... mogłoby go to zrazić. Późniéj gdy będę pewna.. gdy dobiorę chwilę, powiem mu to sama, taić nie będę..!
Westchnęła.
— Dość rozumiem! spuszczając głowę rzekł Szczęsny. Cóż to to.. wielki pan?
— Wnoszę... sądzę, bo nic nie wiem.. ale przecież przyjaciel serdeczny hrabiego Ernesta.. człowiek widocznie bardzo majętny.. znać że w stosunkach ze światem wielkim.. kto wie jak wysoko patrzy..
— A choćby też najwyżéj, mości dobrodzieju! przerwał Szczęsny.. a choćby, mosanie, królewicz.. Cóż to i ci braknie? Ani urody, ani mienia, ani nawet krwi uczciwéj szlacheckiéj, Domski... to tam mniejsza o niego, ale matka.. ale dziad, pradziad, nati, possesionati, dygnitarzy koronnych znajdziesz w swojéj genealogji; kasztelan jeden, strażnik koronny, podkanclerzy..
Elwira ucałowała go w ramię. Jednak o magazynie...
— Ani słowa, choć to nieboszczce matce zaszczyt przynosi, rzekł stary, szlachectwo szlachectwem, a kto tak pracować umiał ten więcéj wart niż lada szerepetka szlachcie.
Panna Elwira pobiegła się ubierać i rozporządzać w domu, Szczęsny podniósł torbę z ziemi i poszedł do swojego pokoju.


Umówiwszy się z Levisonem o inną godzinę, Pilawski pospieszył do hotelu, aby być gotowym na czwartą... Długo jednak chodził i myślał i walczył jeszcze z sobą, chcąc jakiś plan obmyśleć na przyszłość. W takim jednak stanie ducha.. próżno człowiek zawładnąć usiłuje sobą i wykreślić sobie drogę. Rady Ernesta przychodziły mu na pamięć, a serce się im przeciwiło.. Byłoby szaleństwem, rzekł w duchu, nie sprobować przynajmniéj czy szczęście jest nie poścignione? Elwira ma trochę serca dla mnie, nie łudząc się, nie pochlebiając sobie czuję to, widzę... któż wie? a jeśli...
Nie chciał się zapuszczać w dalsze domysły. Czwarta nie wybiła jeszcze gdy ubrany, rzucił się do fiakra i do Thiergartenu wieść kazał.. W ganku ocienionym zielonemi splotami bluszczów i wina.... zobaczył zdaleka Elwirę w białéj sukni, a przy niéj przysadzistego dziadunia. Spotkali się w ogródku, gospodyni domu przedstawiła go opiekunowi, który milcząco z razu, długo się w jego twarz wpatrywał, a potem uśmiechnął wesoło. Weszli do środka.. rozmawiając o rzeczach obojętnych.
Elwira gdziekolwiek choćby chwilowo przebywała, starała się otoczyć nie zbytkiem, ale smakownem urządzeniem swojego gniazdka. Lubiła co piękne i wdzięczne i czuła wartość całą napozór obojętnych przedmiotów, które przecież mogą być życia okrasą. Lubiła aby wszystko około niéj zlewało się w harmonijną całość, aby się uśmiechało. Willa więc była urządzoną tak wytwornie i z takim smakiem artystycznym, że po niéj można już było poznać, domyśleć się gospodyni. Ganek przybrany w najpiękniéjsze kwiaty o które w Niemczech nie trudno, salon poważny z kilku ślicznemi obrazami, sprzęt wykwintny a nie błyszczący.. dobór przedmiotów zdradzały artystkę. Cała zresztą willa była z równem wyświeżona staraniem, Gabriel uczuł się w niéj jakby w zaczarowanem gdzieś kątku nie powszedniego naszego świata.
Ale ten kosztowny wykwint, który on też sam lubił, zasmucił go.. Elwira była widocznie wielką panią, a on tylko zamożnym krawczykiem.
— Odkryję jéj wszystko, myślał, to wypędzą mnie z raju... ale w nim słodką marzenia godzinę przeżyję...
Często tak człowiek w obec niebezpieczeństwa łudzi się dobrowolnie i rozpaczliwie zakrywa oczy, byle jeszcze zyskać godzinę.
— Odwlekę wyznanie do ostatka.. dokończył, po co się mam spieszyć.. Drugi raz już mnie nigdy nic podobnego nie spotka.
Dziadunio tym czasem siadł przy zamyślonym gościu i już się go bawić zabierał, a po swojemu chciał zbałamucić i skokietować, co mu łatwo przychodziło jak wszystkim co mają serce.. bo ono mówi przez człowieka, a komu go brak, próżno by je chciał udawać..
— Kochanej Elwirze dziś się doskonale powiodło, rzekł, i to tak przypadkiem istnym trafem! Długoź pan z nami w Berlinie?
— Jechałem za interesem do Londynu, odpowiedział z prostotą wielką Gabriel, miałem się nawet spieszyć bardzo, ale gdym niespodzianie dostąpił tego szczęścia że państwa tu spotykam, już dziś nic doprawdy nie wiem co zrobię.
— To bardzo dobrze, zabaw pan tu.. a interesa powierz komu, rzekł Szczęsny.. Na wieś gdy wyjedziemy, nie łatwo tam panu będzie sięgnąć. A pan w których stronach mieszkasz? dodał dziadek.
— Ja w Warszawie.. cicho rzekł Pilawski..
— Moja wnuczka długo też siedziała z matką w mieście, ale zawsze miasto to nie nasz żywioł, myśmy do wsi stworzeni.. wybieramy się więc przenosić.
Dziadunio już miał na ustach zapytać, gdzie położone były dobra pana Pilawskiego, czemby go w niemały kłopot był wprawił, ale się jakoś powstrzymał. Do rozmowy wmięszała się gospodyni, a tymczasem dano do stołu.. Obiad, usługa dały znowu Gabrielowi wyobrażenie przerażające o pańskim domu.... Dziadunio nie mówił o niczem tylko o obywatelskich sprawach wiejskich, o szlacheckich interesach, robotach i kłopotach. Dla Pilawskiego więc położenie rodziny nie ulegało najmniejszéj wątpliwości, a im więcéj o niem myślał i rozpatrywał się w niem, tem mocniéj przestraszał.
Widząc chmurę na jego czole, Elwira starała się rozbawiać, ożywić.. i udało się jéj tak dobrze, że powiedziawszy sobie: Aprés nous le déluge! Pilawski wcale o przyszłości postanowił nie myśleć i brnąć póki honor pozwalał, póki aż go spytają, kto jesteś? zkąd idziesz? Naówczas powiem całą prawdę, mówił sobie, a będzie co ma być.
Złudzenia obustronne otrzymywały tu pozory bogactwa i pańskości, w Gabrielu zaś powierzchowność i stosunek z hrabią Ernestem, o którego Elwira dopytywała bardzo. Po obiedzie czas tak spłynął niepostrzeżenie iż godzina herbaty nadeszła, Pilawski chciał odchodzić, wstrzymano go. Dziadunio bardzo rozumny zajął się niezmiernie żywą rozmową o stosunkach galicyjskich z panią Sciańską. Elwira z Pilawskim miała zupełną swobodę rozmówić się, mimo świadków, tak jakby ich nie było. Chodzili po saloniku, wysuwając się to do otwartego szeroko pokoju jadalnego oświetlonego a giorno, to na ganek kwiecisty, pod którym kwitnąca natura rozlewała woń upajającą.
— Nie pytam pana czy jedziesz jutro, czy powrócisz prędko, odezwała się Elwira, szczęśliwą jestem że mi spadła z serca ta myśl śmierci i wiekuistego rozstania.. zresztą... westchnęła.. nie chcę ani spoglądać w przyszłość.
— Ja też miałbym ochotę wśród tak uroczéj teraźniejszości, wcale o jutrze nie myśleć.. rzekł Gabriel, ale jutro jest nieubłagane.
— Dla czego pan je zowiesz nieubłaganem?
— Pozwól mi się pani dziś nie tłomaczyć.
— Jedziesz pan jutro? kiedy? dodała Elwira.
— Mogę jechać, mogę zostać.
— Nie jedź pan, prawie nie dosłyszanym szeptem odezwała się gospodyni, przynajmniéj dopóki.. dopóki jest pan Szczęsny.
— Zostanę z radością, z wdzięcznością odparł Pilawski, ale miéj pani litość nade mną. Niebezpiecznie jest do szczęścia się przyzwyczajać, ażeby potem do niego tęsknić. Staje się ono jakby tym krajem, za którym śmiertelna tęsknica Haimweh życie ukraca.
Elwira podniosła czoło białe, bała się mówić, aby nie powiedzieć za nadto.
— Cóż na świecie wiecznego! westchnęła..
A po chwili zwróciła się ku niemu.
— Teraz, rzekła.. nie dziś może, ani jutro, ale gdy się lepiéj, swobodniéj poznamy..... to się szczerze, otwarcie rozmówić potrafiemy? Pamiętam tajemnicze wyrazy jego w Krynicy.. Wszak powody które tam niedozwalały być szczerym już ustały, wszak może dziś będziemy mogli odkryć przed sobą wzajemnie wszystko.
— A! pani nie spieszmy! przerwał Gabriel, ja się boję?
— Pan?
— Tak, ja się lękam.. pani mnie fałszywie sądzisz.. słowem bym jednym ją rozczarował.. Zdziwiona spojrzała na niego Elwira i zamilkła. Co to może być? rzekła w duchu.
Ale po chwili rozmowa znowu swobodnie i wesoło się wiązała... Nie postrzegli się jak noc nadeszła i Gabriel rozmarzony willę około dziesiątéj opuścił...
Dziadunio pozostał.. Elwirze ostatnie słowa utkwiły w pamięci. Powtarzała je sobie z przestrachem..... Mój drogi opiekunie, rzekła po cichu, w tym człowieku jest jakaś zagadka, przestraszył mnie.. Obawiam się dopytywać o nią, a jednak z tą niepewnością żyć nie można. Pilawski jest tu w stosunkach z bankierem Levisonem, którego znasz także. Kto wie, wypadało by może zapytać go poufnie o Pilawskiego. Nie ma wątpliwości iż należy do naszego koła, urodzeniem, majątkiem, wykształceniem, lecz dla czegoż mi powtarza nieustannie, że się czuje niegodnym, dla czego mówić mi o sobie i o rodzinie nie chce.. odkłada? Tak samo było w Krynicy.. tak i tu jest jeszcze. Drżę cała...
Szczęsny stał milczący. Pytać się? no, juściż kiedy zechcesz, zapytam, rzekł, ale, będzie mi to badanie pokątne wstrętliwem. Czuję w nim uczciwego człowieka... jeśli jest co, to się przyznać musi.
Elwira się zawahała, dreszcz jakiś przebiegł po niéj, drgnęła cała.
— Uczyń jak chcesz.. jak lepiéj, to prawda! czekajmy, on nie skłamie. A jednak trawi mnie gorączka, jestem w niewysłowionéj obawie. Dziś, znowu rzucił mi jakieś groźne słowo.
Dziadek nic nie odpowiedział, rozeszli się tak zasmuceni znowu. Rano wszakże stary pod jakimś pozorem wybrał się do miasta. W nocy rozmyślał długo i postanowił nie mówiąc nic wnuczce pójść nazajutrz do Levisona. Pospieszył się tak iż bankiera nie zastał, a że późniéj miał być na giełdzie, a dopiero ztamtąd, wrócić do biura, trzeba było czekać do popołudnia.
Stary poszedł znajomych odwiedzić, kręcił się pod Lipami, zaglądał do wystaw sklepowych, dobił się godziny i powrócił do bankiera. Zastał go nad papierami..
— Kochany panie Levison, rzekł, czy możesz mi dać...
— Co pan każe? wszystko..
— A! tylko pół godziny czasu na rozmowę?
Levison wybiegł do przedpokoju i zakazał przyjmować, wrócił, posadził na kanapie dziadunia, sam siadł naprzeciw w krzesełku i rzekł:
— Do usług!
— Znasz pan pana Gabriela Pilawskiego?
— Doskonale, szczycę się jego przyjaźnią..
— Mam, mam pewne powody, począł spuszczając oczy dziadunio, dla których radbym o nim dokładniejszych zasięgnąć wiadomości.
— Nikt ich panu en parfaite connaissance de cause dać lepiéj nie może nade mnie, rzekł bankier, znam jego, znałem ojca, byłem z niemi w stosunkach Firma solide co się zowie.
Dziadunio wziął to wyrażenie za niewłaściwe użycie przenośni.
— To mnie bardzo cieszy, odezwał się wesoło, bardzo cieszy.
— Pan Gabriel człowiek jakich rzadko, mówił Levison, wychowany jak królewicz, utalentowany, rozumny, uczciwy, a jaki znawca sztuki! co za smak artystyczny. Przytem co to za powierzchowność miła, jakie obejście pańskie.. a co za serce złote.
— Niechże cię uścisnę, kochany panie Levison, krzyknął dziadunio podnosząc ręce do góry, zdjąłeś mi ogromny ciężar z serca.
— Bardzo się cieszę, jestem jego przyjacielem....
— A, a majątkowe jego stosunki? ciszéj z obowiązku sumienia szepnął dziadunio, nastawiając ucha ciekawie.
— Liczą go, między nami mówiąc, pewnie bez przesady, rzekł bankier, na przeszło parę kroć sto tysięcy talarów, ale człek młody, obrotny, w dorobku zrobi niechybnie majątek kolosalny.. Powiadam panu, firma co się zowie solide.
— A familja? zapytał dziadunio.
— Nie ma zdaje się z familji nikogo, rzekł Levison. Ojciec umarł, rodzeństwa o ile wiem, nie ma..
— Wszystko więc jak najlepiéj się składa, uśmiechnął się dziadunio.
— Ma wielką przyszłość, dodał bankier, pracowity, obrotny i o ile wiem, w tym rodzaju to dom pierwszy i jedyny w Warszawie, konkurencja niemożliwa..
— Jakto? dom? co za dom? jaka konkurencja... wyjąknął zdziwiony staruszek powstając.
— A no to Human warszawski! wykrzyknął Levison, mógłby nawet w Paryżu iść z tamtym o lepsze.
— Hę? spytał stary, który się nic nie domyślał, bo o Humanie jak żyw nie słyszał.
— Jeszcze ojciec firmę tak wysoko postawił, a, pan Gabriel ją podniósł jeszcze.
— Fi, fi, firmę! zawołał stary oczy otwierając szeroko, ale jakaż to firma?
— Pierwszy krawiec i handel sukna na cały kraj.. Szczęsny osłupiał, kij mu wypadł z rąk, a on sam osunął się na kanapkę..
— Jakto? czyż pan nie wiedziałeś o tem?
— Ja? o tem że on, krawiec!. krawiec.. bąkał dziadunio, ale mi się nie śniło. Myśmy go mieli za obywatela.
Levison ruszył ramionami jakoś niecierpliwie.
— Cóż pan chce? każdy jest obywatelem kraju po swojemu.. po swojemu! Ale człek bardzo godny. Dziadunio nie odezwał się więcéj, począł szukać kapelusza, obejrzał się i pożegnawszy z Levisonem wymknął za drzwi. Na ulicę wyszedłszy.. stał długo niewiedząc co począć.
— A! niechże go wszyscy djabli wezmą! szepnął po cichu, otóż mi śliczna rzecz.. To mi śliczna rzecz... Zuzia była modystką, a córka by wyszła za krawca.. Tego tylko brakowało.. Ale to nie może być, protestuję, niepodobieństwo!.. Śieszność! Nawet gdyby nożyce porzucił to mu się w herbie zostaną. Śliczny interes! Krawiec.. A niech go djabli biorą!.. I wkręcił się tak do domu i milczał i nic nie było wiadomo! A! rozumiem że zagadkę z tego robił, bo mu rzemiosło przez gardło przejść niemogło! Elwira! żona krawca! krawcowa! To wprost niepodobieństwo.. Gdyby nawet była zakochana, będzie mieć tyle rozumu że sobie to wybije z głowy.
Jak jej to powiedzieć? Ona padnie i zemdleje.... Jeszcze go wstrzymała i pewnie dziś przyjdzie... niech by był sobie po korty jechał do Londynu. Tak to człowiek nigdy nie wie, kiedy nań piorun spadnie.
I mrucząc powlókł się stary do willi, a doszedłszy do furtki wkradł się po cichu i wsunąwszy do swego pokoiku, zafrasowany sam na sam pozostał.


Z rana Pilawski nie przyszedł, dziadunio wszakże przewidywał go na wieczór i sam nie wiedział co począć z Elwirą. Radby był jéj zdobytą wiadomość co najprędzéj udzielić, a nie śmiał, dorozumiewał się jak będzie bolesną. Poproszono go na obiad, panie były same. Elwira uśmiechnięta wyszła do niego z kwiatkiem w ręku, wesoła, a zobaczywszy chmurną jak nigdy twarz zatrwożyła się. Co to dziaduniowi?
— Nie, tykom tak, trochę nie zdrów, zwyczajnie stary, zachciałaś, rzekł zamykając w sobie smutek pan Szczęsny.
— Nie był dziadek u Levisona?
Spojrzał na nią wielkiemi oczyma i skłamał nader i zręcznie. A! u Levisona! Zapomniałem! przepraszam, nic pilnego.
Elwirze o to tylko chodziło, aby ów smutek nie z bióra Levisona pochodził. Troskliwie zajęła się dziaduniem wnosząc, że może by zgotować co trzeba.
— Ale nie, jako żywo głowa mi cięży, bronił się stary, nie troszczcie się o mnie.
A w duchu powtarzał sobie. Jak ja jéj to powiem i kiedy?
Siadając do stołu przyszła mu myśl jowialna.... pojechać do Pilawskiego i z nim się we cztery oczy rozmówić. Zdało mu się z razu, iż to było najprostszym sposobem ukończenia z nim.. jednak po chwili znowu przekonał się iż, bez poprzedniéj rozmowy z Elwirą, do niczegoby to nie prowadziło. Był wprawdzie pewien że wnuczka krawczyka przepędzi, lecz, zawsze należało jéj powiedzieć kto on był. Na to się dziadunio zebrać w żaden sposób nie mógł i gniewał się na siebie. Elwira starała się go swą wesołością rozbawić, ale ta go drażniła jeszcze więcéj. Obiad podano powoli. P. Sciańska któréj oka nic nie uszło przypatrywała się staremu i przeczuwała, że coś ciężkiego miał na ramionach.
W powietrzu czuć było nawałnicę.
Przeszli do salonu, podano kawę czarną. Dziadek który zwykle trzymał się prosto i był rzeźwy, dziś nogami powłóczył, zgarbił się, zgrzybiał nagle. Przy kawie dopiero nieco się rozgadał o przeszłości i z godzinę prawił jak to dawniéj inaczéj bywało. Wzdychał, narzekał, a najwięcéj fukał na ludzi, iż wszyscy ze swego stanu by wyjść chcieli i radzi by udawać innych niżeli są. Na te kwaśne wykrzykniki dziadunia właśnie lokaj oznajmił pana Pilawskiego. Elwira kazała prosić, Sciańska spojrzała na dziadunia i odkryła odrazu, iż jego zły humor był w jakimś związku z gościem. Mimowoli brwi mu się ściągnęły, warga dolna opadła i ukośne wejrzenie skierowało się ku drzwiom. Pilawski wszedł poważny, prawie smutny i nader skromny. Dziadunio wstał by go przywitać, ale nosa ucierał tak zręcznie że już ręki nie podał. Czemubym jéj nie miał dać, rzekł w sobie, takiemu krawcowi co by ze swem rzemiosłem się nie tając porządny mi surdut uszył, ale temu co się kryjąc z kwalifikacją wnuczkę mi bałamuci, nie doczekanie.
Rozmowa jak wczora zaczęła się wielce rozumna, kipiąca i szumująca dowcipem. Dziadek w niéj prawie nie miał udziału.. ale słuchając jéj w głowie mu się mięszało. Krawiec bowiem gadał tak, jakby nigdy nożyc innych oprócz tych któremi papier krają nie trzymał.
— Prawda, mówił sobie p. Szczęsny, że odebrał wychowanie znakomite... i nie winien pewnie iż się urodził synem krawca, że skromny i przyzwoity, ale niech go djabli porwą.... krawiec! no! krawiec i kwita.. Gdyby Elwirka wiedziała o tem, słowa by do niego nie potrafiła wyrzec.. a tak z sobą emablują.... Jestem pewny, że ta bestja wie już, iż sama Domska także z nożyczkami miała do czynienia i z igłą, a to go ośmiela.. Niech go kroć.. boć ma rację.... ma rację. I jak mi się odetnie w ten sposób gębę mi zamknie, nie ma co mówić.
Dziadunio aż wstał, krew mu biła do głowy, począł chodzić po salonie. Co tu robić! co tu robić!
Jak na złość Elwira była wesołą, śmiała się, wyprowadzić potrafiła Pilawskiego z jego zadumy, zagrała na fortepianie.. potem przepatrywano Albumy. Dziadek się przysłuchiwał rozmowie. Jeden właśnie z tych zbiorów zawierał szkice nowożytnych malarzy do słynniejszych obrazów. Zaczęto rozprawiać o artystach. Pilawski mówiąc o tem nie umiał być zimnym. Wygadał się ile oryginalnych kompozycji ma u siebie i jakie.
— A! to pan masz tak cenny gabinet? zapytała Elwira..
— Jest to jedyny zbytek którego się dopuszczam, odpowiedział Pilawski.
— Patrzcie, szepnął dziadek.. krawiec ma galerję obrazów.. otóż to czasy! Gdy o tem mówi, kogożby nie zbałamucił? Można sądzić że udzielne książątko.
I strasznie zakwaszony chodził znowu ręce w tył założywszy. Z rozmowy okazywało się oprócz tego, że ma bibliotekę, że ma piękne i rzadkie kwiaty. Wszystko to do ostatniéj niecierpliwości doprowadziło pana Szczęsnego. A że poufałość rosła niezmiernie między młodemi ludźmi, i już tego wieczoru postęp był bardzo widoczny, Szczęsny powiedział sobie, że tu już nie ma co zwłóczyć i gordyjski węzeł nożycami krawieckiemi przeciąć co najprędzéj należy. Czekał tylko aby po herbacie odszedł sobie p. Gabriel i tegoż wieczora postanowił otwarcie rozmówić się z wnuczką. Pilawski widział zły humor starego i trwoga go ogarniała, ale spodziewał się i tak prędzéj czy późniéj katastrofy.
Po herbacie Elwira grała drobne noveletty i fantazyjki Schumanna, jedną ze scen leśnych, potem kawałek karnawału wiedeńskiego, przyszli na stół Schumann, Chopin, Schubert.. zabawiło to do późna. Szczęsny tylko chrząkał i pokaszliwał, aby im rzeczywistość przypomnieć. Pożegnał na ostatek chłodno odchodzącego, a sam spiesznie do salonu wrócił. Pani Sciańska jakby przeczuwając coś wyszła, chociaż nie daléj jak w sąsiedztwo drzwi drugiego pokoju.
— Coś dziadunio mi dziś, gdy ja jestem tak wesoła, tak szczęśliwa, wcale nie dopisał.
Stary ruszył ramionami.
— Zachciałaś, rzekł, starzy mają swe widzimisia.
— Czyż Gabriel się nie podobał?
Stary poprawił dobitnie. Pan Pilawski?
— Tak, uśmiechając się powtórzyła wnuczka, pan Pilawski.
— Pan Pilawski na wejrzenie każdemu się podoba, to nie ulega wątpliwości, ozwał się dziadek, ale....
— Jest, ale......
— Jest! stanowczo rzekł dziadek.
Elwira zbladła przystąpiła do niego. Stary był poważny, chłodny i myślał. Muszę ją przygotować, bo gotowa mdleć.
— Naprzód, odezwał się, siądź moja droga, spokojnie, pięknie, a potem zwolna się rozmówimy...
Nie domówił tych wyrazów gdy Elwira pochwyciła go za obie ręce. Dziadku, serce! nie miéj mnie za dziecko.. nie złoć mi pigułki, nie zaprawiaj lekarstwa, mów otwarcie.
— Będę mówił, otwarcie, ale...
— Byłeś u Levisona?
— Byłem.. rzekł stary, jeszcze z rana.
— Cóż on powiada?
— Że go zna, że znał ojca jego, że człowiek zacny, uczciwy, dobrze wychowany, bardzo majętny i jego osobisty przyjaciel.
Dziadek ruszył ramionami: Ale przyjaciel Levisona, to jeszcze nie wielka rzecz.
— I cóż może być przeciwko niemu! łamiąc ręce zawołała Elwira, jeśli uczciwy, rozumny i majętny, co na Boga! nie rozumiem... nie pojmuję. Czy zabił kogo?
— Nie, ale prawie gorzéj niżby on kogo zabił... bo on sam zabity na wieki wieków.
— W jaki sposób? mówże, zlituj się.
P. Szczęsny tarł włosy, ruszał ramionami, zżymał się, stanowcze słowo owe przez usta mu przejść nie mogło. Obawiał się, wstrzymywał, dławił niem. Ilekroć spojrzał na tę królewską postać swéj Elwiry a predykat, krawiec, żenił się w jego wyobraźni z tym ideałem.. tracił przytomność. Jak jéj to powiedzieć. Milczał. 5
— Dziadku, na miłość Bożą, niech wiem co mnie czeka, błagała Elwira, niech wiem.. nic okropniejszego nad niepewność! głowę tracę. Możeż być splamionym, niegodnym mnie.
— Jak ja ci to powiem... jest to... jest to trywialne tragiczne rozwiązanie, wyjąknął dziadek ocierając pot z czoła, tragicznie trywialne...
Elwira bladła.
— Dziej się wola Boża.. zawołał spojrzawszy na nią stary, twój Pilawski jest: krawiec!
Wnuczka zrazu nie zrozumiała.
— Jakto, krawiec? spytała.. co to ma znaczyć?
— Jest bogaty krawiec, krawiec! powtórzył dziadek...
— Przyjaciel hrabiego Ernesta! wykrzyknęła Elwira, to nie może być! Hrabia Ernest dla niego tu przyjeżdżał, sam mi się dziś do tego przyznał.
— Takich hrabiów teraz mnóstwo co dla tonu całują się z krawcami. Czas mamy taki! ale nie mniéj jest to, krawiec.
Spojrzał na Elwirę, która stała blada, milcząca głowa jéj zwolna jak więdniejący kwiatek schylała się na pierś.. ręce się zeszły i konwulsyjnie ściągnęły, nie mówiąc słowa poczęła przechadzać się po pokoju zadumana, przybita. Dziadek chciał jéj dać saméj ból ten przetrawić w sobie, nie odzywał się także. Naostatek nie mogąc się doczekać by przemówiła, ozwał się już sam do niéj.
— Cóż ty na to?
— Krawiec! śmiejąc się dziko, dziwnie, ironicznie zawołała Elwira, krawiec! Fatalność, przeznaczenie, szyderstwo doli nade mną.
— Czynię tylko tę uwagę, rzekł dziadek, że naprzód jeszcze ci nie zapomniano, iż jesteś córką modystki.. pójdziesz za krawca, toś skazana żyć między naparstkami.. i nie więcéj. Elwira milczała chodząc.
— Cóż ty na to? poczekawszy rzekł stary.
Ruszyła ramionami i powtórzyła z rodzajem bolesnéj skargi, krawiec..
A potem chodziła znowu..
Dziadek zmiarkował wreście, że stanowczą rolę on powinien był odegrać, że Elwira walczyła z sobą.
— Mnie się zdaje, rzekł spoglądając na zegarek, że gdybyśmy nocnym pociągiem wyjechali gdziekolwiek bądź, wszystko jedno dokąd byle ruszyć z Berlina.. to by było najlepiéj.
Wnuczka nie mówiła nic, milczenie było wymowne, upokorzona, z sercem ścisniętem płakała.
— Powiem pani Sciańskiéj, żeby maleńki kuferek upakowała: ona tu może zostać a my się przejedziemy nad Ren.. czy do Ems.. na parę tygodni. Powietrze zdrowe.
Czekał odpowiedzi, ale jéj nie otrzymał. Raz Elwira zerwała się z krzesła nagle, jakby idącego dziadunia wstrzymać chciała i bezsilna opadła na krzesło, powtarzając raz jeszcze, krawiec!
Dziadek zadysponował pakowanie, sam zaś poszedł po powóz. Sciańska przyniosła worek podróżny i burnus, pytając co ma zabrać, ale ruszeniem ramion odpowiedziała jéj tylko Elwira. Słychać było turkot powozu, który się zbliżał do furtki.. W kwadrans późniéj pani Sciańska chodziła po swoim pokoju i pozamykawszy drzwi wszystkie, zabierała się do snu... może nie bardzo nieszczęśliwa z tego, iż została sama panią domu.


Gabriel przeczuwał coś złego, a przynajmniéj burzliwą scenę, wymówki, pojednanie... ale się nie spodziewał tak doraźnego sądu nad sobą, rozmarzony wyszedł z villi i powlókł się do domu piastując w rękach daną mu różę stolistną, któréj zapach go upajał. Powróciwszy z religijnem poszanowaniem włożył ją w szklankę.. woń ta całą noc sny mu rajskie sprowadzała.. w marzeniu chodził po ogródku z nią.. ona opierała się na jego ręku.. cicho szeptali o przyszłości.......
Gdy się zrana przebudził cały był jeszcze upojony temi snami, i z niecierpliwością doczekawszy przyzwoitéj godziny.. pobiegł do villi dei Fiori.
Biedni ludzie co niegdyś szczęście znali, a potem ucierpieli wiele, dochodzą czasem do tego upadku serca, jeśli się tak wyrazić godzi, iż niemal się cieszą widokiem niedoli cudzéj i losu podobnego swojemu. Pani Sciańska domyślała się przyjścia tego pana.. słuchała całéj sceny podedrzwiami i doznawała cierpkiego jakiegoś zadowolnienia myśląc, iż będzie zwiastunką bólu, narzędziem Opatrzności.. Stała w ogródku, na każdy szelest w ulicy gotowa sama zbliżyć się do furtki.
Około godziny pierwszéj Pilawski nadbiegł, nie znalazłszy odemkniętego wnijścia, zadzwonił. Pani Sciańska z książką w ręku powoli szła już uliczką, aby mu otworzyć. Gabriel miał jeszcze twarz uśmiechniętą nadziejami.
— Dzień dobry pani.. a przepraszam!..
Sciańska zwolna otwarła i słodziuchno szepnęła.
— Ale nie ma w domu..
— W mieście są?
Wdowa uśmiechnęła się kwaskowato.
— Prawdziwie nie wiem dokąd, wyjechali w nocy.. nagle....
Pilawski krzyknął i pobladł.
— W nocy.. nagle, ale cóż się stało?
Sciańska z politowaniem nań patrząc milczała.
— Pani nie wie?
— Ja, nie wiem.. to jest.. nie powinnam wiedzieć.
— Czy wypadek jaki?
— Żadnego.
— Czy przyczyna.. czy może to być w jakim związku ze mną, z moją bytnością? zawołał Gabriel, Sciańska bawiła się parasolikiem zafrasowana.
— Proszę pani, racz mi być litościwą, powiedz, jeśli się godzi, błagam...
Zwolna zwiędła twarz Sciańskiéj podniosła się z tym obrachowanym ruchem dramatycznym, który dawniéj w innych wcale scenach, musiał być przez nią używanym i szepnęła:
— Mocno boleję nad losem pana.
Skłoniła się poważnie i powoli odeszła...
Pilawski reszty się domyślił. W czasie burzy co chwila się spodziewa pioruna, jednak gdy uderzy, musi człowiek zadrżeć. Gabriel zrazu szedł jak pijany, uśmiechając się do siebie ironicznie i powtarzając tylko, to przedziwnie! tak być było powinno! ale bo jakże być mogło inaczéj! Wybornie, wyśmienicie.. Tak się dobił do hotelu, upakować kazał.. i zamiast do Londynu do Warszawy powrócił.
Przeczytawszy w kurjerku doniesienie o przyjeździe jego hrabia Ernest, zrazu oczom wierzyć nie chciał, sądził że to jaka omyłka, bo z Londynu tak rychło powrócić nie mógł. Przechodząc wszakże ulicą wstąpił.
— Co ci się stało.. jakim sposobem się tu znalazłeś? zapytał w progu.
— Najnaturalniéj w świecie, uśmiechając się rzekł Pilawski, posłuchaj. Opowiedział mu rzecz całą. Pewny jestem że mój przyjaciel Levison, którego już na wyjezdnem spytać o to nie miałem czasu, musiał wszystko wyśpiewać.. Panna i dziadek opiekun, znikli mi bez listu, bez pożegnania, a smutne oblicze dame de compagnie, mój los mi zwiastowało.
Pilawski śmiał się ale w śmiechu tym żółć była i gorycz przejmująca. Ernest dłoń jego ścisnął milczący. Tak lepiéj, rzekł, wszystko to wyjdzie ci na dobre.. Został ból, ale uciekła nadzieja, a gdzie jéj nie ma tam i miłość długo nie może gościć.
— Powiedzcie raczéj, gdzie jest politowanie nad słabością.. miłość ustaje...
— Ale daj pokój, zawołał Ernest, panna miała rozum. Byłbyś nieszczęśliwym albo byś się sprzeniewierzył swym postanowieniom, albo byś się męczył patrząc na jéj znudzenie, na cierpienie, na wyrywanie się z téj sfery w któréj by wytrwać nie mogła.
Powtarzam ci stało się dobrze i powinieneś sobie tego winszować. Zażyłeś heroicznego lekarstwa i wyzdrowiejesz.


Działo się to w r. 1867... w roku 1869 w trybunie Florendzkiéj galerji, stał młody przystojny mężczyzna na którego ręku sparta była serdecznie uśmiechająca się młodziuchna kobiecina, bardzo miła blondynka z niebieskiemi oczyma i wyrazem słodyczy a dobroci, który tylko nasze blondynki miewają. Słuchała ona z natężeniem wszystkich władz cichego szeptu, którym towarzysz starał się jéj wytłomaczyć, uprzystępnić, piękność madonny Rafaela. Był to niemal cały wykład teorji sztuki, ujęty w niewielu uczuciem namaszczonych słowach. Kobieta poiła się może zarówno harmonijnym dźwiękiem kochanego głosu i myślami które z nim płynęły..
— Czyś mnie zrozumiała? Anielko....
— O! doskonale, szepnęła kobieta, ale mów, mów jeszcze, ja cię tak słuchać lubię, ty tak ślicznie mówisz o tych pięknych rzeczach.. które po nad ziemię podnoszą. I powiedz mi, wytłomacz jakim sposobem wśród tych ziemskich goryczy, zawodów, szału... niesmaków i niedoli, wykwitują te myśli, wstają te ideały, rodzą się te cudne posągi, zjawiają te anioły Angelica i te pieśni wieszczów, zkąd oni czerpią barwy, tony i natchnienia?
— Wszystko to co tworzy sztuka, rzekł mężczyzna, wszystko co nad-ziemskie jest polotem, jest uniesieniem ku niebiosom, jest ich pragnieniem, objawieniem, obietnicą. Gdyby człowiek był marną błota grudką.. zkądżeby w niem zrodzić się mogły te perły i brylanty? Jest w nas coś co dźwiga, unosi i zaręcza iż śnione na ziemi, wyśni się w niebiosach.. mój aniele.
I cicho poczęli szeptać do siebie, uśmiechając się słodko tak, jak się w pierwszych dniach rozkwitnienia szczęśliwa miłość uśmiecha... W tem mężczyzna spojrzał, drgnął i zamilkł. Drzwiami od korytarza wchodziła druga para.. do naszéj pierwszéj wcale niepodobna. Mężczyzna młody ale podobniejszy do fryzjerskiéj lalki niż do żywéj istoty i śliczna, wspaniałéj postaci kobieta, dumnego wejrzenia, pańskiego oblicza i ruchu. Mężczyzna wprawdzie podawał jéj rękę, ale miał przy niéj minę lokaja, który na chwilę pozbył się pana i suknie jego włożył.. Kobieta była bardzo piękna, na czole rozumnem, w oczach ognistych malowała się dusza o szerokich skrzydłach; ze smutku wejrzenia, z nadskakiwania towarzysza można było odgadnąć, że ten elegant wykrygowany już ją śmiertelnie znudził. Nie słuchała jego szczebiotania, nie przyjmowała usług, jak kulę u ręki ciągnęła go za sobą.
Wchodząc oboje spostrzegli wprzódy niż Remouleur’a.. ową parę szczebiotek.. Kobieta oblała się karmazynową krasą, mężczyzny twarz zżółkła, zatrzymali się nieco, jakby nie wiedząc co poczną.. Pierwsza para podniosła oczy także, kobieta tylko przelotny rzuciła wzrok.. i odwróciła go do męża, mąż widocznie był zdziwiony, uśmiechnął się i spuścił oczy, żywo odzywając się do towarzyszki.
— Na dziś trybuny dosyć, wróćmy na korytarz do matki Boskiéj Angelica i tych muzyków aniołów, tak pięknych rzeczy za wiele na raz nie trzeba oglądać, by duszy nie przekarmić. Jutro pójdziemy da1éj, ale powoli, powoli.
— O! powoli, powoli, szepnęła Aniela, ażeby ta podróż po światach marzeń sztuki, jak najdłużéj trwać mogła!
Gdy oni wysuwali się powoli, mężczyzna z drugiéj pary, szepnął do swéj pani.
— Chwała Bogu wyszli.
Kobieta potoczyła wzrokiem ku drzwiom.. a w wejrzeniu tem był gniew, wymówka, ból i wzgarda niemal dla towarzysza..
— Dosyć że, sucho śmiejąc się rzekł mężczyzna, losy nam ciągle spotykać się każą. Pan Pilawski jak widzisz ożenił się.... ożenił.
— I żonę ma bardzo ładną! dumnie dodała kobieta. Zdaje mi się, że nas nie spostrzegli.
— To jest, miał rozum nas nie widzieć, to było co się zowie z taktem, rzekł mężczyzna.
— Pilawski miał zawsze wiele taktu! dorzuciła kobieta.
— Wiem, wiem i wiele innych przymiotów, któremi nademną biednym celował, z pewną wymówką począł mężczyzna.
— Ale bo też ani się was porównywać może, dodała kobieta, spoglądając na pokornego małżonka. Pilawski to natura artystyczna... a ty mój dobry Stanisławie, jesteś naturą... naturą.
Słowo się nie znalazło i obeszło bez niego, pan Stanisław Greifer z pierwszego przymiotnika był tak zadowolniony, iż drugiego nie wymagał, nie dopominał się nawet o wyjaśnienie westchnienia stłumionego, które się z piersi pani jego wyrwało. Trybuna nie zatrzymała ich długo.. Pan Stanisław znajdował że to oglądanie nużyło niesłychanie, a nie bawiło wcale! Czy pani podzielała to zdanie, powiedzieć nie umiemy, nie zdawała się jednak uwzględniać życzeń męża.

Czytelnik domyślił się iż w pierwszéj parze, szedł Pilawski z młodą żoną, a w drugiéj panna Elwira z Domskich baronowa Greifer, gdyż pan Stanisław o ten tytulik za protekcją jednego z delegatów się postarał. Delegacja któréj zadaniem jest, jak się zdaje, wyrabiać koncesje na koleje, przywileje na banki i tytuliki dla przyjaciół, spełniła z łatwością życzenia człowieka, mającego takie zachowanie i stosunki arystokratyczne.. Śmiano się z tego baronowstwa po cichu, lecz przyjmowano piękną, utalentowaną, rozumną baronowę w Łańcucie, Krzeszowicach, pod Baranami, pod Kawkami, słowem wszędzie gdziekolwiek zapragnęła, z uwielbieniem i podziwem, że taki klejnot dostał się panu Stanisławowi, który teraz ze złotego młodzieńca, wyszedł przy nim na tombakowego małżonka.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak zamknięcia nawiasu, prawdopodobnie winien być po słowie przyczesane.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak znaku przestankowego, przecinka lub myślnika.
  3. Przypis własny Wikiźródeł jw.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka po pierwszym wyrazie słucha lub zbędne jego powtórzenie.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka po pierwszym wyrazie cierpi lub zbędne jego powtórzenie.