Z księgi krajobrazów

>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z księgi krajobrazów
Podtytuł W lasach
Pochodzenie Przegląd Literacki 1887 nr 48
Wydawca Erazm Piltz
Data wyd. 1887
Druk Trenke i Fusnot
Miejsce wyd. Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Z księgi krajobrazów
(Rękopis niewydany).

W LASACH.

....Jesteśmy w głębi puszczy.
Ślady stóp ludzkich, ręki i siekiery znikły. W tym mateczniku, jeżeli kiedy postał człowiek, to się tylko przesunął z trwogą, z obawą, aby puszcza, mszcząc się za naruszenie jej tajemnic, za wtargnięcie do przybytków, nie zgniotła go i nie zdusiła. Tu drzewa z całą rodziną swą — panami, zwierz dziki mieszkańcem.
Pnie poczwarnych olbrzymów, obnażone z gałęzi, zabliźniwszy nawet ich ślady, pną się dumnie ku słońcu i w górze tylko wieńczą zielenią. Dołem panują ciemności, słońcu tu nawet zaglądać niewolno. Promień, który się tu wdziera drżący, zaledwie chwilę zabłyśnie, i, jakby szukał drogi, którędy uciec — ślizga się po ziemi, przesuwa po pniach, czepia niespokojny po gałęziach... i wraca do góry. Tu jeszcze wszystko, co niegdyś zasiały tajemnicze dłonie, które świadka nie miały swej pracy — rośnie ze sobą razem i żyje. Sosny i dęby, buki i lipy i brzozy smukłe, którym do góry, do światła wspiąć się trudno, a które liśćmi drżącemi zdają się błagać litości...
Puściwszy wzrok w te portyki kolumn — nie widać ich końca... Ciągną się aż w mroki niedojrzane... i w nich gdzieś giną... Dołem leżą trupy, ruiny, śmiecia, nawały, pokoty, rumowiska, wszystkie reszty życia roślinnego, któremi uboga gawiedź się żywi.
Niegdyś burza, lecąc górą, wpadła w te czeluście i obaliła olbrzyma, pochwyciwszy go za głowę. Legł naprzód, wstrzymany przez pnie sąsiady, jak człowiek omdlały na rękach swych stróżów. Cała korona korzeni, podziemnych gałęzi, wydobyta na wierzch, obnażona, przestała ciągnąć soki. Trup konał długo, schnąć zaczął, gnić zaczął, zwolna się chylił, osuwał — legł w końcu...
Rzuciły się nań mchy naprzód i porosty, na nich niewiadomo zkąd przybłąkane nasiona puściły, zaczął się okrywać trawami, zielem, grzybami, kwiatami...
Zkąd się one tu zjawiły?
Nasiona ich, drzemiąc czekały lata, nim je zgnilizna olbrzyma ze snu zbudziła. Rosną też teraz z pośpiechem, z łakomstwem życia, piją spragnione, puszczają pędy sążniowe ku słońcu, rozkładają wiotkie gałęzie na boki, zabierają i przywłaszczają sobie przestrzenie, niby osadnicy gwałtowni na bezpańskiem.
Całe tłumy ich biją się tu o spuściznę nieboszczyka, który im nie był ni bratem, ni krewnym... Tymczasem korzenie trupa puściły odrośle rozpaczliwe, ale tym pogrobowym dzieciom nie wyrosnąć już w drzewa... zmarnieją w kolebce... olbrzymy potomków nie mają.
Na tym pierwszym powale legł drugi... Burza otworem wdarła się znowu, bo jej prawem zniszczenie, które jedno życie zamyka, aby drugiemu dało początek... Nadszarpnięty pień sąsiedni podgnił, pochylił się i obalił na pierwsze... Jedne na drugich wzniosły się tak w ogromną górę ruin... Rosły lat seciny powoli, pracowały na ciało i korę, oszczędzając się po odrobinie, a jeden podmuch głupiego wiatru, zrzucony z chmur, mszcząc się własnego upadku na niewinnych, zgruchotał pracę wieków...
W tym stosie trupów — już nowy świat się rodzi... Naprzód pleśnie, mchy i porosty, i co w zgniliźnie zaczyna żywot bezkształtny; po nich rośliny, krzewy, drzewiny, a z niemi całe tłumy nieznanych istot, które wylęgła zgnilizna: robaczki, muszki, ślimaczki, pająki, gąsienice, motyle, żuczki... Wszystko to mrowi się, roi, wije, wojnę ze sobą prowadząc; mieszkania sobie sklepi, świdruje, — lepi, ryje, a tępi się o nie i zajada.
Po małych stworzonkach większe przychodzą na paszę, przypełznął wąż ślizki, zamieszkała mokra ropucha, na krzaku zawisło gniazdko ptasie. Miljony muszek, stadami, chmurami, rodzą się w oczach, wirują chwilę i umierają, w pył rozsypując rozsadnik żywotów nowych...
W tej ciszy i mroku, ruch ciągły, niezmierny, ledwie dojrzany a wściekły, bo to bój o śmierć lub życie. Dramat! tragedya sturamienna. Zastępy istot zrodzonych zrana — wieczorem pożarte, umarłe... znikły. Śmierć nie ma tu spoczynku, jak życie, nie nastarczy zabijać, tak miljonowe z trupów powstają żyjątka... Na przekorę jej przybierają formy coraz nowe, aby coraz inaczej zabijać musiała i wytępić nie mogła...
Dzieją się tu cuda, których nikt nie widzi. Niebywałe kwiaty podnoszą się na tym pognoju i stroją we wszystkie barwy tęczowe dla patrzących na nie ciemności... nieznane istoty wylatują z jakichś jaj, zapomnianych przed lat tysiącami... Walka o byt straszna, bezlitośna, ale bez jęku, a może bez boleści...
Wszystkie te byty i istoty bezrozumne, a przynoszą ze sobą na świat wiedzę swych potrzeb i przeznaczeń, instynkt nakazujący, skupiają się w pary, rozłamują na połowy, bronią, walczą, żywią, płodzą... Skierka tego ducha, którego prądy przebiegają nieustannie cały świat, błyska w tych niewidzialnych atomach, które na całe wyposażenie do życia mają woreczek z plewki, kropelkę płynu, ziarnko przyszłości, a czasem parę włosów, zamiast nóg i skrzydeł...
Patrzcież no — patrzcie... ta ruina, przybytek życia i śmierci — to gnojowisko, jakże ono w blasku zabłąkanego promyka, na ciemnem tle lasu — cudownie pięknie się maluje. Splatały się w niem suche i żywe gałęzie, liście, prątki, łodygi, badyle, włókna, kawały kory obok obnażonych próchn, zczerniałe głębie drzewa i zbielałe konary, które ptacy z łubków odarli.
Gałęzie, jak poczwarne jakichś stworzeń pazury i nogi, strzelają do góry, głębie pni wygniłych czernieją jak paszcze. Zieleń mchu, siwizna pleśni, bladość próchna, wszystkie odcienia brunatnej gnilizny, wszystkie stopniowania zieleni zimnych i gorących, popielatych i złocistych, składają się na ten obrazek, złożony z tysiąca szczegółów, w których oko błąka się i gubi...
Zdajesz się okiem słuchać tysiące drobnych głosów, szmerów, szemrań, mruczeń, bzyczenia, zlanych w jeden chór barw dziwacznych.
Natura maxime miranda in minimis — mawiano dawniej, gdy jeszcze tych najmniejszych istot, które my dziś widzimy, nie domyślano się w powietrzu i pyłach. Cóż dziś?... Maleńki ten świat proletaryatów natury straszny i wrogi... Dzieci to życia razem i potężne śmierci narzędzia... Oddychasz niemi, w krwi ci się płodzą, w sekundzie rozmnażają na miljony i olbrzymów łamią miljonem tym pyszczków, ssąc z nich życie. Są pyłem, są mgłą, są oparem, są powietrzem, stają się wodą... trują, dławią i burzą.
Dalej w las... I tu niestety bezmyślne życie natury, całe się wyraża tylko bojem. W jednem miejscu sosny spędziły co żyło przy nich, nie chcąc obcych cierpieć przy sobie... Osika czeka cierpliwie. Przyszedł pożar, który sosny wypalił, ona zajmuje plac opustoszały i nie daje na nim zejść ani jednej sosence... Kolej przyszła na nią, jak ty mnie, tak ja tobie.
W starych tylko zakątkach jeszcze jak w raju, żyją razem w zgodzie wszelkie drzewa, choć łokciami jedne drugie odpierają. Słabszym trzeba się chylić, giąć, ustępować i płaszczyć, silniejsi z dumą podnoszą do góry czoła.
Ale od pnia odrastające ich potomstwo ginie, zjedzone przez mściwych sąsiadów. O każdą gałęź walkę toczy drzewo, a czasem — o, dziwo! — gdy dwa graby ścisną się i poplączą gałęzie, jedna z nich wrasta w drugą, wpija się... tworzą niby małżeństwo przymusowe, jedno ciało... wysysając z siebie soki wzajemnie. Bój to najstraszniejszy, bo jedno odstać od drugiego nie może, aż uschną oboje...
Zdala ten kawał lasu jakże przepięknie wygląda... wiosną czy jesienią, nawet zimą. Każde drzewo inną ma postać, barwę inną, układ gałęzi odmienny, charakter własny. Inaczej układają się liście na każdym: mają twarze, cery i oblicza. Ciemna zieleń sosen, żywsza a silna świerek i jodeł, blada brzóz, siwa osik, tworzą mozajkę harmonijną. Jedne się składają w kłęby, zaokrąglają w półkola, drugie ostremi końcami rozpościerają i przebijają naprzód. Tam gałęź sterczy sucha i goła, owdzie młoda a prosta, śmiało sunie póki zgiąć się nie będzie zmuszoną.
A pnie? Po samym pniu poznasz tu każdego... Kto go rodzi i jakie w tem społeczeństwie miejsce zajmuje... Sosna zimna, silna, twarda, wytrwała, ani się da skrzywić ni rozpada. Słupem strzela w górę. Na brzozowej bieliznie już plam pełno. Białemu się utrzymać trudno, drudzy brudzą... Lipa awanturnicza pęka się i rozszczepia, kłóci, rozpasuje, krzywi, daje wyszczerbiać, a żyje, próchnieje w zieleni.
Dąb, choć go pioruny porozszczepiają z wierzchu, choć nadgnije, ma siłę stać i łyse konary jak ręce wyciąga do góry. Mchy go porastają — nie czuje...
Jodła okryta gałęźmi jak płaszczem otula pień biały...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Spalony las, to cmentarz. Niedopalone pnie sterczą na nim jak grobowce. Jedne drzewa legły na czarny węgiel spalone, drugie stoją z gałęźmi posmolonemi i żółtemi. W dole suche trawy szeleszczą... Ziemia nawet zdaje się wygorzała i na długo bezpłodna...
Dziko, pusto, smutno, krucy kraczą lecąc górą... Ptastwo nie śmie gniazd kłaść na spaleniznie... Z jamy, w której duszno mu było, wydobył się lis, rozgląda... i przemyka gdziendziej szukać żeru...

J. I. Kraszewski.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.