Lekarz obłąkanych/Tom II/XLIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Lekarz obłąkanych
Wydawca Wydawnictwo „Gazety Polskiej”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Médecin des folles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XLIX.

— Że René Jancelyn uciekł, to nie ulega wątpliwości. Matylda dostała pomieszania zmysłów wskutek pożaru, pozatem podejrzewają tego ostatniego że jest sprawcą pożaru, w którym biedna o mało nie spaliła się. Rittnera nie widać nigdzie. Wszystko to składa się dziwnie! Cóż się tu stało podczas mojej nieobecności? Jutro — pomyślał Leclére — pójdę do Auteuil. Tam dowiem się zapewne czegoś. Najmądrzej jest wieczorem powrócić do Neuilly. Laurent będzie miał może jakie wiadomości.
Fabrycjusz wszedł do kawiarni Duranda, gdzie zjadł z apetytem obiad. Trochę przed dziewiątą wsiadł do powozu i kazał się zawieźć na ulicę Clichy. Zabrał swoją drogocenną walizkę i udał się do willi Saint-James. W chwili, kiedy energicznie dzwonił do sztachet, było już po dziesiątej. Oprócz Laurenta wszyscy już spali. Ten ostatni przechadzał się po parku i palił cygaro. Stróż wyskoczył z łóżka, wyjrzał oknem i zapytał:
— Kto tam dzwoni? do kogo?
— To ja, Fabrycjusz Leclére — odpowiedziano mu — otwieraj prędko...
Laurent poznawszy głos pana, natychmiast przyleciał:
— Pan Fabrycjusz! Czy to podobna — wołał zadyszany.
— Widzisz przecie i spiesz się, nie trzymaj mnie za bramą, jestem zmęczony i potrzebuję się położyć.
Laurent czemprędzej otworzył zamek i poodsuwał zasuwy, ciągle powtarzając:
— Co za niespodzianka, mój Boże!... Nie myśleliśmy powitać pana wcale dziś wieczór!.. Dlaczego pan nas nie uprzedził?.. Ah! jakże się cieszę, że pana widzę!... Pokój dla pana gotowy, a nawet łóżko posłane... Czy szczęśliwie odbył pan podróż?
Służący ciągle coś mówiąc, szedł za panem, podążającym wielkimi krokami i nie odpowiadającym wcale.
— Zapal świecznik — odezwał się Leclére, wchodząc do przedsionka — i chodź ze mną do pokoju...
— Dobrze, proszę pana.
Laurent ze świecą w ręku wyprzedził pana, a położywszy walizkę na krzesełku, zapytał:
— Więc pan sam powrócił?
— Tak.
— Ale wuj pański jest zdrów?
Fabrycjusz westchnął, wyciągnął chustkę z kieszeni i, otarłszy nią oczy, szepnął:
— Biedny mój wuj...
— Boże! — wykrzyknął Laurent — czy pan Delariviére nie jest chory?
— Nie zobaczymy go już więcej... — rzekł Fabrycjusz, spuszczając ze smutkiem głowę. — On już nie żyje!...
— Umarł!... — zawołał sługa przestraszony. — O Boże! cóż to za nieszczęście, jakiż to cios nieprzewidziany. Taki pan szlachetny!.. Taki ojciec kochający! Taki człowiek dzielny!.. I kiedyż to się stało, proszę pana?....
— Straciłem mojego drogiego wuja podczas podróży powrotnej... na pełnem morzu... i czuję dobrze, że życie moje zostało na zawsze złamane... że nie potrafię pocieszyć się już nigdy...
— O panie, rozumiem pańską boleść doskonale... bo i ja także...
I Laurent, który pomimo wad swoich przeróżnych posiadał dobre serce, zaczął szlochać na głos cały.
— Te łzy, mój przyjacielu — rzekł Fabrycjusz — prawdziwy ci zaszczyt przynoszą. Widzę, że umiesz być wdzięcznym, że nie zapomniałeś o dobrodziejstwach, jakich doznałeś od naszego kochanego nieboszczyka!... Ale potrzeba się uzbroić w siłę ducha, potrzeba poddać się z pokorą niezbadanym wyrokom wyższym... Nieszczęście, jakie nas dotknęło, nikt już cofnąć nie jest w stanie. Czy tu nie zaszło nic nowego podczas mojej nieobecności?
— Prawie że nic, proszę pana.
— Czy majtek objął obowiązki?
— Przybył nazajutrz po wyjeździe pańskim.
— Czy kontent jesteś z Klaudjusza?
— Najzupełniej, proszę pana... Nie potrafiłbym już chyba żyć bez tego człowieka, taki dobry i serdeczny. Dzielny chłop co się nazywa!... Pracownik niezrównany, a wesoły jak szansonetka. Od paru dni dopiero osowiał mi jakoś trochę... Zdaje się, że zrobił pan prawdziwie dobry nabytek i że będzie również zupełnie zadowolony.
— Mam nadzieję.
— Ja w to wierzę niezachwianie.
— Czy nie dowiadywał się też kto o mnie w czasie nieobecności mojej?
— Były dwie tylko osoby, proszę pana. Najpierw jakaś pani bardzo dystyngowana i bardzo ładna, jak mi się zdaje, lubo była mocno zawoalowana. Następnie jakiś młody pan, również dystyngowany. Pytali o pana Delariviére.
— Co im odpowiedziałeś?
— Że pan bankier wyjechał zagranicę.
— A o mnie nic nie mówili?
— Nic a nic, proszę pana.
— Nie masz mi nic więcej do powiedzenia?
— Chyba to tylko, że w początkach tego miesiąca mieliśmy pożar w pobliżu.
— No, no, pożar?...
— Tak, panie. Spłonął piękny domek przy rogu Windsor. Poczciwy nasz Klaudjusz Marteau odznaczył się przy tej sposobności.
— W jaki sposób?
— Wydobył z płomieni z narażeniem własnego życia właścicielkę pałacyku, młodą kobietę, na pół już nieżywą i nieprzytomną prawie.
— Młodą kobietę? — powtórzył Fabrycjusz, przypominając sobie to, co posłyszał przed chwilą od Pascala de Landilly. — Młodą kobietę, która z przestrachu zmysły postradała? Stało się to przed ośmiu dniami?
— Tak jest, proszę pana. Leżała tu na łóżku pańskiem z jakie dwie, trzy godziny, zanim nie przybył doktor z Courbevoie. Uważałem za konieczne zgodzić się na to chwilowe schronienie ze względów ludzkości.
— Postąpiłeś poczciwie i rozumnie. Czy też nie wiesz przypadkiem nazwiska tej kobiety?
— Nie panie. Ale wiem nazwisko młodego pana, który jej towarzyszył, i którego rozpacz wstrząsała mną do głębi.
— Któż to jest ów młody człowiek?
— Wice-hrabia de Langenois.
— Wice-hrabia de Langenois? — powtórzył Fabrycjusz prawie głośno, ale mówiąc tylko do siebie.
— Niema zatem żadnej wątpliwości: to Matylda.
Laurent posłyszał to imię.
— Przypomniałem sobie teraz — zawołał. — Młody pan nazywał Matyldą biedną, młodą damę.
— Czy nie wiesz, dokąd ją odwieziono?
— Do jednego z domów zdrowia, proszę pana.
— Tak, ale do którego?
— Pozwoliłem powozu naszego, przez ludzkość i aby wyświadczyć przysługę, a stangret nasz opowiadał następnie, że odwiózł chorą do Auteuil, do zakładu położonego na rogu ulicy Raffet i bulwaru Montmorency.
— U Rittnera! — pomyślał Fabrycjusz. — A zatem Matylda znajduje się w dobrych rękach, wypadek posłużył nam znowu szczęśliwie! Warjaci są często gadułami, a chociaż Matylda nie zna wcale pewnej strony mego życia, kontent jestem, iż się dostała do Rittnera.
Potem, zwracając się do Laurenta, dodał:
— Ależ to wszystko nadzwyczaj jest interesujące. Gadajże mi, mój kochany, co tam wiesz takiego jeszcze.
— Nic a nic więcej, proszę pana.
— Pomyśl no tylko dobrze. Oto naprzykład co do Klaudjusza Marteau, nowego twego przyjaciela, czy nic mi nie masz do powiedzenia?
— A! zapomniałem. Klaudjusz, wiedząc, że cieszę się łaskawem zaufaniem pana, prosił, abym mu pozwolił przyjąć sobie do pomocy młodego, dwunastoletniego chłopczynę.
— Zgodziłeś się?
— Tak jest, proszę pana, ma już przy sobie chłopca bardzo sympatycznego i inteligentnego... Mieszka razem z Klaudjuszem, a dostawać ma dwadzieścia franków pensji miesięcznej.
— Bardzo dobrze. Pomówmy teraz o innych rzeczach jeszcze. A oto wydam ci pierwsze rozkazy. Jutro zaraz rano pójdziesz do krawca i obstalujesz dla ciebie i dla całej służby mojej żałobę, tylko, żeby była wykończoną w jak najkrótszym czasie.
— Pańskiej służby? Ah! prawda, że pan teraz został miljonerem, bo przecie pan jest sukcesorem jedynym.
— Jeszcze nie wiem, wiele mi się dostanie. Załatw więc interes oszczędnie.
— Pan staje się oszczędnym! — wykrzyknął Laurent. — To znaczy, że pan bierze z dziesięć miljonów zapewne. Kiedy pan był bez pieniędzy, wyrzucał je oknami.
Naiwna ta uwaga intendenta sprowadziła uśmiech na usta Fabrycjusza.
— Możesz odejść — powiedział następnie — kładź się spać, bo mi już nie jesteś potrzebny. Ale à propos, nie mów nikomu, że powróciłem, nie mów nic nawet Klaudjuszowi Marteau.
— Dobrze, proszę pana. Życzę panu dobrej nocy. Jutro rano zdam panu rachunki.
I Laurent opuścił pokój, mówiąc sobie w duchu:
— Bardzo żałuję nieboszczyka pana Delariviére, ale skoro jesteśmy miljonerami, to jest się czem pocieszyć.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.