Lekarz obłąkanych/Tom III/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Lekarz obłąkanych
Wydawca Wydawnictwo „Gazety Polskiej”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Médecin des folles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI.

Czytelnicy nasi życzyliby sobie zapewne wiedzieć, z jakiej przyczyny nastąpił ten nagły wyjazd Pauli do jej wiejskiej rezydencji. Powód to najprostszy. Paula zarządziła różne roboty w swoim parku. Chciała urządzić malowniczy wodospad, któryby zasilał małe jeziorko, wykopane z jej rozkazu pod cienistemi wielkiemi drzewami. Jeden z inżynierów z Melun, ustawił w tym celu maszynę hydrauliczną dosyć znacznej siły. Otóż tego właśnie poranku z listu tego inżyniera dowiedziała się, iż rura główna pękła i cała robota zniszczoną została. Panna Baltus, niezadowolona do najwyższego stopnia, wysłała depeszę do Neuilly i zaraz wyjechała z Auteuil.
— Jakże się mają teraz Edma i Joanna?... — zapytała Fabrycjusza, podając mu rękę na powitanie. — Opuściłam dziś rano dom zdrowia, nie widząc się wcale z niemi.
— Mam nadzieję, że nic ważnego nie zaszło od wczoraj — odpowiedział młody człowiek. — Co prawda, dowiedziawszy się o twoim wyjeździe i mając nawał interesów, nie wstępowałem tam dziś wcale.
— To źle... bo jestem bardzo niespokojną...
— Dla czego?
— Obawiam się, aby nasz przyjaciel Grzegorz, pomimo całej swojej wiedzy i wielkiej inteligencji nie łudził się co do prawdziwego stanu zdrowia naszych kochanych chorych... Zdaje mi się, że jak jedna, tak druga nie są do wyleczenia.
Fabrycjusz starał się gwałtownie uspokoić Paulę, a gdy ją przekonał w części, zaczął prawić zaraz o swojej miłości, czem ostatecznie dopiął celu.
Nędznik wywierał na młodą dziewczynę wpływ niezaprzeczony. Czarował ją magnetycznem swojem spojrzeniem i urokiem słów przejmujących.
Fabrycjusz wiedział o tem dobrze i poprzysiągł sobie, że nie opuści willi Melun, aż z Pauli Baltus uczyni swoją ofiarę.
— Skoro będzie zupełnie do mnie należeć... skoro zostanie moją żoną, zapomni o swojej zemście.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W domu zdrowia w Auteuil panowało wielkie zamieszanie. Grzegorz Vernier, wszedłszy z doktorem Schultzem do pokoju Joanny zaraz po wyjeździe panny Baltus, znaleźli warjatkę bardzo chorą. Dziwny atak, jakiego byliśmy raz już świadkami, ponowił się w stopniu daleko straszniejszym, niż dnia poprzedniego i zupełnie zmylił przewidywania obu lekarzy. Zmuszeni byli walczyć z przyczyną, której natury nie znali. Pani Delariviére, jęcząc i bredząc, rzucała się na łóżku w strasznych boleściach. Zimny pot wystąpił jej na czoło... wszystkie członki drżały konwulsyjnie, Im bardziej Grzegorz Vernier i doktor Schultz badali dziwny symptomat, tem wydawał im się coraz do zrozumienia trudniejszym. Próbowali środków przeróżnych..
Edma, posłyszawszy jęki w pokoju matki, zerwała się z łóżka, pomimo wielkiego osłabienia, ubrała się pospiesznie i weszła do jej pokoju. Wiemy, co za okropny widok uderzył jej oczy.
— Ależ mama umiera!... — wykrzyknęła młoda dziewczyna, załamując ręce. — Doktorze, ocal ją na Boga... nie daj jej tak cierpieć... rób, co tylko możesz...
— Co mogę?... — powtórzył Grzegorz z rozpaczą. — Niestety ... stoimy wobec niepodobieństwa...
— To okropne! — powiedziała Edma, padając na kolana przy łóżku. — Ja nie chcę, żeby mama umarła, albo ja umrę także... Matko, słyszysz mnie! matko odpowiedz mi... Wytłomacz przynajmniej, z jakiej przyczyny tak cierpisz, żeby ci ulżyć można było.
— Jesteśmy bezsilni — szeptał doktor złamanym głosem — a ja tak wierzyłem w swoją wiedzę... Niedorzeczny ze mnie zarozumialec!... Przekonuję się teraz, że nic a nic nie umiem.
— Boże... — Boże wielki, wszechmocny... — szeptała znowu młoda dziewczyna, zanosząc się od płaczu. — Ja, co z taką ufnością błagałam Cię w nocy, błagam cię na nowo... nie zabieraj mi jej... nie zabieraj!...
Chrapanie Joanny podobne było do konania. Ręce konwulsyjnie zacisnęła na piersiach, jakby chciała przytłumić palący ją ogień. Usiłowała się unieść, ale zaraz opadła na poduszki. Edma, myśląc, że już skończyła, krzyknęła rozpaczliwie, rzuciła się na matkę i objęła ją rękoma.
— Nie, odezwał się Grzegorz, który zrozumiał straszną myśl biednego dziecka — ona żyje jeszcze... Panie Schultz, na wszelki przypadek, daj pan chorej emetyku. Ja jadę...
Panna Delariviére podniosła się blada i przerażona.
— Odjeżdża pan? — powtórzyła, wpatrując się w doktora błędnym wzrokiem. Opuszczasz pan moją matkę?...
— Nie, proszę pani, nie! — odrzekł młody doktor — nie opuszczam bynajmniej... Przeciwnie, jadę szukać pomocy... Jadę wezwać na pomoc olbrzyma wiedzy, wobec którego jestem pigmejem... jeden tylko ten człowiek zdolnym jest ocalić pani matkę... Dałby Bóg, żeby na czas przybył!... i wybiegł z pokoju.
— Czuwaj pani — odezwał się doktor Schultz. — Ja zajdę do apteki i przygotuję emetyk.. Powrócę za parę minut.
— Idź pan... ale spiesz się... Nie pozostanę długo przy łóżku umierającej, bo czuję, że zwarjowałabym.
Wyszedłszy z domu zdrowia, Grzegorz popędził jakby go kto gonił, do stacji powozów, znajdującej się obok kolei. Jeden fiakr stał tylko. Stangret poił konia.
Młody człowiek zapytał go głosem zadyszanym:
— Wiele potrzebujesz czasu, ażeby dojechać na ulicę Soufflet?
— Godzinę... koń mój nie źle chodzi.
Grzegorz wyjął z kieszeni pięć sztuk złota.
— Dostaniesz te pięć luidorów, jeżeli dojedziesz w pół godziny...
— Czy to zakład obywatela?
— To więcej niż zakład, to kwestja życia i śmierci.
— Dobrze, zarobi się to złoto! — Siadaj pan.
Stangret skoczył na kozieł i zaciął konia. Powóz potoczył się z wielką szybkością. Koń był dobry i z Auteuil do samego miejsca nie zwolnił biegu, ku wielkiemu przerażeniu przechodniów, którzy musieli umykać z drogi. We dwadzieścia pięć minut biedne zwierzę, okryte pianą, stanęło u celu...
— Maszże sobie pięć luidorów — powiedział Grzegorz — zaczekaj na mnie, zatrzymuję cię...
Wleciał do domu, nie zapytawszy nawet odźwiernego, w paru skokach przebył schody, zadzwonił de drzwi i zapytał starego służącego, który mu otworzył:
— Doktor V.... w domu?
— Jest, proszę pana...
Młody człowiek poczekał parę minut w przedpokoju, a te kilka minut wydały mu się wiekiem.
Służący wrócił i oznajmił, że pan czeka na gościa.
Grzegorz wszedł do gabinetu starego uczonego, który podał mu rękę na przywitanie, a dostrzegłszy jego śmiertelną bladość i twarz okrutnie zmienioną, domyślił się, że zaszło coś niezwykle ważnego.
— Idzie tu o jakieś nieszczęście, nieprawda, moje dziecię? — zapytał.
— Tak! — odrzekł Grzegorz. — Straszne nieszczęście mi zagraża, uderzając piorunującym ciosem w kobietę, którą kocham i która ma zostać moją żoną. W tobie jedynym nadzieja uchronienia nas od nieszczęścia.
— Cóż potrzeba zrobić?
— Pojechać ze mną..
— Gdzie?
— Do domu zdrowia do Auteuil...
— Cóż się tam stało?
— Błagam cię, mistrzu, nie wypytuj, bo czas ubiega... W drodze wszystko opowiem... Chodźmy...
Zeszli prędko ze schodów. Stangret ocierał konia wiązką siana...
— Drugie sto franków! — krzyknął Grzegorz — jeżeli w pół godziny dojedziesz do Auteuil..
— Niech panowie prędko siadają...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.