Marja Konopnicka: »Prometeusz i Syzyf«

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Marja Konopnicka: »Prometeusz i Syzyf«
Pochodzenie Nowele i szkice
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1921
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków; Lublin; Łódź; Poznań; New York
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
MARJA KONOPNICKA:
»PROMETEUSZ I SYZYF«.

Jak czarodziejski kobierzec w bajce, dramat ten przenosi nas z nizin i aktualności ziemskich w najwyższe strefy ludzkiej myśli, jej zagadnień i symbolów.
Motto książki brzmi: »Abyssus abyssum vocat!« »Otchłań rozmawia z otchłanią«. I motto prawdę mówi, nie przesadza. Prawdziwe to są otchłanie i tak głębokie, że prawie bezdenne, nad które przyprowadza mas wielka poetka.
Jedna wgłębieniem nieścignionem wzbija się ku wysokościom niebieskim, dno drugiej wżarte w niezgłębione wnętrzności ziemi, a usta obu, rozwory bezgraniczne, zwrócone są wzajem ku sobie.
Pierwsza otchłań jest pełna światła, drugą po brzegi zalewa ciemność. Patrzą na siebie oko w oko, długo, nie znając się i nie widząc. Trudno światłu przejrzeć ponurą duszę ciemności; trudno ciemności wznieść wzrok ponury ku olśniewającemu światłu. Jednak przychodzi moment spotkania się i zaznajomienia, a z momentu tego, jak z dwu chmur piorun, wystrzeliwa dramat.
W otchłani górnej płonie ognisko ducha i od niego rozlewa się po niej światło. Ono też zapala na niebie słońca myśli, księżyce górnych marzeń, gwiazdy idei wielkich, uczuć wzniosłych, celów wysokich. Władcą ogniska tego jest Duch najpotężniejszy, król-Duch, Zeus, który zazdrośnie ogniska strzeże, ani jedną smugą i ani jedną iskrą jego z nikim podzielić się nie chcąc. Dostać je można nieinaczej, jak kosztem walki tytanicznej, trudu niezmiernego i męki niewysłowionej. Jednak bez iskier, z ogniska ducha pochodzących, źle jest ziemi, najgorzej, najciężej, najciemniej, wżartej w najgłębsze jej wnętrze otchłani.
W tej ciemnej otchłani dolnej przebywa życie takie, jakiem jest, gdy nie przenika go żaden promień z ogniska ducha, życie potężnego i ślepego cielska materji, które nie widzi słońc, ani księżyców, ani gwiazd, nie wie nawet o tem, że istnieją, ani o tem, dlaczego samo istnieje i toczy głazy. Bo nie przebywa w raju kwiecistym. Staczają się na nie ciężkie głazy i aby przez nie zmiażdżonem nie zostać, chwyta je, to cielesne życie materji, chwyta je całą siłą olbrzymowych ramion i po zboczach skał twardych ku szczytom odtacza. One znowu po twardych zboczach w dół się staczają, a ono znowu chwyta je i, od siebie odpychając, ku górze toczy. Co odepchnie i zatoczy głaz-głód, głaz-nagość, głaz-ból, głaz-zmęczenie, on znowu ku niemu się toczy i znowu ono go odpycha i odtacza. Tak czyni nieustannie, bez wytchnienia, aż mu czoło staje w pocie, aż mu grzbiet staje w pocie, aż mu okruchy skał i głazów do łez oczy zasypują. A poco ta wiekuista praca i męka? Nie zapytuje, nie myśli o tem. Wogóle, nie myśli o niczem. Głazy spadają, więc je toczy; toczy je, — bo toczy. To jest życie. Jego życie. O tem wie i ponad to o niczem nie wie i wiedzieć nie pragnie, ani o tem, że cośkolwiek wogóle wiedzieć można i że wiedzenie jakiekolwiek na cokolwiek jest potrzebne. Ponury jest ten mieszkaniec ciemnej jaskini. Tytan z siły ramion, ślepiec z oczu zamkniętych na wszystkie niebieskie światła. Całej ziemi bez tych świateł źle, ale jemu najgorzej, bo o samem nawet istnieniu ich nie wie. A jakież jest imię jego? Byli tacy, którzy nazywali go Kalibanem, w powszechnej mowie ludzkiej nazywa się ludem; poetka dała mu imię: Syzyf. Syzyf w dramacie tym — to lud.
Mijają wieki, aż nad ciemną otchłanią zjawia się istota dziwnie piękna, wzlotna myślą, odwagą, ofiarą — i pomiędzy dwiema otchłaniami znajomość zawiązuje. Tu początek dramatu.
Nad ciemną otchłanią staje Prometeusz, tak jak i Syzyf, Tytan, ale inny. Siła jego jest inna. Nie w ramionach mu tkwi, ale w myśli, w ruchu i pędzie myśli, którą ma od bogów. Na ziemi zrodzon, ognia, którego Zeus strzeże, jest dobrze świadom. Wie, że zbawienie ziemi od zalegających ją mroków w ogniu tym zaklęte. Wykraść go niebu i w darze ziemi przynieść trzeba. Przedsięwzięcie pełne grozy, lecz Prometeusz dokonać go zamierza. Utrudnia mu je, oprócz zawrotnych wysokości, na jakie wstąpić musi, grzmotliwy huk, ziejący z ciemnej otchłani. To materja tak huczy i życie jej ślepe, ciężkie, toczące głazy bez pożytku, bez celu, bez końca. To Syzyf odgłosami swej niekończącej się nigdy męki i pracy tak świat napełnia. Prometeusz pierwszy na ziemi spostrzega ciemną otchłań i z ponurym jej mieszkańcem rozmowę nawiązuje. Pierwszy raz światło spotyka się z ciemnością i przemawiają do siebie dwie otchłanie.
Prometeusz. Potężnym głosem udarował cię Zeus Rodziciel. Wśród grzmotu skał cię słyszę…
Syzyf. Mnie zrodziła ziemia.
Prometeusz. Ziemia, zapewne! I mnie także. Ale była mi matką tylko z ciała. Myśl moja z bogów idzie.
Syzyf. Ale co ty tam robisz w górze? Nie pojmuję wogóle, co tam można robić w górze.
Prometeusz. Wieczne przekleństwo rozbratu między przepaścią a szczytem! I ja żyję, bracie.
Syzyf. Więc i ty głazy toczysz?
Prometeusz. Moje życie to nieśmiertelny ruch i pęd myśli. Z bogów to mam… Ród mój jest nieszczęsny… On toczy myśli swoje, a myśli staczają się na dno. On toczy wolę swoją, a wola stacza się na dno. On toczy ducha swego, a duch stacza się na dno…
Syzyf. Biedny!
Echo. Biedny!
Echo dalsze. Biedny!
I tyle tylko, że nieszczęsny ród Tytanów widzi słońce, księżyc, gwiazdy, i przy ich świetle szuka prawdy, która nigdy nie była znaleziona. Znaleźć ją pragnie, znaleźć jej nie może i pragnienie, ukojenia nie znające, jest mózgowi jego sroższem, niż pot mozołu grzbietowi Syzyfowemu. Ale Syzyf o tem nie wie; on wogóle o niczem górnem nie wie, a kiedy dowiaduje się, to nie wierzy. Więc kochanek słońca, gwiazd i księżyca opowiada mu o nich cudne i dziwne dziwy, a potem w drogę swoją, w walkę swoją, w mękę swoją odchodzi.
Jest tu jeszcze Prometeusz w tej pierwszej części poematu odziani w tunikę krótką i w czapkę frygijską. Jeszcze to jest zbuntowany, u wrót dzieła zamierzonego stojący duch rewolucjonisty. Więc krótka tunika niewolnika i czerwona czapka przewrotowca jeszcze mu przystoją. Plastycznością młodzieńczą rysują się w tej odzieży kształty jego, choć ma już w głosie brzmienie smutków przebytych, a na czole pieczęć niedalekiej męki.
Ale w części drugiej widzimy go już jako uskrzydlonego i w nimby świetliste upowitego genjusza. Już wykradł niebu ogień boski, już ziemię nim oświetlił i leci nad ziemię w triumfie objawiciela dróg, odnowiciela życia, dawcy siły i szczęścia. Ostatek rozlanego po ziemi ognia u piersi niesie i ten go piecze, pali, do żywej kości przegryza się przez skórę. To nic; on go z dłoni nie wypuści.

»Czuję swąd skóry własnej i skwierczenie ciała, ale nie puszczę… Ręki z ogniem z zanadrza nie puszczę… Błogosławię cię, męko moja. Trzykroć i trzykroć trzy błogosławię cię, bo ogień niosę. W cień, i zimno, i skrzepłość śmierci ogień niosę! Ludy i wieki widzę… ogniem znaczone idą… Jaśniej, coraz jaśniej… Ustępują mgły i błędne tumany. Jak zasłona oblubienicy spada z ziemi opar siny… Harfa światła brzmi okręgiem globu…«
Tak radować się zwykli Tytani myśli i czynu, gdy przed rozbiciem się kryształu marzeń o bronz rzeczywistości, mniemają, że niosą światu poprawy, ozdoby, ratunki. Tak radował się i triumfował Tytan Prometeusz.

Ale, ach! Nie wszystko jeszcze na ziemi oświetlone, oczyszczone, ogrzane, zbawione! Jeszcze ta jaskinia z nieszczęsnym Syzyfem o tytanicznej sile ramion, z mokrym od potu grzbietem i z mózgiem — ślepym!
Tę jaskinię, czy tę otchłań Prometeusz zna, stał nad jej krawędzią, patrzał w kłęby jej ciemności, słyszał straszliwe jej głosy.
Zlatuje nad nią, ze swą iskrą boską w ręku, nad krawędź jej zlatuje i słucha… Niema już teraz grzmotu toczonych głazów. Jęki po ciemnych głębiach wyją. Syzyf wyje z utęsknienia za słońcem, księżycem i gwiazdami, o których istnieniu i cudnem świetle dowiedział się był od Prometeusza. Dopóki nie wiedział, dopóty głazy cierpliwie toczył. Gdy dowiedział się, już mu się stało nie do toczenia głazów. Ujrzeć zapragnął to, na co patrzyli Tytani. Niechże ujrzy! Niech ma światłość na szczęście swoje, na wzrost swój, na wiekuiste od potów krwawych, od złości głuchych, od bólów niemocnych odkupienie!

»W przepaść męki i ciemności, siedmiorga głodów i siedmiorga potów, rzucę iskrę moją.

»Rzucę ją gdzie jest skrzywdzony… iżby ku żywotowi dojrzewał, jako źdźbło rodzajne.
»Na twardą pierś ją rzucę i na ramiona żylaste i rozświecę nią mózg krzepki, jak ugór, który jeszcze nigdy nie rodził…
»Rozdzieram płaszcz mój i oddaję ci iskrę boską.

»Pójdź, a weź!«

W ciemnej otchłani czyni się jasność nagła i cicha.
Słychać ogromny krzyk Syzyfa. — A!
Więc ciemnością karmiony, w ciemności upowity, ponury niewolnik materji, nieprzenikniętej światłem ducha, światło to otrzymał. Padła mu na pierś twardą, na mózg ugorujący, na ramiona żylaste iskra światła boskiego, przyniesiona z nieba na ziemię kosztem tysiąca walk, tysiąca trudów, tysiąca mąk Tytana Prometeusza.
Co z nią uczyni? Jakim się stanie w jej cichem, błękitnem świetle?
Oto u wstępu do ostatniej części poematu siedzi na odłamie skały Syzyf o ramionach potężnych, w sobie zbity i bryłowaty, że aż mu ciało rzuca ma ziemię cień krótki i czarny, a w pobliżu, w krwawej pożodze goreje miasto ludne, miasto kwitnące, miasto pełne ludzkich serc, prac i myśli. Goreje w krwawej pożodze dzieło synów Prometeuszowych, ręką Syzyfową podpalone.
Na okół głosy krzyczą, łkają, łają, szaleją.
— Podpalacz! podpalacz! Chwytać podpalacza! Tu szedł! Tędy uciekał! Sto uncyj złota za głowę podpalacza! Chwytaj! Łapaj!
A on, ten Syzyf-kamieniarz, z postacią mocną i grubą, siedzi sobie na odłamie skały spokojny, rozweselony i drwi.
— Tęgom ich podburzył! W ogień wsadź rękę głupcze, będzie ci zdrowsza, niżbyś po moją głowę sięgał!
Nie lęka się niczego, sile swej ufa, tytanicznej sile wziętej z ciała. Zresztą, jakkolwiek iskrę światła otrzymał, tylu rzeczy jest nieświadom!
Nadchodzi Prometeusz, w Anhelicznej już postaci, po dokonaniu dzieła duch wolny już od materji, czysty, anielski. Widzi miasto płonące, słyszy krzyki rozpaczy i wściekłości. Więc…
Znów okrzyk nieszczęścia i winy! Czy nigdy nie przebrzmi on nad światem?
Spostrzega Syzyfa, poznaje go po głosie.
— On! Poznaję go! On… siła! Wyzwolona siła przepaści! On wielki, surowy, mocny. Świat z niego nowy dysze… Ale wielki, surowy, mocny przemawia i — z ust jego wychodzą same tylko szyderskie, okrutne słowa: syk gadziny, która mści się…
Prometeusz zdumiewa się i woła:
— Iskra! Gdzie iskra, którąm ci powierzył?
A Syzyf-Kaliban wyciąga palec ku gorejącemu miastu i odpowiada:
— Tam… tam iskra twoja!
Oto co nieraz ze światłem boskiem czynią ręce ludzkie! Ale czytelnikowi przychodzi do głowy myśl, że Prometeuszowa iskra boska czemś bardzo ziemskiem albo i piekielnem zmąconą być musiała, skoro w jej świetle słońca i gwiazdy ukazały się Syzyfowi takimi samymi głazami jak te, które on toczył w swej ciemnej otchłani, a Zeus takim samym pachołkiem, jakim on był wtedy, gdy je toczył. Nie wiarę wziął od światła, które otrzymał, lecz zwątpienie. Zwątpieniem dotknięty morzem łez płakał, ale one plam złości z niego nie obmyły. Złość ogarnęła go na widok »wielkiej nędzy świata« i smutek go ogarnął tak samo wielki, jak ta nędza.

»Bo i ból jest głazem, który przez pierś się toczy i opada… I czas jest głazem, toczy się i spada, a proch, który z niego leci, nazywa się życiem. Szary, gryzący proch… A jeżeli życie jest tylko prochem tego głazu, który miljony toczą, i jeżeli miljony giną, myśląc, że głaz ten przecież gdzieś doleci i miecą go w górę, a nie dolata i dolecieć nigdy nie ma, to całą tę budę… rozumiesz? Ot tak!…

Czyni nogą ruch kopnięcia.
O! czemś ziemskiem, czemś może piekielnem zmąconą, zatrutą być musiała iskra boskiego światła, Syzyfowi darowana!
Obdarzon światłem, Syzyf światła nie poznał, ciemność w światłości ujrzał. Rodem z materji będąc, głazem materji przywalił iskrę ducha. Wiarę w boskość Zeusa, w wielkość i piękność słońc, gwiazd i księżyców postradał, a postradawszy zwątpił o wartości świata, i światła, i życia, i o jakimkolwiek celu, dla którego one powstały, są i w wiekuistem dążeniu ku czemuś trwają.
A kiedy tak jest, to i dlaczegóżby nie podpalić miasta, choćby w pożodze tysiąckroć serc pęknąć, gmachów runąć, myśli zagasnąć miało, skoro przy ogniach pożaru członki swe rozkosznie ogrzać i przy odgłosie jego szumu i trzaskania wesoło zabawić się można?
Byle rozkoszy zaznać, byle zabawić się wesoło… O! zmąconą, zatrutą czemś była iskra…
I oto jak dojrzał mieszkaniec ciemnej jaskini, co z twardej jego piersi urosło, czego żylastymi ramiony dokonał, co strzeliło z odwiecznego ugoru jego mózgu!
Oto, jak kryształy marzeń Prometeuszowych rozbijają się o bronz rzeczywistości!
Całą potęgą piersi tytanicznej litujesz się, Prometeuszu, nad Syzyfem, sępowi na żarcie wnętrzności swe oddajesz, byle zdobyć dla niego iskrę boską, zdobywasz ją, rzucasz ją w otchłań Syzyfową i na jej ciche, błękitne światło wychodzi — Kaliban.
Oj, zły wiatr jakiś powiał na iskrę, gdy ją Prometeusz niósł po przestworzach…
Teraz, czuje Prometeusz ból taki, jakiego może nigdy nie czuł. Teraz dopiero sęp nad sępami dziób swój we wnętrzności jego zanurza, szarpie je i zakrwawia.
Laskę runiczną nad Syzyfem wznosi.

»Iżeś boskiego ognia w pierś nie wziął, aleś zeń ziemi pożogę uczynił… Iżeś za światłem w górę nie rósł, aleś rzeczy górne ściągnął do własnej nicości… na wiek… na dwa… oddaję cię bezruchowi i senności głazów«.

Przez przemienienie światłości w ciemność, ognia w błoto, świętości w zbrodnię, Syzyf sam dla siebie na długo, na długo, zamyka drogę do życia w świetle gwiazd i słońca, zamyka drogę do ruchu naprzód, ku zbawieniu. Pod wyciągniętą nad nim runiczną laską Prometeusza, Syzyf-Kaliban kamienieje w bezkształtny posąg. Dramat skończony.
W książce skończony, ale nie w życiu. Odegrywa się wciąż na powierzchni ziemi, jesteśmy jego świadkami naocznymi i cześć poetce za to, że go przed nami myślą swoją i słowem prześwietliła.
Mała rozmiarami książka ta jest tworem wielkim. Są w niej przejmujące akcenty bólów Prometeuszowych i plastyczne malowania Syzyfowych losów, jasne widzenia tych tragedyj i ironij, któremi nabrzmiewają Prometeuszowe trudy, dążenia, rojenia, zawody i tej przyszłości, która groźbę bezruchu zawiesza nad Syzyfem, rozpoczynającym nowe życie od zwątpienia o światłach górnych i rozpalania pożóg niszczących.
Są w tej książce nawskróś oryginalnie i dreszcz budzące pomysły artystyczne, są daleko wzwyż i w głąb sięgające rzuty myśli, jest marmurowa piękność i stalowa dźwięczność słowa.
Ktokolwiek książkę tę do rąk weźmie, zawiedzionym nie zostanie; uniesie mu ona myśl w strefy bardzo wysokie i słuch napoi muzyką słowa bardzo piękną.
Przynosi książka ta zaszczyt piśmiennictwu polskiemu, raz jeszcze świadcząc, że wzbijać się ono umie na wszechludzkie i wiekuiste szczyty prawdy i piękna.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.